rozwińzwiń

Na skraju wielkiego lasu

Okładka książki Na skraju wielkiego lasu autora Leo Vardiashvili, 9788368549089
Okładka książki Na skraju wielkiego lasu
Leo Vardiashvili Wydawnictwo: Marginesy literatura piękna
384 str. 6 godz. 24 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Hard by a Great Forest
Data wydania:
2025-10-22
Data 1. wyd. pol.:
2025-10-22
Liczba stron:
384
Czas czytania
6 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
9788368549089
Tłumacz:
Ewa Borówka
Średnia ocen

7,6 7,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Na skraju wielkiego lasu w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Na skraju wielkiego lasu



książek na półce przeczytane 3772 napisanych opinii 2839

Oceny książki Na skraju wielkiego lasu

Średnia ocen
7,6 / 10
38 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Na skraju wielkiego lasu

avatar
481
472

Na półkach:

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy myśląc o tej pozycji to to, że lektura mi się dłużyła. Z jednej strony poruszona została ważna tematyka wojny, o której słyszało się niewiele z racji dalszej geografii. Z drugiej strony w pozycji tej niby cały czas się coś (zazwyczaj mniejszego niż większego) dzieje, jednak często mało z tego wynikało. Całość jest w dużej mierze retrospekcją i refleksją głównego bohatera. Mam bardzo mieszane uczucia, bo mam poczucie, że w książce tej drzemie potencjał, który nie został należycie wyeksponowany.

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy myśląc o tej pozycji to to, że lektura mi się dłużyła. Z jednej strony poruszona została ważna tematyka wojny, o której słyszało się niewiele z racji dalszej geografii. Z drugiej strony w pozycji tej niby cały czas się coś (zazwyczaj mniejszego niż większego) dzieje, jednak często mało z tego wynikało. Całość jest w dużej mierze...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
818
818

Na półkach:

„Mówią, że do domu nie da się wrócić. A jeśli właśnie się da? Jeśli wręcz się powinno? A co, jeżeli niezależnie od tego, co się zrobi ze swoim życiem, w końcu tak czy inaczej zakończy się tę podróż w miejscu, którego nie chciało się opuścić?”

Nie zawsze robimy to, co byśmy chcieli. Jeśli konieczność zmusza nas do opuszczenia swojego domu, podwórka, dzielnicy, gdzie znamy każdy kąt, miasta i w końcu ojczyzny, robimy to. Zostawiamy za sobą wszystko, co drogie, bliskich, oswojony świat, zapachy i dźwięki, które uszy od razu rozpoznają, wszystkie dobre i złe wspomnienia, niedokończone sprawy i niespłacone długi wdzięczności. Historia jednak lubi zatoczyć krąg, jeśli nie wierzycie, pora na poznanie bohaterów „Na skraju wielkiego lasu”, Irakliego i jego dwóch synów, Sandra i Sabę, którzy z dnia na dzień zostają uchodźcami, w dodatku bez żony i matki, gdyż nie wystarczyło pieniędzy by opłacić jej ucieczkę.

Gruzini w Wielkiej Brytanii. Z dala od kaukaskich szczytów, wina co roku dojrzewającego w zapieczętowanym kwewri, bez słońca i śpiewnej melodii języka…Gdy Związek Radziecki nie tylko słania się, ale rozpada w hukiem na części, siejąc dookoła odłamkami, które rykoszetując zbierają potężne, krwawe żniwo rewolucji, Gruzji obrywa się mocno. Szarpana od środka brutalną wojną domową chwieje się i słabnie, zaś anarchia, strach, obłęd nienawiści uderzają w najsłabszych, zbijając ich z planszy niczym niepotrzebne pionki. Irakli z synami w Londynie, samotna Eka w Tbilisi, tymczasem mijają lata, rok za rokiem. Mężczyźni żyją nadzieją połączenia z Eką, później już tylko wyrzutami sumienia i tęsknotą, te zaś odkładają się, nawarstwiają, rogowacieją i ranią. „Nasz dialekt bezmatkowców nie był wyszukany. Nie wywyższał się i nie miał bogatego słownictwa. Działał na poziomie niższym, głębszym niż same wyrazy ze słownika. Radził sobie tam, gdzie język zawodził”. Wreszcie gnany niepokojem Irakli wraca do Gruzji, by zmierzyć się z widmami przeszłości. Gdy ślad po nim ginie, Sandro rusza tropem ojca, gdy i jego telefon milknie, przychodzi kolej na Sabę. Żaden z chłopców nic sobie nie robi z ostrzeżenia pozostawionego przez ojca: „Zostawiłem tropy nie do usunięcia. Nie idźcie nimi”. Kiedyś, dawno, w innym życiu matka powtarzała im, że każdej bajki, nawet najstraszniejszej, trzeba wysłuchać do końca.

