Wojny demonów

Okładka książki Wojny demonów autora Peach Momoko, 9788328175211
Okładka książki Wojny demonów
Peach Momoko Wydawnictwo: Story House Egmont Seria: Marvel Classic komiksy
152 str. 2 godz. 32 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Seria:
Marvel Classic
Data wydania:
2025-10-15
Data 1. wyd. pol.:
2025-10-15
Liczba stron:
152
Czas czytania
2 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328175211
Tłumacz:
Maciej Błahuszewski
Średnia ocen

6,7 6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wojny demonów w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wojny demonów

Średnia ocen
6,7 / 10
12 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Wojny demonów

avatar
4176
2164

Na półkach: ,

„Wojny demonów” to album dość wyjątkowy. Nie jakościowo, przynajmniej nie jeśli patrzeć na niego przez pryzmat dokonań komiksowych artystów z kraju kwitnącej wiśni, jednak w Marvelu stanowi pewien powiew świeżości, który szatą graficzną i pięknym polskim wydaniem robi spore wrażenie. Choć – i to na uwadze mieć trzeba – są w temacie o wiele lepsze dzieła, szczególnie te stworzone przez mangaków.

Kolejna opowieść z Momokowersum – baśniowego alternatywnego świata Marvela inspirowanego japońskim folklorem!
Odkąd Mariko Yashida odkryła mroczny sekret swojej rodziny, nawiedzają ją dziwne sny i jeszcze dziwniejsze stwory. Ich ślady prowadzą do Ikai – tajemniczego świata duchów yōkai. To kraina pełna cudów: ożywionych samurajskich pancerzy, czarnych panter o dwóch ogonach i psotnych cyklopów, które zmieniły swoje łzy w broń. Ostatnio jednak w Ikai nie dzieje się dobrze. Duchy podzieliły się na stronnictwa Żelaznego Samuraja i Tarczy Sprawiedliwości, a toczona przez nie wojna domowa może zniszczyć nie tylko świat yōkai, lecz także ten zamieszkany przez ludzi. Czy Mariko zdoła położyć kres tej bratobójczej walce? Czy ukoi potężnego ducha, który poprzysiągł utopić świat w szkarłacie? Ducha pełnego bólu i gniewu, który Mariko zna aż za dobrze…
Autorką tej opowieści, będącej jednym z najciekawszych eksperymentów Marvela ostatnich lat, jest japońska artystka Peach Momoko. Specjalny powiększony format komiksu pozwala w pełni docenić delikatne akwarelowe ilustracje, z których słynie.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Demon Wars: The Iron Samurai”, „Demon Wars: Shield of Justice”, „Demon Wars: Down in Flames” i „Demon Wars: Scarlet Sin”, a następnie zebrane w albumie „Demon Wars Treasury Edition”.

Marvel i mangi to temat długi i szeroki. Marvel i komiksy mangami inspirowane jeszcze dłuższy. A najsłynniej tego przykładem, choć nie jedynym, był zainicjowany w roku 2003 Marvel imprint „Tsunami”. Czym był? Skierowaną do dzieci i młodzieży, a inspirowaną mangą linią wydawniczą, w ramach której wydano zaledwie dziesięć tytułów (istniał tylko dwa lata). Różne tam rzeczy były, jak „Wolverine: Snikt!” w wykonaniu jednego z najlepszych mangaków, który jednak Marvela nie poczuł. I on chyba jest najlepszym odbiciem tego, co dzieje się i w „Wojnach demonów”.

Bo opowieść Peach Momoko to fajna rzecz i powiew świeżości, jednak odnosi się wrażeni, że marvelowskie ramy ograniczają autorkę i nie może w pełni rozwinąć skrzydeł. Z drugiej strony jednak gdyby to nie był Marvel, jej opowieść nie byłaby niczym szczególnym, bo w świecie mang nie brakuje opowieści mocno osadzonych w folklorze i demonologii - i to nie brakuje opowieści lepszych, chociaż, co trzeba oddać Momoko, nie kolorowych. To trochę tak, jak z „Usagim Yojimbo” czy „Sandmanem: Sennymi łowcami” – oba tytuły fajne, ale bardziej poprzez zderzenie z faktem ich niecodziennego wykonania od większości amerykańskiego rynku, niż prawdziwej wybitności.

Oczywiście nie zmienia to faktu, że „Wojny demonów” to komiks dobry, sympatyczny, lekki i przyjemnie wchodzący w tematykę. Jest tu Marvel, jest puszczanie oka i odniesienia są też, jest demonologia i folklor azjatycki, przede wszystkim jednak jest szata graficzna. Fabularnie to rzecz niezłą, graficznie zachwycająca i właśnie dlatego warto ją poznać. Pięknie jest to rysowane i malowane, wygląda jak dobry artbook, jakich w obecnych czasach jakby coraz mniej, jakby brakowało… No i jeszcze to wydanie, które pozwala w pełni cieszyć oczy grafikami. I właśnie dla tych grafik, ilustracji, pięknej roboty, pełnej zwiewności, delikatności i uroku, polecam gorąco.

https://krotkoacztresciwie.blogspot.com/2025/11/wojny-demonow-peach-momoko.html

„Wojny demonów” to album dość wyjątkowy. Nie jakościowo, przynajmniej nie jeśli patrzeć na niego przez pryzmat dokonań komiksowych artystów z kraju kwitnącej wiśni, jednak w Marvelu stanowi pewien powiew świeżości, który szatą graficzną i pięknym polskim wydaniem robi spore wrażenie. Choć – i to na uwadze mieć trzeba – są w temacie o wiele lepsze dzieła, szczególnie te...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
253
253

