rozwińzwiń

Więzień sumienia

Okładka książki Więzień sumienia autora Hector Kung, 9788383136035
Okładka książki Więzień sumienia
Hector Kung Wydawnictwo: Novae Res powieść przygodowa
486 str. 8 godz. 6 min.
Kategoria:
powieść przygodowa
Format:
papier
Data wydania:
2023-05-23
Data 1. wyd. pol.:
2023-05-23
Liczba stron:
486
Czas czytania
8 godz. 6 min.
Język:
polski
ISBN:
9788383136035
Średnia ocen

7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Więzień sumienia w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Więzień sumienia

Średnia ocen
7,2 / 10
26 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Więzień sumienia

avatar
155
71

Na półkach:

Od początku do końca moralne dylematy z którymi się każdy z nas mierzy. Co jest słuszne, co sprawiedliwe i co jest właściwym wyborem? Bohater przekracza prawo, świadomie i w szlachetnym celu, tak uważa. Doświadcza brutalnej kary. Potem staje się sędzią, znowu w słusznej, jak się mu wydaje sprawie. I znowu realne życie ściąga go brutalnie na ziemię. Targany wątpliwościami, rozczarowany otoczeniem, wybiera bardzo niekonwencjonalną drogę. Fantastyczna powieść z głębokimi przemyśleniami, wielowarstwowym przesłaniem i pytaniami, o kondycję naszej moralności. Humor miesza się z powagą, która wywołuje odzew głeboko w sumieniu. Pozycja godna polecenia.

Od początku do końca moralne dylematy z którymi się każdy z nas mierzy. Co jest słuszne, co sprawiedliwe i co jest właściwym wyborem? Bohater przekracza prawo, świadomie i w szlachetnym celu, tak uważa. Doświadcza brutalnej kary. Potem staje się sędzią, znowu w słusznej, jak się mu wydaje sprawie. I znowu realne życie ściąga go brutalnie na ziemię. Targany wątpliwościami,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
5571
5357

Na półkach:

Chwilami zabawna te pszczoły i chodu chwilami melancholia
dużo emocji zabawy i śmiechu
ale i dramatu samotności
nie jest to książka jednoznaczna
ale balansuję na granice realizm i prawda
dla mnie piękna przygoda

Chwilami zabawna te pszczoły i chodu chwilami melancholia
dużo emocji zabawy i śmiechu
ale i dramatu samotności
nie jest to książka jednoznaczna
ale balansuję na granice realizm i prawda
dla mnie piękna przygoda

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
12
1

Na półkach: ,

Wrażenia po lekturze książki Kunga „Więzień sumienia”

Książka złożona z dwóch części, podobnie jak natura bohatera, która nie jest jednolita. Pierwsza opowiada o próbie ratowania życia córki, cudzym kosztem i związane z tym moralne zagadnienia (krytyka systemu socjalnego). Potem kara zesłania i walka o przetrwanie w samotni z młodym czworonogiem. Samokrytyka, wyrzuty sumienia i odnalezienie siebie na nowo. Fajne klimaty wyspy i prawdziwej przyjaźni z psem (też takiego miałem). Druga część to krytyka systemu prawnego, który podobnie jak socjalny, z roli służebnej ewaluował do elitarnej. Podoba mi się spojrzenie autora na zagadnienie współczesnej wykładni prawa, że nie to jest ważne, co jest prawdą, ale to, czego potrafię dowieźć. Każdy chyba nie tylko w naszym kraju, kto doświadczył zderzenia z wymiarem sprawiedliwości, bez trudu w opisanych wątkach się odnajdzie. Nie chodzi o sprawiedliwość i karanie oczywistych przestępców, tylko spekulatywne ważenie wpływów środowisk stojących za stronami i popisy prawników-sofistów, jak pisze autor. Jeśli pokrzywdzony ma za słabe plecy, za mało środków, sam może znaleźć się po drugiej stronie, a ogół i tak nie będzie zainteresowany tym, kto jest sprawcą, czy ofiarą. Ważne są igrzyska, przeciąganie liny, umiejętności erudytów stających do walki. Kiedy się nad tym poważnie zastanowić, to rzeczywiście doszliśmy do punktu, w którym należy coś w prawie i jego stosowaniu radykalnie zmienić, w przeciwnym razie grozi nam anarchia, albo coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Oczywista erozja systemu powoduje, że bohater rozczarowany stanem faktycznym wybiera na końcu drogę, którą wielu z nas też by wybrało. Dyskusyjne pozostają kwestie, czy tę ważną batalię, w którą się zaangażował, wygrał, czy przegrał? Ostatecznego wyboru dokonał dla zgody z własnym sumieniem, czy też z powodu świadomości, że cokolwiek by jeszcze zrobił i tak niczego nie zmieni? Powieść stawia wiele pytań natury moralnej i dokonywanych przez nas wyborów. Czy większość z nas, to masa, która płynie z prądem? Czy sami z siebie potrafimy jeszcze przeciwstawić się złu, kiedy osobiście nic na tym nie zyskamy? Czy mamy umiejętność krytycznego patrzenia na siebie i tego, co robimy? Czy potrafimy zawrócić z niewłaściwie obranej drogi i podjąć próby stania się lepszymi, szlachetniejszymi ludźmi?
Lektura o dwóch klimatach umiejętnie ze sobą połączonych jest godna polecenia (tylko dla krytycznie myślących),bo zmusza do głębokich refleksji na wielu płaszczyznach.

Stefan

Wrażenia po lekturze książki Kunga „Więzień sumienia”

Książka złożona z dwóch części, podobnie jak natura bohatera, która nie jest jednolita. Pierwsza opowiada o próbie ratowania życia córki, cudzym kosztem i związane z tym moralne zagadnienia (krytyka systemu socjalnego). Potem kara zesłania i walka o przetrwanie w samotni z młodym czworonogiem. Samokrytyka, wyrzuty...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

