𝗢 𝗺𝗿𝗼𝗸𝘂, 𝗸𝘁ó𝗿𝘆 𝗸𝗮𝗿𝗺𝗶 𝘀𝗶ę 𝗽𝗼𝘇𝗼𝗿𝗮𝗺𝗶.
Niektóre książki zjawiają się w życiu czytelnika jak burza – gwałtownie, głośno, zostawiając po sobie chaos i zmienione ciśnienie emocjonalne. Inne są jak przeciąg – pojawiają się gdzieś między wersami codzienności, niewidoczne na pierwszy rzut oka, ale wystarczająco obecne, by wywołać niepokój. „Tożsamość” Roberta Wysokińskiego nie jest ani jedną, ani drugą. To powieść, która przypomina raczej szum wentylatora w ciemnym pokoju: coś tam szepcze w tle, coś cię niepokoi, ale nie jesteś w stanie od razu tego nazwać. I zanim zorientujesz się, że ten niepokój ma twarz, imię i przeszłość – jesteś już głęboko w środku. I nie ma prostego wyjścia.
To ten typ książki, który nie prosi o uwagę. On ją przejmuje, powoli, bez hałasu. Nie atakuje emocjonalnie jak klasyczny thriller, nie rozlewa się barwami psychologicznych dramatów. Zamiast tego zastyga – jak dym w pustym mieszkaniu, jak echo kroków na klatce schodowej o drugiej w nocy. I właśnie ta cisza, ta oszczędność słów, ten narracyjny chłód – robią największe wrażenie. Bo „Tożsamość” nie działa fabułą. Działa tym, co ukryte między słowami. Tym, co przemilczane. Wbrew temu, czego spodziewałam się po klasycznym kryminale, „Tożsamość” nie oferuje natychmiastowego zanurzenia w akcji. Ona raczej tka swoją narrację nieśpiesznie, szorstko, z pozoru chłodno. Rozdziały są krótkie, dialogi często konkretne, niemal techniczne – ale właśnie ta konstrukcyjna „zimność” jest jedną z jej większych sił. To nie jest książka, która tuli czytelnika. Ona wystawia go na chłód. I obserwuje, co z nim zrobi.
Bo „Tożsamość” to nie tylko historia zbrodni. To historia o tym, co się dzieje z człowiekiem, gdy traci z oczu siebie – i zaczyna szukać odbicia w cudzych czynach. O tym, jak cienka jest granica między człowiekiem a cieniem. I o tym, że czasem to, co nas najbardziej przeraża, nie znajduje się w piwnicy ani na strychu – tylko dokładnie po środku lustra.
Zbrodnia nie musi krzyczeć
W świecie przesyconym sensacją, w którym kryminał często konkuruje z wiadomościami z serwisów plotkarskich o najbardziej szokującą przemoc, „Tożsamość” wybiera inną drogę. Tu zbrodnia nie krzyczy. Ona milczy – a może raczej: szeptem powtarza ten sam schemat, jakby próbując coś przekazać. Nie epatuje krwią, lecz zostawia ślad – czerwony, surowy, jednocześnie symboliczny i głęboko niepokojący.
Punktem wyjścia jest seria pozornie niezwiązanych morderstw – całe rodziny, brutalnie zabite w swoich domach, bez śladów walki, bez wyraźnego motywu, bez krzyku. Na miejscu zbrodni panuje wręcz nieznośny porządek. Jakby śmierć przyszła tam z zegarkiem w ręku. Jakby miała swój plan dnia. I tylko dwa elementy burzą tę choreograficzną ciszę: krwawy rysunek przypominający dziecinnego ludzika – i bilet autobusowy. Dwa tropy. Dwa pytania. Żadnych odpowiedzi. Nie ma tu eksplozji emocji ani dramaturgii rodem z amerykańskich seriali. Zamiast tego dostajemy chłodne, precyzyjne opisy, które o wiele bardziej mrożą krew w żyłach właśnie przez swoją rzeczowość. Ta powściągliwość robi ogromne wrażenie – bo pozwala czytelnikowi dopowiedzieć sobie to, czego nie widać. A to, co widzimy oczami wyobraźni, jest często o wiele bardziej przerażające niż to, co autor pokazuje wprost.
W tym wszystkim pojawia się on – Tom Vesuvio, agent FBI, którego można by nazwać głównym bohaterem, gdyby tylko ta historia miała kogoś naprawdę głównego. Vesuvio nie gra pierwszych skrzypiec. On raczej wchodzi w narrację tylnymi drzwiami, nie robiąc hałasu. Nie jest archetypem śledczego z traumą, nie jest cynicznym twardzielem ani złamanym romantykiem. Jest człowiekiem – zmęczonym, ostrożnym, czasem irytująco oszczędnym w reakcjach. I w tym właśnie tkwi jego siła.
Wysokiński konstruuje Vesuvia nie jako ekranowego bohatera, którego trzeba lubić, ale jako zwierciadło naszej bezradności wobec przemocy, którą trudno zrozumieć. To nie on rozgryza zagadki za nas. To nie on prowadzi nas za rękę przez śledztwo. On raczej dokumentuje rzeczywistość – i pozwala nam samym zdecydować, co z nią zrobić. Czy spojrzeć jej prosto w twarz, czy odwrócić wzrok. To opowieść o zbrodni, która nie potrzebuje fajerwerków, by wstrząsnąć. O przemocy, która nie wymaga oprawy, by pozostawić po sobie zgliszcza. I o człowieku, który – mimo że nie jest wybawicielem – nie pozwala nam uciec od pytań. Nawet tych, na które wcale nie chcemy znać odpowiedzi.
Śledztwo jako iluzja kontroli
Jedną z rzeczy, które najmocniej wybrzmiały we mnie podczas lektury „Tożsamości”, była... bezsilność. I nie chodzi tu o brak dowodów czy typowy dla kryminału brak tropów – chodzi o coś głębszego, bardziej egzystencjalnego. O poczucie, że cała ta procedura – kartoteki, łączenie faktów, mapy na ścianach i nocne odprawy – to tylko gra pozorów. Jakbyśmy jako czytelnicy, razem z bohaterami, próbowali zachować resztki sensu w świecie, który już dawno ten sens porzucił.
