ArtykułyCzytamy w weekend. 1 maja 2026
LubimyCzytać425
ArtykułyLiteracki fenomen z Zurychu. „Lázár” hitem roku i międzynarodowym sukcesem!
LubimyCzytać1
ArtykułyNajpierw książka, później film - nadchodzące ekranizacje (30.04)
LubimyCzytać3
ArtykułyPrzeczytaj fragment nowej powieści szpiegowskiej Roberta Michniewicza!
LubimyCzytać2
Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci

- Kategoria:
- reportaż
- Format:
- papier
- Seria:
- Poza serią
- Data wydania:
- 2024-08-28
- Data 1. wyd. pol.:
- 2024-08-28
- Liczba stron:
- 341
- Czas czytania
- 5 godz. 41 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788381919494
"Zakaz gry w piłkę" to mocna, polemiczna książka o przedmiotowym traktowaniu dzieci, które często stają się zakładnikami nie tylko domowych, ale także politycznych sporów. Michał R. Wiśniewski przekopuje internet, czyta bajki, ogląda kreskówki, analizuje popkulturowe wzorce i rozbraja szkodliwe hasła, którymi posługują się rodzice i autorytety: „bezstresowe wychowanie”, „mały terrorysta”, „bunt dwulatka”, „madka”, „bachor”. Przygląda się brutalnym żartom używanym jako wentyl bezpieczeństwa nie tylko przez zmęczonych rodziców. Pomstuje na antydziecięcą infrastrukturę i brak zrozumienia dla potrzeb najmłodszych, bezbronnych członków społeczeństwa. I choć pomysł na książkę zaczął się od hasła: „Polacy nienawidzą dzieci”, Wiśniewski nie traci nadziei, że ZAKAZ zmieni się w ZAPROSZENIE: do rozmowy, wspólnej zabawy i wzajemnego zrozumienia.
Kup Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Polecane przez redakcję
Opinia społeczności i
Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci
To już moja druga książka autora, o czym nie wiedziałam, jakoś przegapiłam, poprzednia była bardzo słaba, więc zwyczajnie bym po nią nie sięgała. Ta książka nie dość, że jest słaba, to jest jeszcze denerwująca. "Zabójcze aplikacje" oceniłam na 3, co wydaje się być łaskawe dla warsztatu pisarza. Wiśniewski pisze źle, pisze tragicznie, styl kompletnie do niczego, jego maniera, oj koszmarne to wszystko razem. A moralizatorski ton woła o pomstę do nieba, się dziwię, że to w ogóle zostało wydane. Uważam to za dużą wpadkę wydawnictwa, które uważam za dobre. Jednak nie ma co bezkrytycznie wierzyć, że wszystko co wydają będzie przynajmniej umiarkowanie dobre. Książkę zdecydowałam się przeczytać po wywiadzie, który już sam w sobie mnie zdenerwował. Tak w telegraficznym skrócie, autor uważa, że jak dzieci wrzeszczą w restauracji i wszystkim przeszkadzają, to ich należy zachęcać do jeszcze aktywniejszej zabawy, bo świat będzie wtedy weselszy. Nóż się w kieszeni otwiera. Mój jest wesoły i bez tego, może mi wpaść trochę frustracji. A może autor jest nieszczęśliwy i chce, żeby inni też byli, to mu będzie lepiej? Czyta się to źle z kilku powodów. Na początku skupmy się na tych, które występują niezależnie od poglądów i wyborów życiowych czytelnika. Styl, warsztat, naprawdę, jest bardzo źle. Nawet jak na self-publishing by było źle. Na drugim miejscu postawię przekonanie autora o własnej wyższości. Tylko on wie wszystko najlepiej, dyktuje dogmaty i należy postępować tak jak on uważa, oraz także przejąć wszystkie jego przekonania jako własne, bo to jedyne słuszne. Serio, podczas czytania tych banialuk może wzrastać ciśnienie i agresja xD. Podpunkt trzeci to właśnie poziom bzdur. Autor proponuje tutaj mnóstwo śmiałych tez, zupełnie niczym niepopartych, a do tego forsuje swoje zdanie. Kubę Wojewódzkiego, którego bardzo cenię, nazywa patoinfluencerem. Ja rozumiem, że można kogoś nie lubić, tak jak np. ja autora, ale nie mogę go nazwać patoinfluencerem, bo to zwyczajnie nie będzie prawda. Między opinią, a wprowadzaniem w błąd jest spora różnica, nie można napisać, że tam jest cienka granica, jest gruba, ale pisarz i tak ją przekracza. Tak jak i granice dobrego smaku, wiele razy. Autor się powtarza w kółko, używa tych samych słów, niektóre frazy to już naprawdę mi się wryły w mózg. Ta książka jest cienka jak sik pająka, ale nie dosłownie, bo dosłownie to ma jakieś 3/4 treści za dużo. Podsumowując wszyscy nienawidzą dzieci, nie nienawidzą dzieci tylko ci, którzy uważają, że dzieciom wolno wszystko i ogólnie człowiek dorosły jest na tym świecie, żeby służyć dzieciom, poświęcać się im i absolutnie zapomnieć o sobie, swoim szczęściu, w ogóle egzystencja dorosłego powinna się skupić na dzieciach. Jakie to smutne. Autor wymaga empatii od wszystkich innych, poza sobą. Nie daje przyzwolenia na nielubienie dzieci, nie daje przyzwolenia na miejsca, do których dzieci nie mają wstępu (restauracje, hotele),czyli mówiąc krótko on nie chce, żeby inni ludzie byli wolni i postępowali wedle własnych upodobań. Jest popyt, jest podaż, ale nie, bo Pan Wiśniewski mówi nie. Ba, pisarzowi przeszkadza nawet strefa ciszy w Pendolino! Tu już naprawdę myślałam, że ja czytam jakąś satyrę, parodię dziennikarstwa i reportażu, ale niestety nie. Znowu, mamy wiele wagonów bez ciszy, jeden z, ale nie. Niech dzieci będą wszędzie, niech wszyscy cierpią! Przypomina mi to bardzo Kaję Godek. Ja mam przesrane, więc niech inni też mają! Pana oburzają rozwiązania wygodne dla osób, które nie mają dzieci i nie chcą ich mieć, nie lubią