53 użytkowników ma tytuł Więzień sumienia na półkach głównych
  • 28
  • 25
10 użytkowników ma tytuł Więzień sumienia na półkach dodatkowych
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Szczurzy szlak Piotr Gajdziński
Szczurzy szlak
Piotr Gajdziński
Po zakończeniu „Sierocińca janczarów” kontynuuję cykl powieści Piotra Gajdzińskiego z dziennikarzem śledczym Rafałem Terleckim w roli głównej. Seria liczy obecnie sześć tomów, więc jestem dopiero na początku tej drogi. W podobnej sytuacji był autor, pisząc tę książkę – wcześniej znany głównie z wybitnych biografii politycznych (Jaruzelskiego, Gomułki czy Piłsudskiego),z każdą kolejną powieścią szlifuje swój literacki warsztat, co w „Szczurzym szlaku” jest już wyraźnie widoczne. O czym jest „Szczurzy szlak”? Tytułowy „szczurzy szlak” (niem. Rattenlinien) to potoczne określenie siatki dróg przerzutowych, którymi po II wojnie światowej zbrodniarze nazistowscy uciekali z Europy przed sprawiedliwością. Podobnie jak w poprzedniej części, autor serwuje nam narrację dwutorową: śledzimy wydarzenia z przełomu lat 1943/1944 oraz współczesne dochodzenie. Wszystko zaczyna się od prośby Henryka Howańskiego, nauczyciela z wolsztyńskiego liceum. Chce on wyjaśnić losy swojego dziadka Bolesława, który zaginął w czasie wojny, a po jej zakończeniu kontaktował się z rodziną jedynie tajemniczymi listami, obiecując rychłe spotkanie, które nigdy nie nastąpiło. Sprawa nabiera tempa, gdy do nauczyciela zgłasza się Austriak twierdzacy, że są spokrewnieni, a chwilę później ginie w dziwnym wypadku samochodowym. Howański boi się, że jego przodek był kolaborantem, który ukrywał się przez dziesięciolecia. Terlecki wchodzi w to śledztwo, licząc na mocny materiał, nieświadomy, że trafia na trop jednej z największych operacji wywiadowczych III Rzeszy, której echa wciąż są śmiertelnie niebezpieczne. Podsumowanie – Wolsztyn jako centrum intrygi W przypadku „Sierocińca janczarów” zarzucałem autorowi zbytnią dawkę historycznych ciekawostek, która przytłaczała fabułę. W „Szczurzym szlaku” Gajdziński znacznie lepiej waży proporcje. To rzadka sztuka: autor nie tonie w archiwaliach, zachowując świetne tempo akcji, a jednocześnie nie idzie na skróty kosztem rzetelności. Dwie osie czasu – Wolsztyn 2019 kontra Widzim Stary 1943 – nakładają się na siebie z precyzją zegarmistrza. Kiedy kończy się rozdział z przeszłości, serce bije szybciej, bo wiemy już, że to, co wydarzyło się dekady temu, za chwilę uderzy w teraźniejszość. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do stylu życia głównego bohatera. Nie wiem, czy to norma w polskim dziennikarstwie śledczym, ale Terlecki ma ewidentny problem z alkoholem. Choć sam twierdzi, że nikotyna i whisky pomagają mu w koncentracji, dla czytelnika to pijaństwo bywa momentami męczące. Polecam tę książkę każdemu fanowi kryminałów historycznych. Cieszę się, że zacząłem od początku, bo liczne nawiązania do poprzedniego tomu sprawiają, że lektura jest znacznie pełniejsza. Ocena: 7/10 ⭐
Piotr - awatar Piotr
ocenił na712 dni temu
Diabelska góra Douglas Preston
Diabelska góra
Douglas Preston Lincoln Child
„Diabelska góra” to pełna napięcia opowieść autorstwa duetu Preston & Child  mistrzów thrillera z elementami nauki, historii i tajemnic nie z tego świata. Ich styl jest charakterystyczny: dynamiczny, precyzyjny i jednocześnie pełen naukowego detalu, który nadaje fabule autentyczności. Autorzy doskonale łączą chłodny racjonalizm z mrocznym klimatem teorii spiskowych, tworząc powieść, którą pochłania się jednym tchem. Nowa seria z Norą Kelly w roli głównej to ukłon w stronę czytelników spragnionych nie tylko zagadek kryminalnych, ale i archeologicznych odkryć z dreszczem grozy w tle. Nora to kobieta silna, błyskotliwa i niezwykle uparta  idealna bohaterka do konfrontacji z rządowymi sekretami i niebezpiecznymi ludźmi. Współpraca z agentką FBI Corrie Swanson wprowadza dodatkową iskrę do fabuły  duet tych kobiet stanowi mieszankę naukowej dociekliwości i policyjnego instynktu. Okładka książki doskonale oddaje klimat powieści  na tle pustynnego krajobrazu unosi się tajemnicza, niebieska czaszka zarysowana w chmurach. Symbolizuje ona nieuchronność śmierci, ukrytą prawdę i przeczucie, że za pozornie zwykłą historią kryje się coś o wiele większego. Złociste tony ziemi kontrastują z chłodnym błękitem nieba, tworząc wizualne napięcie, które doskonale zapowiada to, co znajdziemy w środku książki  połączenie nauki i nieznanego, faktów i fikcji. „Diabelska góra” to thriller, który zadowoli zarówno fanów teorii spiskowych, jak i miłośników klasycznych kryminałów z naukowym zacięciem. To historia o kłamstwach, które sięgają wysoko  aż po same rządowe biura i tajne laboratoria  oraz o prawdzie, która może kosztować życie.
zaczytana-milkaaa - awatar zaczytana-milkaaa
oceniła na85 miesięcy temu
Wygnani z raju Maciej Szmajdziński
Wygnani z raju
Maciej Szmajdziński