O czym tak naprawdę jest opowieść Leo Vardiashviliego? O kraju i o ludziach, o przeznaczeniu, którego nie sposób zwieść ani ucieczką, ani kryjówką, ani też ukorzeniem się za swoje zaniedbania. To fatum, kismet, które jest cierpliwe, potrafi czekać naprawdę długo. Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że książka jest debiutem, charakteryzuje się ona bowiem wyjątkową dojrzałością nie tylko języka, który wybrzmiewa tutaj w tak wielu zniuansowaniach, na różnych piętrach złożoności, ale i kunsztem narracji, rozpisującej temat, wydawałoby się już tak ograny i powielany, jak uchodźstwo i wojna, na zaskakujących, bardzo zindywidualizowanych, jednocześnie egzystencjalnie jednak wspólnych płaszczyznach, przydających wojnie, tej najeźdźczej i tej bratobójczej, domowej, uniwersalnego rysu nieuchronności i powtarzalności. Ten rodzaj determinizmu zdaje się być z góry narzucony, człowiek zaś poddaje mu się niczym prawom fizyki, co sytuuje go raczej bliżej fatalizmu z greckiej tragedii, kiedy to każdy krok, mający odwrócić złą passę, tylko bardziej ją przybliża.

Stworzyć taki klimat, który przesącza się przez czytelnika niepokojem, trudnym do stłumienia dreszczem, panicznym nasłuchiwaniem, czy wrzeciono, na którym Mojry przędą nić życia nadal się kręci w równym tempie, to sztuka nie lada. Autorowi udało się coś jeszcze bardziej brawurowego – wplecenie w ten krąg śmierci elementów wisielczego humoru oraz akcji rodem z sensacyjnego thrillera. Rysuje się przed nami „gruzińska metoda radzenia sobie z przeciwnościami – głośnym, siarczystym „jebał was pies”. Zbyt wiele przeżyliśmy trudów, żeby dać się zastraszyć. Wiemy, że życie jest ważniejsze od przetrwania”. To ludzie żylaści, twardzi, nie do zdarcia. Przetrwają głód, mróz i tortury, jeśli mają przed sobą cel. Złamać może ich tylko utrata nadziei. Idą więc bez ustanku, kryją się przed ostrzałem, nocują w leśnych parowach, pokonują górskie, niedostępne przełęcze, bo gdzieś tam, przed nimi jest DOM.

„Chodziłem po tym domu i czułem w pokojach słabą woń kulek na mole, przesuwałem palcami po szepczących zasłonach, obserwowałem cienie dębowych liści tańczących na ścianie mojej sypialni”. Wtedy to było we śnie, noc w noc, spacer od pokoju do pokoju, od ściany do ściany, ale gdy jest się w rzeczywistości coraz bliżej ulicy dzieciństwa, stąpa po wyrwach w chodniku, tych samych, co przed laty, przychodzi lęk, bo przecież „czas płynie. Zostały już tylko duchy, stęchłe powietrze i kurz na meblach”, o ile dom w ogóle jeszcze stoi. Duchy zaś towarzyszą naszym bohaterom na każdym kroku. Można pozostawić za sobą przedmioty, krajobrazy, jednak ludzi zabiera się w sercu, tam też znajdują schronienie i żyją mimo wszystko, wbrew prawom natury i zdrowemu rozsądkowi, na przekór im. Póki nie rozliczymy się z przeszłością, póki nie zrobimy uczciwego rachunku sumienia, by nasze błędy zostały nam wybaczone, i byśmy sami sobie zdołali je wybaczyć, duchy z nami zostaną, komentując rzeczywistość i wtrącając się, wpływając na nasze wybory, niczym zamienione w kamienie u szyi wyrzuty sumienia. „Z tego świata nie da się wyjść”, a przynajmniej nie będzie to łatwe.