Na półkach:

„Wojny demonów” to kolejna powieść z Momokowersum autorstwa Peach Momoko. Wracamy do świata japońskich duchów i głównej bohaterki Mariko. Od kiedy dziewczyna odkryła że jej rodzina związana jest z duchami oni, spokoju nie dają jej niepokojące sny. Wszystkie tropy prowadzą do tajemniczego świata duchów yōkai – Ikai. Choć to kraina w której zazwyczaj dzieją się cuda, od jakiegoś czasu jej spokój jest zakłócany. Toczy się w niej wojna domowa - mieszkańcy podzielili się na strony Żelaznego Samuraja i Tarczy Sprawiedliwości.
Kiedy Mariko w końcu dostaje się do tej krainy, okazuje się, że to właśnie ona może zakończyć konflikt. Aby to zrobić, wystarczy ukoić potężnego ducha pełnego bólu i gniewu, którego dziewczyna bardzo dobrze zna…
Podobnie jak w „Dniach demonów” bardzo doceniam japoński folklor, który się w opowieści pojawia, a także krótkie informacje o japońskich duchach. Ponownie bardzo podobała mi się kreska łącząca dobrze znane nam komiksy o superbohaterach z mangą. Do fabuły wkradło się tu jednak sporo chaosu i parę razy musiałam cofnąć się o kilka stron, żeby zorientować się w akcji.
Jeśli znacie lepiej Marvelowskie uniwersum, to pewnie znajdziecie w zebranych w albumie zeszytach sporo odniesień to klasycznych komiksów… Ja nie znam prawie wcale, więc czasem coś mi świtało, że gdzieś coś podobnego widziałam, ale gdzie konkretnie, nie potrafiłam odpowiedzieć 😅
Jeśli kontynuacja tej historii się ukaże, to z wielką przyjemnością po nią sięgnę, ale na inne opowieści ze świata Marvela chyba nie czuję się jeszcze gotowa 😉


Więcej recenzji na profilu https://www.instagram.com/sczytalim/

„Wojny demonów” to kolejna powieść z Momokowersum autorstwa Peach Momoko. Wracamy do świata japońskich duchów i głównej bohaterki Mariko. Od kiedy dziewczyna odkryła że jej rodzina związana jest z duchami oni, spokoju nie dają jej niepokojące sny. Wszystkie tropy prowadzą do tajemniczego świata duchów yōkai – Ikai. Choć to kraina w której zazwyczaj dzieją się cuda, od...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
419
74

Na półkach: ,

Pierwsza myśl po przeczytaniu - będzie kolejny tom?
Mi bardzo się spodobało. Elementy humorystyczne (wchodzę cały na biało mnie rozwaliło),kreska, historia. Ale z przyjaznym pająkiem z sąsiedztwa to sobie nie radzę;)))

Pierwsza myśl po przeczytaniu - będzie kolejny tom?
Mi bardzo się spodobało. Elementy humorystyczne (wchodzę cały na biało mnie rozwaliło),kreska, historia. Ale z przyjaznym pająkiem z sąsiedztwa to sobie nie radzę;)))

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

21 użytkowników ma tytuł Wojny demonów na półkach głównych
  • 14
  • 7
12 użytkowników ma tytuł Wojny demonów na półkach dodatkowych
  • 4
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Star Wars: Darth Vader. Czerń, biel i czerwień Jason Aaron, Marc Bernardin, Marika Cresta, Paul Davidson, Danny Earls, Torunn Gronbekk, Klaus Janson, Daniel Warren Johnson, Leonard Kirk, Peach Momoko, Steve Orlando, David Pepose, Stefano Raffaele, Frank Tieri, Alessandro Vitti, Victoria Ying
Ocena 6,9
Star Wars: Darth Vader. Czerń, biel i czerwień Jason Aaron, Marc Bernardin, Marika Cresta, Paul Davidson, Danny Earls, Torunn Gronbekk, Klaus Janson, Daniel Warren Johnson, Leonard Kirk, Peach Momoko, Steve Orlando, David Pepose, Stefano Raffaele, Frank Tieri, Alessandro Vitti, Victoria Ying
Okładka książki Demon Days: Mariko #1 Zack Davisson, Peach Momoko
Ocena 7,0
Demon Days: Mariko #1 Zack Davisson, Peach Momoko