Wygnani z raju to debiut. I w sumie tyle mogę powiedzieć, bez subiektywności, bo ta opowieść ma właściwie wszystkie wady i zalety debiutu. Z jedne strony widać niedociągnięcia w warsztacie, z drugiej czyta się to wartko i sądzę, że żadna seria post - apo nie powstydziłaby się tej opowieści, ba w wielu czytałem gorsze książki. Ale no nie jest też tak bardzo cudownie, pokuszę się o parafrazę słów Cambella - jeśli masz problem z rozpoczęciem historii - to dlatego, że' zaczynasz w złym miejscu" W tym przypadku rada powinna brzmieć - jeśli masz problem z zamknięciem opowieści - to dlatego, że przeciągasz wątki inie chcesz zakończyć jej w odpowiednim miejscu. Przez to, opowieść wydaje się mocno poprzeciągana, a część wątków wydaje się wpleciona na siłę i niezbyt sensownie poprowadzona. Każda z przedstawianych postaci jest wprowadzona jak dla mnie zbyt nagle i zbyt późno w stosunku do kanwy głównej fabuły. Stają się wręcz serialową parodią postaci, stary wiarus - pewnie mentor, młoda dziewczynka, która nie jest zbyt otwarta - zapewne nowe przyszywane dziecko, które za chwilę już będzie ważną więzią głównego bohatera z innymi ludźmi. Mamy też wesołego kata - zwyrodnialca (Piekara) i akcenty plemienne (Foryś). Jednak na daną postać składa się wyłącznie kilka utartych schematów i motywów, zachowują się tak, jak powinni i tak jak przewidujemy, co w tak oblatanym gatunku jest dość rozczarowujące. Taka trochę sztampa i literatura RPG z tego wychodzi. Szału nie robi też brak spójności - główny bohater od początku swojej opowieści otrzymuje głos wewnętrzny - będący jego demonem, podpowiadający mu samolubne rozwiązania, jednak ten głos, który mógłby pełnić tutaj cudowną rolę drugiego spojrzenia, właściwie zmienia się wyłącznie dając krótkie i niewiele wnoszące uwagi, mające nie wiem- odzwierciedlać myśli czytelnika? Może autora? Bo jest on o wiele mocniej wciągnięty w opowieść niż sam czytelnik. https://www.instagram.com/p/DENVJexo9OL/
Klaudiusz Książki-Koniecznej - awatar Klaudiusz Książki-Koniecznej
ocenił na88 miesięcy temu
Rykowisko Julia Halladin
Rykowisko
Julia Halladin
Czy można stworzyć powieść, która idealnie łączy elementy kryminału, thrillera psychologicznego, opowieści sensacyjnej i subtelnych odniesień do wierzeń słowiańskich? Julia Halladin, debiutująca na polskim rynku literackim, udowadnia, że to jak najbardziej możliwe. „Rykowisko” to książka, która hipnotyzuje mrocznym klimatem i trzyma w napięciu od pierwszych stron aż po nieprzewidywalne zakończenie. Autorka przenosi czytelników do Czarnej Góry, małej, otoczonej lasami miejscowości, gdzie legendy o Rogatym Lesie wciąż budzą niepokój w sercach mieszkańców. Tajemniczy pożar internatu, morderstwa, zaginione dziecko i wpływ tajemniczej sekty tworzą skomplikowaną sieć intryg, której rozwiązanie nie jest proste, ale fascynujące. Akcja powieści toczy się w malowniczym, choć przesiąkniętym grozą miasteczku Czarna Góra. Miejsce to nie jest zwyczajnym punktem na mapie – otaczają je gęste lasy, a legenda o Rogatym Lesie nadaje przestrzeni mistyczny wymiar. Julia Halladin świetnie buduje atmosferę niepokoju, powoli odkrywając przed czytelnikami tajemnice miasteczka i jego mieszkańców.  W centrum wydarzeń znajduje się pożar starego internatu, który wybucha w listopadową noc. Wśród zgliszcz odnaleziono ciało mężczyzny. Jednak szybko okazuje się, że ogień nie był przyczyną jego śmierci. Policja rozpoczyna śledztwo, a jego główną prowadzącą zostaje komisarz Irena Kostrzewa – silna, zdecydowana kobieta, której profesjonalizm i determinacja wydają się jedyną nadzieją na rozwiązanie zagadki. Tymczasem zainteresowanie sprawą wykazują także nauczyciel religioznawstwa Darek Moskal oraz dwie uczennice pobliskiej szkoły policealnej – Ines i Hania. Wspólnie wpadają na trop, który prowadzi do przerażającej prawdy o słowiańskiej sekcie oraz serii niewyjaśnionych zaginięć, sięgających wiele lat wstecz. Każda rodzina ma problemy i sprawy, które nie wychodzą na światło dzienne. Jednym z największych atutów „Rykowiska” jest umiejętne prowadzenie fabuły na dwóch płaszczyznach czasowych. Czytelnik równocześnie śledzi wydarzenia współczesne, związane z pożarem i śledztwem, oraz te sprzed lat, których ślad odnaleziono w pamiętniku Nawojki – tajemniczej kobiety, której życie zostało naznaczone przez miłość i tragedię. Fragmenty pamiętnika wprowadzają retrospekcje, ukazując wydarzenia z lat 90., które okazują się kluczowe dla zrozumienia współczesnych morderstw. Zabieg ten nie tylko nadaje fabule głębi, ale także intryguje i zmusza czytelnika do łączenia poszczególnych elementów układanki. Dzięki retrospekcjom poznajemy losy Nawojki i jej relację z mężczyzną, który nie był tym, za kogo się podawał. Ujawnienie jego tożsamości i dramatyczne wydarzenia związane z zaginięciem dziecka Nawojki stają się kluczowe dla zrozumienia zagadki pożaru i tajemniczej sekty. Julia Halladin stworzyła galerię postaci, które są barwne, tajemnicze i pełne sprzeczności. Komisarz Irena Kostrzewa to silna kobieta, która mimo trudności życiowych jest gotowa poświęcić wszystko dla prawdy. Darek Moskal, nauczyciel religioznawstwa, wprowadza do fabuły elementy związane z wierzeniami i kultami, jednocześnie wzbogacając wątek psychologiczny książki. Z kolei Ines i Hania, uczennice szkoły policealnej, dodają do historii młodzieńczy entuzjazm i ciekawość, które często prowadzą ich wprost w niebezpieczeństwo. Każdy z bohaterów wnosi coś istotnego do fabuły. Ich wzajemne relacje, niejednoznaczne motywacje i skrywane tajemnice sprawiają, że czytelnik nieustannie zastanawia się, komu można zaufać, a kto skrywa mroczne sekrety. Motyw lasu w literaturze kryminalnej i thrillerach jest często wykorzystywany, ale Halladin nadaje mu zupełnie nowy wymiar. Rogaty Las w jej powieści staje się symbolem pierwotnego zła, które czai się w głębi i czeka na swoją ofiarę. To miejsce pełne tajemnic, będące niemym świadkiem tragicznych wydarzeń, które miały miejsce na przestrzeni dziesięcioleci. Legendy o Rogatym Lesie, w które autorka wplata wątki związane ze słowiańską mitologią, dodają książce głębi i sprawiają, że fabuła staje się jeszcze bardziej mroczna. Las jest zarówno miejscem fizycznym, jak i symbolicznym – areną zmagań dobra ze złem, które rozgrywają się w sercach bohaterów. [...] są miejsca, których trzeba się bać, i w których nigdy nie można spać. Jednym z najbardziej intrygujących elementów powieści jest wątek kultu