Bohaterowie powieści są zarazem silni i słabi, stają wobec alternatyw, z których każda jest pułapką, a gdy już ich wciągnie, nie puści, póki się nie wykrwawią. Jest w nich jednak jasna iskra – poświęcenie. Jeśli już powezmą plan, nie ustąpią. Każdy z nich coś zgubił, bez czego została go ledwie połowa, albo i mniej. Zmuszony jest więc wędrować w poszukiwaniu pełni, nawet gdyby miało go to zabić. Jest jeszcze lojalność, czysta, przedwieczna, niemal święta. Wyczuwasz ją u przypadkowo spotkanych ludzi, stają się twoimi towarzyszami w drodze, bo coś im mówi, że tak trzeba, bo woda u stóp kaukaskiego monolitu jest czerwona, bo „mówią, że do tej rzeki krwawią góry” krwią gruzińską, osetyńską, abchaską. Po każdej z tych nacji pozostały jakieś spalone domy i straumatyzowane sieroty. Wsie gruzińskie, osetyńskie, abchaskie… na pytanie „Ale w czym tkwi różnica?” wybrzmiewa prosta odpowiedź: „Wyłącznie w nazwie”.

„Tbilisi to miasto, które najeżdżano, zrównywano z ziemią i wznoszono na nowo ponad trzydzieści razy. Na przestrzeni wieków nieobliczalni władcy wszelkiej maści mocarstw – imperium osmańskiego, Cesarstwa Bizantyjskiego, Związku Radzieckiego – robili z miastem, co chcieli”. Teraz także przetoczyła się tam fala okrucieństwa w wyścigu po zwycięstwo. Jego piękno, zabytkowe stiuki kamieniczek, zielone trawniki skwerów, do niedawna nie mający sobie równych, malowniczy drzewostan ogrodu botanicznego, kręte uliczki Sololaki, pnące się wyżej i wyżej, niemal poziomo pod samo niebo… wszystko to zostało skażone, zbezczeszczone i porzucone. „Chorobliwe, podobne do żylaków rysy infekują ściany. Delikatne balkony krwawią fartuchami rdzy na mury”, po ulicach zaś, między zakrwawionymi, ogryzionymi częściowo ludzkimi szczątkami biegają uwolnione z zoo przez powódź hieny, wilki i lisy, olbrzymi hipopotam toczy się autostradą, a pomiędzy drzewami czai się Artiom – tygrys bengalski. Lecz to nie one najbardziej przerażają. Są jedynie symbolem innego kataklizmu, o wiele straszliwszych bestii, jakimi są ludzie, chłopcy celujący z karabinów do dzieci, jakimi sami niedawno jeszcze byli, mężczyźni, ojcowie, którym ręka nawet nie drgnie na spuście. Ludzie zabijają ludzi. Osetyńcy, Gruzini, Rosjanie, Abchazi – wszyscy oni są ludźmi. Skojarzenia z toczącą się wojną w Ukrainie nasuwają się same, a także z innymi wojnami, które miały miejsce lub ciągle trwają. Ten sam mechanizm, te same lęki i tęsknoty, tak samo silnie przeżywana strata. Naprzeciwko siebie. Przeciwko sobie. W podobnym tonie rozpisał Serhij Żadan swój „Internat” – jako niezrozumiałą, przetaczającą się z łoskotem apokalipsę, zmiatającą ślady dawnego świata, pozostawiając w to miejsce wielką niewiadomą.