Pisarz konstruuje śledztwo nie jako narzędzie sprawiedliwości, lecz jako mechanizm obronny wobec chaosu. FBI sprawdza połączenia między ofiarami, przesłuchuje, klasyfikuje. Wydaje się, że postęp jest bliski. Ale wtedy przychodzi kolejna zbrodnia. W innym stanie. W innej rodzinie. I znów: krwawy ludzik. Autobusowy bilet. I cisza. Bezwzględna, obezwładniająca cisza, która coraz bardziej przygniata i agenta Vesuvio, i nas – czytelników. Każda nowa zbrodnia to nie tylko kolejna ofiara, ale też cios w iluzję, że świat da się objąć rozumem. Tu śledztwo przestaje być klasyczną osią fabularną. Staje się czymś w rodzaju rytuału – powtarzanym na oślep, by nie stracić równowagi. To akt desperacji, nie sprawczości. Czytając, miałam wrażenie, że autor celowo podważa naszą wiarę w to, że wszystko da się wyjaśnić, uporządkować, zamknąć w logiczne ramy. Że niektóre historie mają swój początek i koniec gdzieś indziej – w psychice sprawcy, w zranionej tożsamości, w cieniu dzieciństwa, którego nie pamięta nawet on sam.
To właśnie ten motyw – niemożliwości uchwycenia sensu – nadaje „Tożsamości” głębię, jakiej nie oferują typowe thrillery. Bo śledztwo, które śledzimy, staje się lustrem: pokazuje nam nie tyle, co dzieje się na zewnątrz, ale to, jak bardzo chcemy wierzyć, że możemy mieć kontrolę. Nawet, jeśli wszystko wokół krzyczy, że już ją dawno utraciliśmy.
Brak psychologicznej głębi czy świadomy zabieg?
Jedna z częściej pojawiających się krytyk „Tożsamości” dotyczy rzekomej płaskości postaci – ich emocjonalnego chłodu, braku rozbudowanego zaplecza psychologicznego, czytelnych motywacji. I rzeczywiście: jeśli ktoś oczekuje historii, w której każde zachowanie bohatera zostaje precyzyjnie osadzone w traumatycznym dzieciństwie, zawiedzionym uczuciu czy egzystencjalnym konflikcie wewnętrznym – może poczuć rozczarowanie. Ale im głębiej wchodziłam w tę książkę, tym bardziej byłam przekonana, że to nie jest niedociągnięcie. To świadomy, chłodny zabieg, który ma służyć konkretnej sprawie.
Wysokiński zdaje się mówić: nie dostaniesz tu klucza do wnętrza mordercy, bo nikt go nie ma. Śledczy nie znają jego motywów, nie znają jego historii. Ofiary – tak jak i my – są wyrwane z kontekstu, jakby losowo wybrane z tłumu. A sam sprawca? To nie Hannibal Lecter ani Joker z komiksu. To ktoś, kto mógłby siedzieć koło ciebie w autobusie. Kto nie budzi podejrzeń. Kto ma twarz, ale nie ma głębi, której moglibyśmy się chwycić, żeby go zrozumieć, a tym samym – oswoić. I właśnie ta pustka jest przerażająca. Bo jeśli morderstwo nie ma wyjaśnienia, jeśli nie możemy wskazać palcem winnego dzieciństwa, psychopatii, ideologii, to pozostaje nam tylko jedno: uznać, że zło może istnieć w próżni. W codzienności. W człowieku, który nigdy się nie zdradza. W akcie, którego nie da się przewidzieć ani wyjaśnić.
Brak rozbudowanych sylwetek psychologicznych nie wynika tu z lenistwa pisarskiego. To forma oporu wobec literackiej potrzeby wyjaśniania wszystkiego. W „Tożsamości” nie ma katharsis. Nie ma momentu zrozumienia. Jest za to uporczywe pytanie, które zostaje z nami po ostatniej stronie: a jeśli to zło, którego się boimy, jest cichsze, bardziej banalne i znacznie bliżej, niż nam się wydaje?
Narracja jak taśma z monitoringu
Jednym z najmocniejszych atutów „Tożsamości” jest sposób, w jaki została opowiedziana. Wysokiński nie podaje nam historii na tacy, nie gra na emocjach tanimi chwytami. Zamiast tego dostajemy coś, co przypomina taśmę z monitoringu – beznamiętną, suchą rejestrację faktów. Tu ktoś wchodzi do windy. Tam znika sygnał telefonu. Gdzieś pada nazwisko, którego nie kojarzysz, ale które wróci pięćdziesiąt stron później, z zupełnie nowym znaczeniem.
To pozorna chłodna precyzja. Brak komentarza. Brak podpowiedzi. I właśnie przez to… czujemy się nieswojo. Bo ta narracja nie jest martwa – ona jest wręcz nadmiernie żywa w swoim realizmie. Jakbyśmy oglądali coś, co nie miało trafić w nasze ręce. Coś, co powinno pozostać za zamkniętymi drzwiami. Kamera nie robi najazdu na dramatyczne sceny. Nie ma ujęcia z bliska na łzę na policzku. Ale to, co widzimy, i tak zostaje z nami długo po zakończeniu lektury. Ta struktura działa jak chłodne światło latarni ulicznej. Nie wybiera tego, co chce pokazać. Oświetla wszystko – nawet to, czego wolelibyśmy nie zauważyć. Nie daje miejsca na histerię czy melodramat. A przez to zmusza nas do samodzielnego odczuwania, do wyciągania własnych wniosków. To opowieść surowa jak raport, ale duszna jak sen, z którego nie możesz się obudzić.
Widzisz tylko to, co chcesz widzieć?
„Tożsamość” w tytule nie jest przypadkowa. To nie tylko pytanie o to, kto stoi za serią zbrodni, ale – o wiele bardziej niepokojąco – kto stoi obok nas każdego dnia. Czy naprawdę znamy ludzi, z którymi żyjemy? Czy mamy jakikolwiek wpływ na to, co ujawnia ich prawdziwą twarz?
