1.)Jak czytać ten przekład?
2.)Po co czytać przekład tej książki ?
3.)Dla kogo jest ten przekład ?
To subiektywne wrażenia laika, jakby tam to kogoś interesowało, kto jeszcze nie czytał Locus Solus.
Wrażenia osoby nie zaznajomionej należycie z życiem Raymonda Roussela, jego twórczością i przede wszystkim metodą pisarską oraz ideą jakiej ta metoda miała służyć i co z tego wynika. Subiektywne wrażenia na temat tego co właściwie czytamy... Więc:
1.) Jak to czytać ? Przeczytać najpierw wstęp Cezarego Rowińskiego w starszych wydaniach lub posłowie w nowszych. Prawdopodobnie posłowie w nowszych wydaniach jest wstępem w starszych.
Jeśli nie słowo w słowo to i tak wszystkie najważniejsze informacje tam są. Po bardzo ogólnym zapoznaniu się z poglądem pisarza na temat tego jak chce on widzieć swą literaturę oraz z metodami jakie stosował podczas pisania, które z tych poglądów wynikały, nie będziemy się dziwić niczemu w tej książce (niektórzy ponoć się dziwią...) - ani skomplikowanym opisom urządzeń ani fantastycznym i przedziwnym historiom mnóstwa bohaterów- temu, że są na kartach tej opowieści. Wszystkie one jednak nas zadziwią, to pewne.
Mamy też w sieci tekst https://dspace.uni.lodz.pl/bitstream/handle/11089/34192/Raymond_Roussel.pdf?sequence=1&isAllowed=y
Jest dodatkowo książka Bogdana Banasiaka ,,Słońce ekstazy, noc melancholii" na temat Roussela. Gdzieżby tam jednak mając w ręku po raz pierwszy Locus chciałoby mi się czytać Banasiaka, wszystkiego przecież człowiek i tak nie wyczyta......Teraz, po lekturze już mi się chce.
2.) Po co czytać ten przekład ?
- dla mnóstwa przedziwnych i cudownych opowieści z bliższych lub odleglejszych czasów, które pochłoną nas zapewne całkowicie. Opowieści będących częścią każdej z historii, dla których to historii, składających się z dwóch ,,części" opisy urządzeń i instalacji są wstępem, a których to urządzeń szczegółowy opis może czasem nużyć nieco swą drobiazgowością. Bezwzględne jednak poznanie technicznych detali w szczegółach, nie jest jednak warunkiem świetnej zabawy dla polskiego czytelnika.
Gdy zmęczony pracą wyobrazni umysł ma dość, można spokojnie sobie pofolgować przy niektórych technicznych detalach i odpuścić drobiazgowe wizualizacje...
Dlaczego urządzeń technicznych i instalacji? Bo prawdopodobnie tak autorowi wychodziło podczas rygorystycznego stosowania jego metody pisarskiej. Tu jednak nie ma bezładnej pisaniny plączącej się przypadkowo to tu, to tam - w najmniejszym nawet stopniu.
Dlaczego przedziwnych urządzeń i instalacji? Bo prawdopodobnie technika, mechanika, prawidłowości fizyczne, mechaniczne były tym co pasjonowało go dogłębnie i postanowił by były one tu każdorazowo bramą do tego co wydarza się potem. A wszystko co tam istnieje i co się wydarza wynika ponoć z przedziwnej ale całkowicie sprecyzowanej mechaniki metody jego pisania.
Jak pisze we wstępie Cezary Rowiński - metody, która
,, nie ma stanowić o formalnej strukturze utworu, lecz ma jedynie wyzwalać, porządkować inspirację twórczą pisarza; ma ona za zadanie w sposób systematyczny wprowadzić przypadek w obręb twórczości literackiej, opanować go i ograniczyć twórczość wyłącznie do sfery języka. Studiując ten pobieżny opis metody pisarskiej autora Locus Solus można odnieść wrażenie, że cała ta metoda jest jakąś potwornie skomplikowaną łamigłówką językową, niegodną jednak miana twórczości literackiej. Tak by było w istocie, gdyby u Raymonda Roussela metoda ta nie była wyrazem pewnej filozofii języka, nowego sposobu widzenia świata i rozumienia funkcji dzieła literackiego......"
