Dzieło prawdziwie monumentalne pod względem objętości, różnorodności wykorzystanych źródeł, nowatorstwa (kontrowersyjnych) wniosków. Autor stawia sobie za cel przedstawienie dziejów kryzysu i upadku, a następnie odrodzenia handlu (i szerzej gospodarki jako takiej) w Europie w dobie późnego antyku oraz wczesnego średniowiecza. Tradycyjnie uważa się, iż kryzys ten nastąpił wraz z upadkiem zachodniego cesarstwa rzymskiego w wyniku wojen i najazdów, a ostateczny cios w początkach VII w. zadała handlowi śródziemnomorskiemu ekspansja arabsko-islamska, czyniąc z Morza Śródziemnego akwen nieustannej konfrontacji zbrojnej. McCormick w zasadzie potwierdza ten pogląd, przy czym za decydujący czynnik załamania uważa wielką epidemię dżumy, która spustoszyła świat śródziemnomorski w połowie VI w. Nadejście islamu kilkadziesiąt lat później miało być już tylko coup de grace. Gospodarka wschodnich i południowych wybrzeży śródziemnomorskich wkrótce się zresztą odrodziła, osiągając w państwie kalifów wysoki rytm natężenia (w szczególności handlu i rzemiosła). Bizancjum trwało, pomimo znacznych trudności, Europa Zachodnia pogrążyła się natomiast w głębokim kryzysie (który dotyczył zwłaszcza handlu, gospodarki towarowo-pieniężnej, rzemiosła i życia miejskiego). Tradycyjne zdanie historiografii głosi, iż gospodarcze odrodzenie Europy Zachodniej, a wkrótce jej ekspansja ekonomiczna, rozpoczęły się dopiero w XI w., po kilku stuleciach głębokiego upadku. Autor stara się wykazać, iż ów okres upadku był znacznie krótszy i rytm handlu, a w ślad za tym rzemiosła zachodnioeuropejskiego, zaczął wzrastać już w VIII w., szczególnie w okresie świetności państwa karolińskiego na przełomie VIII/IX w., notując następnie przejściowy, niezbyt głęboki spadek w drugiej połowie IX i początkach X w. (podział imperium karolińskiego, wojny wewnętrzne, najazdy Wikingów, Saracenów, Węgrów),by ponownie wzrosnąć w XI w. To ostatnie zgodne już z poglądami tradycyjnymi. Zasadnicza, nowa teza Autora, polega więc na wskazaniu, iż odrodzenie handlu, a w ślad za tym częściowo rzemiosła (rolnictwem w zasadzie się nie zajmuje) w Zachodniej Europie (głównie w państwie karolińskim) miało rozpocząć się już w VIII w.
W jaki sposób stara się udowodnić swoje poglądy? Tradycyjnym problemem wszystkich historyków zajmujących się wczesnośredniowieczną gospodarką jest brak źródeł. Dotyczy to w szczególności działalności handlowej. Pisanych źródeł z epoki wczesnego średniowiecza ogólnie nie mamy w Europie zbyt wiele, a już tych dotyczących handlu prawie wcale. To ostatnie wynika dodatkowo z preferencji autorów źródeł (głównie duchownych, często arystokratycznego pochodzenia),którzy handlem i kupcami pogardzali, nie widzieli też potrzeby, by wspominać o nich w kronikach, rocznikach, czy żywotach świętych. Znikoma ilość takich wzmianek w źródłach utwierdzała, zdaniem McCormicka, tradycyjną historiografię w jej poglądach o ogólnym upadku handlu w tej epoce. W tej sytuacji Autor stara się przywołać nowe kategorie źródeł, niewykorzystywane do tej pory w dyskusji. Wykazuje tu ogromną pomysłowość oraz jeszcze większą pracowitość. Korzysta przy tym z nowych technik komputerowej rejestracji i obróbki dostępnych wiadomości, przyznając, iż bez tej informatycznej pomocy przeprowadzenie takich badań byłoby niemożliwe. W pierwszej kolejności wyszukuje i analizuje informacje o wczesnośredniowiecznych podróżach podejmowanych w basenie Morza Śródziemnego przez dyplomatów, pielgrzymów, wygnańców itp. Okazuje się ich nadspodziewanie wielu i wydaje się, iż korzystali z istniejącej niezależnie od nich „infrastruktury transportowej” (żegluga, ruch karawan itp.),przeznaczonej, zdaniem Autora, dla ruchu handlowego. Informacje o podróżach ludzi wspiera analizą zachowanych i odnalezionych przez archeologów przedmiotów pochodzenia wschodniego (relikwie, monety itp.). Na tej podstawie odtwarza funkcjonujące we wczesnym średniowieczu morskie i lądowe szalki handlowe, przede wszystkim w basenie Morza Śródziemnego, ale również w państwie karolińskim i poza nim (szlak bursztynowy czy tzw. łuk północny, łączący Skandynawię z Konstantynopolem oraz Bagdadem i Azją Środkową). W obszernej analizie ukazuje rozrost i kolejno powstające rozgałęzienia tych szlaków, ośrodki węzłowe, warunki i tempo podróży lądowych oraz żeglugi itp. itd. Analizy te uzupełniają liczne zestawienia, mapy, wykresy. Ostatecznie McCormic stawia tezę o intensywnym ruchu komunikacyjnym i handlowym w dobie wczesnego średniowiecza, zarówno w basenie Morza Śródziemnego, w państwie karolińskim oraz na północnych i wschodnich rubieżach Europy (tutaj źródeł jest najmniej, ale można liczyć na kolejne odkrycia archeologiczne). Z tą tezą Autora można się w zasadzie zgodzić (została bowiem solidnie uzasadniona),a stanowi ona istotne novum w poglądach historiografii.
Kolejna kwestia to rodzaj przewożonych towarów oraz bilans handlowy. Europa Zachodnia (imperium karolińskie) sprowadzała ze Wschodu (częściowo z Bizancjum, ale głównie z kalifatu) przede wszystkim przeznaczone dla elity i potrzeb kultu religijnego towary luksusowe (przyprawy, jedwab, kadzidło, relikwie). O dziwo, uzyskiwała przy tym dodatni bilans handlowy (inaczej niż w późnym średniowieczu). W Europie odnajdujemy bowiem liczne srebrne i złote monety arabskie (a należy pamiętać, iż władze karolińskie nakazywały wymieniać na granicach obce monety srebrne, po czym przetapiały je i wybijały na nowo jako własne, co ogranicza liczbę znalezisk),podczas gdy na ziemiach Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu czy Bizancjum wczesnośredniowiecznych monet karolińskich praktycznie się nie znajduje. Oznacza to, że obok wspomnianych towarów do Europy napływały ze Wschodu (z kalifatu) kruszce, co świadczy o dużej nadwyżce w bilansie handlowym. Jakie to jednak towary zacofana i dość jednak prymitywna Europa Zachodnia mogła w tak znaczących ilościach wysyłać na ziemie kalifatu, dużo lepiej rozwinięte gospodarczo? W źródłach oraz literaturze wspomina się o drewnie, metalu, doskonalej jakości mieczach (te ostatnie skutecznie przemycano z imperium karolińskiego, pomimo ogólnego zakazu eksportu). Wątpliwe jednak, by towary te, przede wszystkim surowce, niełatwe zresztą w transporcie lub wymagające omijania zakazów, mogły spowodować znaczącą nadwyżkę bilansu handlowego.
Odpowiedź na pytanie o najcenniejszy „towar” Europy Zachodniej oferowany nabywcom z kalifatu jest bardzo prosta. Byli to ludzie, czyli niewolnicy. McCormick wskazuje, iż kraje śródziemnomorskie (Bizancjum, ale w jeszcze większym stopniu ziemie arabskie) dotknęło we wczesnym średniowieczu kilka fal dżumy (w połowie VI, ale również w pierwszej połowie VIII w.),powodując znaczne straty ludnościowe oraz brak siły roboczej (przede wszystkim jako pomocników w rzemiośle, służby domowej, robotników rolnych itp.,). Zrodziło to trwały i duży popyt na niewolników w zamożnych krajach muzułmańskich, zaspokajany zresztą nie tylko przez Europę (którą wspomniane fale dżumy w zasadzie ominęły, co można wiązać ze słabą wówczas komunikacją) ale również przez kraje transsaharyjskie czy zachodnio- i środkowoazjatyckie. Stąd liczne napady piratów arabskich, porywających ludzi z wybrzeży południowej Europy. Przede wszystkim jednak ludzki „towar” dostarczali za duże pieniądze przedsiębiorcy z samej Europy. Wykazane przez Autora przebicie cen pomiędzy Wenecją (a przecież w głębi lądu ceny musiały być jeszcze niższe),a portami kalifatu (Tunis, Aleksandria) wynosiło 300-400 %. W tej sytuacji wielu kusił tak dochodowy interes. W ówczesnych realiach handel niewolnikami nie był zresztą, poza pewnymi wyjątkami, nacechowany negatywną opinią moralną.