Wysokiński nie moralizuje, nie filozofuje, ale cały czas zasiewa w czytelniku niepokój. W miarę jak pojawiają się kolejne zbrodnie, kolejne poszlaki, kolejne domysły – to pytanie powraca jak bumerang: czy zło musi mieć twarz? A jeśli tak – to czy potrafilibyśmy ją rozpoznać, zanim będzie za późno?
Tu nie chodzi o kolejne literackie pytanie typu „czy zło jest banalne”. Chodzi o coś jeszcze bardziej przenikliwego: czy tożsamość to coś trwałego, czy tylko maska, którą nosimy, dopóki nie pęknie w nas coś, czego nie potrafimy nazwać? W powieści każda postać – nawet ta poboczna – zdaje się mieć jakąś tajemnicę. Ale zamiast odkrywania ich wnętrz, Wysokiński zostawia nas z pytaniem: czy naprawdę chcesz wiedzieć, kim oni są? Czy to nie jest tak, że najczęściej wolimy nie wiedzieć? Że ta niewiedza jest formą ochrony – naszej, ich, świata?
W tym sensie „Tożsamość” to nie tylko kryminał. To soczewka, przez którą patrzymy nie tylko na bohaterów, ale i na siebie. I czasami to, co widzimy, wcale nie jest przyjemne.
Ludziki w krwi i bilety w jedną stronę
W świecie, gdzie każde przestępstwo wydaje się mieć swój modus operandi, Wysokiński wybiera dwa symbole, które uciekają jednoznacznej interpretacji. Dziecinny rysunek ludzika – wykonany z krwi – brzmi jak tania makabra. A jednak sposób, w jaki zostaje wpleciony w fabułę, sprawia, że działa o wiele silniej niż dosłowność. Pojawia się niepozornie, bez fanfar, bez dramaturgii – i właśnie dlatego zostaje. Jak drzazga w świadomości: nie daje spokoju, ale też nie daje się wyciągnąć.
Towarzyszy mu bilet autobusowy. Z pozoru banalny. Może przypadek. Może prowokacja. Może – w najbardziej niepokojącej wersji – zaproszenie do czegoś, czego nie chcemy rozumieć. Bilet w jedną stronę to przecież nie tylko podróż – to nieodwracalność. Decyzja. Punkt bez powrotu. I właśnie to robi Wysokiński – zostawia nam znaki, które nie są wskazówkami. Nie prowadzą do rozwiązania. Nie wpisują się w klasyczną konwencję „zagadki do rozszyfrowania”. Przeciwnie – rozszczelniają narrację. Budzą niepokój, nie przynosząc ulgi. Nie tłumacząc się.
To symbole, które nie mówią. Ale które każą słuchać. I to, co słyszymy, zależy wyłącznie od nas.
Bohater, który nie błyszczy
Tom Vesuvio nie pasuje do archetypu bohatera, którego ekranizacje thrillera wręcz kochają. Nie pije whisky z lodem, nie rozwiązuje spraw jednym spojrzeniem i nie rzuca bon motów w stronę przełożonych. Jest... zwyczajny. Ale w tej zwyczajności kryje się ogromna siła. Bo kiedy wszystko inne – ślady, tropy, świadkowie – zaczyna się rozmywać, Vesuvio zostaje obecny. Nie dlatego, że wie więcej. Ale dlatego, że nie odpuszcza.
To bohater napisany bez fajerwerków. Nie ma w nim hollywoodzkiego błysku, jest za to koncentracja, nieustanna praca obserwacyjna, zmęczenie, którego nie wyleczy poranna kawa. W pewnym sensie to figura „człowieka ostatniej szansy” – ale nie przez spektakularność, tylko przez cichą determinację. Co ciekawe, Wysokiński nie próbuje uczynić z niego bohatera dramatycznego. Jego przeszłość nie krzyczy. Ona gdzieś tam jest – w półsłówkach, w reakcjach, w wyborach. Ale nie staje się osią narracji. Vesuvio nie opowiada o sobie. On patrzy, słucha, działa. A my, jako czytelnicy, mamy wybór: możemy go podziwiać, możemy mu współczuć. Ale najważniejsze – możemy mu zaufać.
W świecie, gdzie wszystko wydaje się być tylko fasadą, Tom Vesuvio to ktoś, kto – choć sam niepewny – trzyma nas przy ziemi. To nie on oświetla mrok, ale to przez niego patrzymy na to, co naprawdę się w nim kryje.
Dłonie, które nie zostawiają śladów
W świecie, gdzie każdy ruch zostawia cyfrowy odcisk, przestępca z „Tożsamości” działa jak cień. Nie dlatego, że unika śladów – ale dlatego, że jego ślady nie mają sensu. Brakuje wzorca, nie ma schematu, nie da się go wsadzić w ramy „zwykłego” szaleńca ani zimnego mordercy. Przemoc, jakiej się dopuszcza, nie służy wyraźnemu celowi. Nie jest zemstą, nie jest żądzą. Jest… komunikatem, którego nie umiemy odczytać.
Właśnie ten brak rozpoznawalności przeraża najbardziej. Bo jak złapać kogoś, kto nie zostawia nie tylko śladów, ale i sensu? Jak zbudować profil kogoś, kto działa poza kategoriami, które mamy do dyspozycji? Wysokiński stawia czytelnika przed tym samym dylematem, co śledczych: nie możesz odczytać ruchu kogoś, kto porusza się po innym planie. I choć pojawiają się tropy – bilety, ludziki, geografia zbrodni – to są one bardziej symbolem pustki niż jej wypełnieniem. Dłonie sprawcy nie są niewidzialne. One są niemożliwe do sklasyfikowania.
I może właśnie o to chodzi. O zbrodnię, która wymyka się nawet językowi. Która nie mieści się w słowniku policyjnym, terapeutycznym, społecznym. O zło, które nie chce być zrozumiane, bo rozumienie daje nam poczucie kontroli. A tej – w „Tożsamości” – nie dostaniemy nigdy.