A o technikaliach tejże metody możemy oczywiście poczytać sobie we wstępie do książki oraz w w.w. materiale z sieci.
Zatem cóż zostaje dla nas z tego ,,pańskiego stołu" francuskiego oryginału, który niestety efekt zamierzony przez Roussela jest ponoć w stanie wywołać w pełni tylko u francuskojęzycznych czytelników...jeśli nie jedynie u Francuzów...? Cóż zostaje dla polskiego czytelnika- jeśli motorem, napędzającym raz po raz całą tę machinę fabularną i punktem wyjścia do snucia wciąż od nowa precyzyjnych fantasmagorii, są ,,wyjściowe" nie tłumaczalne w pełni, francuskie homonimy, i konstrukcje z nich czynione, w dodatku niewidoczne w tekście, których echa ponoć klekoczą w projekcji każdej historii z niewidocznych tylnych rzędów...? Co dla polskojęzycznego nie-Francuza z tego zostaje ?
Polskiemu czytelnikowi zostaje min. efekt w postaci nieprawdopodobnie płodnej przestrzeni wydarzeń w której, czytając tekst, osadza się nasza wyobraznia, i jest to naprawdę zajmująca przygoda- oddać się temu bez uprzedzeń.
Poczytawszy parę zdań o tej technice pisania, pomyślałem od razu- jak niesamowitą formę słowną musi mieć oryginał powieści i co za tym idzie, niemożliwy do przetłumaczenia tak, by pojąć całą pracę pisarza...tu jednak autor wstępu studzi żal wynikający z nieznajomości języka francuskiego - ponoć zamysłem Roussela była ,,niedostrzegalność" używania tej metody w pisaniu tegoż tekstu po francusku i polscy czytelnicy mają nie być wiele poszkodowani na skutek niemożliwości obcowania z fikołkami znaczeniowymi używanych słów i zdań będących motorem napędzającym poszczególne opowieści...bo ich w tekście nie ma !
Autor ich potrzebował a czytelnik nie, ba...czytelnik nie powinien nic o nich i w ogóle o ich istnieniu wiedzieć - bo to popsuje mu całą zabawę...
Nie ma więc w oryginalnej wersji dla czytelnika tych homonimów. Są jedynie cienie ich znaczeń pod postacią fabularnych szczegółów, zasnuwające ponoć obszarem swego zasięgu każdą z opowieści dalece, dalece. Tak dalece, że podobno francuskiego czytelnika ma przeszywać dreszcz psychicznej jakiejś emocji czy czego tam..., na skutek wyczuwalnej a trudnej do zdefiniowania, niewidocznej struktury, która sprawia że wszystko tam jest na miejscu i wręcz niezbędne w tych opowieściach...
Więc mamy tu przekład Anny Wolickiej, która tłumaczy z ichniego na nasz coś co się całościowo nie da tłumaczyć. Coś co nie da się przetłumaczyć strukturalnie, z zachowaniem efektu ukrytej, tajemniczej celowości i kompletności wszystkiego co się tam znajduje, z w.w. oczywistego powodu.
Mamy tu coś co da się przetłumaczyć jedynie stylistycznie.
Jesteśmy pozbawieni najsmaczniejszej części tego tortu, cóż więc nam pozostaje?
Pozostaje nam cudownie obłędna opowieść.
Użytkowniczka serwisu - Zember- pisze, że
- ,,Zawiodłam się. Tragiczny przekład, nie da się tego czytać (między innymi dlatego, że Locus solus zwyczajnie nie da się przetłumaczyć) Niestety francuskiego nie znam, dlatego daję mu szansę i wierzę, że oryginał jest powalający."
Może mam minimalne oczekiwania - mi się dało to czytać...
Mi się dało tym zachwycić jeszcze na dodatek...
Pytanie, jak pani owa ocenia przekład skoro nie zna francuskiego...? Odpowiedz pojawia się po chwili - no przecież wzięła i przewertowała jakieś kompetentne zródła. No i dobrze.