Ta historia nie bierze jeńców, porwany nią czytelnik daje się nieść emocjom, chłonąc wszystko rozgorączkowanym wzrokiem. Brak czasu na oddech, to lawina. Jej przesłanie, mimo całego okrucieństwa, jest głęboko humanistyczne, choć w najmniejszym stopniu nie idealizuje ani człowieka, ani jego rękoma zbudowanego świata, który teraz własnoręcznie rujnuje. Mocno angażuje czytelnika nie tylko w jednostkowe losy, ale w całość procesu destrukcji, rozpoczętego w zamierzchłej przeszłości i zdającego się nie mieć końca, odnawiającego się na zasadzie samozapłonu, siejącego zniszczenie nie tylko w elewacjach budynków i pośród idyllicznej niegdyś przyrody, ale przede wszystkim w ludzkich sercach i umysłach, wszczepiając w nie wirusa nienawiści, zemsty, żądzy krwi.

Krople humoru, drwiny, sarkazmu, zręcznie domieszane do tego kielicha goryczy, są antidotum, które pozwala ludziom mimo wszystko dalej żyć, budzić się każdego, równie beznadziejnego ranka. Popite kwaśnym winem lub palącym krtań bimbrem, zmieszane ze łzami i nocnymi koszmarami, zmuszają nogi do posłusznych kroków, oczy do patrzenia na obrazy, które chciałoby się natychmiast odpamiętać. Jednak kto wie, może akurat tuż, za najbliższym zakrętem, natkniemy się na zagubioną, małą dziewczynkę lub inną sytuację, która znowu nada życiu sens.
Za egzemplarz książki dziękuję: https://sztukater.pl/

„Mówią, że do domu nie da się wrócić. A jeśli właśnie się da? Jeśli wręcz się powinno? A co, jeżeli niezależnie od tego, co się zrobi ze swoim życiem, w końcu tak czy inaczej zakończy się tę podróż w miejscu, którego nie chciało się opuścić?”

Nie zawsze robimy to, co byśmy chcieli. Jeśli konieczność zmusza nas do opuszczenia swojego domu, podwórka, dzielnicy, gdzie znamy...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1062
811

Na półkach:

„Na skraju wielkiego lasu” – Leo Vardiashviliego to przejmująca, a zarazem subtelna powieść o powrocie – do kraju, pamięci i rodzinnych ran. Autor śledzi losy gruzińskiej rodziny rozproszonej przez wojnę i emigrację, skupiając się na synu, który wraca do Tbilisi, by odnaleźć zaginionego ojca. To, co mogłoby być prostą fabułą detektywistyczną, Vardiashvili zamienia w gęstą opowieść o traumie, winie i dziedziczonym bólu.

Siłą książki jest język: oszczędny, a jednocześnie poetycki, balansujący między realizmem a baśniowym mitem. Miasto staje się labiryntem pamięci, a przeszłość – żywą siłą, z którą trzeba się skonfrontować. To także książka o tożsamości człowieka rozdartego między językami i krajami, który nigdzie nie czuje się do końca u siebie. Autor z wyczuciem pokazuje, jak emigracja „wypacza” rodzinne relacje i pamięć, a powrót nigdy nie jest powrotem do tego samego miejsca. To debiut dojrzały i poruszający, a książka zostaje w czytelniku długo po lekturze – raczej jako echo niż jednoznaczna odpowiedź.

„Na skraju wielkiego lasu” – Leo Vardiashviliego to przejmująca, a zarazem subtelna powieść o powrocie – do kraju, pamięci i rodzinnych ran. Autor śledzi losy gruzińskiej rodziny rozproszonej przez wojnę i emigrację, skupiając się na synu, który wraca do Tbilisi, by odnaleźć zaginionego ojca. To, co mogłoby być prostą fabułą detektywistyczną, Vardiashvili zamienia w gęstą...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

239 użytkowników ma tytuł Na skraju wielkiego lasu na półkach głównych
  • 196
  • 40
  • 3
27 użytkowników ma tytuł Na skraju wielkiego lasu na półkach dodatkowych
  • 13
  • 4
  • 4
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1