ich i kiedy mają wybór wolą przebywać z dala od ich towarzystwa. Dobijają mnie jego życiowe anegdotki. Bo widział, że jakieś dziecko będzie zaraz płakać, to porobił do niego śmieszne miny, uratował sytuację, nic go to nie kosztowało. A kto pytał? A ja nie mam ochoty robić żadnych min i mówiąc krótko mam głęboko gdzieś, że ktoś inny ma, albo nie ma. Co zatrważające to fakt iż autor uważa, że ma prawo tego wymagać. Otóż nie, nie można nikogo zmusić do zajmowania się dziećmi, do pomocy przy dzieciach. Po prostu nie. Jemu się w głowie nie mieści, o czym sam pisze, że ludziom przeszkadza dźwięk dzieci, a nie przeszkadza im np. dźwięk samochodów. Bo jemu nie przeszkadza dźwięk dzieci, a jak wiadomo, cały świat opiera się na upodobaniach Pana Michała R. Wiśniewskiego. Otóż proszę bardzo, mi nie przeszkadza dźwięk samochodów i miasta, a przeszkadza mi dźwięk dzieci. Teraz trochę prywaty. Nie lubię dzieci, nie chcę mieć dzieci i mieć ich nie będę. Szanuję dzieci, bo to mali ludzie, ale to nie oznacza, że będę rezygnować ze swoich granic - dlaczego miałabym to robić? W imię czego? Skoro ludzie, to ludzie, dorosłym też nie pozwalam na przekraczanie moich granic. Istniejemy w społeczeństwie, nie jesteśmy na bezludnej wyspie, ja muszę uszanować pewne kwestie, bo dzieci to dzieci i nie mogę wymagać, żeby zachowywały się jak dorośli. Ale-ale-ale, to nie tak, że dziecko może wszystko. Nie może, ja sobie np. nie życzę, żeby mnie dotykało. I kropka. Jestem osobą empatyczną, z wiekiem coraz bardziej, także dzięki literaturze. Nie zmienia to faktu, że wiele rodziców wcale nie wychowuje dzieci, po prostu pozwala im robić wszystko, przyzwyczajając ich do tego, że postawa roszczeniowa zawsze wszystko im załatwi i zagwarantuje powodzenie. Uprzykrzają życie wszystkim dookoła, więc 100 osób w restauracji ma cierpieć i zostać pozbawionych możliwości zjedzenia posiłku w spokoju, bo jakieś dziecko chce sobie pobiegać? Gratuluję logiki, serio. Zdaniem autora normy społeczne powinny istnieć tylko dla dorosłych, nie dla dzieci. Właśnie przez takich ludzi z bezdzietnych się potem robi potwory. Polaryzacja okrutna, albo kochasz, albo nienawidzisz, nic pomiędzy. Cóż, wolałabym, żeby człowiek od razu był dorosły, bo nie lubię przebywać wśród dzieci, nie widzę absolutnie żadnych plusów, dla mnie etap do przeczekania. Ale muszę się z tym godzić, bo tak wygląda świat. I nie, nie jest mi z tego powodu głupio. Można sobie pomyśleć, że autor prezentując skrajnie prorodzinną postawę oszczędzi chociaż rodziców, ale nie, gdzie tam. Oberwało się wszystkim, bezdzietnym, rodzicom, którzy cokolwiek dzieciom nakazują, zakazują, a najbardziej to antynatalistom. Jako iż sama należę do tej grupy, pozwolę sobie zacytować tę maksymalnie bucowatą wypowiedź, wstyd dla wydawnictwa: "Proponuję trzymać antynatalistów tam, gdzie ich miejsce - między miłośnikami antystresowych kolorowanek i wyznawców hipotezy płaskiej Ziemi. Niech siedzą cicho, gdy rozmawiamy o poważnych sprawach!". Ja pierniczę. Płaska Ziemia komentarza nie wymaga, stawianie obok niej antynatalistów też, ale ja się pytam, co tam robią kolorowanki antystresowe? Widać, że autor po prostu świat uważa za jedyny prawy takim, jakim on go widzi. Tak, jestem antynatalistką, powtórzę, żeby nie było wątpliwości. Czy mam znajomych z dziećmi? Nawet przyjaciół, którzy wiedzą, że mogą na mnie liczyć. To się serio nie wyklucza, trzeba tylko trochę rozszerzyć bardzo wąski horyzont myślowy. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z takim delulu podejściem w świecie literackim. Pierwszy raz widzę u kogoś taką fascynację dziećmi, jawi mi się ona jako niezdrowa. Nie podoba mi się też to, że autor zwraca uwagę na to, że dzieci kiedyś latały po plaży w gatkach, a teraz się zakłada im stroje kąpielowe, w tym staniki dziewczynkom. I bardzo dobrze! Ja naprawdę nie mam ochoty oglądać niczyjej gołej dupy, ani dziecięcej, ani dorosłej. Pomijam już nawet dyskusję o tym, że tak radzą psychologowie, żeby chronić dzieci przed pedofilami. To pierwszy autor, którego chętnie dodałabym do listy anty-ulubionych, gdyby taka była. Wyzwanie czytelnicze LC czerwiec 2025: Przeczytam książkę, której głównym bohaterem jest dziecko (4)
Oceny książki Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci
Poznaj innych czytelników
685 użytkowników ma tytuł Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci na półkach głównych- Chcę przeczytać 342
- Przeczytane 331
- Teraz czytam 12
- Posiadam 26
- 2025 23
- 2024 18
- Legimi 8
- Literatura faktu 6
- Reportaż 5
- E-book 5
Tagi i tematy do książki Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci
Inne książki autora













































Opinie i dyskusje o książce Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci
Michał Radomił Wiśniewski kończy(?) swoją trylogię non fiction, którą roboczo nazywam "antropologiczną". W swoich esejach-reportażach poddawał on analizie zjawiska i przedmioty codzienne - Internet, smartfon oraz - w najnowszej pozycji - polski stosunek do dzieciństwa i dzieci. Gęsty opis, który stosuje Wiśniewski, nie jest jednak opisem badacza, a opisem osoby wrażliwej i obdarzonej zmysłami czułego obserwatora.