A ja jeszcze udałem się dodatkowo po lekturze na półdzienną randkę z robotem AI, który kłamie ciągle i przeokropnie ( nie chcesz płacić to masz pomyje...) Rozmowa z botem na temat języka oryginału w swej strukturalnej formie oraz poproszenie go by napisał nam scenę według metody Roussela z wykorzystaniem polskich homonimów - to następna część zajmującej zabawy dla tych, którzy kończąc lekturę będą mieli jeszcze niedosyt po kontakcie z pięknie przedziwną treścią książki. Niedosyt wynikający z braku kontaktu z tajemnicą, która podobno, gdzieś tam pomrukuje w dalekim tle... Robot bez problemu Wam napisze taki napędzany niewidocznymi polskimi homonimami tekścik i może być to przydatne w wyobrażeniu sobie jak może się czuć Francuz czytający Locus Solus.
Tylko jak robota poprosicie by Wam napisał to mu powiedzcie, żeby Wam od razu nie mówił jakiego homonimu polskiego użył...Dobrze też jest go pouczyć w szczegółach, jaką metodą pisał Roussel bo ten stek algorytmów sobie wykombinował, że do rozpoczęcia każdej historii służył jeden homonim np.
Polecam zabawę. Jeśli jednak nie zgłosicie odpowiednio okrojonego życzenia to dostaniecie ładnie brzmiącą abstrakcję ale z mnóstwem ,,deseczek", sprężynek, wałeczków, zapadek, śrubek, beleczek...jednym słowem prosić : panie! Pisz pan polską lokusową rousseladę z polskich homonimów ale dejże pan spokój z nadmiarem techniki !
Tak sobie myślę, że bez względu na to co się da przetłumaczyć skutecznie a czego nie - to i tak czytelnik dostaje koniec końców przekład pisany przepięknym językiem, co jest następnym plusem.
Po co czytać ten przekład ?- dla pięknego języka, którym pisze Anna Wolicka. Polski Locus Solus to również min. przepiękny, miejscami staroświecki w klimacie język przekładu. Ten przekład jest po prostu ślicznie napisany.
Mamy tam dla przykładu, wielgachny ubijak, taką ,,babę", przemieszczający się w powietrzu od czasu do czasu, precyzyjnie, to tu to tam, nad określoną powierzchnią. Więc obserwujemy sobie ten ,,koczowniczy" aparat, [,,...Trzeba było, aby koczowniczy aparat mógł na swych przystankach w różnych strefach przyszłego dzieła zachować doskonale pionową postawę..."] niestrudzenie pracujący w swych ,,pielgrzymkach" i przemieszczający się nad powierzchnią ziemi by wykonywać ,,tytaniczną pracę" : dzieło stworzenia mozaiki - wykonując ,,pracochłonny siew" - czego?- to się dowiecie z książki...
Aparat, opracowanie pracy którego wymagało ,,iście zastraszających obliczeń" miał być ukończony ,,szarówką dziesiątego dnia.." a kiedy już pracował niestrudzenie, jego ,, kursy następowały nieraz dość szybko jeden po drugim wskutek nieustających harców wiatru..." ... a soczewka umieszczona w aparacie i wprawiająca swym działaniem ,,babę" w ruch- ,,...soczewka nie musiała trudzić się długo, by unieść wędrowną machinę, które pofrunęła z gracją...." Takie tam mamy opisy pracy urządzeń ubrane co jakiś czas w podobne określenia i sformułowania.
Technikalia są wstępem do różnych opowieści z przeszłości a w nich to dopiero się dzieje....opowieści dajmy na ten przykład o ,,siłaczu Vyrlasie hamującym rozpęd potężnego ptaka, który w wyniku zbrodniczej tresury próbuje udusić Aleksandra Wielkiego" czy o ,,Gilbercie na ruinach Baalbeku potrząsającym słynnym nieparzystym sistrum wielkiego poety Missira" czy też o karle Pizzighinim, ,,który schowanym w łóżku nożem robi sobie ukradkiem na ciele kilka nacięć, aby obfitszym się wydał jego doroczny krwawy pot, którego pojawienia wypatruje trzech obserwatorów..."