Nieoczywista topografia zła
Nieoczywista topografia zła w „Tożsamości” Roberta Wysokińskiego odsłania się nie w barokowych opisach czy przesyconych emocjami narracjach, lecz w precyzyjnie wyselekcjonowanych detalach – ulicy, świetle, cieniu, wnętrzu mieszkania – które autor przedstawia oszczędnie, niemal beznamiętnie, a jednak trafiają one prosto pod skórę czytelnika jak migawka aparatu dokumentująca brutalną rzeczywistość. To zło nie czai się w mroku, ale jawi w zwyczajnych przestrzeniach: kuchni, hotelowym pokoju czy poczekalni, odsłaniając swoją nudną, codzienną i bezduszną twarz, która robi większe wrażenie niż tysiące opisów krwawych tortur czy dramatycznych ucieczek. W „Tożsamości” pauzy, cisza i milczenie mają więcej do powiedzenia niż słowa – bohaterowie nie roztrząsają przemyśleń ani nie dzielą się emocjami, co może dla niektórych być wadą, lecz w rzeczywistości oddaje prawdę traumy i lęku, które nie krzyczą ani nie szlochają, lecz po prostu trwają, tkwiąc pod skórą, w spojrzeniu i zaciśniętej szczęce. Ta pozorna „emocjonalna płaskość” to świadoma strategia autora, który nie chce, byśmy współczuli bohaterom, lecz byśmy poczuli się nieswojo, zderzeni z brutalną rzeczywistością bez upiększeń. Jednym z najbardziej poruszających wątków jest eksploracja tożsamości jako czegoś kruchego, złudnego i rozbitego niczym pęknięte lustro, w którym odbijają się zniekształcone wersje nas samych. Wysokiński pyta: co jeśli tożsamość jest tylko maską, którą przyjmujemy, by przetrwać? Co jeśli świat to jedna wielka gra pozorów, a granice między tym, co prawdziwe, a tym, co udawane, zacierają się do tego stopnia, że nie potrafimy odróżnić człowieka od fałszu? Powieść ukazuje tożsamość nie jako fundament, lecz jako konstrukcję podatną na destrukcję – ofiary, choć różne, łączy niewidzialna nić przypadkowych wyborów i nieuchronnych konsekwencji, a stałe i pewne okazuje się płynne i nieuchwytne. Autor zadaje pytanie bez odpowiedzi: czy da się odnaleźć siebie w świecie, który z założenia nas rozprasza i rozbija? „Tożsamość” to więc opowieść o zagubieniu – jednostek i całych społeczności – w rzeczywistości pozbawionej mapy i kompasu. Dodatkowo narracja książki jest niedookreślona, wiele scen i dialogów pozostaje otwartych, niepełnych, jakby to czytelnik miał wypełnić luki własną interpretacją, co czyni tę powieść wyzwaniem wymagającym zaangażowania, uważności i nawet powrotów do poprzednich fragmentów. Ta otwartość narracyjna jest błogosławieństwem, bo pozwala na głębokie zanurzenie w gęstwinę symboli i znaków, ale i przekleństwem, bo pozbawia czytelnika poczucia bezpieczeństwa, które zwykle zapewniają literackie schematy. W efekcie „Tożsamość” nie jest łatwą lekturą, lecz doświadczeniem, które pozostawia trwały ślad, zmuszając do zastanowienia się nad tym, czym naprawdę jest zło i kim jesteśmy, gdy nikt nas nie widzi.
Mroczne odbicie społeczeństwa
Mroczne odbicie społeczeństwa w „Tożsamości” Roberta Wysokińskiego to obraz, który, choć osadzony w konkretnym, amerykańskim kontekście, rezonuje znacznie dalej — przemawiając do uniwersalnych doświadczeń współczesnego świata. Autor nie kreuje Ameryki jako kraju mitów czy symbolu wolności, ale przedstawia ją jako przestrzeń napięć i sprzeczności, gdzie pozorny porządek maskuje głębokie rozdarcia społeczne. Wysokiński odsłania mechanizmy alienacji, które rozdzielają ludzi, czyniąc ich obcymi wobec siebie i siebie nawzajem. Anonimowość staje się barierą, a lęk — nie tylko przed „innym”, lecz także przed samym sobą — kształtuje codzienne interakcje i decyzje. W powieści zło nie manifestuje się jako spektakularne zdarzenie, które zmusza do reakcji; nie jest to dramatyczna walka dobra ze złem, ale raczej nieustanne, ciche przenikanie niepokoju i przemocy do codzienności. To zło ukrywa się w gestach, milczeniu i tych drobnych wyborach, których często nie dostrzegamy — a które ostatecznie budują społeczną rzeczywistość. W ten sposób „Tożsamość” staje się nie tylko kryminałem, lecz także przenikliwym komentarzem na temat kondycji ludzkiej w czasach rozproszenia, samotności i niepewności, gdzie granice między dobrem a złem zacierają się, a prawda pozostaje często niewidoczna dla tych, którzy jej najbardziej potrzebują.