Chociaż to może tutaj widać pierwsze braki w porównaniu z innymi książkami MRW (zarówno eseistycznymi, jak i jego doskonałą i niedocenioną trylogią beletrystyczną) - wrażliwości nie sposób wciąż Autorowi odmówić, ale zaczyna chyba brakować czułości i co ważniejsze cierpliwości. Ja wiem, że waga tematu nie daje nam pola na cierpliwość ("cierpliwość to brak działania" - mógłby Wiśniewski mi odpowiedzi, zgodnie z prawdą),a czułość rezerwuje wyłącznie do pozycji dziecka ("nie będę głaskał przemocowców" - też prawda),ale to właśnie te dwie cechy tak mnie do pisarstwa MRW przyciągały, nawet zza czasów blogowych ("Pattern Recognition" wróć!)
Żeby była pełna jasność, osobiście z obserwacjami, diagnozami i postawą polityczną Wiśniewskiego w pełni się zgadzam i identyfikuję. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że o ile diagnozy są stawiane pewnie, to sposób w jaki MRW proponowanie nam rozwiązania, podszyty jest pewną bezsilnością. By naprawić polski stosunek do dzieci musimy bowiem wyłącznie wydobyć się z odmętów kapitalizmu i ze sprzężonego z nim patriarchatu. Bez spiny. Damy radę. Prawda? ...prawda? Wiśniewski proponuje nam rozwiązania podpatrzone w Szwecji, Niemczach i Finlandii, ale one tam działają właśnie dlatego, że tam udało się chociaż częściowo zwalczyć i K. i P.. U nas wymagałoby to rewolucji mentalnej (takiej prawdziwej Rewolucji Moralnej),której w kraju nigdy nie było, nawet w czasach przechodzenia z PRL ku III RP.
Sam uważam, że warto wysiłek podjąć i jestem gotowy zmieniać siebie (nie oszukujmy się, wszyscy musimy jakąś zmianę przejść - nawet Autor książki) i pomagać innym. Wiśniewski znalazł najlepszy powód, by to zrobić: "zróbmy to z miłości" - pisze. Ale czy inni posłuchają? Bo może problemem, z którego nasza nienawiść do dzieci wyrasta, problemem nadrzędnym (trochę przez MRW we wstępie rozbrojonym),jest to, że nie potrafimy kochać siebie nawzajem?
Michał Radomił Wiśniewski kończy(?) swoją trylogię non fiction, którą roboczo nazywam "antropologiczną". W swoich esejach-reportażach poddawał on analizie zjawiska i przedmioty codzienne - Internet, smartfon oraz - w najnowszej pozycji - polski stosunek do dzieciństwa i dzieci. Gęsty opis, który stosuje Wiśniewski, nie jest jednak opisem badacza, a opisem osoby wrażliwej i...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie.
A jeśli chcecie wiedzieć dlaczego polecam pozostałe niepochlebne opinie które wyczerpują temat mertyorycznie od samej ksiażki po postać autora.
Nie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toA jeśli chcecie wiedzieć dlaczego polecam pozostałe niepochlebne opinie które wyczerpują temat mertyorycznie od samej ksiażki po postać autora.
Autor zrobił sobie wielka krzywdę przeplatając naprawdę sensowne wnioski (jak choćby słabą architekturę krajobrazu i infrastrukturę nastawioną na samochody a nie ludzi) z takimi bredniami, że głowa mała. Uwaga, tu cytuje tylko niektóre tezy. Bajki to kłamstwa opowiadane dzieciom. Nagrody to zniewolenie. Bajka w teatrze gdzie mis uczy dzieci, że po puszczeniu bąka powinno się powiedzieć "Przepraszam"= faszyzm. Nie wiem, czy wydawca go po cichu nie lubi i chciał by pan Wiśniewski wpuścił się sam na minę, czy autor faktycznie nie rozróżnia idiotyzmów i egzaltowanej histerii od wychowania. Jak krytykowanie historii o facecie, którego córka w ZOO złamała zasady umowy (miała wybrać jedna z przekąsek, bez marudzenia o inne, a gdy zobaczyła lody, wyrzuciła popcorn i zaczęła żądać kolejnego zakupu). Pan okazał się okropnym ojcem, bo zabrał dziewczynkę do samochodu, tak jak zapowiedział. To było nieludzie. Bo tak, traktowanie dzieci jak podopiecznych to -uwaga- DEHUMANIZACJA. Strzeliłam taki facepalm, że echo poszło. Chce jednak pokreślić, że kilka uwag i fragmentów rozdziałów było świetnie napisanych i bardziej opartych na faktach niż płynięcie co to moim zdaniem powinno być a nie jest. Gdyby proporcje były odwrotne, dużo lepiej by się to czytało i kto wi, może nawet potraktowało autora ciut poważniej. Skończyłam zmęczona (szczególnie bezsensowna końcówka z kosmosem),szybko zapominając o wartościowych elementach. Opowieść o dziewczyńskich i chłopięcych zabawach/strojach/preferencjach była świetna. Dlaczego więc autor wolał pleść androny? Ciekawy aspekt dostaliśmy w rozdziale o poczuciu humoru i opresyjności (!!!). O ile podpisuję się obiema rękami że ośmieszanie dziecka czy opowiadanie jego historii, które maluch traktuje poważnie, jako zabawnych anegdotek jest nie w porządku, tak robienie z tego Naprawde-Wielkiej-Krzywdy (koniecznie z wielkiej litery, bo tak to czułam),nazywanie przemocą i prawie równanie do bicia, ocierało się o parodie. Bardzo żałuje, bo pewnie już więcej nie sięgnę po jego twórczość, a te spójne i trzeźwe fragmenty dawały nadzieję.
Autor zrobił sobie wielka krzywdę przeplatając naprawdę sensowne wnioski (jak choćby słabą architekturę krajobrazu i infrastrukturę nastawioną na samochody a nie ludzi) z takimi bredniami, że głowa mała. Uwaga, tu cytuje tylko niektóre tezy. Bajki to kłamstwa opowiadane dzieciom. Nagrody to zniewolenie. Bajka w teatrze gdzie mis uczy dzieci, że po puszczeniu bąka powinno...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZnaki na ziemi i niebie mówiły żeby nie sięgać po tę pozycję. A jednak... wymęczona.