Kto nie czytał, tego uprasza się o niespodziewanie się niechcianych nonsensów bo ich nie będzie, wszystko tam będzie spójne i celowe. Nawet wskrzeszanie zmarłych...spójne i celowe w szczegółach poszczególnych opowieści.
Posilając się jedynie okruchami z wykwintnego francuskiego obiadu- nie dojdziemy jednak do tego dlaczego akurat takie są historie a nie inne, zarówno w pierwszej i drugiej części każdego z opowiadań.
I w tym miejscu potencjalnie jest pole do pohukiwań, że nonsens, czy co tam..., co niektóre osoby podnoszą głośniej lub ciszej...
Po co czytać ten przekład? - również dla szczegółowych opisów nieprawdopodobnych instalacji, konstrukcji, urządzeń, które to opisy machin oraz niecodziennych scen odbywających się w ich wnętrzach czy w ich otoczeniu mogą stać się przepysznym materiałem twórczym dla osób kochających posługiwać się węglem, ołówkiem czy farbami. To co jest przedstawione w książce czeka na ilustratorów, kto zaś z rozkoszą spędza czas nad szkicownikiem czy płótnem- być może mógłby tu znalezć żyzną glebę dla swych zamiłowań.
Po lekturze pojawiają się dwa żale:
Pierwszy to- co to to się stało, że za ilustrowanie tych niesamowitych urządzeń nie zabrał się Daniel Mróz, ilustrator dzieł min. Lema albo inny znakomity grafik? To strata dla polskiego ilustratorstwa fantastycznego, grafiki i w ogóle plastyki.
Drugi zaś- że nie ma zapisów jakichś starych rozmów z Anną Wolicką, przynajmniej na YT a w pisanej sieci też na wierzchu nie bardzo coś widać...Gdzie jest ta pani ? Obawiam się, że w zaświatach. Ciekawe byłoby posłuchać jej wrażeń tłumaczych...
3.) Dla kogo jest ten przekład ? Dla osób pragnących niespiesznie odkrywać opisywaną tam raz za razem, stale niespodziewaną, zaskakującą i magiczną rzeczywistość i dla tych którym miły jest przepiękny język. Zarówno jedno jak i drugie na najwyższym poziomie.
Po około pięćdziesiątej stronie, nie mogąc się oderwać od tekstu stwierdzicie być może-acha! okej! to już wiem, że do końca tej książki będzie tak samo......i ta świadomość w najmniejszym stopniu nie uczyni następnych i następnych kart Locus Solus mniej atrakcyjnymi. A dalej będzie jednak inaczej bo głębiej i głębiej...
Historie opisane w książce to około 300 stron tekstu. Po przeczytaniu ich może pojawić się myśl, że mogłoby być tych stron nie 300 a 3 tysiące i można by, mając ochotę na niesamowitości, od czasu do czasu podróżować przez te niecodzienne sytuacje krótszymi lub dłuższymi odcinkami...
Dla kogo jest ten przekład? Dla tych którzy otwarci są na nowatorską formę tekstu choć napisane to zostało 110 lat temu.
Po przygodzie z Locus Solus ma się przemożną ochotę na lekturę Literatury na świecie nr. 9-10 2007 w całości poświęconej temu twórcy - tylko gdzie to znalezć? Kto to ma?
OPINIE i DYSKUSJE o książce Malte. Zapiski Maltego Lauridsa Brigge
W ciągu ostatnich kilku miesięcy zmieniłem się, ale nikomu o tym nie powiedziałem. A niby po co miałbym mówić? Jeżeli się zmieniam, to przecie i tak nie pozostanę tym, kim byłem, a skoro jestem czymś innym niż dotąd, wtedy rzecz jasna, że nie mam znajomych. A zatem odkryłem niedawno, że posiadam wnętrze, o którym przedtem nie wiedziałem. Mówię na to świat wewnętrzny. Nie wiem jeszcze dokładnie, co się tam dzieje, ale staram się nie wpuszczać tam byle kogo, byle co. Póki co przyzwalam tam głównie na książki (nie żeby od razu w całości, nie jestem pożeraczem),z których czuję, że mogę coś wynieść. „Malte" wprzódy dopuszczałem cięgiem, słowo po słowie, zdanie po zdaniu. A potem z przestrachem dostrzegłem, że nawet nie w połowie lektury zamknąłem się na tę prozę, że kolejne strony nie mają w sobie prawie nic, co chciałbym przyjąć u siebie. Dlaczego?