Wysokiński jako przewodnik po cienkiej granicy
Robert Wysokiński w „Tożsamości” pełni rolę przewodnika po cienkiej, często trudnej do uchwycenia granicy między tym, co jawne, a tym, co ukryte; między faktami a domysłami, światłem a cieniem. Jego styl pisania jest niezwykle oszczędny i precyzyjny, nie zalewa czytelnika nadmiarem informacji, lecz celnie wydobywa esencję zdarzeń, jednocześnie zostawiając sporo przestrzeni dla wyobraźni odbiorcy. „Tożsamość” to powieść, która nie podsuwa gotowych odpowiedzi ani jednoznacznych rozwiązań, ale wręcz przeciwnie – prowokuje do stawiania pytań, niekiedy bolesnych, dotyczących nas samych, świata i ludzi, których spotykamy. To książka, która zostawia po sobie ślad nieoczywisty, bo nie jest to ślad natychmiastowej ulgi czy satysfakcji, ale ślad, który wnika powoli, kształtując niepokój i refleksję. Po lekturze pozostajemy mniej pewni swoich przekonań, bardziej uważni i – co najważniejsze – otwarci na to, że nie wszystko da się łatwo sklasyfikować. „Tożsamość” wywraca klasyczny porządek fabuły o zwycięstwie dobra nad złem, pokazując, że te dwie siły często współistnieją, przenikają się i są obecne w nas wszystkich, tworząc skomplikowaną mozaikę ludzkiej natury. Emocje w tej powieści nie są głośne ani teatralne – raczej ukryte głęboko, ledwie wyczuwalne, jakby bohaterowie sami obawiali się spojrzeć prawdzie w oczy. Ten chłód emocjonalny na początku może zniechęcać, ale z czasem staje się magnetyczny, zmuszając czytelnika do intensywnego, często niewygodnego samodzielnego namysłu. Lektura „Tożsamości” przypomina obserwację z dystansu, świadomość bezsilności wobec nieuchronności losu, a jednocześnie akceptację, że nie zawsze mamy kontrolę ani możliwość naprawienia świata – czasem po prostu musimy go zobaczyć takim, jaki jest. Narracja Wysokińskiego operuje niedopowiedzeniem niczym malarz światłem i cieniem; to właśnie dzięki temu powieść, choć pozbawiona spektakularnych emocjonalnych wybuchów, żyje własnym, intensywnym życiem w wyobraźni czytelnika. Pauzy, milczenie i niedomówienia tworzą atmosferę mroczną, niepokojącą, która zostaje z nami długo po odłożeniu książki. To opowieść o tym, co ukryte – przed światem i przed nami samymi – i choć może być to wyzwanie, to dla mnie stała się jednym z najważniejszych literackich doświadczeń ostatnich miesięcy.
Podsumowanie – „Tożsamość” jako literackie wyzwanie
„Tożsamość” Roberta Wysokińskiego to książka, która wymaga od czytelnika odwagi i cierpliwości, bo nie daje ani pocieszenia, ani prostych odpowiedzi. To powieść, która wciąga w mroczny, pełen niepokoju świat ludzkiej samotności i zagubienia. Wysokiński nie próbuje nas prowadzić za rękę, nie serwuje klasycznych wzorców bohaterów ani czytelnych podziałów na dobro i zło. Zamiast tego stawia nas przed lustrem, w którym odbija się nie tylko świat zbrodni, ale też nasze własne lęki i iluzje o tym, kim jesteśmy. Ta książka zmusza do zastanowienia się nad tym, jak krucha i zmienna jest tożsamość, nad tym, jak łatwo może się rozpaść pod wpływem codzienności, samotności i strachu.
Nie ma tu błyskotliwych zwrotów akcji ani wyrazistych emocjonalnych eksplozji – jest chłód, niedopowiedzenia, cisza, która mówi więcej niż słowa. To powieść, która pozostawia czytelnika w stanie zawieszenia – bez jasnej odpowiedzi, ale z pytaniami, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. „Tożsamość” nie jest książką dla każdego. Nie nadaje się na szybkie, lekkie czytadło. To lektura dla tych, którzy potrafią docenić literacki minimalizm, zrozumieć wartość milczenia i zmierzyć się z niewygodnymi prawdami o ludzkiej naturze.
Robert Wysokiński pisze oszczędnie, ale z ogromną precyzją, tworząc świat, który działa na wyobraźnię i pozostaje w pamięci. Jego styl to mistrzowska gra światłem i cieniem, w której niedopowiedzenia i luki fabularne nie frustrują, lecz wciągają i prowokują do własnych interpretacji. „Tożsamość” to nie tylko historia zbrodni – to studium ludzkiej psychiki, społeczeństwa i mechanizmów, które sprawiają, że nawet najbardziej oczywiste rzeczy mogą być złudzeniem. Po lekturze pozostaje nie tyle ukończenie historii, co echo – cichy, niepokojący szept, który przypomina, że nigdy nie znamy do końca ani innych, ani siebie samych. Że każdy z nas nosi w sobie fragmenty światła i cienia, prawdy i fałszu, a to, co wydaje się stałe, jest często tylko pozorem. I że czasem nie chodzi o to, by świat naprawić, ale by go zobaczyć takim, jaki jest – z całą jego brutalnością i codziennością.
„Tożsamość” zostaje w nas długo po zamknięciu książki. To powieść, która wciąga nie tylko fabułą, ale przede wszystkim atmosferą, pytaniami i uczuciem niepokoju, które trudno wyciszyć. To literatura, która nie zabawia – ale wyzwala. I to jest jej największa siła.aśnie echo. To, co zostaje, gdy już zamkniesz okładkę. Gdy w domu jest cicho. Gdy rozbiera cię noc.
To nie była „świetna książka”. To było literackie doświadczenie. I z tym zostaję.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Więzień sumienia
Od początku do końca moralne dylematy z którymi się każdy z nas mierzy. Co jest słuszne, co sprawiedliwe i co jest właściwym wyborem? Bohater przekracza prawo, świadomie i w szlachetnym celu, tak uważa. Doświadcza brutalnej kary. Potem staje się sędzią, znowu w słusznej, jak się mu wydaje sprawie. I znowu realne życie ściąga go brutalnie na ziemię. Targany wątpliwościami, rozczarowany otoczeniem, wybiera bardzo niekonwencjonalną drogę. Fantastyczna powieść z głębokimi przemyśleniami, wielowarstwowym przesłaniem i pytaniami, o kondycję naszej moralności. Humor miesza się z powagą, która wywołuje odzew głeboko w sumieniu. Pozycja godna polecenia.