Nawet nie jestem rozczarowana bardziej zastanawia mnie fakt, kto pozwala drukować takie bzdury. Już sam fakt, że autor poddaje pod wątpliwość coś co jest psychologicznie zbadane i udowodnione jak bunt dwulatka, to im bardziej w las tym gorzej. Dramat. Dużo mnie kosztuje zostawienie tego komentarza zamiast postawienia ...
Znaki na ziemi i niebie mówiły żeby nie sięgać po tę pozycję. A jednak... wymęczona.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNawet nie jestem rozczarowana bardziej zastanawia mnie fakt, kto pozwala drukować takie bzdury. Już sam fakt, że autor poddaje pod wątpliwość coś co jest psychologicznie zbadane i udowodnione jak bunt dwulatka, to im bardziej w las tym gorzej. Dramat. Dużo mnie kosztuje zostawienie tego...
Nie spodobała mi się ta książka, ani przemądrzały styl autora. Mam również inne poglądy, więc to już w ogóle nie gra. Daję 2, bo niekiedy zdarzały się ciekawe akapity.
Nie spodobała mi się ta książka, ani przemądrzały styl autora. Mam również inne poglądy, więc to już w ogóle nie gra. Daję 2, bo niekiedy zdarzały się ciekawe akapity.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSięgając po tę książkę, chciałam się dowiedzieć, czym jest tak często wspominana przez autora dzieciofobia. Chociaż autor porusza bardzo wiele tematów ważnych i często się z nim zgadzam, niestety nie przekonał mnie, że dzieciofobia istnieje. Już prędzej na podstawie własnych obserwacji powiedziałabym, że istnieje ogólna niechęć do rodziców, przez to jak część z nich wychowuje swoje pociechy. Autor nierzadko przesadza i zaprzecza sam sobie. Najbardziej jednak oburzyło mnie jego podejście do przyszłości dzieci w sytuacji globalnego ocieplenia i jego odpowiedź w stylu „jakoś to będzie”, co odbieram jako skrajny egoizm i całkowite zaprzeczenie troski o (małych) ludzi…
Sięgając po tę książkę, chciałam się dowiedzieć, czym jest tak często wspominana przez autora dzieciofobia. Chociaż autor porusza bardzo wiele tematów ważnych i często się z nim zgadzam, niestety nie przekonał mnie, że dzieciofobia istnieje. Już prędzej na podstawie własnych obserwacji powiedziałabym, że istnieje ogólna niechęć do rodziców, przez to jak część z nich...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor ma sprawę głęboko przemyślaną. Czasem ciężko nadążyć, dlaczego podąża dana ścieżka - popłynął myślę zwłaszcza w rozdziale końcowym, konkretnie zaś nawet nie tyle popłynął, co poleciał w kosmos. Świetny rozdział o humorze jako narzędziu opresji. Świetne to, że narracja równa i precyzyjna, wszystkie rozdziały dobrze zróżnicowane tematycznie, tak żeby całościowo naświetlić problem. Nie zgadzam się, że to banały - przeciwnie, wnikliwa analiza pozornie oklepanego tematu.
Dygresje odautorskie w dolnej glosie trochę przybogate. Jesli była potrzeba coś uzupełnić, to dlaczego nie w zdaniu.
Autor ma sprawę głęboko przemyślaną. Czasem ciężko nadążyć, dlaczego podąża dana ścieżka - popłynął myślę zwłaszcza w rozdziale końcowym, konkretnie zaś nawet nie tyle popłynął, co poleciał w kosmos. Świetny rozdział o humorze jako narzędziu opresji. Świetne to, że narracja równa i precyzyjna, wszystkie rozdziały dobrze zróżnicowane tematycznie, tak żeby całościowo...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBeznadziejna, bełkot, chaos- nawet jeśli jest tu trochę racji to ginie ona w gąszczu pseudointelektualnych dywagacji.
Beznadziejna, bełkot, chaos- nawet jeśli jest tu trochę racji to ginie ona w gąszczu pseudointelektualnych dywagacji.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZacznijmy od oczywistości. Posiadanie dziecka to nie jest łatwa sprawa. Współcześnie to coraz częściej świadomy wybór i decyzja, na którą rodzice przygotowują się latami. Ugruntowanie pozycji na rynku pracy, odłożenie oszczędności, czasem wcześniejsze kupno mieszkania. Ludzie stają się świadomi, że dotychczasowe podejście poprzednich pokoleń w stylu „jakoś to będzie” jest niewystarczające. Jedni nazwą to przewrażliwieniem, drudzy właśnie wrażliwością.
Tym bardziej zainteresowałem się książką „Zakaz gry w piłkę” Michała R. Wiśniewskiego, self-proclaimed lewaka, który przecież jak nikt inny powinien rozumieć trudności współczesnego dyskursu wokół dzieci, rodzicielstwa i antynatalizmu w środku katastrofy klimatycznej i rozpoczynającego się (a w wielu miejscach już trwającego) przeludnienia. Niestety, jak to zwykle się okazuje, najciemniej jest pod latarnią.
Z wieloma rzeczami przywołanymi w książce Wiśniewskiego trudno się nie zgodzić. Autor przekonująco i prawidłowo rozpoznaje krzywdzące traktowanie dzieci w społeczeństwie: od uprzedmiotowiania, nierównej relacji z opiekunem, przemoc psychiczną i fizyczną, wyśmiewanie i humor rodzący brak zaufania, po zakaz hałasów i harców (czyli zasadniczo bycia dzieckiem). Autor dużo miejsca poświęca memetyce i wyrażeniom zagnieżdżonym w polskiej kulturze – „bezstresowe wychowanie”, „mały terrorysta”, „madka”, czy wiele innych, o których wspomnieć zapomniał, a także się do tego stosują (ot „bombelek” i „kaszojad”). Jest prawdą, że taki język wyklucza dzieci z przestrzeni dyskursu. Problemy i potrzeby dziecka stają się ignorowane, a język sankcjonuje przemoc, słowną lub fizyczną. Doceniam też pomysł komparatystyki współczesnych polskich bajek z zagranicznymi (tutaj, jak i w innych rozdziałach locus amoenus są Skandynawia i Niemcy). Niestety pozostaje mi zaufać autorowi, bo nie miałem z nimi styczności. Emilia Bańczyk w swojej recenzji znajduje wybiórczość w ich interpretowaniu, co każe mi zmniejszyć poziom owego zaufania.