Powieść poetycka. Tak, a więc to czytają ludzie, aby powdychać przenośni, myślałbym raczej, że można się tu od nich udusić. Widziałem takie książki. Widziałem pisarzy, którzy napisali kilka utworów w tym guście i stracili rachubę w klepaniu metafor. Dla nich cała rzecz w tym, aby wszystkie sensy były ukryte, niedosłowne, zawoalowane, a dopiero czytelnik wydobywał je na światło dzienne. Rilke nie popełnił tych błędów. To zasadniczo jego jedyna powieść, w niej zawarł summę tego, co miał do powiedzenia, a w swoich zabiegach stylistycznych jest subtelny, tzn. widać, że nie sili się na poetę, tylko faktycznie ma w sobie duszę poetycką. Wszystko, co w tej książce poetyckie, pociąga mnie.
Czy na przykład wiedzieli Państwo, że gdy będziemy szybko zmieniać twarze, to mogą się nam one skończyć przed czterdziestką? Ja nie wiedziałem. Nawet jeśli póki co trudno jeszcze wyobrazić sobie człowieka czterdziestoletniego (Czy istnieje życie po czterdziestce? – coraz częściej zadaję sobie to pytanie),to jednak perspektywa kogoś, kto przez lata chodzi z jedną, zużytą twarzą ma w sobie coś z tragizmu. A zdjąć taką twarz też nie wypada, bo co to za głowa bez twarzy... – To napisałem na kanwie rozważań z początku książki. Całkiem niepoślednie, prawda?
A jednak w którejś chwili powieść siada, zupełnie jak gdyby ktoś jednym dmuchnięciem zgasił świecę. Ja, jako czytelnik, najzwyczajniej w świecie tracę zainteresowanie. Bezpowrotnie. I nie potrafię wyjaśnić czemu. Z tego też powodu proszę nie patrzeć na moją prawie-na-pewno-zbyt-surową ocenę. To tylko cenzurka. Ręczę, że pierwsze kilkadziesiąt stron rzeczywiście wywołało na mnie piorunujące wrażenie, atoli wszystko potem stało się mi tak przykro obojętne. Proszę nie brać tej oceny do siebie, Panie Rilke. Jedyne co mogę powiedzieć, to że nic się nie stało. Nic się nie stało. Czy to pomoże? Nie, Panu chyba nie, Pan jest z tych, którzy utrzymują, że od mówienia tylko się krzywda dzieje... A więc zamilknę.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy zmieniłem się, ale nikomu o tym nie powiedziałem. A niby po co miałbym mówić? Jeżeli się zmieniam, to przecie i tak nie pozostanę tym, kim byłem, a skoro jestem czymś innym niż dotąd, wtedy rzecz jasna, że nie mam znajomych. A zatem odkryłem niedawno, że posiadam wnętrze, o którym przedtem nie wiedziałem. Mówię na to świat wewnętrzny. Nie...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toChyba nie lubię poetyckiej prozy. Chaos mnie przytłoczył i znużył. Nie byłam ciekawa co będzie dalej... Niestety. To jednak wcale nie oznacza, że nie sięgnę po inny utwór tego poety. Bo sięgnę!
Chyba nie lubię poetyckiej prozy. Chaos mnie przytłoczył i znużył. Nie byłam ciekawa co będzie dalej... Niestety. To jednak wcale nie oznacza, że nie sięgnę po inny utwór tego poety. Bo sięgnę!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrawdopodobnie najtrudniejsza z przeczytanych przeze mnie powieści. Wymęczyła mnie. Doceniam geniusz w obracaniu słowem i myślą, jednak niektóre fragmenty niosły myśl tak zagmatwaną, że odpuszczałam zrozumienie i brnęłam dalej. Fragmenty, w których pojawia się zarys fabuły, czytało mi się najprzyjemniej.
Jedno jest dla mnie pewne - teraz już się tak nie pisze powieści.