Od początku do końca moralne dylematy z którymi się każdy z nas mierzy. Co jest słuszne, co sprawiedliwe i co jest właściwym wyborem? Bohater przekracza prawo, świadomie i w szlachetnym celu, tak uważa. Doświadcza brutalnej kary. Potem staje się sędzią, znowu w słusznej, jak się mu wydaje sprawie. I znowu realne życie ściąga go brutalnie na ziemię. Targany wątpliwościami,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toChwilami zabawna te pszczoły i chodu chwilami melancholia
dużo emocji zabawy i śmiechu
ale i dramatu samotności
nie jest to książka jednoznaczna
ale balansuję na granice realizm i prawda
dla mnie piękna przygoda
Chwilami zabawna te pszczoły i chodu chwilami melancholia
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo todużo emocji zabawy i śmiechu
ale i dramatu samotności
nie jest to książka jednoznaczna
ale balansuję na granice realizm i prawda
dla mnie piękna przygoda
Wrażenia po lekturze książki Kunga „Więzień sumienia”
Książka złożona z dwóch części, podobnie jak natura bohatera, która nie jest jednolita. Pierwsza opowiada o próbie ratowania życia córki, cudzym kosztem i związane z tym moralne zagadnienia (krytyka systemu socjalnego). Potem kara zesłania i walka o przetrwanie w samotni z młodym czworonogiem. Samokrytyka, wyrzuty sumienia i odnalezienie siebie na nowo. Fajne klimaty wyspy i prawdziwej przyjaźni z psem (też takiego miałem). Druga część to krytyka systemu prawnego, który podobnie jak socjalny, z roli służebnej ewaluował do elitarnej. Podoba mi się spojrzenie autora na zagadnienie współczesnej wykładni prawa, że nie to jest ważne, co jest prawdą, ale to, czego potrafię dowieźć. Każdy chyba nie tylko w naszym kraju, kto doświadczył zderzenia z wymiarem sprawiedliwości, bez trudu w opisanych wątkach się odnajdzie. Nie chodzi o sprawiedliwość i karanie oczywistych przestępców, tylko spekulatywne ważenie wpływów środowisk stojących za stronami i popisy prawników-sofistów, jak pisze autor. Jeśli pokrzywdzony ma za słabe plecy, za mało środków, sam może znaleźć się po drugiej stronie, a ogół i tak nie będzie zainteresowany tym, kto jest sprawcą, czy ofiarą. Ważne są igrzyska, przeciąganie liny, umiejętności erudytów stających do walki. Kiedy się nad tym poważnie zastanowić, to rzeczywiście doszliśmy do punktu, w którym należy coś w prawie i jego stosowaniu radykalnie zmienić, w przeciwnym razie grozi nam anarchia, albo coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Oczywista erozja systemu powoduje, że bohater rozczarowany stanem faktycznym wybiera na końcu drogę, którą wielu z nas też by wybrało. Dyskusyjne pozostają kwestie, czy tę ważną batalię, w którą się zaangażował, wygrał, czy przegrał? Ostatecznego wyboru dokonał dla zgody z własnym sumieniem, czy też z powodu świadomości, że cokolwiek by jeszcze zrobił i tak niczego nie zmieni? Powieść stawia wiele pytań natury moralnej i dokonywanych przez nas wyborów. Czy większość z nas, to masa, która płynie z prądem? Czy sami z siebie potrafimy jeszcze przeciwstawić się złu, kiedy osobiście nic na tym nie zyskamy? Czy mamy umiejętność krytycznego patrzenia na siebie i tego, co robimy? Czy potrafimy zawrócić z niewłaściwie obranej drogi i podjąć próby stania się lepszymi, szlachetniejszymi ludźmi?
Lektura o dwóch klimatach umiejętnie ze sobą połączonych jest godna polecenia (tylko dla krytycznie myślących),bo zmusza do głębokich refleksji na wielu płaszczyznach.
Stefan
Wrażenia po lekturze książki Kunga „Więzień sumienia”
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka złożona z dwóch części, podobnie jak natura bohatera, która nie jest jednolita. Pierwsza opowiada o próbie ratowania życia córki, cudzym kosztem i związane z tym moralne zagadnienia (krytyka systemu socjalnego). Potem kara zesłania i walka o przetrwanie w samotni z młodym czworonogiem. Samokrytyka, wyrzuty...
"Może kiedyś ludzie dojrzeją umysłowo i przestaną podziwiać zamożność, a zwrócą się ku cnotom? Na razie otrzymali produkt własnego chowu.Kto sieje wiatr,zbiera burzę!Zasadzili ziarno chciwości i wyrosło drzewko karenowe!"
Opowieść o współczesnym Robinsonie Crusoe i cenie prawdziwej wolności Alan Fonds, 45-letni pracownik brytyjskiej oficyny wydawniczej, pewnego dnia budzi się w morskim kontenerze na niewielkiej wyspie południowego Pacyfiku. Z załączonego do pakietu ratunkowego listu dowiaduje się, że miejsce, w którym się znalazł, nie jest przypadkowe: jego pracodawca postanowił wymierzyć mu karę zesłania. W ten sposób rozpoczyna się zupełnie nowy rozdział w życiu Fondsa, a kolejne miesiące spędzone na odludziu stają się pretekstem do wędrówki w głąb siebie i odkrycia, co tak naprawdę oznacza wolność. „Więzień sumienia” to pełna zaskakujących zwrotów akcji i niespodziewanych rozwiązań powieść, która dowodzi tezy, że podejmowane przez nas nawet najbardziej błahe decyzje, odciskają na naszym życiu głębokie piętno.
Jak mi się podobała ta historia 🤩
"Więzień sumienia" to fascynująca powieść która idealnie wpasowała się w mój gust, spodobała mi się i zaciekawiła od pierwszych stron.
Fabuła przypomina trochę historię Robinsona Crusoe, tyle że w bardziej nowoczesnym wydaniu.Napisana w narracji pierwszoosobowej pozwala na poznanie i zrozumienie emocji i myśli Alana, który budzi się pewnego dnia na wyspie w blaszanym kontenerze jedynie w towarzystwie szczeniaka. Książka autorstwa Hectora Kunga nie jest jednak historią tylko o przetrwaniu na bezludnej wyspie ale również o wewnętrznej przemianie bohatera, pojawia się również wątek kryminalny.Zagłębianie się w treść było bardzo miłą odskocznią, z jednej strony mroczny klimat, sensacja, a z drugiej przygoda, otaczająca bohatera natura.
Wspaniała lektura, gorąco polecam!!!🔥
"Może kiedyś ludzie dojrzeją umysłowo i przestaną podziwiać zamożność, a zwrócą się ku cnotom? Na razie otrzymali produkt własnego chowu.Kto sieje wiatr,zbiera burzę!Zasadzili ziarno chciwości i wyrosło drzewko karenowe!"