Czytelnicy tej książki przeczytali również

22 długości Caroline Wahl
22 długości
Caroline Wahl
Tilda i Ida, bohaterki debiutanckiej powieści Caroline Wahl „22 długości" , nie miały łatwego dzieciństwa. Tilda miała siedem lat, kiedy od niej i mamy odszedł ojciec i to był moment, w którym dziewczynka tak naprawdę straciła oboje rodziców. Mama zaczęła pić, w jej życiu pojawili się różni mężczyźni, a w końcu też młodsza siostra – Ida. Jej pojawienie się nie poprawiło sytuacji w domu. Tilda weszła więc w rolę mamy dla Idy i opiekunki dla matki. Mimo wszystko radziła sobie dobrze: pracowała w sklepie, skończyła szkołę, odnalazł swoje spokojne miejsce – miejski basen, zaczęła studia z matematyki. I na nich idzie jej tak dobrze, że dostaje propozycję przeniesienia się do Berlina i zrobienia tam doktoratu. To dla niej wielka szansa, ale równocześnie zdaje sobie sprawę, że będzie musiała zostawić w domu 11-letnią Idę. W jej życiu pojawia się również Wiktor, którzy przypomina jej dawne życie. I przyznam, że wątek z Wiktorem najmniej mi się spodobał. Oczywiście wnosił sporo do historii i ją mocno rozwinął, ale był trochę podkoloryzowany i odklejony od rzeczywistości. Dialogi również są tutaj specyficzne, momentami wyglądają, jakby były wyciągnięte z filmowego scenariusza. Mimo tych zastrzeżeń książkę czytało się bardzo dobrze – to jedna z tych opowieści, które "połkniecie" w ciągu jednego popołudnia. Mocno kibicowałam dziewczynom, choć wiadomo było, że na końcu któraś będzie cierpieć – albo Tilda będzie musiała zrezygnować z naukowej kariery, albo Ida zostanie sama z matką-alkoholiczką. Bardzo się cieszę, że z lekturą chwilę poczekałam, bo dzięki temu od razu po skończeniu „22 długości” mogłam sięgnąć po kontynuację, czyli „17 w skali Beauforta” – recenzja już niedługo się pojawi, ale zdradzę wam, że jest lepsza od pierwszej części opowieści. Więcej recenzji na profilu https://www.instagram.com/sczytalim/
Ania - awatar Ania
oceniła na82 dni temu
Takie urywki Bianca Bellová
Takie urywki
Bianca Bellová
Nie jestem pewien, czy „Takie urywki” to po prostu kolejna książka na waszej półce. Czytając ją, odnosiłem wrażenie, że to trochę taki literacki odpowiednik sytuacji, w której ktoś w autobusie zaczyna mówić coś bardzo osobistego, po czym wysiada trzy przystanki później, zostawiając cię z niedokończoną historią. Bianca Bellová najwyraźniej uznała, że fabuła jest przereklamowana, a sens najlepiej działa w dawkach homeopatycznych. I konsekwentnie trzyma się tej decyzji. Mamy tu zbiór osiemnastu tekstów, które robią dokładnie to, czego nie wypada robić w porządnej narracji. Co mam tu na myśli? Ano to, że wchodzą w środek i wychodzą bez pożegnania. Nie ma tu klasycznej fabuły, bo Bellová nie opowiada historii. Ona je podsłuchuje. Albo raczej stoi obok, notuje kilka szczegółów, a resztę zostawia w powietrzu. Jakby chciała powiedzieć – dalszy ciąg czytelniku dopowiesz sobie sam. Bohaterowie pojawiają się na moment i znikają. Syn, który przez całe życie potrzebuje jednego spojrzenia ojca i dostaje je w najgorszym możliwym momencie. Dziadek próbujący ogarnąć czternastoletniego wnuka z depresją, nie bardzo wiedząc, czy lepiej milczeć, czy mówić cokolwiek. Dziewczyna, która reanimuje topielicę, choć od początku wiadomo, że to nic nie da. Profesor w pociągu, który zapomina