Prawdopodobnie najtrudniejsza z przeczytanych przeze mnie powieści. Wymęczyła mnie. Doceniam geniusz w obracaniu słowem i myślą, jednak niektóre fragmenty niosły myśl tak zagmatwaną, że odpuszczałam zrozumienie i brnęłam dalej. Fragmenty, w których pojawia się zarys fabuły, czytało mi się najprzyjemniej.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJedno jest dla mnie pewne - teraz już się tak nie pisze powieści.
Czytałam, po zmierzeniu się z jedną trzecią części powieści dopadło mnie zwątpienie, czy na pewno powinnam czytać ją dalej. (Tu uprzedzam - nie żałuję, że postanowiłam ją dokończyć.) Nie jest to lektura, którą czyta się szybko i przyjemnie. Wydaje mi się być raczej należącą do tych, które wymagają odpowiedniego wyciszenia i otwarcia się na emocje, które nawet nie wypływają z samej treści, ale dziwnie nieuchwytne pojawiają się między wierszami. Oprócz uczuciowego przeładowania, które jest zagwarantowane -czasami miałam wrażenie, że wypływający ze stron smutek obejmował mnie fizycznie - można tu znaleźć wiele fragmentów skłaniających do refleksji na temat samotności, śmierci, lęku czy miłości. I jak pięknie te wszystkie pojęcia są rozłożone na pomniejsze ich rodzaje, części, odcienie! Ach, co jeszcze na koniec muszę dodać - czytałam w wydaniu, w którym treść poprzedzona jest wstępem Mieczysława Jastruna, polecam go nie pomijać, bo jest równie piękny jak reszta książki i pomógł mi otworzyć się na tę poetycką prozę.
Czytałam, po zmierzeniu się z jedną trzecią części powieści dopadło mnie zwątpienie, czy na pewno powinnam czytać ją dalej. (Tu uprzedzam - nie żałuję, że postanowiłam ją dokończyć.) Nie jest to lektura, którą czyta się szybko i przyjemnie. Wydaje mi się być raczej należącą do tych, które wymagają odpowiedniego wyciszenia i otwarcia się na emocje, które nawet nie wypływają...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOstatnie zapiski umierającego człowieka. Im bliżej końca, tym coraz ciężej się czyta. Książka bardzo smutna. Przepełniona bólem i cierpieniem, żalem i powątpiewaniem w Boga. Podczas czytania czułam się zamknięta w umyśle Malte/Rilke. W umyśle, który coraz bardziej oddalał się od rzeczywistości. Błądził między wspomnieniami, przeskakiwał z myśli do myśli... Udało się Rilke ująć w słowa i sceny to, jak pracuje umysł. Ale niełatwe to dla czytelnika. Nie żałuję, że to przeczytałam, aczkolwiek ciężko to nazwać przyjemną lekturą.
Ostatnie zapiski umierającego człowieka. Im bliżej końca, tym coraz ciężej się czyta. Książka bardzo smutna. Przepełniona bólem i cierpieniem, żalem i powątpiewaniem w Boga. Podczas czytania czułam się zamknięta w umyśle Malte/Rilke. W umyśle, który coraz bardziej oddalał się od rzeczywistości. Błądził między wspomnieniami, przeskakiwał z myśli do myśli... Udało się Rilke...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka ta przeleciała przeze mnie, dając mi parę razy po uczuciach. Gdybym miała powiedzieć, o czym jest, podsumowałabym ją zdaniem, że jest o życiu. O uczuciach z nim związanych, o emocjach, o przemijania, o wszystkich mniej lub bardziej przyjemnych dla psychiki rzeczach. Po paru godzinach zaczęłam zapominać poszczególne historie, ale pamiętam, co mi towarzyszyło podczas czytania, z czym się zmagałam (po tylu latach od powstania tej książki!). Nie polecam na chandrę, można się dobić jeszcze bardziej. (w przypadku tej konkretnej pozycji nie jestem w stanie wykrztusić z siebie nawet próby analizy, ponieważ podjęte starania nie dały mi nic. Dlatego też dałam się ponieść z prądem. Niezwykłe doświadczenie).