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Mroczni Rycerze ze Stali. Wojna Trzech Królestw Tom Taylor
Mroczni Rycerze ze Stali. Wojna Trzech Królestw
Tom Taylor Yasmine Putri
Atrakcyjność komiksów zaliczanych do elseworldów zasadza się przede wszystkim na odmienności od klasycznych historii superbohaterskich. Autorzy nadal opowiadają na ich łamach o postaciach, które czytelnicy kochają, ale wrzucają je w nowe, zazwyczaj niecodzienne okoliczności. Jest to najczęściej na tyle interesujące, że rzadko potrzeba czegoś więcej, by tego typu album zebrał dobre opinie. Czy tak właśnie rzecz ma się z „Mrocznymi Rycerzami ze stali”? Superman, Batman, Wonder Woman to ikony superbohaterskiego komiksu. Kojarzymy ich przede wszystkim z wielkomiejską scenerią i technologią. A co, gdyby herosi objawili się w zupełnie innym otoczeniu i czasie? Czy mieliby równie duży wpływ na świat? Bohaterowie „Mrocznych Rycerzy ze stali” to te same postaci, które doskonale znamy, jednak Tom Taylor przekształcił zarówno ich wizerunek, jak i całą opowieść na wzór historii fantasy ulokowanej w quasiśredniowiecznym anturażu. Nie wydaje się to szczególnie oryginalne, bo manewr jest w gruncie rzeczy bardzo prosty. Można odnieść wrażenie, że podczas tworzenia konceptu ktoś powiedział: „Hej, wrzućmy znane postaci w inne otoczenie i sprawdźmy co się stanie!”. Oryginalność nie jest jednak elementem, który cechuje nurt superbohaterski, istotniejsze jest to, czy wszystko działa na płaszczyźnie samej opowieści. A tu odpowiedź jest, na szczęście, twierdząca. Autor w kreatywny sposób podchodzi do protagonistów. W tym celu manipuluje ich originami, zmieniając przeszłość właściwie każdego z nich i dodając do niej elementy redefiniujące ich osobowość. W efekcie nikt nie jest do końca taki, jakim znamy go z regularnych cykli. Czy to dobry manewr? W mojej opinii tak, a to z tego względu, że zachowując najgłębsze, najbardziej ikoniczne cechy charakteru danego bohatera, Taylor subtelnie modyfikuje wizerunek każdego z nich, a to nadaje postaciom nowych odcieni. To cenna rzecz i lekki, absolutnie niepretendujący do miana rewolucyjnego powiew świeżości. Dobrym wyborem było przekształcenie świata przedstawionego, opartego na lubianych superbohaterach, w przestrzeń wypełnioną politycznymi knowaniami, różnego rodzaju napięciami i wszechobecnymi sekretami. Akcja toczy się kilkutorowo (sprawne łączenie wątków w głowie czytającego wymaga skupienia),a my mamy okazję zajrzeć za kulisy każdego z królestw biorących udział w konflikcie i dobrze poznać mechanizmy władzy a także genezę napięcia i zależności zarówno między jednostkami, jak i państwami. To interesujący obraz, który warto docenić zwłaszcza w kontekście tego, że na co dzień Uniwersum DC nie oferuje zbyt wielu opowieści w tym klimacie. Pod względem wizualnym album wypada dobrze. Rysowników jest kilkoro, ale pierwsze skrzypce gra Yasmine Putri. Pochodząca z Indonezji artystka tworzy kadry przejrzyste i nowoczesne, które są przede wszystkim po prostu ładne. Momentami mogą sprawiać wrażenie nieco zbyt sterylnych, ale nie jest to mankament, który jakoś znacząco obniżałby ocenę tego elementu albumu. „Mroczni Rycerze ze stali” jawią się jako rzetelnie zrealizowany elseworld, czerpiący z uznanych wzorców w sposób sprawny i fachowy. To komiks oferujący rozrywkę na poziomie, który z pewnością usatysfakcjonuje wielu fanów superhero. Przy lekturze trzeba mieć, rzecz jasna, świadomość, że nie jest to żaden kamień milowy, ale też chyba nikt czegoś takiego nie oczekiwał. Ostatecznie lektura przynosi sporo frajdy, a to jest w tego typu komiksie najważniejsze. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2026/03/mroczni-rycerze-ze-stali-wojna-trzech.html oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid0uQB6rNWMf41o493Q4DBAE66GfDupG2zvhSiVYAagXTBGD3xGUpLUfkGqXaQuETxtl
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na730 dni temu
Batman. Pełnia Rodney Barnes
Batman. Pełnia
Rodney Barnes Stevan Subic
„Batman”, jak rzadko która superbohaterska seria, sporo czerpie z opowieści grozy. Na przestrzeni lat twórcy wielokrotnie korzystali z horrorowego anturażu, a kilka z tych tytułów do dzisiaj uchodzi za klasyczne. Jestem wielkim fanem opowieści z dreszczykiem, także w komiksowym wydaniu, dlatego po „Pełni” spodziewałem się naprawdę wiele. Ale wszyscy dobrze wiemy, jak łatwo potrafi wykoleić się „hype train”. Sprawdźmy, czy końcowy efekt pracy twórców sprostał oczekiwaniom. Podczas pełni księżyca Gotham staje twarzą w twarz ze śmiertelnym zagrożeniem. W mieście pojawia się wilkołak, a krwawe konsekwencje jego comiesięcznej przemiany szybko rzucają się w oczy. Do walki z wrogiem staje rzecz jasna Batman, ale w