walizki i przy okazji przypomina sobie największą życiową zdradę. Żadnych fajerwerków. Same drobiazgi. Małe momenty, które w normalnym życiu uznalibyśmy za nieistotne. To właśnie one u Bellovej nagle zaczynają ważyć. Autorka „Jeziora” ma ten talent (albo tę bezczelność),żeby brać sytuacje absolutnie zwyczajne i nie robić z nimi nic wartego wzmiankowania. Nie podkręca emocji, nie tłumaczy, nie moralizuje. Zostawia bohaterów dokładnie tam, gdzie są. Czasami w niezręczności, innym razem w napięciu, praktycznie zawsze w niedopowiedzeniu. I w mojej opinii ta metoda działa naprawdę dobrze. Życie przecież rzadko daje puenty. Jest w tych tekstach sporo mroku, ale dla mnie na pierwszy plan wysuwa się humor. Nie taki wiecie, że boki zrywać, ale czarny, suchy, czasem absurdalny. Za wzorowy przykład niech uchodzi randka z Tindera, która kończy się wizytą policji. Brzmi jak żart, dopóki nie przestaje nim być. Opowiadanie o ćmie balansuje gdzieś między kafkowskim niepokojem a zwyczajnym ludzkim strachem przed tym, czego nie potrafimy nazwać. Śmiejesz się krótko, po czym orientujesz się, że ten mechanizm był raczej odruchem obronnym. Autorka interesuje się relacjami, ale bez sentymentalizmu. Rodzina nie jest tu ani bezpiecznym azylem, ani wyłącznie źródłem traumy. To raczej pole napięć, które nie znikają wraz z wiekiem. Więzi trwają nawet wtedy, gdy są zerwane. A może zwłaszcza wtedy. Język Bellovej jest lapidarny, precyzyjny, wyczyszczony z ozdobników. Każde zdanie zdaje się ważyć dokładnie tyle, ile trzeba. Ani grama więcej. Autorka ufa pauzie, zawieszeniu, ciszy między akapitami. Styl dopasowuje się do bohaterów, ich sposobu myślenia, ich ograniczeń. Mimo wielości postaci i sytuacji, zbiór układa się w spójną opowieść o ludzkim doświadczeniu. To nie jest książka, w której cokolwiek się rozwiązuje. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych historii kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym coś zaczyna uwierać. Bellová najwyraźniej lubi zostawiać bohaterów i czytelników w zawieszeniu. Zresztą nie powinno to dziwić osoby znające jej poprzednie powieści. „Takie urywki” najlepiej działają wtedy, gdy czyta się je powoli. Po jednym. Z przerwą. Z chwilą ciszy po tekście. Czytane ciurkiem potrafią się zlewać w jeden nastrój. Trochę melancholijny, lekko duszny, nie do końca komfortowy. Nie wszystko z tego zbioru zostanie ze mną na długo. Zresztą Bellová chyba wcale tego nie chce. Zostaną obrazy, zdania, jakieś drobne uczucia, które wrócą znienacka przy myciu naczyń albo w tramwaju. Jak te rozmowy z autobusu, których nigdy nie powinniśmy byli słyszeć, a jednak słyszeliśmy. To literatura z tej samej półki co „Manchester by the Sea”. Nikt nie krzyczy. Nikt nie wygrywa. Każdy robi, co potrafi. Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2026/01/recenzja-takie-urywki-bianca-bellova.html
Melancholia codzienności - awatar Melancholia codzienności
ocenił na72 miesiące temu
Którędy do wyjścia? Katarzyna Boni
Którędy do wyjścia?
Katarzyna Boni