To właśnie Wenecja stała się prekursorem i liderem europejskiego eksportu niewolników i na tym to właśnie rodzaju handlu (po drugiej fali dżumy) wyrosła w VIII-X w. handlowa, morska i finansowa potęga tego miasta (z czasem dołączyły Amalfi czy Neapol, ale Wenecji nie dorównały). Morski eksport niewolników wymusił też na Wenecjanach nowe rozwiązania organizacji transportu: większe statki z liczniejszymi załogami, żegluga non stop przez pełne morze zamiast trzymania się brzegu i nocnych postojów. Chodziło o jak najszybsze dostarczenie „wrażliwego” towaru, ograniczenie kosztów wyżywienia i wysokiej zawsze śmiertelności. Obiektywnie sytuacja ta przyczyniła się do ogólnego rozwoju technik żeglugi, w czym Wenecja stała się wówczas prekursorem. A handel niewolnikami stał się kołem zamachowym rozwoju handlu jako takiego w Europie Zachodniej, umożliwiał import towarów luksusowych, fundacje kościelne (bardzo liczne w Wenecji tej epoki),powodował nadwyżkę handlową i napływ kruszców, generował rozwój handlu lokalnego oraz rzemiosła. Autor dochodzi do wniosku, iż legł u podstaw postulowanego przezeń ogólnego odrodzenia gospodarczego Europy. Wniosek ten przedstawia zresztą z pewnym zażenowaniem, albo też spodziewa się takowego u mniej zorientowanych czytelników. Mniej zorientowanych, gdyż szeroko prowadzony handel niewolnikami we wczesnośredniowiecznej Europie oraz ich sprzedaż do krajów muzułmańskich nie jest niczym nowym dla osób mających ogólne chociażby pojęcie o tej epoce. Należy jednak pamiętać, iż McCormick to Autor amerykański, a Stany Zjednoczone mają specyficzne traumy i obecne do dziś problemy społeczne wynikające z ich własnej, nie tak dawnej, niewolniczej przeszłości.
Z owymi niewolniczymi korzeniami odrodzenia średniowiecznej gospodarki europejskiej wiąże się jeszcze jedna, istotna dla naszej już części kontynentu kwestia. Otóż początkowo niewolników pozyskiwano zewsząd, w szczególności jako jeńców i brańców podczas licznych wojen państwa frankijskiego. Byli to Longobardowie, Anglosasi, członkowie różnych plemion germańskich z obszaru dzisiejszych Niemiec. Z czasem pojawiły się jednak wątpliwości związane ze sprzedażą chrześcijan (a takowych wśród niewolników z Zachodniej Europy było coraz więcej) w ręce innowierców (żydowskich pośredników oraz muzułmańskich klientów). Mogło to łatwo prowadzić do wyrzeczenia się wiary i przejścia na islam, w wyniku przymusu albo w nadziej na poprawę własnego losu. W myśl ówczesnych przekonań oznaczało to utratę zbawienia wiecznego, również dla tych, którzy byli winni temu procederowi. W epoce Karola Wielkiego najpierw Kościół, a potem również władze państwowe, zaczęły więc zabraniać sprzedaży chrześcijańskich niewolników innowiercom. Uważano to za grzech śmiertelny i przestępstwo państwowe. Nabywcom chrześcijańskim można było oferować ludzki towar bez problemu, ale przecież nie dawało to takich zysków jak w kalifacie. Stąd głównym dostarczycielem niewolników stały się ludy nadal pogańskie, a w IX-X w. najliczniejsi i najbliżsi byli Słowianie. Z tego powodu to właśnie Słowianie zdominowali rynek niewolniczy, to ich chwytano, kupowano (najczęściej od miejscowych wodzów i książąt),a następnie sprowadzano do Wenecji (korzystnie skądinąd położonej na pograniczu ziem słowiańskich),ewentualnie do muzułmańskiej Hiszpanii, i eksportowano za morze. Widocznym po dziś