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOpowieść o współczesnym Robinsonie Crusoe i cenie prawdziwej wolności Alan Fonds, 45-letni pracownik brytyjskiej oficyny wydawniczej, pewnego dnia budzi...
Kwadratowy styl pisania początkowo urzeka, lecz z każdą stroną staje się niezwykle irytujący, następnie następuje festiwal niezwykłych zbiegów okoliczności, które stają się z każdą stroną coraz bardziej przewidywalne, a ciągłe łechtanie ego narratora, jak to sobie wręcz wspaniale radzi na odludziu, wraz z nieco infantylnymi wstawkami z biblii uczyniły z tej powieści pozycję w moich oczach niezwykle przeciętną, żeby nie powiedzieć słabą. Odnoszę wrażenie, że pisał ją dzieciak trochę pod wpływem filmu "Cast away", a trochę flegmatycznych kryminałów niskich lotów, nieustannie się powtarzając i zapominając o wielu rzeczach, które mnie wprawiły wręcz w osłupienie (jak można o tym w ogóle zapomnieć!? - o czym, nie chcę spojlerować, jeśli ktoś jednak zdecydowałby się to przeczytać).
Rażące zaniedbania fabularne są dla mnie wręcz nie do pomyślenia, książce zabrakło porządnej korekty.
Kwadratowy styl pisania początkowo urzeka, lecz z każdą stroną staje się niezwykle irytujący, następnie następuje festiwal niezwykłych zbiegów okoliczności, które stają się z każdą stroną coraz bardziej przewidywalne, a ciągłe łechtanie ego narratora, jak to sobie wręcz wspaniale radzi na odludziu, wraz z nieco infantylnymi wstawkami z biblii uczyniły z tej powieści pozycję...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzęść książki opowiadająca wydarzenia z bezludnej wyspy czyli ta pierwsza jest przyjemnie i w miarę dobrze napisana choć niepozbawiona błędów. Ale styl autora wynagradza nam poniekąd głupoty fabularne.
Niestety druga część jest koszmarna. Nic nie usprawiedliwia tak tragicznych dialogów oraz dziur fabularnych. Żadna postać nie ma sensu, żadnej głębi, no nic zupełnie. A wydarzenia są opisywane jakby robił to nastolatek próbujący wyobrazić sobie rozmowy dorosłych. Bardzo nieudolnie poprowadzona narracja drugiej części i kompletnie niewiarygodne postacie, nie wiem jak można było to tak spieprzyć. I po co to wydawać w takiej formie, przecież można było autora namówić żeby to zwyczajnie poprawił. Jestem zdegustowana.
Część książki opowiadająca wydarzenia z bezludnej wyspy czyli ta pierwsza jest przyjemnie i w miarę dobrze napisana choć niepozbawiona błędów. Ale styl autora wynagradza nam poniekąd głupoty fabularne.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiestety druga część jest koszmarna. Nic nie usprawiedliwia tak tragicznych dialogów oraz dziur fabularnych. Żadna postać nie ma sensu, żadnej głębi, no nic zupełnie. A...
www.tinarecenzuje.pl
www.facebook.com
www.instagram.com/tinarecenzuje
Wyspa strachu.
Z głębokiego snu wyrwało mnie warczenie psa. Zacząłem nasłuchiwać, jednak nie usłyszałem nic niepokojącego, tylko szum fal i szelest drzew. Już chciałem iść dalej spać, gdy do moich uszu dotarło sapanie dochodzące tuż zza ściany, a chwilę później rozdarł się budzący grozę, przeraźliwy ryk. Ryk poprzedzony nachalnym drapaniem. Bez wątpienia jakieś zwierzę próbowało się dostać do mojego kontenera. Sądząc po jego zachowaniu, musiałby to być wielki kot. Może tygrys? Puma? Jaguar? Nie miałem pojęcia co na tej szerokości geograficznej żyje. Jedno jednak jest pewne - spotkanie z tym ssakiem sam na sam będzie miało dramatyczne skutki…
Czy słyszałeś już o najnowszej powieści obyczajowej Hectora Kunga? Jej tytuł to “Więzień sumienia”. Książka ukazała się 23 maja 2023 roku, nakładem Wydawnictwa Novae Res.
Hector Kung - autor powieści publikujący pod pseudonimem. Interesuje się stosunkami międzyludzkimi oraz wynikających z nich sprzecznościami. Kreuje krytyczny opis świata oraz bohaterów, którzy nie tolerują dwuznaczności rzeczywistości.
“Opowieść o współczesnym Robinsonie Crusoe i cenie prawdziwej wolności”
Alan Fonds jest 45-letnim pracownikiem oficyny wydawniczej. Pewnego razu budzi się w blaszanym kontenerze daleko od cywilizacji - na niewielkiej wyspie południowego Pacyfiku. Z listu, który znajduje w swoim nowym lokum, dowiaduje się, że jego miejsce pobytu nie jest losowe, bowiem jego pracodawca wymierzył mu karę zesłania za wszelkie przewinienia, których dokonał. Teraz Alan ma bardzo dużo czasu, aby rozpocząć wędrówkę w głąb siebie i odkryć, czym tak naprawdę jest wolność.
“Więzień sumienia”, to powieść, która ukazuje, że podjęte pozornie błahe decyzje mogą odcisnąć na przeszłości głębokie piętno.
Lektura już od początku mnie zaintrygowała - uwielbiam powieści, filmy, a nawet gry o motywie bezludnej wyspy, gdzie człowiek jest zdany sam na siebie oraz w ogromnej mierze na łaskę i niełaskę natury, zwierząt. Wystarczyło mi kilka stron, abym miała pewność, że twórczość Hectora będzie dla mnie idealna.
Czytając ją czułam ogromne zaciekawienie, rozluźnienie, a nawet i czasami niepokój. Klimat książki jest zmienny niczym w życiu - raz bywa gorzej, żeby potem wyszło przysłowiowe słońce po burzy.
Fabuła toczy się swoim naturalnym tempem - nie jest mozolna, ani za specjalnie dynamiczna. Za to pozostawia lukę na przemyślenia. Poprowadzona w narracji pierwszoosobowej - jakże pożądanej w tej powieści. Czułam się, jakbym siedziała tuż obok głównego bohatera, widziała i czuła to, co on, jakby jego przygody były też moimi. Patrząc na historię, jaką przedstawia książka, było to niesamowite przeżycie.