religijnego, który przewija się przez całą fabułę. Autorka w ciekawy sposób nawiązuje do słowiańskich wierzeń i legend, które nadają książce niepowtarzalny charakter. Sekta opisana w powieści jest tajemnicza i niepokojąca, a jej wpływ na mieszkańców Czarnej Góry okazuje się większy, niż początkowo się wydaje. Wątki te są świetnie zbalansowane – autorka unika przesady, skupiając się na tym, jak mitologia i wierzenia wpływają na ludzką psychikę oraz decyzje bohaterów. To sprawia, że książka zyskuje dodatkowy wymiar, wykraczając poza standardowe ramy kryminału. Julia Halladin wykazuje się lekkim i płynnym stylem, który sprawia, że powieść czyta się z dużą przyjemnością. Jej język jest bogaty, ale nie przesadnie kwiecisty – idealnie oddaje mroczny klimat Czarnej Góry i Rogatego Lasu. Umiejętnie buduje napięcie, stopniowo odsłaniając kolejne elementy zagadki. Szczególnie dobrze wypadają opisy lasu i retrospekcje, które pozwalają czytelnikowi przenieść się w czasie i przestrzeni. Finał powieści jest jednym z jej najmocniejszych punktów. Autorka zaskakuje czytelnika, oferując zakończenie, którego trudno się spodziewać. Wątki fabularne zostają zamknięte w sposób satysfakcjonujący, choć pozostawiają miejsce na refleksję. Ostatnie strony książki przyprawiają o dreszcze i sprawiają, że czytelnik jeszcze długo po jej odłożeniu zastanawia się nad tym, co przeczytał. Podsumowanie „Rykowisko” to wyjątkowo udany debiut, który zasługuje na uwagę zarówno miłośników kryminałów, jak i osób szukających literatury z pogranicza thrillerów i powieści grozy. Julia Halladin stworzyła intrygującą historię, w której napięcie i tajemnica są obecne na każdej stronie. Mroczny klimat, złożone postacie, nawiązania do słowiańskich wierzeń i zaskakujące zakończenie sprawiają, że książka wyróżnia się na tle innych pozycji w tym gatunku. Dla fanów literatury pełnej grozy, tajemnic i niespodziewanych zwrotów akcji „Rykowisko” to pozycja obowiązkowa. Julia Halladin już swoim debiutem udowodniła, że ma talent do tworzenia porywających historii, a jej przyszłe książki z pewnością będą równie intrygujące. Gorąco polecam sięgnąć po tę pozycję!
Anna Szymczak - awatar Anna Szymczak
ocenił na71 rok temu
Tożsamość Robert Wysokiński
Tożsamość
Robert Wysokiński
𝗢 𝗺𝗿𝗼𝗸𝘂, 𝗸𝘁ó𝗿𝘆 𝗸𝗮𝗿𝗺𝗶 𝘀𝗶ę 𝗽𝗼𝘇𝗼𝗿𝗮𝗺𝗶. Niektóre książki zjawiają się w życiu czytelnika jak burza – gwałtownie, głośno, zostawiając po sobie chaos i zmienione ciśnienie emocjonalne. Inne są jak przeciąg – pojawiają się gdzieś między wersami codzienności, niewidoczne na pierwszy rzut oka, ale wystarczająco obecne, by wywołać niepokój. „Tożsamość” Roberta Wysokińskiego nie jest ani jedną, ani drugą. To powieść, która przypomina raczej szum wentylatora w ciemnym pokoju: coś tam szepcze w tle, coś cię niepokoi, ale nie jesteś w stanie od razu tego nazwać. I zanim zorientujesz się, że ten niepokój ma twarz, imię i przeszłość – jesteś już głęboko w środku. I nie ma prostego wyjścia. To ten typ książki, który nie prosi o uwagę. On ją przejmuje, powoli, bez hałasu. Nie atakuje emocjonalnie jak klasyczny thriller, nie rozlewa się barwami psychologicznych dramatów. Zamiast tego zastyga – jak dym w pustym mieszkaniu, jak echo kroków na klatce schodowej o drugiej w nocy. I właśnie ta cisza, ta oszczędność słów, ten narracyjny chłód – robią największe wrażenie. Bo „Tożsamość” nie działa fabułą. Działa tym, co ukryte między słowami. Tym, co przemilczane. Wbrew temu, czego spodziewałam się po klasycznym kryminale, „Tożsamość” nie oferuje natychmiastowego zanurzenia w akcji. Ona raczej tka swoją narrację nieśpiesznie, szorstko, z pozoru chłodno. Rozdziały są krótkie, dialogi często konkretne, niemal techniczne – ale właśnie ta konstrukcyjna „zimność” jest jedną z jej większych sił. To nie jest książka, która tuli czytelnika. Ona wystawia go na chłód. I obserwuje, co z nim zrobi. Bo „Tożsamość” to nie tylko historia zbrodni. To historia o tym, co się dzieje z człowiekiem, gdy traci z oczu siebie – i zaczyna szukać odbicia w cudzych czynach. O tym, jak cienka jest granica między człowiekiem a cieniem. I o tym, że czasem to, co nas najbardziej przeraża, nie znajduje się w piwnicy ani na strychu – tylko dokładnie po środku lustra. Zbrodnia nie musi krzyczeć W świecie przesyconym sensacją, w którym kryminał często konkuruje z wiadomościami z serwisów plotkarskich o najbardziej szokującą przemoc, „Tożsamość” wybiera inną drogę. Tu zbrodnia nie krzyczy. Ona milczy – a może raczej: szeptem powtarza ten sam schemat, jakby próbując coś przekazać. Nie epatuje krwią, lecz zostawia ślad – czerwony, surowy, jednocześnie symboliczny i głęboko niepokojący. Punktem wyjścia jest seria pozornie niezwiązanych morderstw – całe rodziny, brutalnie zabite w swoich domach, bez śladów walki, bez wyraźnego motywu, bez krzyku. Na miejscu zbrodni panuje wręcz nieznośny porządek. Jakby śmierć przyszła tam z zegarkiem w ręku. Jakby miała swój plan dnia. I tylko dwa elementy burzą tę choreograficzną ciszę: krwawy rysunek przypominający dziecinnego ludzika – i bilet autobusowy. Dwa tropy. Dwa pytania. Żadnych odpowiedzi. Nie ma tu eksplozji emocji ani dramaturgii rodem z amerykańskich seriali. Zamiast tego dostajemy chłodne, precyzyjne opisy, które o wiele bardziej mrożą krew w żyłach właśnie przez swoją rzeczowość. Ta powściągliwość robi ogromne wrażenie – bo pozwala czytelnikowi dopowiedzieć sobie to, czego nie widać. A to, co widzimy oczami wyobraźni, jest często o wiele bardziej przerażające niż to, co autor pokazuje wprost. W tym wszystkim pojawia się on – Tom Vesuvio, agent FBI, którego można by nazwać głównym bohaterem, gdyby tylko ta historia miała kogoś naprawdę głównego. Vesuvio nie gra