dzień śladem tego procederu jest fakt, iż w wielu językach zachodnioeuropejskich (angielskim, niemieckim, francuskim i innych) na oznaczenie Słowianina i niewolnika używa się słów bardzo podobnych czy wręcz identycznych. Może to z naszego punktu widzenia przykre, ale prawdziwe. Dodajmy, iż w średniowieczu na oznaczenie niewolnika używano początkowo łacińskiego słowa "servus", następnie również łacińskiego pochodzenia "captivus" (jeniec – co wiązało się z najczęstszym sposobem pozyskiwania „towaru”),w X w. pojawił się termin "sclave", od miana Słowian właśnie. Najstarszy, pewny przypadek użycia tego znaczenia McCormic wskazuje w 937 r. w Magdeburgu, na wschodnim pograniczu państwa niemieckiego (wschodniofrankijskiego). Mógłby dodać (co jednak umknęło jego uwadze),iż w 929 r. król Niemiec Henryk I Ptasznik rozpoczął planowy i systematyczny podbój Połabia, co musiało zaowocować dużą podażą słowiańskich niewolników, a rachuby na zyski finansowe były zapewne znaczącym motywem kolejnych wypraw zbrojnych, na równi z zajmowaniem nowych ziem. Wszystko więc doskonale do siebie pasuje.
Pozostaje kwestia ustosunkowania się do wspomnianych wyżej, zasadniczych tez rozprawy. Otóż wnosi ona wiele nowego, na nowo zinterpretowanego materiału. To wielka zasługa. Nie sposób też zaprzeczyć, iż ruch handlowy w Europie doby karolińskiej miał znacznie większe rozmiary, niż to dotychczas przyjmowano. Autor potrafił ten fakt na wiele sposobów, przekonująco udowodnić. Czy jednak można uznać to zjawisko za faktyczny początek gospodarczego odrodzenia i przyszłej ekspansji gospodarczej Europy Zachodniej? Przypomnijmy, klasyczny pogląd datuje ten początek na XI w., McCormick chciały widzieć go już 300 lat wcześniej, na przełomie VIII/IX w. (w dobie rozkwitu imperium karolińskiego). Opiera się na badaniach handlu, którego istnienie i rozwój rzeczywiście zdołał wykazać. Osobiście uważam jednak, iż sam handel to za mało, by móc stwierdzić ogólny rozwój (wręcz przełom) gospodarczy w świecie i społeczeństwie zdominowanym przez rolnictwo. Tym bardziej, iż głównym towarem eksportowym zacofanej Europy do wyżej rozwiniętych ziem kalifatu byli ludzie, czyli niewolnicy. W zamian sprowadzano przeznaczone dla elity towary luksusowej konsumpcji oraz gromadzono nadwyżki kruszców. Tych ostatnich w żaden sposób nie inwestowano, przeznaczano je (po przetopieniu monet, o czym niekiedy informują źródła) na wyrób przedmiotów kultu i liturgii albo tezauryzowano (zakopane w ziemi skarby, odnajdowane w bliższych nam stuleciach oraz obecnie). Trudno uznać takie postępowanie za koło zamachowe gospodarki. Nadto znamy liczne przypadki „eksportu ludzi” w późniejszych epokach – choćby klasyczne porównanie z nowożytnym handlem niewolnikami afrykańskimi – które żadnych znaczących korzyści krajom „eksportującym”, np. afrykańskim, nie przynosiły. Wręcz przeciwnie, wyniszczały je demograficznie, gospodarczo, politycznie i kulturowo. Ewentualne korzyści odnosiły wąskie elity (podobnie jak w średniowiecznej Europie),kosztem wszystkich innych. Podobnie dzisiaj, emigracja zarobkowa (która przy zachowaniu w pamięci wszystkich różnic, oznacza jednak pod względem gospodarczym to samo, czyli eksport siły roboczej) nie przynosi ostatecznie korzyści krajom, z których pochodzą emigranci (nawet, jeżeli wysyłają jakieś środki pozostawionym rodzinom, co można uznać za