Tym sposobem możemy przejść do części negatywnej recenzji. Wskazany przez Bańczyk (jak zresztą przez większość osób recenzenckich) subiektywizm jest piętą achillesową książki. Zaczynając czytać reportaż lub esej zawsze zadaję sobie dwa pytania – o czym ma być i dlaczego ktoś czuje się upoważniony do jego napisania. Przynajmniej pierwsze pytanie powinno być łatwe – „Zakaz gry w piłkę” jest o dzieciofobii... prawda? Jak wskazałem w poprzednim akapicie, przez większość tekstu tak, ale duże połacie książki to luźne dywagacje o własnej przeszłości, przytaczanie fabuł nikomu nieznanych filmów i książek (głównie azjatyckich),randomowa polecajka karcianych Pokemonów dla rodziców (s.201) czy przeklejanie (blisko 3 stron) Chatu GPT (s.296-298). W drugiej kwestii – Wiśniewski jest pisarzem, nieznanym mi na polu aktywizmu społecznego. W tekście Vogue’a przeczytałem, że unika odpowiedzi na pytanie o posiadanie dziecka (co oczywiście jest ok),ale mój poziom frustracji wzrósł po zdaniu „nikt nie ma prawa tego oceniać, zwłaszcza mędrek, który na polu prokreacji nie osiągnął zbyt wiele” (s.274) jako odpowiedź na słowa papieża krytykującego posiadanie „psieci” zamiast dzieci. Dodanie po tym: „Co nie znaczy, ze osiągnięcia do tego uprawniają” jest zwykłą próbą uniku. Do subiektywizmu dochodzi jeszcze hipokryzja.
„Od ludzi słowa domagam się namysłu nad tym, co, kiedy i do kogo piszą” (s.38)
Czy to reportaż, czy esej? Jakie założenia początkowe ma autor? To pytania, na które odpowiedzieć musicie sobie sami. Ja uważam, że to esej z rodzaju tych z przełomu wieków, gdzie pisano na wszelakie tematy bez większych kompetencji. Głównym założeniem (choć ukrytym) jest wiara w futuryzm i stawianie prokreacji jako wartość nadrzędną (o czym później). Jakby to nie było wystarczająco dziwne dla lewaka (w niektórych recenzjach nawet „skrajnego”),to Wiśniewski praktycznie nie porusza powodów ekonomicznych i światopoglądowych. Parę razy wspomina wprawdzie, że kapitalizm to problem i powód przemocowych zachowań względem dzieci, ale brak tutaj rozwiniętej analizy problemu. Co dziwi, bo nie wyobrażam sobie pisać eseju o dzieciofobii i nie wspomnieć o takich oczywistościach jak lęk młodych dorosłych przed stworzeniem życia w coraz mniej stabilnych politycznie czasach, w świetle najnowszych badań nad stanem planety oraz przeludnienia i pomimo rosnących oczekiwań społecznych, które wymagają jakiejś formy rodzicielstwa (na co reakcją jest „psiecko”, swoją drogą przez Wiśniewskiego krytykowane z powodu... reakcji kapitalizmu, tj. lokali pozwalających na wejście z psem, a kręcących nosem na dzieci, s.276).
Zamiast tego autor wyśmiewa poczucie bezradności ojców i ich trudności z nawiązaniem więzi z noworodkami (nazywając to z automatu weaponized incompetence, s.257) i załamuje ręce nad różnicą pomiędzy mężczyznami i kobietami w wykorzystywaniu urlopu rodzicielskiego („Feminizm się zaczyna, kiedy trzeba wnieść wózek i zakupy na trzecie piętro”, s.261).
Prawdziwe schody zaczynają się w kwestii braku chęci posiadania dzieci. To się już jawnie Wiśniewskiemu nie podoba.
„Wypadałoby natomiast porozmawiać o cichej rezygnacji z posiadania dzieci. To temat tabu – osoby, które z wyboru nie chcą mieć dzieci, zdominowały dyskusję: nie wolno pytać, dlaczego ktoś nie ma dzieci, to prywatna sprawa. Tymczasem wiele osób chce, ale nie może” (s.266)
Poza oczywistą różnicą w skali – osób niechcących dzieci siłą rzeczy będzie więcej w populacji od tych, którzy z powodów medycznych lub finansowych nie mogą – Wiśniewski nie zauważa, że problem leży gdzie indziej. To właśnie ze względu na tych drugich nie wypada pytać o brak dzieci, to powoduje ból. Ci, którzy świadomie zrezygnowali z posiadania dzieci nie mają raczej problemu w powiedzeniu tego na głos. Z tym, że wtedy, według autora, ci ludzie chcą być moralnie lepsi, narzucając swój pogląd na innych. Tak jak antynataliści.