pierwszych skrzypiec. On raczej wchodzi w narrację tylnymi drzwiami, nie robiąc hałasu. Nie jest archetypem śledczego z traumą, nie jest cynicznym twardzielem ani złamanym romantykiem. Jest człowiekiem – zmęczonym, ostrożnym, czasem irytująco oszczędnym w reakcjach. I w tym właśnie tkwi jego siła. Wysokiński konstruuje Vesuvia nie jako ekranowego bohatera, którego trzeba lubić, ale jako zwierciadło naszej bezradności wobec przemocy, którą trudno zrozumieć. To nie on rozgryza zagadki za nas. To nie on prowadzi nas za rękę przez śledztwo. On raczej dokumentuje rzeczywistość – i pozwala nam samym zdecydować, co z nią zrobić. Czy spojrzeć jej prosto w twarz, czy odwrócić wzrok. To opowieść o zbrodni, która nie potrzebuje fajerwerków, by wstrząsnąć. O przemocy, która nie wymaga oprawy, by pozostawić po sobie zgliszcza. I o człowieku, który – mimo że nie jest wybawicielem – nie pozwala nam uciec od pytań. Nawet tych, na które wcale nie chcemy znać odpowiedzi. Śledztwo jako iluzja kontroli Jedną z rzeczy, które najmocniej wybrzmiały we mnie podczas lektury „Tożsamości”, była... bezsilność. I nie chodzi tu o brak dowodów czy typowy dla kryminału brak tropów – chodzi o coś głębszego, bardziej egzystencjalnego. O poczucie, że cała ta procedura – kartoteki, łączenie faktów, mapy na ścianach i nocne odprawy – to tylko gra pozorów. Jakbyśmy jako czytelnicy, razem z bohaterami, próbowali zachować resztki sensu w świecie, który już dawno ten sens porzucił. Pisarz konstruuje śledztwo nie jako narzędzie sprawiedliwości, lecz jako mechanizm obronny wobec chaosu. FBI sprawdza połączenia między ofiarami, przesłuchuje, klasyfikuje. Wydaje się, że postęp jest bliski. Ale wtedy przychodzi kolejna zbrodnia. W innym stanie. W innej rodzinie. I znów: krwawy ludzik. Autobusowy bilet. I cisza. Bezwzględna, obezwładniająca cisza, która coraz bardziej przygniata i agenta Vesuvio, i nas – czytelników. Każda nowa zbrodnia to nie tylko kolejna ofiara, ale też cios w iluzję, że świat da się objąć rozumem. Tu śledztwo przestaje być klasyczną osią fabularną. Staje się czymś w rodzaju rytuału – powtarzanym na oślep, by nie stracić równowagi. To akt desperacji, nie sprawczości. Czytając, miałam wrażenie, że autor celowo podważa naszą wiarę w to, że wszystko da się wyjaśnić, uporządkować, zamknąć w logiczne ramy. Że niektóre historie mają swój początek i koniec gdzieś indziej – w psychice sprawcy, w zranionej tożsamości, w cieniu dzieciństwa, którego nie pamięta nawet on sam. To właśnie ten motyw – niemożliwości uchwycenia sensu – nadaje „Tożsamości” głębię, jakiej nie oferują typowe thrillery. Bo śledztwo, które śledzimy, staje się lustrem: pokazuje nam nie tyle, co dzieje się na zewnątrz, ale to, jak bardzo chcemy wierzyć, że możemy mieć kontrolę. Nawet, jeśli wszystko wokół krzyczy, że już ją dawno utraciliśmy. Brak psychologicznej głębi czy świadomy zabieg? Jedna z częściej pojawiających się krytyk „Tożsamości” dotyczy rzekomej płaskości postaci – ich emocjonalnego chłodu, braku rozbudowanego zaplecza psychologicznego, czytelnych motywacji. I rzeczywiście: jeśli ktoś oczekuje historii, w której każde zachowanie bohatera zostaje precyzyjnie osadzone w traumatycznym dzieciństwie, zawiedzionym uczuciu czy egzystencjalnym konflikcie wewnętrznym – może poczuć rozczarowanie. Ale im głębiej wchodziłam w tę książkę, tym bardziej byłam przekonana, że to nie jest niedociągnięcie. To świadomy, chłodny zabieg, który ma służyć konkretnej sprawie. Wysokiński zdaje się mówić: nie dostaniesz tu klucza do wnętrza mordercy, bo nikt go nie ma. Śledczy nie znają jego motywów, nie znają jego historii. Ofiary – tak jak i my – są wyrwane z kontekstu, jakby losowo wybrane z tłumu. A sam sprawca? To nie Hannibal Lecter ani Joker z komiksu. To ktoś, kto mógłby siedzieć koło ciebie w autobusie. Kto nie budzi podejrzeń. Kto ma twarz, ale nie ma głębi, której moglibyśmy się chwycić, żeby go zrozumieć, a tym samym – oswoić. I właśnie ta pustka jest przerażająca. Bo jeśli morderstwo nie ma wyjaśnienia, jeśli nie możemy wskazać palcem winnego dzieciństwa, psychopatii, ideologii, to pozostaje nam tylko jedno: uznać, że zło może istnieć w próżni. W codzienności. W człowieku, który nigdy się nie zdradza. W akcie, którego nie da się przewidzieć ani wyjaśnić. Brak rozbudowanych sylwetek psychologicznych nie wynika tu z lenistwa pisarskiego. To forma oporu wobec literackiej potrzeby wyjaśniania wszystkiego. W „Tożsamości” nie ma katharsis. Nie ma momentu zrozumienia. Jest za to uporczywe pytanie, które zostaje z nami po ostatniej stronie: a jeśli to zło, którego się boimy, jest cichsze, bardziej banalne i znacznie bliżej, niż nam się wydaje? Narracja jak taśma z monitoringu Jednym z najmocniejszych atutów „Tożsamości” jest sposób, w jaki została opowiedziana. Wysokiński nie podaje nam historii na tacy, nie gra na emocjach tanimi chwytami. Zamiast tego dostajemy coś, co przypomina taśmę z monitoringu – beznamiętną, suchą rejestrację faktów. Tu ktoś wchodzi do windy. Tam znika sygnał telefonu. Gdzieś pada nazwisko, którego nie kojarzysz, ale które wróci pięćdziesiąt stron później, z zupełnie nowym znaczeniem. To pozorna chłodna precyzja. Brak komentarza. Brak podpowiedzi. I właśnie przez to… czujemy się nieswojo. Bo ta narracja nie jest martwa – ona jest wręcz nadmiernie żywa w swoim realizmie. Jakbyśmy oglądali coś, co nie miało trafić w nasze ręce. Coś, co powinno pozostać za zamkniętymi drzwiami. Kamera nie robi najazdu na dramatyczne sceny. Nie ma ujęcia z bliska na łzę na policzku. Ale to, co widzimy, i tak zostaje z nami długo po zakończeniu lektury. Ta struktura działa jak chłodne światło latarni ulicznej. Nie