odpowiednik „zapłaty” za niewolnika). Korzystają nieliczni, kraj, państwo i gospodarka jako całość tracą. Może więc istotnie handel niewolnikami legł u podstaw rozwoju Wenecji i dał jej bogactwo, z dobrym skutkiem później spożytkowane, ale był to wspomniany wyjątek. Trudno uznać eksport niewolników za dźwignię odrodzenia gospodarczego Europy jako całości. Bardziej przemawia do mnie pogląd klasyczny, wskazujący na XI w. jako czas przełomu. Ówczesna sekwencja przemian politycznych, społecznych i gospodarczych w Europie Zachodniej - względna stabilizacja polityczna, powstrzymanie najazdów Wikingów, Węgrów, Saracenów, Słowian (to w X w.) - poprawa bezpieczeństwa i warunków życia – stały i znaczący wzrost demograficzny (podwojenie liczby ludności pomiędzy XI i początkami XIV w.) - branie pod uprawę nowych ziem, kolonizacja wewnętrzna i zewnętrzna (zachodni osadnicy w Europie Środkowej) – ulepszenie metod uprawy roli (trójpolówka, żelazny pług odwracajacy glebę, młyny z kołem nasiębiernym itp.) - wzrost zamożności oraz masy towarowej (nadwyżki żywności) – odrodzenie rzemiosła i handlu – odrodzenie i rozwój życia miejskiego (miasta jako osady na specjalnych, sprzyjających rozwojowi gospodarczemu prawach) – wszystko to stworzyło zdrowe i stabilne, sięgające samych podstaw społeczeństwa oraz gospodarki fundamenty trwałego rozwoju. Znacznie trwalsze, zdrowsze i silniejsze niż eksport niewolnej siły roboczej.
Na koniec uwagi dotyczące metod badawczych i sposobu prezentacji ich wyników przez Autora. Otóż wykonał on pracę gigantyczną, sięgając do ogromnej literatury przedmiotu, a także bardzo różnorodnych źródeł (pisanych, materialnych, znalezisk archeologicznych, lingwistycznych itd.) Na jego chwałę należy podkreślić, iż w odróżnieniu od wielu autorów anglosaskich nie ograniczył się do publikacji anglojęzycznych, sięgał po literaturę w wielu innych językach, również tych mniej znanych (grecki, bułgarski, czeski) – często za pośrednictwem oraz z polecenia przyjaciół i współpracowników (o czym rzetelnie wspomina),ale zawsze. W toku wywodów oraz w przypisach pojawiają się również opracowania polskich historyków, archeologów, językoznawców, o poziomie tych prac w kilku miejscach McCormick wyraża się z dużym uznaniem.
Pewnym, i jedynym chyba minusem monografii dla nieobytego Czytelnika może okazać się natomiast język. Jest on trudny, momentami zawiły, typowo akademicki. W trakcie swoich wywodów Autor często wskazuje na fakty, poglądy czy opinie osłabiające jego tezy, czyni to w duchu rzetelności naukowej, ale może to czynić cały tok rozumowania mniej czytelnym. Na szczęście, kończąc poszczególne części i rozdziały dokonuje podsumowań, jasno i precyzyjnie formułując wnioski oraz podkreślając ich nowatorskie elementy. Generalne podsumowanie znajdujemy też na końcu monografii.
Praca nowatorska i godna polecenia.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Elżbieta I. Królowa piratów
Napisana w bardzo przystępny i ciekawy sposób. Szybko wciąga, a dzięki interesującej narracji i przytaczanym cytatom czytelnika nie przytłaczają podawane dane liczbowe.
Szczerze polecam :)
Napisana w bardzo przystępny i ciekawy sposób. Szybko wciąga, a dzięki interesującej narracji i przytaczanym cytatom czytelnika nie przytłaczają podawane dane liczbowe.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSzczerze polecam :)