Książka ta przeleciała przeze mnie, dając mi parę razy po uczuciach. Gdybym miała powiedzieć, o czym jest, podsumowałabym ją zdaniem, że jest o życiu. O uczuciach z nim związanych, o emocjach, o przemijania, o wszystkich mniej lub bardziej przyjemnych dla psychiki rzeczach. Po paru godzinach zaczęłam zapominać poszczególne historie, ale pamiętam, co mi towarzyszyło podczas...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Siedzę i czytam poetę” zapisał Malte, ukrywając się w bibliotece, jedynym schronieniu przed obłędem nowoczesnego Paryża. Trudno wyznaczyć granicę dzielącą szaleństwo megalopolis od szaleństwa młodego Duńczyka. Nie potrafi jej określić ani on sam, ani psychiatrzy („lekarz mnie nie zrozumiał, nic a nic”).
Czym jest choroba, która dotyka jego i miasto? Autor nowego przekładu powieści Rilkego diagnozuje ją jako „zanik istotności, najważniejszego czynnika integrującego osobowość”. Tego właśnie czynnika - „Jednego” lekarstwa dla rozproszonego na setki kawałków „ja”- uważnie poszukuje Malte w pisaniu („uczę się patrzeć”) będącym dla niego przeczesywaniem własnego doświadczenia; czytanie, to natomiast zwrócenie się ku innemu. Tak powstają strzępy historii własnej i miejsca, w którym przebywa. W pewnym momencie zapiski się urywają i to jest koniec książki.
Znalazł? A może „w tej chwili zapukało do niego przeznaczenie, aby zająć go sobą tak bardzo, że oddalił się od wszystkich książek, które w końcu nie są jednak życiem”?
W „Maltem” odnajdziemy zarodki większości problemów trawiących nowoczesność, współcześnie osiągających dojrzałość. Jesteśmy dziećmi tej nowoczesności, niezależnie od tego, który prefiks wolimy do niej dodawać – „post” czy też „anty”. Wydana po raz pierwszy sto lat temu powieść nie traci dziś na aktualności, w czym niewątpliwą zasługę ma też nowy przekład Piotra Wiktora Lorkowskiego. Książka, która jakimś sposobem (może zbyt archaiczny język poprzedniego tłumaczenia?) opuściła literacki kanon, jak najszybciej powinna do niego powrócić.
„Siedzę i czytam poetę” zapisał Malte, ukrywając się w bibliotece, jedynym schronieniu przed obłędem nowoczesnego Paryża. Trudno wyznaczyć granicę dzielącą szaleństwo megalopolis od szaleństwa młodego Duńczyka. Nie potrafi jej określić ani on sam, ani psychiatrzy („lekarz mnie nie zrozumiał, nic a nic”).
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzym jest choroba, która dotyka jego i miasto? Autor nowego przekładu...
No tak, Malte... Walka z metaforami i własnym umysłem. Ograniczonym, co by nie było. Książka jest bez dwóch zdań magiczna. Nie lubię poezji, ale lubię poetycką prozę, bo otwiera we mnie jakieś drzwi, które są ciągle niedootwarte. Myślę, że kiedyś tu wrócę, może być, że pod koniec życia.
No tak, Malte... Walka z metaforami i własnym umysłem. Ograniczonym, co by nie było. Książka jest bez dwóch zdań magiczna. Nie lubię poezji, ale lubię poetycką prozę, bo otwiera we mnie jakieś drzwi, które są ciągle niedootwarte. Myślę, że kiedyś tu wrócę, może być, że pod koniec życia.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDla mnie lepsza od Prousta. I to nie tylko dlatego, ze krótsza ;) Esencja wrażliwości, piękny język, celne sformułowania. Nie jestem z natury "poezyjna", czytam głównie prozę, ale Rilke w tej książce uwiódł mnie duchem nostalgii i niespieszności.
Dla mnie lepsza od Prousta. I to nie tylko dlatego, ze krótsza ;) Esencja wrażliwości, piękny język, celne sformułowania. Nie jestem z natury "poezyjna", czytam głównie prozę, ale Rilke w tej książce uwiódł mnie duchem nostalgii i niespieszności.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toorka
orka
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to