wybiera tego, co chce pokazać. Oświetla wszystko – nawet to, czego wolelibyśmy nie zauważyć. Nie daje miejsca na histerię czy melodramat. A przez to zmusza nas do samodzielnego odczuwania, do wyciągania własnych wniosków. To opowieść surowa jak raport, ale duszna jak sen, z którego nie możesz się obudzić. Widzisz tylko to, co chcesz widzieć? „Tożsamość” w tytule nie jest przypadkowa. To nie tylko pytanie o to, kto stoi za serią zbrodni, ale – o wiele bardziej niepokojąco – kto stoi obok nas każdego dnia. Czy naprawdę znamy ludzi, z którymi żyjemy? Czy mamy jakikolwiek wpływ na to, co ujawnia ich prawdziwą twarz? Wysokiński nie moralizuje, nie filozofuje, ale cały czas zasiewa w czytelniku niepokój. W miarę jak pojawiają się kolejne zbrodnie, kolejne poszlaki, kolejne domysły – to pytanie powraca jak bumerang: czy zło musi mieć twarz? A jeśli tak – to czy potrafilibyśmy ją rozpoznać, zanim będzie za późno? Tu nie chodzi o kolejne literackie pytanie typu „czy zło jest banalne”. Chodzi o coś jeszcze bardziej przenikliwego: czy tożsamość to coś trwałego, czy tylko maska, którą nosimy, dopóki nie pęknie w nas coś, czego nie potrafimy nazwać? W powieści każda postać – nawet ta poboczna – zdaje się mieć jakąś tajemnicę. Ale zamiast odkrywania ich wnętrz, Wysokiński zostawia nas z pytaniem: czy naprawdę chcesz wiedzieć, kim oni są? Czy to nie jest tak, że najczęściej wolimy nie wiedzieć? Że ta niewiedza jest formą ochrony – naszej, ich, świata? W tym sensie „Tożsamość” to nie tylko kryminał. To soczewka, przez którą patrzymy nie tylko na bohaterów, ale i na siebie. I czasami to, co widzimy, wcale nie jest przyjemne. Ludziki w krwi i bilety w jedną stronę W świecie, gdzie każde przestępstwo wydaje się mieć swój modus operandi, Wysokiński wybiera dwa symbole, które uciekają jednoznacznej interpretacji. Dziecinny rysunek ludzika – wykonany z krwi – brzmi jak tania makabra. A jednak sposób, w jaki zostaje wpleciony w fabułę, sprawia, że działa o wiele silniej niż dosłowność. Pojawia się niepozornie, bez fanfar, bez dramaturgii – i właśnie dlatego zostaje. Jak drzazga w świadomości: nie daje spokoju, ale też nie daje się wyciągnąć. Towarzyszy mu bilet autobusowy. Z pozoru banalny. Może przypadek. Może prowokacja. Może – w najbardziej niepokojącej wersji – zaproszenie do czegoś, czego nie chcemy rozumieć. Bilet w jedną stronę to przecież nie tylko podróż – to nieodwracalność. Decyzja. Punkt bez powrotu. I właśnie to robi Wysokiński – zostawia nam znaki, które nie są wskazówkami. Nie prowadzą do rozwiązania. Nie wpisują się w klasyczną konwencję „zagadki do rozszyfrowania”. Przeciwnie – rozszczelniają narrację. Budzą niepokój, nie przynosząc ulgi. Nie tłumacząc się. To symbole, które nie mówią. Ale które każą słuchać. I to, co słyszymy, zależy wyłącznie od nas. Bohater, który nie błyszczy Tom Vesuvio nie pasuje do archetypu bohatera, którego ekranizacje thrillera wręcz kochają. Nie pije whisky z lodem, nie rozwiązuje spraw jednym spojrzeniem i nie rzuca bon motów w stronę przełożonych. Jest... zwyczajny. Ale w tej zwyczajności kryje się ogromna siła. Bo kiedy wszystko inne – ślady, tropy, świadkowie – zaczyna się rozmywać, Vesuvio zostaje obecny. Nie dlatego, że wie więcej. Ale dlatego, że nie odpuszcza. To bohater napisany bez fajerwerków. Nie ma w nim hollywoodzkiego błysku, jest za to koncentracja, nieustanna praca obserwacyjna, zmęczenie, którego nie wyleczy poranna kawa. W pewnym sensie to figura „człowieka ostatniej szansy” – ale nie przez spektakularność, tylko przez cichą determinację. Co ciekawe, Wysokiński nie próbuje uczynić z niego bohatera dramatycznego. Jego przeszłość nie krzyczy. Ona gdzieś tam jest – w półsłówkach, w reakcjach, w wyborach. Ale nie staje się osią narracji. Vesuvio nie opowiada o sobie. On patrzy, słucha, działa. A my, jako czytelnicy, mamy wybór: możemy go podziwiać, możemy mu współczuć. Ale najważniejsze – możemy mu zaufać. W świecie, gdzie wszystko wydaje się być tylko fasadą, Tom Vesuvio to ktoś, kto – choć sam niepewny – trzyma nas przy ziemi. To nie on oświetla mrok, ale to przez niego patrzymy na to, co naprawdę się w nim kryje. Dłonie, które nie zostawiają śladów W świecie, gdzie każdy ruch zostawia cyfrowy odcisk, przestępca z „Tożsamości” działa jak cień. Nie dlatego, że unika śladów – ale dlatego, że jego ślady nie mają sensu. Brakuje wzorca, nie ma schematu, nie da się go wsadzić w ramy „zwykłego” szaleńca ani zimnego mordercy. Przemoc, jakiej się dopuszcza, nie służy wyraźnemu celowi. Nie jest zemstą, nie jest żądzą. Jest… komunikatem, którego nie umiemy odczytać. Właśnie ten brak rozpoznawalności przeraża najbardziej. Bo jak złapać kogoś, kto nie zostawia nie tylko śladów, ale i sensu? Jak zbudować profil kogoś, kto działa poza kategoriami, które mamy do dyspozycji? Wysokiński stawia czytelnika przed tym samym dylematem, co śledczych: nie możesz odczytać ruchu kogoś, kto porusza się po innym planie. I choć pojawiają się tropy – bilety, ludziki, geografia zbrodni – to są one bardziej symbolem pustki niż jej wypełnieniem. Dłonie sprawcy nie są niewidzialne. One są niemożliwe do sklasyfikowania. I może właśnie o to chodzi. O zbrodnię, która wymyka się nawet językowi. Która nie mieści się w słowniku policyjnym, terapeutycznym, społecznym. O zło, które nie chce być zrozumiane, bo rozumienie daje nam poczucie kontroli. A tej – w „Tożsamości” – nie dostaniemy nigdy. Nieoczywista topografia zła Nieoczywista topografia zła w „Tożsamości” Roberta Wysokińskiego odsłania się nie w barokowych opisach czy przesyconych emocjami narracjach, lecz w precyzyjnie wyselekcjonowanych detalach – ulicy, świetle, cieniu, wnętrzu mieszkania – które autor przedstawia oszczędnie, niemal beznamiętnie, a jednak trafiają one prosto pod skórę czytelnika jak migawka aparatu dokumentująca brutalną rzeczywistość. To zło nie czai się w mroku, ale jawi w zwyczajnych przestrzeniach: kuchni, hotelowym pokoju czy poczekalni, odsłaniając swoją nudną, codzienną i bezduszną twarz, która robi większe wrażenie niż tysiące opisów krwawych tortur czy dramatycznych ucieczek. W „Tożsamości” pauzy, cisza i milczenie mają więcej do powiedzenia niż słowa – bohaterowie nie roztrząsają przemyśleń ani nie dzielą się emocjami, co może dla niektórych być wadą, lecz w rzeczywistości oddaje prawdę traumy i lęku, które nie krzyczą ani nie szlochają, lecz po prostu trwają, tkwiąc pod skórą, w spojrzeniu i zaciśniętej szczęce. Ta pozorna „emocjonalna płaskość” to świadoma strategia autora, który nie chce, byśmy współczuli bohaterom, lecz byśmy poczuli się nieswojo, zderzeni z brutalną rzeczywistością bez upiększeń. Jednym z najbardziej poruszających wątków jest eksploracja tożsamości jako czegoś kruchego, złudnego i rozbitego niczym pęknięte lustro, w którym odbijają się zniekształcone wersje nas samych. Wysokiński pyta: co jeśli tożsamość jest tylko maską, którą przyjmujemy, by przetrwać? Co jeśli świat to jedna wielka gra pozorów, a granice między tym, co prawdziwe, a tym, co udawane, zacierają się do tego stopnia, że nie potrafimy odróżnić człowieka od fałszu? Powieść ukazuje tożsamość nie jako fundament, lecz jako konstrukcję podatną na destrukcję – ofiary, choć różne, łączy niewidzialna nić przypadkowych wyborów i nieuchronnych konsekwencji, a stałe i pewne okazuje się płynne i nieuchwytne. Autor zadaje pytanie bez odpowiedzi: czy da się odnaleźć siebie w świecie, który z założenia nas rozprasza i rozbija? „Tożsamość” to więc opowieść o zagubieniu – jednostek i całych społeczności – w rzeczywistości pozbawionej mapy i kompasu. Dodatkowo narracja książki jest niedookreślona, wiele scen i dialogów pozostaje otwartych, niepełnych, jakby to czytelnik miał wypełnić luki własną interpretacją, co czyni tę powieść wyzwaniem wymagającym zaangażowania, uważności i nawet powrotów do poprzednich fragmentów. Ta otwartość narracyjna jest błogosławieństwem, bo pozwala na głębokie zanurzenie w gęstwinę symboli i znaków, ale i przekleństwem, bo pozbawia czytelnika poczucia bezpieczeństwa, które zwykle zapewniają literackie schematy. W efekcie „Tożsamość” nie jest łatwą lekturą, lecz doświadczeniem, które pozostawia trwały ślad, zmuszając do zastanowienia się nad tym, czym naprawdę jest zło i kim jesteśmy, gdy nikt nas nie widzi. Mroczne odbicie społeczeństwa Mroczne odbicie społeczeństwa w „Tożsamości” Roberta Wysokińskiego to obraz, który, choć osadzony w konkretnym, amerykańskim kontekście, rezonuje znacznie dalej — przemawiając do uniwersalnych doświadczeń współczesnego świata. Autor nie kreuje Ameryki jako kraju mitów czy symbolu wolności, ale przedstawia ją jako przestrzeń napięć i sprzeczności, gdzie pozorny porządek maskuje głębokie rozdarcia społeczne. Wysokiński odsłania mechanizmy alienacji, które rozdzielają ludzi, czyniąc ich obcymi wobec siebie i siebie nawzajem. Anonimowość staje się barierą, a lęk — nie tylko przed „innym”, lecz także przed samym sobą — kształtuje codzienne interakcje i decyzje. W powieści zło nie manifestuje się jako spektakularne zdarzenie, które zmusza do reakcji; nie jest to dramatyczna walka dobra ze złem, ale raczej nieustanne, ciche przenikanie niepokoju i przemocy do codzienności. To zło ukrywa się w gestach, milczeniu i tych drobnych wyborach, których często nie dostrzegamy — a które ostatecznie budują społeczną rzeczywistość. W ten sposób „Tożsamość” staje się nie tylko kryminałem, lecz także przenikliwym komentarzem na temat kondycji ludzkiej w czasach rozproszenia, samotności i niepewności, gdzie granice między dobrem a złem zacierają się, a prawda pozostaje często niewidoczna dla tych, którzy jej najbardziej potrzebują. Wysokiński jako przewodnik po cienkiej granicy Robert Wysokiński w „Tożsamości” pełni rolę przewodnika po cienkiej, często trudnej do uchwycenia granicy między tym, co jawne, a tym, co ukryte; między faktami a domysłami, światłem a cieniem. Jego styl pisania jest niezwykle oszczędny i precyzyjny, nie zalewa czytelnika nadmiarem informacji, lecz celnie wydobywa esencję zdarzeń, jednocześnie zostawiając sporo przestrzeni dla wyobraźni odbiorcy. „Tożsamość” to powieść, która nie podsuwa gotowych odpowiedzi ani jednoznacznych rozwiązań, ale wręcz przeciwnie – prowokuje do stawiania pytań, niekiedy bolesnych, dotyczących nas samych, świata i ludzi, których spotykamy. To książka, która zostawia po sobie ślad nieoczywisty, bo nie jest to ślad natychmiastowej ulgi czy satysfakcji, ale ślad, który wnika powoli, kształtując niepokój i refleksję. Po lekturze pozostajemy mniej pewni swoich przekonań, bardziej uważni i – co najważniejsze – otwarci na to, że nie wszystko da się łatwo sklasyfikować. „Tożsamość” wywraca klasyczny porządek fabuły o zwycięstwie dobra nad złem, pokazując, że te dwie siły często współistnieją, przenikają się i są obecne w nas wszystkich, tworząc skomplikowaną mozaikę ludzkiej natury. Emocje w tej powieści nie są głośne ani teatralne – raczej ukryte głęboko, ledwie wyczuwalne, jakby bohaterowie sami obawiali się spojrzeć prawdzie w oczy. Ten chłód emocjonalny na początku może zniechęcać, ale z czasem staje się magnetyczny, zmuszając czytelnika do intensywnego, często niewygodnego samodzielnego namysłu. Lektura „Tożsamości” przypomina obserwację z dystansu, świadomość bezsilności wobec nieuchronności losu, a jednocześnie akceptację, że nie zawsze mamy kontrolę