momencie, kiedy klątwa spada na niego samego, sytuacja bardzo się komplikuje. Nietoperzowi z pomocą przychodzą Zatanna i John Constantine, jednak trapiące obrońcę Gotham łaknienie krwi może okazać się niemożliwe do opanowania. „Pełnia” to komiks pisany absolutnie na serio. To w mojej opinii doskonały wybór, zwłaszcza że mamy do czynienia z horrorem. A ten, kiedy jest pełnokrwisty (swoją drogą – tutaj ten zwrot pasuje idealnie) i pozbawiony „śmieszków”, może mieć sporą siłę rażenia. I tak właśnie rzecz ma się z tym albumem. To opowieść mocno osadzona w klasycznych motywach grozy – na tapet został wzięty motyw likantropii. Wilkołactwo pozbawiono jakiegokolwiek romantyzmu – nie ma w nim niczego atrakcyjnego – to nieustanny zew krwi, brudna, wszechogarniająca obsesja, która wykrzywia umysł, a gdy mija, pozostawia po sobie wstyd i wyrzuty sumienia. To dojmujący, pesymistyczny obraz, który robi spore wrażenie i buduje fantastyczny klimat – siłę napędową i największą zaletę tego albumu. Autor w bardzo ciekawy sposób nakreślił postać Batmana, który początkowo wydaje się traktować zagrożenie z pewnym lekceważeniem, może nawet arogancją. Mroczny Rycerz nie wierzy w nadprzyrodzone stwory i jest zdania, że poradzi sobie z wrogiem, korzystając ze standardowego arsenału. Szybko okazuje się jednak, że tym razem potrzebne będzie więcej, zwłaszcza wtedy, gdy do zagrożenia zewnętrznego dochodzi to natury wewnętrznej. O tym, czy klątwa jest prawdziwa, Batman przekonuje się na własnej skórze. To rozwiązanie niespodziewane, ale zarazem niezwykle ciekawe – zderzenie racjonalizmu z folklorem jest brutalne i działa z pełną mocą, dodając opowieści ciężaru. Znakomity obraz głównego bohatera trochę się rozmywa w zestawieniu z jedną z postaci drugoplanowych. John Constantine jest tu wyjątkowo irytujący – nie tylko sprawia wrażenie piątego koła u wozu, ale zachowuje się wyjątkowo dziecinnie. To jednak na szczęście tylko mała łyżka dziegciu, bo poza tym w materii kreacji protagonistów trudno mieć do Barnesa jakieś większe zastrzeżenia. „Pełnia” jest zamkniętą opowieścią, która nie potrzebuje żadnego dopowiedzenia w postaci sequela. To jej ogromna siła, zwłaszcza w dobie wielkich, rozwleczonych eventów. Dostajemy pełną historię z jasno nakreślonym zakończeniem (choć akurat akt finałowy, za sprawą skrótowości zaprezentowanej konfrontacji, delikatnie rozczarowuje),a napięcie nie rozmywa się w nadmiarze wątków. Nic tu nie odrywa czytelnika od sedna fabuły. Komiks nie jest przy okazji pozbawiony zaskoczeń – pojawiające się co jakiś czas zwroty akcji są przemyślane i tylko podsycają zainteresowanie płynące z odkrywania kolejnych elementów świata przedstawionego. Tempo opowieści jest dobrze wyważone, dzięki czemu nie mamy wrażenia gnania na oślep do przodu, byle poznać konkluzję. Widać, że Rodney Barnes poświęcił wiele czasu na precyzyjne skonstruowanie scenariusza i za to należą mu się słowa uznania. „Pełnia” nie robiłaby tak dużego wrażenia, gdyby nie ilustracje. Stevan Subić rysuje bardzo „brudno”. Kolejne kadry wręcz ociekają mrokiem i niepokojącym naturalizmem. To świetnie pasuje do tak klasycznego horroru, jaki dostaliśmy. Swego rodzaju wykrzywienie wielu rysunków tylko potęguje nastrój niesamowitości, jaki nieustannie unosi się nad tą opowieścią. Trzeba przyznać – to grafiki dość specyficzne, ale jeśli zaakceptujemy ten styl, warstwa graficzna idealnie uzupełni się z fabułą. Najnowsza propozycja z nieustannie rozwijającego się DC Black Label to komiks bardzo dobry. „Pełnia” nie jest może albumem szczególnie odkrywczym, ale wcale nie musi takowym być. Fabularne karty, jakimi operuje Barnes, są bowiem zgrywane z taką precyzją, że można mówić o dziele świetnie wyważonym i przy okazji mocno angażującym. Właśnie takie opowieści – dojrzałe, świadome i pozbawione infantylizmu – chcę czytać w ramach tego imprintu DC Comics. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2026/03/batman-penia-recenzja.html oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid0Upf4qtWZ1PA2LEmFtS3mZdPuprCxVpExvr6Wybt83Eicarb4UyExz5c4NQmwFTozl
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na816 dni temu
Superman kontra Lobo Tim Seeley
Superman kontra Lobo
Tim Seeley Mirka Andolfo Sarah Beattie