„Tę fantazję odbieram jako coś oślizgłego, co intuicyjnie mnie odpycha. Szanuję (w sensie – nic mi do tego) decyzje ludzi, którzy nie chcą mieć dzieci, ale jeśli wykorzystują ten fakt do publicznego okazywania swojej moralnej wyższości (w dodatku zerowym kosztem),to niezbyt mi się to podoba. Antynatalista żyje w świecie pełnym dzieci i korzysta z tego, że nigdy nie doświadczy tych igrzysk smutku związanych z odchodzeniem ludzkości. Mogą poczuć się dobrze nic nie robiąc – zupełnie jak płodomaniacy dokonujący duchowych adopcji. Być może to też jest arcyludzkie: chcemy żeby nasze wybory świadczyły o nas, poświęcamy się, szlachetni! To jakaś dziwna gra, w której nie chcę brać udziału. Proponuję trzymać antynatalistów tam, gdzie ich miejsce – między miłośnikami antystresowych kolorowanek i wyznawców hipotezy płaskiej Ziemi. Niech siedzą cicho, gdy rozmawiamy o poważnych sprawach! (s.281-282)
Problemów z takim podejściem jest wiele. Zaczynając od projekcji narzucania moralnej wyższości i poświęcenia (w kulturze skrajnie patriarchalnej jak Polska jest raczej na odwrót – to rodzic, szczególnie wielu dzieci, postrzegany jest jako wzór; przypominam o wciąż istniejącej instytucji nagradzania wielodzietnych matek krzyżem zasługi przez prezydenta),przez sentymentalizację „odchodzenia ludzkości” pośrodku bicia na alarm o nadchodzącym przeludnieniu i braku dostępu do podstawowych surowców takich jak woda, po traktowanie antynatalizmu jako teorii spiskowej (i, z jakiegoś powodu, obrażanie miłośników kolorowanek dla dorosłych, w którym gronie jakiś procent stanowią osoby ze spektrum autyzmu ). Wiśniewski nazywa antynatalizm „poglądem dziwadłem” (s.279) „gorszym od faszyzmu” (s.281),jednocześnie kreśląc moje ulubione zdanie w tej książce – „choć odmawiam dyskusji z konkretnymi argumentami antynatalistów z przyczyn pryncypialnych, jestem z nimi doskonale zaznajomiony” (s.279) . Co ciekawe, Wiśniewski przytacza fragment książki Macieja Jakubowiaka o samym antynatalizmie, który za podstawę ma utylitaryzm i może być postrzegany jako sprzeciw kobiet w poddawaniu swojego ciała społecznej kontroli. Autor zauważa w tym szansę odwołania się do swojej powieści Hello world, do której z kolei powoływał się Jakubowiak, ale nie porusza wspomnianej kwestii emancypacyjnej, poddając jego proklamowany feminizm w wątpliwość. Wiśniewski uważa antynatalizm za utopię, problem tak marginalny, że nieistniejący, bo dzieci zawsze będą się rodzić. Pamiętacie wybiórczość?
Bo to wszystko nie przeszkadza autorowi w napisaniu takiego zdania:
„Wreszcie – każda niechęć do rozmnażania pielęgnowana jako ważny element tożsamości prędzej czy później przerodzi się w niechęć do rodziców, dzieciofobię, w podważanie prawa do ich obecności w przestrzeni publicznej i tak dalej. Kiedy się myśli o dziecku jedynie jako o rezultacie czyjegoś (błędnego!) wyboru, łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że skoro ja nie chciałem mieć dziecka, to inni też mogli nie chceć. Nie ustąpie miejsca ciężarnej, nie przepuszczę wózka. Sama chciała,to teraz ma!” (s.282)
Tylko rodzicielstwo może być postrzegane jako nieinwazyjny element tożsamości (pomimo pisanej właśnie przez autora książki wskazującej inaczej),bo brak chęci posiadania dzieci przerodzi się w dzieciofobię. Ciekawe po której stronie stoją ci, za którymi wcześniej ujął się autor – ci, którzy dzieci mieć nie mogą. Jaką im tożsamość Wiśniewski imputuje? Po tym cytacie byłem już pewien, że książka Wiśniewskiego prezentuje raczej „wydajemisizm” niż jakąkolwiek naukowość. Powołanie się na parę książek socjologicznych, Janusza Korczaka i masę artykułów popularnonaukowych nie wystarcza.
Wiśniewski jakby chciał zjeść ciastko i mieć ciastko – z pozycji lewicy krytykuje przemocowe zachowania (co dobre) i dużą część społeczeństwa, które dzieci nie chce (co złe),nie odnosząc się do najprostszych prawd społecznych. Dziecko w kapitalizmie jest przeszkodą. Choć jest konieczne dla ciągłości kapitalizmu, ten ustrój nie myśli na parę lat do przodu (czego efektem jest katastrofa klimatyczna). Nikt nie chce ponosić kosztów wychowania (gospodarczych, społecznych),a spadek dzietności jest trendem globalnym, zwłaszcza w krajach neoliberalnych. Obwinianie jednostek za ten stan rzeczy jest dokładnie tym, czego kapitalizm chce (jak chociażby, z przywołanym nawet w książce, śladem węglowym). Zastąpienie badań nad tą kwestią stwierdzeniem o szkodliwości antynatalizmu (przy jednoczesnym stwierdzeniu autora, że „te głosy nie dominują w dyskusjach”, ale sam fakt ich pojawiania dowodzi społecznego przyzwolenia i porównaniu ich do rasizmu w Teksasie, którego nikt nie odczuwał, bo wszyscy byli rasistami, s.282) jest walką z chochołem i niesamowicie wąskim spojrzeniem na rzeczywistość społeczną.
Dla kogo więc jest ta książka? Z przykrością stwierdzam, że styl autora ma tylko dwóch odbiorców – tych, którzy się z nim zgadzają i samego autora. Podbijanie ego autora to częsty motyw, ale nie zamierzam się nad nim rozwodzić. W książce jest wiele zdań o powinności pisarza, idącej za tym nieograniczonej wyobraźni, czy afirmacji w stylu: „Dziś śmieszą mnie jedynie memy, japoński slapstick oraz inteligencki metahumor. Natomiast zupełnie alergicznie reaguję na żarty z dzieci (s.71)”. W kwestii polemiki – autor narzuca swój światopogląd (o ironio) i jest raczej dość otwarcie wrogi do ludzi myślących inaczej. Najmocniejszym tego przykładem jest następujący ustęp:
„Chłopcy prawicowcy (oraz ich rezolutne panienki w stylu tradwife) bagatelizują wpływ ciąży na zdrowie. Ich zdaniem kobieta nie ponosi żadnych kosztów; więc niech urodzi i odda. Progresywne dziewczyny zamiast kazać im spierdalać i się douczyć, sięgają po kolejne argumenty, że ciąża i macierzyństwo to udręka, po czym są bombardowane negatywnymi treściami. Czy może dziwić, że młode kobiety zwyczajnie boją się rodzić dzieci?” (s.272)
Choć krytyka oczywiście zasadna, nie potrzebujemy kolejnej książki o wkurwie. Potrzebujemy książki z rozwiązaniami skierowaną do tych, którzy ich potrzebują (lub nawet nie wiedzą, że ich potrzebują). Nieprzekonanych takie publikacje popchną na prawo, pogłębiając polaryzację. Ciągłe nawoływania do szacunku i upodmiotawiania są bez znaczenia, gdy sam autor się do nich nie stosuje (co, mam nadzieję, wybrzmiało w recenzji). Zamiast przykładowo skrytykować Kościół katolicki za... nie wiem, przeszkadzanie w ustanowieniu zdrowia reprodukcyjnego i szerzeniu wiedzy prozdrotownej, Wiśniewski postanawia napisać: „Pod tą śmieszną czapką przypominającą kajzerkę z pomponem nie zalęgnie się przecież myśl, że nie wszyscy na sali są katolikami.Alleluja i do przodu” (s.186). Przykro mi, ale przez takie kwiatki nikt nie bierze Pana Autora na poważnie. Fajnopolactwo trzeba odrzucić.