ani możliwość naprawienia świata – czasem po prostu musimy go zobaczyć takim, jaki jest. Narracja Wysokińskiego operuje niedopowiedzeniem niczym malarz światłem i cieniem; to właśnie dzięki temu powieść, choć pozbawiona spektakularnych emocjonalnych wybuchów, żyje własnym, intensywnym życiem w wyobraźni czytelnika. Pauzy, milczenie i niedomówienia tworzą atmosferę mroczną, niepokojącą, która zostaje z nami długo po odłożeniu książki. To opowieść o tym, co ukryte – przed światem i przed nami samymi – i choć może być to wyzwanie, to dla mnie stała się jednym z najważniejszych literackich doświadczeń ostatnich miesięcy. Podsumowanie – „Tożsamość” jako literackie wyzwanie „Tożsamość” Roberta Wysokińskiego to książka, która wymaga od czytelnika odwagi i cierpliwości, bo nie daje ani pocieszenia, ani prostych odpowiedzi. To powieść, która wciąga w mroczny, pełen niepokoju świat ludzkiej samotności i zagubienia. Wysokiński nie próbuje nas prowadzić za rękę, nie serwuje klasycznych wzorców bohaterów ani czytelnych podziałów na dobro i zło. Zamiast tego stawia nas przed lustrem, w którym odbija się nie tylko świat zbrodni, ale też nasze własne lęki i iluzje o tym, kim jesteśmy. Ta książka zmusza do zastanowienia się nad tym, jak krucha i zmienna jest tożsamość, nad tym, jak łatwo może się rozpaść pod wpływem codzienności, samotności i strachu. Nie ma tu błyskotliwych zwrotów akcji ani wyrazistych emocjonalnych eksplozji – jest chłód, niedopowiedzenia, cisza, która mówi więcej niż słowa. To powieść, która pozostawia czytelnika w stanie zawieszenia – bez jasnej odpowiedzi, ale z pytaniami, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. „Tożsamość” nie jest książką dla każdego. Nie nadaje się na szybkie, lekkie czytadło. To lektura dla tych, którzy potrafią docenić literacki minimalizm, zrozumieć wartość milczenia i zmierzyć się z niewygodnymi prawdami o ludzkiej naturze. Robert Wysokiński pisze oszczędnie, ale z ogromną precyzją, tworząc świat, który działa na wyobraźnię i pozostaje w pamięci. Jego styl to mistrzowska gra światłem i cieniem, w której niedopowiedzenia i luki fabularne nie frustrują, lecz wciągają i prowokują do własnych interpretacji. „Tożsamość” to nie tylko historia zbrodni – to studium ludzkiej psychiki, społeczeństwa i mechanizmów, które sprawiają, że nawet najbardziej oczywiste rzeczy mogą być złudzeniem. Po lekturze pozostaje nie tyle ukończenie historii, co echo – cichy, niepokojący szept, który przypomina, że nigdy nie znamy do końca ani innych, ani siebie samych. Że każdy z nas nosi w sobie fragmenty światła i cienia, prawdy i fałszu, a to, co wydaje się stałe, jest często tylko pozorem. I że czasem nie chodzi o to, by świat naprawić, ale by go zobaczyć takim, jaki jest – z całą jego brutalnością i codziennością. „Tożsamość” zostaje w nas długo po zamknięciu książki. To powieść, która wciąga nie tylko fabułą, ale przede wszystkim atmosferą, pytaniami i uczuciem niepokoju, które trudno wyciszyć. To literatura, która nie zabawia – ale wyzwala. I to jest jej największa siła.aśnie echo. To, co zostaje, gdy już zamkniesz okładkę. Gdy w domu jest cicho. Gdy rozbiera cię noc. To nie była „świetna książka”. To było literackie doświadczenie. I z tym zostaję.
Anna Szymczak - awatar Anna Szymczak
ocenił na78 miesięcy temu
Biuro do spraw tajemnych Éric Fouassier
Biuro do spraw tajemnych
Éric Fouassier
Valentin Verne to młody człowiek, który porzuca naukowe studia i najpewniej obiecującą naukową karierę na rzecz mało zaszczytnej pracy w policji. Ten zadziwiający ruch przestaje zadziwiać, kiedy dowiadujemy się, że w ten sposób chce uzyska c możliwość i środki, by schwytać bezwzględnego Wikarego- pedofila, który wybiera swoje ofiary wśród porzuconych i niechcianych przez nikogo dzieciaków, a potem tygodniami, miesiącami, bądź latami przetrzymuje je w upokarzających warunkach i bezwstydnie wykorzystuje do zaspokajania swoich chorych potrzeb. Akcja jednak toczy się w Paryżu, tuż po rewolucji lipcowej 1830 roku, kiedy to po próbie powrotu do monarchii absolutnej Karol X Burbon musiał abdykować, a na tron wstąpił Ludwik Filip Orleański, który z założenia miał być monarchą konstytucyjnym, ale wyszło jak wyszło. W każdym razie Paryż w owym okresie był istną beczką prochu, zwolennicy republiki i likwidacji monarchii wciąż się nie poddali, tajne spotkania i spiski są na porządku dziennym do tego zbliża się proces dawnych ministrów poprzedniego władcy, który zapowiada się na niezłe widowisko i przede wszystkim ma pokazać kurs przyszłej polityki nowego króla. Nic więc dziwnego, że paryska policja ma ręce pełne roboty i Valentin musi porzucić swoje prywatne śledztwo na rzec zbadania co się kryje za tajemniczymi zgonami w wyższych sferach budzą. Z wszelką pewnością działa poza utartymi schematami i dość liberalnie podchodzi do kwestii rozprawiania się z przestępcami w granicach prawa, lecz nie można mu odmówić skuteczności. Cóż z tego jednak, jak zbliżając się do odkrycia prawdy sam popada w tarapaty, a do tego musi zmagać się z własnymi demonami i traumami z przeszłości?.... Na szczęście, młody człowiek ma w Paryżu nie tylko wrogów, ale też przyjaciół, którzy w godzinie próby pomagają mu wykaraskać się z tarapatów. Moim zdaniem pozycja jest ciekawa. Pokazuje mroczne oblicze wielkiej europejskiej metropolii, biedę i ubóstwo robotników, rozpolitykowanie społeczeństwa francuskiej stolicy, ale też postęp naukowo-techniczny, który przenika do codziennego życia (łącznie ze światem przestępczym niestety).
Elżbieta - awatar Elżbieta
oceniła na715 dni temu

Cytaty z książki Więzień sumienia

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Więzień sumienia