Superman kontra Lobo to komiks, który nie jest krwawym pojedynkiem dwóch ikon, ale w zamian oferuje coś więcej. I bardzo dobrze, bo choć tytuł może sugerować starcie godne kosmicznych tytanów, w praktyce dostajemy bardziej serię sprzeczek niż faktyczną wojnę. A wszystko przez Numena, potężną istotę zdolną kreować i niszczyć całe wszechświaty, która zaczyna mieszać w uniwersum DC tak, że Superman i Lobo wpadają na siebie… i oczywiście natychmiast zaczynają sobie działać na nerwy. Kto nastawia się na wielką, krwawą jatkę, może poczuć się zawiedziony. Ale ja (ku własnemu zaskoczeniu) bawiłem się naprawdę dobrze. To taki bardzo przyjemny, trochę szalony elseworld, w którym dwójka kompletnie sprzecznych bohaterów najpierw się kłuci, a potem musi połączyć siły wobec większego zagrożenia. Nic odkrywczego, ale działa. Twórcy upchali tu naprawdę sporo dodatków: mamy klonowanie, zamianę rodzimych światów, Lobo jako influencera i jeszcze reporterkę, która stara się ogarnąć ten cały bałagan. Wyszło z tego dziwne, ale atrakcyjne połączenie pomysłów – takie, które sprawiło, że szybko przestałem czekać na tą wielką młóckę, a zacząłem cieszyć się właśnie tym innym, bardziej humorystycznym podejściem. Jeśli chodzi o bohaterów, Lobo wypada całkiem dobrze: bezczelny, brutalny, ale dziwnie charyzmatyczny. Superman… cóż, z nim jest gorzej. Czegoś tu zabrakło, może charakteru, może wyrazistości. Wygląda to trochę tak, jakby scenarzyści mieli znacznie więcej frajdy pisząc Lobo, a Kal-El został potraktowany po macoszemu. Ilustracje Mirki Andolfo będą dzielić fanów, ale ja absolutnie kupuję ten styl. Jest lekko wykręcony, pełen soczystych kolorów i bardzo komiksowy. Do takiej odjechanej historii pasuje idealnie. Jedyny zgrzyt to znowu Superman. Wygląda tu momentami trochę zbyt delikatnie i mało męsko. Fajny, lekki komiks. Nie wnosi wiele nowego, ma swoje wady, ale potrafi zaskoczyć i dać sporo frajdy. Jeśli lubicie nieco zakręcone historie i nie przeszkadza Wam lekkie odklejenie – dajcie mu szansę. Możecie się miło zdziwić. Komiks możesz zobaczyć na moim Instagramie: Lukkegeek https://www.instagram.com/p/DR_siw1iHY0/?igsh=MWx4cHcyeDJmZnlkdA==
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na74 miesiące temu
Tytani: Świat Bestii. Tom 2 Tom Taylor
Tytani: Świat Bestii. Tom 2
Tom Taylor Ivan Reis Travis Moore Lucas Meyer
Motorem fabuły jest dwutorowe zagrożenie – z zewnątrz i od środka. Z jednej strony mamy kosmiczny spisek (ktoś podszywający się pod Brother Blooda – bez spoilerów, bo to naprawdę jeden z lepszych zwrotów całej opowieści),z drugiej polityczny sabotaż prowadzony przez Amandę Waller. Ta druga nić boli szczególnie: Waller metodycznie podkopuje zaufanie do superbohaterów, budując struktury, które mają ich zdyskredytować zanim jeszcze zdążą komukolwiek pomóc. W tle cały czas Raven i to, co z nią nierozerwalne – mrok, magia i emocjonalne konsekwencje. Wątek „zdziczałego” Batmana okazuje się bardziej zniuansowany, niż sugerowałby nagłówek. „Bestialstwo” nie wymazuje człowieka – raczej odsłania pęknięcia. Zarodniki nie oszczędzają też Killer Crocka, co procentuje scenami na pograniczu horroru i tragikomedii. Taylor sprawnie żongluje tonem: groza nie wyklucza tu ciepła, a akcja – ironii Sercem tomu są relacje. Dostajemy ważny rozdział o Damianie i starszym bracie, który wyciąga go z krawędzi. To naturalne przedłużenie tego, co Taylor rewelacyjnie budował w Nightwingu – empatia zamiast kaznodziejstwa, wsparcie zamiast moralizowania. Obok błyszczy Wonder Girl (wcześniej nieco w cieniu, tu dostaje swoje momenty),Cyborg przypomina, jak niebezpiecznym narzędziem bywa technologia w złych rękach, a Peacemaker… cóż, bywa równocześnie bezwzględny i komicznie tępy – i właśnie dzięki temu działa jako zawór bezpieczeństwa dla napięcia. Cała recenzja: https://ostatniatawerna.pl/cierpienia-mlodego-beast-boya-i-raven-recenzja-komiksu-tytani-swiat-bestii-t-2/
OstatniaTawerna - awatar OstatniaTawerna
oceniła na81 miesiąc temu
Batman/Superman: World's Finest: Sprawa Metamorpho Mark Waid
Batman/Superman: World's Finest: Sprawa Metamorpho
Mark Waid Tamra Bonvillain Dan Mora
W ostatnim czasie postać Metamorpho zyskała na popularności dzięki swojej obecności w nadchodzącym filmie Jamesa Gunna o Supermanie. Nic więc dziwnego, że wydawnictwo Edmund zdecydowało się w tym roku wypuścić komiks, w którego podtytule pojawia się właśnie ten bohater. Podczas gdy wcześniejsze tomy tej serii skupiały się na intrydze stworzonej przez Diabła Nessha, tym razem fabuła wraca mocno na ziemię. Czytelnik trafia w sam środek sprawy kryminalnej, w której ofiarami stają się… miliarderzy. Motyw nie jest przypadkowy – w końcu pieniądz od zawsze rządzi światem. Ale obok bogactwa pojawia się jeszcze jeden wątek: geniusz. I to właśnie on staje się osią napędzającą fabułę, wiążącą w całość wątki o pozornie odległych bohaterach. Co ma z tym wspólnego Metamorpho? A także Superman, Batman, Doom Patrol, Supergirl i inni herosi? Odpowiedź tkwi w samej narracji, która – mimo, że rozgrywa się w superbohaterskim uniwersum – została osadzona w historii przypominającej kryminał retro, gdzie czas i przestrzeń wydają się nieco oderwane od siebie. Raz natrafiamy na elementy charakterystyczne dla dawnego wieku XX, a raz na rozwiązania inspirowane najnowszą technologią. Ten kontrast nadaje komiksowi wyjątkowy klimat i pozwala serii utrzymać swój unikalny charakter. Na szczególną uwagę zasługuje także Jimmy Olsen, który tym razem odgrywa znacznie większą rolę i wprowadza świeżą perspektywę do całej opowieści. To sprawia, że historia wyraźnie przesuwa akcent w stronę świata Supermana, pozostając jednocześnie atrakcyjną dla fanów całej Ligi Sprawiedliwości. Cała recenzja: https://ostatniatawerna.pl/androidy-i-zmiennoksztaltni-recenzja-komiksu-batman-superman-worlds-finest-sprawa-metamorpho-t-3/