Nie wspomniałem o momentach, w których autor sam sobie zaprzecza – np. raz nie widzi w smartfonach i grach komputerowych niczego złego, żeby zaraz „nastoletni syn znajomej wciągający treści ze smartfona był przekonany, że to mężczyźni są prześladowani” (s.246) i „Jak to się dzieje, że jakiś „Lewy” staje się idolem chłopaka? Dlaczego on nie sięga po książkę, a wie, kto to jest Kapustka? Bo może właśnie w tym tkwi sedno problemu – kultura narzucana chłopcom (Gwiezdne wojny, superherosi, gry wideo) jest przemocowa i antyintelektualna.” (s.251),ale takich nieścisłości jest o wiele więcej i szczerze powiedziawszy, nie mam już na nie siły. Poza uogólnianiem – chociażby w zakresie 20 stron – „wszystkie kobiety to roboty” (s.96),polskie społeczeństwo jest niemiłe”, bo nie widzi altruistycznych zachowań (s.99),„w Polsce dziecko w autobusie budzi niechęć” (s.114) – hipokryzją, wybiórczością i po prostu byciem złośliwym (jak opisana na stronie 102 historia ze zwróceniem autorowi uwagi, który był za głośno w towarzystwie, co w jego głowie zezwoliło mu na napisanie, że „ów myśliciel cały wieczór spędził na mansplainowaniu czegoś swojej towarzyszce”),Wiśniewski lubi też wpadać w tony pathosu, porównując rodzicielską konsekwencję z mobbingiem – „Co było pierwsze: dehumanizacja dziecka czy pracowników? – oto jest pytanie o istotę polskiej duszy” (s.94). Na uboczu zostawiam kwestię przywoływanej wciąż popkultury, Kamil Szczygieł w swoim tekście rozbił dziwne przekonania autora za mnie; niezmiernie śmieszy mnie jednak krytyka Toy Story, Shreka i Harry’ego Pottera, która brzmi, jakby Wiśniewski nie oglądał tych filmów. To na czarodzieju z Hogwartu Wiśniewski postanowił skupić swoją krytykę, kreśląc chyba moje ulubione zdanie tego roku: „Faszyzm (uosabiany przez popleczników Voldemorta) jest zły, bo dotyka białych chłopców” (s.165). W debacie pomiędzy rozdzieleniem dzieła od autora Wiśniewski zajmuje jednoznaczne miejsce. Brzmi to podobnie do przypisu ze strony 307: autor uważał „Charliego i fabrykę czekolady” Dahla za dzieciofobiczną, ale koleżanka mu powiedziała, że ofiarami Wonki są uprzywilejowane dzieci, więc już wszystko jest ok, bo to konflikt klasowy. Jeszcze w kontekście HP Wiśniewski napisał: „Im mądrzejsi dorośli ją [książkę] czytają, tym mądrzejsze rzeczy dostrzegają między wierszami (...) Co znajdą tam dzieci, dla których jest to często pierwsza przeczytana książka?” (s.165). Na pewno nic z powyższych.
Niezmiernie mi przykro, ale w kontekście tej książki memy o lewicy zalotnie się do mnie uśmiechają. Ale to nic, bo z lewicą ma ona niewiele wspólnego. Okropna książka.
https://www.instagram.com/metakonteksty/
Zacznijmy od oczywistości. Posiadanie dziecka to nie jest łatwa sprawa. Współcześnie to coraz częściej świadomy wybór i decyzja, na którą rodzice przygotowują się latami. Ugruntowanie pozycji na rynku pracy, odłożenie oszczędności, czasem wcześniejsze kupno mieszkania. Ludzie stają się świadomi, że dotychczasowe podejście poprzednich pokoleń w stylu „jakoś to będzie” jest...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to105/130/2025
Ta książka nie jest wcale taka zła. Raczej odtwórcza i przeciętna. Szczególnie, gdy już przebrniemy przez początek, który może wkurzyć, bo wiele w nim oczekiwań, że wszyscy musimy bezwzględnie dbać o dzieci, być wyrozumiałymi itp. Inna rzecz, że znacznie częściej „problemy z dziećmi” (ich zachowaniem w miejscach publicznych) wynikają z zachowania dorosłych.
Wydaje się, najbardziej na początku, że książka jest przestarzała. Wydana w 2024 roku, ale sądzę, że pisana wcześniej. Albo wcześniej wymyślona. Ekscytacja rozwiązaniami prodziecięcymi w infrastrukturze sztokholmskiej czy berlińskiej i szkalowanie polskich torów z przeszkodami wydają mi się mocno zacofane. A także ironiczne przedstawianie poglądu, że drzewo zawadza, bo mogłoby tam być miejsce parkingowe. Facet, spod jakiego kamienia żeś ty wypełzł? A, i jeszcze mieszkańcy Sztokholmu są fajni, bo ludziom z wózkami przytrzymują drzwi. Nie to co u nas, u nas się wali tymi drzwiami w pysk, a jak to nie wystarczy, to się nogę podkłada, żeby każdy oszołom wiedział, że z bachorem to się w domu siedzi, a nie po miejscach publicznych pęta. I jeszcze w tym całym Sztokholmie to w każdym lokalu gastro jest mikrofala, żeby można było bobasowi odgrzać jedzenie. Faktycznie, tego u nas nie ma. Za to jak w 2009 i 2010 roku wakacjowaliśmy z małą córką, to prosiliśmy w knajpach o odgrzanie słoiczka i nigdy z tym nie było problemu.