Czy zdajemy sobię sprawę z tego,że kiedy pijemy wodę ,pijemy kosmos? A lodowce odkrywane są całunami ? Czy wyobrażamy sobie świat po zmianach klimatycznych za kilkanaście,kilkadziesiąt lat ? Książka " Którędy do wyjścia ?" jest wyrazem wrażliwości, uważności na sprawy klimatu,przyrody. Także dziesięcioletnią pracą naukową, (emocjonalną) nad kwestią zmian klimatu i kryzysami. Autorka przybliża nam kwestię żałoby po odchodzącym powoli świecie ( każdego dnia giną bezpowrotnie kolejne gatunki roślin,zwierząt ) i przekonuje,że " ...doświadczamy straty tylko w takim stopniu, w jakim doświadczaliśmy połączenia z tym , co utracone ". Pani Katarzyna Boni pokazuje jak naprawdę wygląda kryzys ,którego wszyscy doświadczamy i którego jesteśmy sprawcami. Książka porusza problem poczucia winy ,rozdźwięku między poczuciem straty a pędem codziennego życia. Znajdziemy tutaj informacje o zagrożonych gatunkach ,o wyprawie do krainy lodowców, o historii rozwoju technologii, o historii Smeerenburga, o sposobach naukowców na odtworzenie wymarłych gatunków zwierząt ,o Banku Nasion,o Bibliotece Końca Świata,gdzie za pięćset euro można oddać do depozytu własne wspomnienia ..o badaniach geologicznych ( plastikowe gwoździe !),o próbach stworzenia samodzielnego ekosystemu na ziemi etc. Żałoba osobista po dziadkach splata się z żałobą po świecie przyrody. A nieprzewidywalność życia ( zmienione plany osobiste ,pandemia ) wymagają od człowieka odwagi ,żeby każdą żałobę przeżywać i doświadczać życia we wszystkich jego aspektach. " Przestań jęczeć,zacznij tańczyć". I co zostaje ? Tam gdzie jest strach przed utratą, skrywa się przecież miłość do tego świata . ....pieczenie bułeczek z Maciupkiem ,obserwowanie ślimaków ,opiekowanie się roślinami ,dotyk futra psa ,kota,zapach ziemi po deszczu, sadzenie roślin..,świadome życie. Dobre to było .
Vera - awatar Vera
oceniła na816 dni temu
Kiedy żurawie odlatują na południe Lisa Ridzén
Kiedy żurawie odlatują na południe
Lisa Ridzén
Słuchając opinii i głównie zachwytów wiedziałam, że jest to książka o starości i o zabraniu starszemu mężczyźnie jego ukochanego psa. Głównie mówi się o tej perspektywie. Owszem ciężko czyta się o tym, że trudnosci w samodzielnym funkcjonowaniu, decydowaniu o sobie, ograniczenia fizyczne, poznawcze stanowią dużą część starszego życia. Owszem bardzo czułam przywiązanie do psa i pustkę jaką mógł czuć bohater. Ale też myślałam o tej drugiej stronie, o synu, który ciężko pracuje, który ma za sobą swoje osobiste dramaty, który swoją ukochaną mamę ma w domu opieki, tu ojca - który ciężko tą swoją starość przeżywa (a w sumie to: ma opiekę- I te osoby opiekujące wydają się być miłe i pomocne, syna i wnuczkę którzy go odwiedzają, przyjaciela z którym rozmawia,a czasem zachowuje się tak jakby myślał tylko o sobie). Syn ma swoje problemy jak każdy i nie wydaje mi się dziwna jego komunikacja z ojcem, który nie był zbyt przystępnym i czułym rodzicem. Co do jego ukochanego psa to po pierwsze nie pojawiła się ani jedna myśl w Bo: czy ja naprawdę mogę się nim zaopiekować? Ani jedna wątpliwość czego potrzebuje ta druga strona, po drugie nie rozumiem tego problemu psa: wystarczyło by może ogłoszenie typu: " szukam kogoś do wyprowadzania psa dwa razy dziennie na długie spacery"? Pies syty i owca cała. Ogólnie rzecz ujmując jakoś nie poczułam tej książki tak do końca.
forgetmenot - awatar forgetmenot
ocenił na62 dni temu

Cytaty z książki Na skraju wielkiego lasu

Więcej
Leo Vardiashvili Na skraju wielkiego lasu Zobacz więcej
Leo Vardiashvili Na skraju wielkiego lasu Zobacz więcej
Leo Vardiashvili Na skraju wielkiego lasu Zobacz więcej
Więcej