OstatniaTawerna - awatar OstatniaTawerna
oceniła na82 miesiące temu
Moon Knight. Tom 2 Jed Mackay
Moon Knight. Tom 2
Jed Mackay
Moon Knight zajmuje w uniwersum Marvela miejsce dość szczególne. To bohater stojący gdzieś na granicy świata superbohaterów i mroczniejszych, bardziej przyziemnych opowieści o przemocy, wierze i tożsamości. Marc Spector, były najemnik działający jako awatar egipskiego boga Khonshu, nie jest klasycznym herosem – jego historię od początku naznacza trauma, zaburzenie dysocjacyjne i ciągła walka z samym sobą. Jed MacKay w swojej serii mocno akcentuje te elementy, jednocześnie budując wokół postaci spójne, bogate zaplecze fabularne. Drugi tom, zbierający wydarzenia z amerykańskich albumów „Halfway to Sanity” i „Road to Ruin”, pokazuje, że autor nie tylko dobrze rozumie tę postać, ale konsekwentnie rozwija jej mitologię, stawiając bohatera przed kolejnymi próbami. Po uporaniu się z poprzednimi zagrożeniami Marc Spector staje w obliczu nowych problemów, tym razem związanych z rosnącą w siłę organizacją wampirów działających w Nowym Jorku. Trop prowadzi go do tajemniczej struktury, która próbuje budować siatkę wpływów, a jednocześnie zleca zabójstwa, by usunąć Moon Knighta z drogi. W międzyczasie bohater zmaga się z własną naturą, relacjami ze swoimi osobowościami i konsekwencjami służby dla Khonshu, musi też stoczyć kilka starć z dawnymi przeciwnikami. Całość tworzy rozbudowaną opowieść o człowieku, który nieustannie balansuje między rolą obrońcy i bezwzględnego łowcy. Największa siła tej serii to sposób, w jaki MacKay prowadzi głównego bohatera. Jego Moon Knight jest bezkompromisowy, brutalny i pewny swoich racji, ale jednocześnie stale rozdarty między różnymi aspektami własnej osobowości. Autor dość sprawnie wykorzystuje motyw zaburzenia dysocjacyjnego, nie popadając przy tym w chaos narracyjny, który bywał problemem we wcześniejszych interpretacjach postaci. Steven Grant i Jake Lockley nie są jedynie ciekawostką z przeszłości, lecz realnie wpływają na działania Marca, pomagając mu w zbieraniu informacji i podejmowaniu decyzji. Ważną rolę odgrywa też Hunter's Moon, którego podejście do służby Khonshu stanowi kontrast dla głównego bohatera. To starcie dwóch systemów wartości dodaje opowieści dodatkowej głębi i podkreśla, że wiara w egipskiego boga może oznaczać zupełnie różne rzeczy. Pod względem fabularnym omawiany tom rozwija kilka wątków jednocześnie, co działa zarówno na jego korzyść, jak i momentami mu szkodzi. Z jednej strony mamy wyraźnie zarysowany główny konflikt z wampirzą organizacją, z drugiej zaś historie poboczne i pojedyncze epizody, które rozszerzają świat przedstawiony. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że to raczej etap przejściowy, przygotowujący grunt pod coś większego. Tempo bywa nierówne – sceny akcji są dynamiczne i brutalne, ale przeplatają się z dłuższymi dialogami i bardziej statycznymi fragmentami, które nie każdemu przypadną do gustu. Jednocześnie to właśnie w tych spokojniejszych partiach MacKay buduje osobowość bohatera i pokazuje, że jego największą bronią wcale nie jest siła fizyczna, ale nieprzewidywalność i determinacja. Komiks jest mocno osadzony w szerszym kontekście Uniwersum Marvela, ale w sposób przystępny również dla nowych czytelników. Powracają postacie znane z wcześniejszych przygód protagonisty, pojawiają się dawne zagrożenia, jest nawet miejsce na gościnne występy znanych bohaterów, co sprawia, że świat Moon Knighta wydaje się żywy i spójny. Jednocześnie autor chętnie sięga po elementy z przeszłości Spectora, przypominając o jego historii i relacjach, które nie zawsze należą do łatwych. Ciekawie wypada także motyw nieśmiertelności i pytania o to, czy jest ona darem, czy raczej przekleństwem wynikającym z kaprysu Khonshu. To wątki, które nie dominują całkowicie nad akcją, ale nadają jej bardziej refleksyjny charakter i sprawiają, że opowieść potrafi wykroczyć poza prostą historię o walce dobra ze złem. Warstwa graficzna stoi na wysokim poziomie i dobrze współgra z klimatem historii. Alessandro Cappuccio