Książka jest też przynajmniej w jednym miejscu niespójna. Autor najpierw słusznie gani zaczepki małych dzieci przez aktorów w teatrze (obcych i w niecodziennych ubraniach) oraz wywoływanie ich „na siłę” na scenę (zgadzam się, nie każdy musi się cieszyć, gdy obcy chce z nim nawiązywać kontakty),ale potem proponuje, aby nieznajomi ludzie zabawiali nudzące się dzieci w knajpie. I wspomina, jak to rozbawił bobasa głupimi minami – a już było blisko katastrofy, bo bobas planował wielki płacz. Pomijając oczekiwanie, żeby się zajmować cudzymi dziećmi w codziennej sytuacji (co innego, gdyby na przykład się zgubiło),to ja tam nie wiem, czy każde dziecko zareagowałoby pozytywnie na zagadywanie czy miny ze strony obcego człowieka…
Jest wiele kwestii, z którymi się zgadzam, jak postulat tolerancji dla maluchów płaczących w samolotach, wypuszczenie dziecka pieszo, rowerem lub autobusem, zamiast wożenia go wszędzie autem czy absolutny zakaz przemocy (także uważanych za nieszkodliwe klapsów albo niby niewinnych żarcików, przytyków czy całkiem poważnych wyzwisk). Co do samolotów, wszyscy wiemy, że loty nie zawsze są komfortowe (ciśnie w uszach, rzuca przy turbulencjach, za oknem nuda itp.),ale z drugiej strony uważam, że jak się ma małe dziecko, to nie ma potrzeby narażać go na stres w samolocie, żeby wymoczyć tyłek w hotelowym basenie w Egipcie. Nie mówiąc o Bali. Plus wiele innych, uznawanych za lewicowe postulatów, jak większe zaangażowanie ojców, naprawa nieudolnego systemu oświaty (w tym niskiego poziomu czytelnictwa czy kiepskiego wuefu),odrzucenie szkodliwych stereotypów oraz zapewnienie bezpieczeństwa i wsparcia rodziców przez państwo. Nie ma się do czego przyczepić, poza oczywistym faktem, że dyskusja na te tematy przetacza się (przynajmniej przez lewackie bańki) już od kilku lat. Tu mamy wiele wątków zebranych w jednym miejscu, jest to na pewno plus bardzo dodatni.
Wielki minus za słownictwo: komcionauta, ciskobieta czy otak (chaichwie, co to są i nawet nie chcę wiedzieć),manspainowanie (chyba się domyślam, a man explains) albo nazywanie Kuby Wojewódzkiego patocelebrytą bez żadnego uzasadnienia. Ani mnie on ziębi, ani grzeje, ale chciałabym wiedzieć, co w nim jest patologicznego.
Największy chyba minus, wielka krecha za rzekome przedstawienie umiejętności dziecka kończącego przedszkole, aby wykazać, że tłucze się odlewy z jednej foremki, i że te odlewy znają godło, hymn, swoje nazwisko, wiedzą że są Polakami i że stolicą jest Warszawa, a Polska jest w UE. Nożesz w mordę jeża!! Takiego bezczelnego wydłubania 5 punktów (z listy 23 z obszaru poznawczego) jeszcze nie widziałam. Obsza emocjonalny i społeczny pominięty zupełnie. Tak samo jak fizyczny (czyli m.in. samodzielnie je i robi siusiu),ale autor chce wykazać, że dzieci są uczone tylko twardej wiedzy, a o kompetencjach miękkich nikt nie myśli. Jako matka dwójki dzieci protestuję! Przeczytałam podstawę programową! I z praktyką też jestem na bieżąco, bo jedno dziecię jest w 3 klasie LO, a drugie w 5 podstawówki. Moje doświadczenia są takie, że nauczyciele przede wszystkim zwracają uwagę na emocje dzieci i ich relacje, i to nie tylko w przedszkolu czy w klasach 1-3 szkoły podstawowej. Córka w 2 klasie LO przeniosła się na inny profil i gdy na zebraniu zapytałam wychowawcę, jak tam ona, mając na myśli głównie jej zachowanie, bo aniołkiem nie jest, to usłyszałam, że dobrze się odnalazła w nowej klasie i nie było żadnych nieprzyjemnych w stosunku do niej zachowań. Podkreślam, że szkoła jest publiczna i wcale nie z żadnej czołówki.
Co do Finlandii i tego, że tam każde dziecko chodzi do szkoły koło domu i to powoduje, że nie ma podziału na szkoły lepsze i gorsze – niestety, jest to już nieprawda. Faktycznie, nadal jest tam rejonizacja (nie wiem, czy w przepisach czy w bardzo silnym zwyczaju),ale efekt jest taki, że w okolicy szkoły uważanej za lepszą od innych są droższe nieruchomości, a zatem nie każdy może sobie pozwolić na zamieszkanie w takim miejscu i zapisanie dziecka do tamtejszej szkoły. A zatem segregacja się odbywa, tyle ze nie polega ona na wożeniu dziecka do lepszej szkoły na drugim końcu miasta, tylko na zamieszkiwaniu w okolicy lepszej szkoły. Bo jednak one nie są wszystkie takie same, te fińskie szkoły. Chociaż zapewne zdecydowanie mniej zróżnicowane, niż nasze.
Podsumowując: jako kompendium różnych zaniedbanych obszarów bardzo dobre. Pamiętajcie tylko o minusach, które tu wytknęłam.
105/130/2025
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka nie jest wcale taka zła. Raczej odtwórcza i przeciętna. Szczególnie, gdy już przebrniemy przez początek, który może wkurzyć, bo wiele w nim oczekiwań, że wszyscy musimy bezwzględnie dbać o dzieci, być wyrozumiałymi itp. Inna rzecz, że znacznie częściej „problemy z dziećmi” (ich zachowaniem w miejscach publicznych) wynikają z zachowania dorosłych....