oraz Federico Sabbatini tworzą spójny, mroczny świat pełen cieni, dynamicznych ujęć i mocnych kontrastów. Szczególnie dobrze wypadają sceny akcji, w których ruch postaci bywa niemal rozmyty, co podkreśla brutalność starć i nieprzewidywalność bohatera. Rysownicy umiejętnie operują perspektywą i światłem, budując atmosferę zagrożenia i nadnaturalności. Ten efekt dodatkowo wzmacniają kolory Rachelle Rosenberg, które nadają całości chłodny, momentami wręcz niepokojący ton. Oprawa świetnie oddaje charakter postaci i sprawia, że nawet spokojniejsze sceny mają odpowiednią dramaturgię. Druga odsłona tej wersji przygód Moon Knighta to kolejny tom potwierdzający, że seria znajduje się obecnie w dobrej formie. Choć momentami można odczuć, że jest to bardziej etap przejściowy niż kulminacyjny punkt opowieści, to nadal dostajemy wciągającą historię z wyrazistym bohaterem i mocnym klimatem. Największym atutem pozostaje tu konsekwentne rozwijanie postaci Marca Spectora oraz jego relacji z otoczeniem, a także umiejętne łączenie akcji z psychologicznym zapleczem. Nie wszystko działa idealnie, bo niektóre fragmenty są przegadane, a tempo bywa nierówne, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2026/04/moon-knight-tom-2-recenzja.html oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid02CU4m2zmzYjXgm8YENABkjcABXCXSf7aHottv8MyHKtdydUTWcvLB7aKwg97A1Pwml
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na72 dni temu
Dni demonów Peach Momoko
Dni demonów
Peach Momoko
Dni Demonów, to komiks wyjątkowy na tle innych powieści graficznych Marvela. Tym razem, zamiast opowiadać o kolejnych superbohaterskich potyczkach, Peach Momoko tworzy własne uniwersum. Czerpie inspiracje przede wszystkim z Japonii. Widać, to zarówno po postaciach, jak i stylu graficznym, mocno kojarzącym się z mangą. I to wszystko zostało podlane marvelowskim sosem. [...] Komiks zaczyna się w ciekawy sposób, czyli od pięknej legendy o konflikcie pomiędzy ludźmi, a Oni – demonami zamieszkującymi góry i lasy. Potem okazuje się, że tę historię czyta nasza protagonistka – Mariko. I tym sposobem trafiamy do współczesnej Japonii. I tutaj zaczynają się schody, bo Peach Momoko zaczyna pędzić z fabułą na złamanie karku. Według mnie przydałby się co najmniej jeden dodatkowy zeszyt, który by nas wprowadził w ten świat. A tutaj raptem po kilku stronach ujawniamy, że protagonistka jest dzieckiem Oni, zaraz wyrusza na górę odkryć swoje przeznaczenie itd. Jak dla mnie trochę za szybko się to dzieje. Wolałbym się rozkoszować tą fabułą ze względu choćby na genialne rysunki. Nie zmienia to faktu, że Peach stworzyła naprawdę ciekawą i fascynująca historię. Co rusz nasza protagonistka natyka się na jakieś nietypowe postacie będące mieszanką japońskich demonów i marvelowych superbohaterów. Starcia są o wiele brutalniejsze niż w typowym komiksie Marvela – zdecydowanie na plus. Trochę szkoda, że przez to gnanie z akcją, nie bardzo jest czas poznać charaktery poszczególnych postaci, których jest tutaj naprawdę sporo. [...] Ocenianie oprawy graficznej często sprawia mi problem. Jakoś z reguły sobie radzę, ale w tym wypadku mam spory kłopot, bo ciężko mi słowami wyrazić moje subiektywne odczucia z obcowania z ilustracjami Momoko. Według mnie są po prostu przepiękne, zachwycające. Jest w nich coś, sam nie wiem… magicznego. Cała recenzja: https://ostatniatawerna.pl/marvel-w-japonii-recenzja-komiksu-dni-demonow/
OstatniaTawerna - awatar OstatniaTawerna
oceniła na84 miesiące temu
Vaclav Drakulič jedzie do urzędu Mikołaj Ratka
Vaclav Drakulič jedzie do urzędu
Mikołaj Ratka Jan Mazur Henryk Glaza
POPKULTUROWY KOCIOŁEK: Vaclav Drakulič jedzie do urzędu to pozycja, która na pierwszy rzut oka wydaje się być prostą historyjką pasującą do Krótkich Gatek. Nic jednak bardziej mylnego. Na 72 stronach tego dzieła kryje się bowiem opowieść pełna humoru, groteski i trafnej refleksji nad społeczną i administracyjną absurdalnością, która zdecydowanie kierowana jest do dorosłego czytelnika. Akcja komiksu rozgrywa się w roku 1921, w malowniczym, choć niespokojnym politycznie regionie Karpat. Vaclav Drakulič, starszy pan o bladoszarej cerze i drobnej posturze, zostaje niesłusznie oskarżony o bycie wampirem i jednocześnie traci swój dom w wyniku urzędowej pomyłki. Wierząc w sprawiedliwość i możliwość wyjaśnienia nieporozumienia, Vaclav wyrusza w podróż do stolicy, by złożyć odwołanie i stawić czoła bezdusznym trybom urzędniczej machiny. Po drodze napotyka absurdalne procedury, bezduszną biurokrację i ludzi, którzy traktują go z góry tylko z powodu jego nazwiska. Scenarzysta Jan Mazur przyzwyczaił już swoich fanów do tego, że potrafi pisać o ludzkich słabościach i problemach z niezwykłą przystępnością. Nie inaczej jest w tym komiksie, gdzie bierze na warsztat sprawdzony wątek wampira, ale podaje go w bardzo niezwykłej formie. Główny bohater nie ma w sobie bowiem nic z klasycznego krwiopijcy. Groza zaś w tym komiksie nie wynika z nadprzyrodzonych mocy, lecz z bezduszności systemu. Fabuła jest tu prosta, ale i tak potrafi przykuć uwagę odbiorcy. Autor świetnie buduje bowiem narrację na schemacie, który każdy zna lub prędzej czy później sam doświadczy. Zderzenie bezbronnej jednostki z machiną urzędniczą pomimo swojej fantazyjno-komiksowej formy jest tu więc bardzo realne. W tytule autor odnosi się nie tylko do rzeczywistości, ale również do klasyki literatury w postaci „Procesu” Franza Kafki, co dodatkowo nadaje komiksowi niezwykłości i wyrazistości. Baczne oko czytelnika dostrzeże tu również mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do „Nieustraszonych pogromców wampirów” Polańskiego czy „Dwunastu prac Asteriksa”. Dramatyczna otoczka to tylko jedna strona scenariusza. Nie brakuje tu również dość absurdalnego, ale też świetnie pasującego do historii humoru, rodem z filmów Barei. Absurd goni tu absurd, a dialogi, choć oszczędne, często potrafią wywołać uśmiech na twarzy, lub jeśli sytuacja tego wymaga celnie punktować urzędniczą nowomowę. Komiks balansuje między lekką satyrą a poważnym komentarzem o bezsilności jednostki wobec instytucji. Mazur pokazuje tu, że humor i groteska mogą być doskonałymi podstawami naprawdę świetnej opowieści, w której odbiorca nie śmieje się z głównego bohatera, ale z systemu, który zmusza go do działania.... https://popkulturowykociolek.pl/vaclav-drakulic-jedzie-do-urzedu-recenzja-komiksu/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na93 miesiące temu
Żółtodzioby Rick Remender
Żółtodzioby
Rick Remender Brian Posehn Brett Parson
Ten wehikuł czasu narysował Brett Parson, a współrzędne wpisał scenarzysta Rick Remender. Na jego pisarski talent zwróciłem uwagę już przy "Ofiarnikach", znakomitej serii dark fantasy. W "Żółtodziobach" pozornie wracamy do lat nastoletnich. Wróć, to przecież nie są nasze czasy. Nie nasze kolory, nie nasza młodość. Świat przedstawiony w komiksie jest nam znajomy, ale głównie z drugiej ręki: z telewizji satelitarnej, z MTV (którego muzyczne stacje zniknęły z polskiej kablówki 31 grudnia 2025 roku). Komiks Remendera i Parsona to niezwykle angażujące coming-of-age, które przez blisko dwieście stron pędzi na złamanie karku niczym jazda na deskorolce przy akompaniamencie surowych, punkowych porykiwań Black Flag. Podobną wrażliwość uchwycił Jonah Hill w filmie "Najlepsze lata" ("Mid90s"). Choć "Żółtodzioby" rozgrywają się w połowie lat 80. w Sacramento, wiele łączy je z filmem Hilla: ten sam koloryt, ta sama nostalgia i to samo zaciśnięte gardło nastolatka, który zmaga się z piekłem dorastania - z momentem gdy hormony buzują ponad miarę, a świat staje się jednocześnie zbyt ciasny i zbyt intensywny. Przedmieścia Kalifornii lat 80. stają się tu przestrzenią narracji. To tam Rick, świeżo po przeprowadzce, pozostawiony sam sobie przez rodziców zajętych własnymi problemami będzie szukał tożsamości, budował siebie, odkrywał własną historię.  Radzi sobie jednak świetnie: jest otwarty, chłonie nowe znajomości, naturalnie wchodzi w lokalną subkulturę. Jeździ na deskorolce z emblematem Tony’ego Hawka (od firmy Powell Peralta, projektu Vernona Cortlandt Johnsona),w telewizji rodzice ćwiczą do taśm Jane Fondy, a on sam słucha dobrej muzyki - wspomniane już Black Flag, Dead Kennedys, Judas Priest. I wygląda tak, jak powinien wyglądać kalifornijski nastolatek tamtych czasów. Zdobywa przyjaciół, wpada w kłopoty z lokalnymi osiłkami, jest krew, miłość, pocałunki, jazda i rozróba. Rasowy coming-of-age? Zdecydowanie. Parson rysuje po bandzie, przywołując estetykę lat 80. To przejaskrawione kolory, mocne wypełnienia, przerysowane miny i czasem groteskowe pozy. Bohaterowie z tymi przesadzonymi gestami idealnie stapiają się z duchologią świata przedstawionego. "Żółtodzioby" siedzą w swoim czasie i miejscu tak mocno, jak tylko się da. Stroje, rampy, okładki płyt muzycznych, sklepy na przedmieściach, samochody, wygląd każdej postaci (tu i ówdzie pobrzmiewa Derf Backderf),każdy artefakt - wszystko się zgadza, łącznie z okładkami płyt. Nawet konkretny numer Penthouse’a spod łóżka nie jest wymyślony; to idealny element tej rzeczywistości. Nic dziwnego, że "Żółtodzioby" potrafią skraść serce i robią to bez wysiłku. Mają własną historię, są dynamiczne, świetnie napisane i narysowane, w pełni świadome swojej konwencji.
Patryk Karwowski - awatar Patryk Karwowski
ocenił na83 miesiące temu

Cytaty z książki Wojny demonów

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Wojny demonów