Napisana bardzo lekkim piórem, które zdecydowanie przypadło mi do gustu. Zagłębianie się w treść treść było ciekawą rozrywką, miłą odskocznią od życia codziennego.
Postaciami są nieidealni ludzie z bagażami doświadczeń, popełniający błędy, które chcą w większości przypadków naprawić. Są to bohaterowie o niekiedy przewrotnym myśleniu, nieszablonowej kreatywności. Nakreśleni idealnie pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Zdecydowanie dałabym radę nawiązać z nimi nić porozumienia, a w szczególności z głównym bohaterem.
Podsumowując: “Więzień sumienia” Hectora Kunga, to powieść, która idealnie wpasowuje się w mój gust literacki. Spodobała mi się, zaciekawiła mnie już od pierwszych stron. Opowiada historię mężczyzny zesłanego na bezludną wyspę, który musi sobie radzić w pojedynkę z przeciwnościami losu. Ta książka zmusza do myślenia, licznych refleksji. Czuć w niej ten klimat, z jednej strony mroczny, a z drugiej uspokajający wśród drzew, zwierząt. Wisienką na torcie są barwne postacie. Polecam lekturę, warto przeczytać.
www.tinarecenzuje.pl
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo towww.facebook.com
www.instagram.com/tinarecenzuje
Wyspa strachu.
Z głębokiego snu wyrwało mnie warczenie psa. Zacząłem nasłuchiwać, jednak nie usłyszałem nic niepokojącego, tylko szum fal i szelest drzew. Już chciałem iść dalej spać, gdy do moich uszu dotarło sapanie dochodzące tuż zza ściany, a chwilę później rozdarł się budzący grozę, przeraźliwy...
"Więzień sumienia" to fascynująca opowieść o bohaterze, który walczy o przetrwanie i stawia czoła moralnym wyzwaniom. Alan Fonds, pracownik brytyjskiego wydawnictwa, zostaje zesłany na bezludną wyspę południowego Pacyfiku jako kara za swoje przestępstwa finansowe. Jego dramatyczna podróż zaczyna się, gdy musi zmierzyć się z samotnością i brakiem perspektyw na powrót do cywilizacji.
Fabuła przypomina trochę historię Robinsona Crusoe, ale w nowoczesnym wydaniu. Postać Alana Fondsa, opisana jako przykładny mąż i ojciec, staje się bardziej złożona, gdy zmuszony jest podjąć przestępczą działalność w trosce o zdrowie swojej córki. Ta intrygująca motywacja i dylematy moralne, z jakimi zmaga się główny bohater, zapewniają czytelnikowi głębokie emocje i refleksje.
Narracja prowadzona w formie pamiętnika pozwala na jeszcze bliższe zrozumienie emocji i myśli Alana, co dodaje głębi opowieści. Jego codzienne zmagania na wyspie, a także spotkanie ze szczeniakiem owczarka niemieckiego, Fido, dodają elementy przygody i wzruszającego towarzystwa.
Przejście między współczesnością a flashbackami do przeszłości Alana pozwala nam poznać postać bohatera z różnych perspektyw, co wzbogaca jego charakter i rozwija wątki fabularne.
Recenzje podkreślają, że książka "Więzień sumienia" przyciąga czytelnika od pierwszych stron i utrzymuje jego uwagę przez całą lekturę. Pomimo czasami nieco długich fragmentów, fabuła rozwija się w interesujący sposób, a zakończenie zostawia czytelnika z silnym wrażeniem i refleksją.
Warto zaznaczyć, że "Więzień sumienia" nie jest jedynie historią o przetrwaniu na bezludnej wyspie, ale również o wewnętrznym przemianie bohatera, jego dążeniu do zrozumienia sensu wolności oraz konsekwencjach podejmowanych decyzji.
Podsumowując, książka "Więzień sumienia" autorstwa Hectora Kunga jest wartą uwagi powieścią, która wciąga czytelnika w niezwykłą opowieść o ludzkich emocjach, moralności i pragnieniu prawdziwej wolności. Przepełniona przygodą i sensacją, ta historia z pewnością zostawi ślad w sercach czytelników, a zakończenie będzie zapewne dyskusyjne i budzące refleksje. Gorąco polecam dla tych, którzy lubią historie o wewnętrznych poszukiwaniach, odwadze i przygodach na bezludnych wyspach.
Moja ocena: 7/10
"Więzień sumienia" to fascynująca opowieść o bohaterze, który walczy o przetrwanie i stawia czoła moralnym wyzwaniom. Alan Fonds, pracownik brytyjskiego wydawnictwa, zostaje zesłany na bezludną wyspę południowego Pacyfiku jako kara za swoje przestępstwa finansowe. Jego dramatyczna podróż zaczyna się, gdy musi zmierzyć się z samotnością i brakiem perspektyw na powrót do...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka skusiła mnie okładką i opisem.
Alan Fonds to trochę współczesny Robinson Crusoe. Pracownik brytyjskiego wydawnictwa, przykładny mąż i ojciec. Choroba córki i brak wsparcia ze strony ubezpieczyciela zmusza mężczyznę do przestępczej działalności.
Mija kilka lat gdy pewnego ranka Alan budzi się w morskim kontenerze na bezludnej wyspie w towarzystwie szczeniaka. Znajduje list w którym jego pracodawca wyjaśnia mu powody zesłania. Rozpoczyna się walka o przetrwanie. Książka pisana jest w formie pamiętnika dzięki temu jeszcze głębiej możemy przeżywać emocje bohatera. Kolejne dni spędzone samotnie na wyspie to czas głębokich przemyśleń a czytana w wolnych chwilach biblia zmusza do refleksji.
W czasach szkolnych zaczytywałam się w przygodach Robinsona Crusoe także i tym razem dałam się ponieść historii. Pomimo, że książka miejscami trochę się dłuży czyta się ją mega szybko. Z ogromną ciekawością śledziłam losy Alana.
Książka skusiła mnie okładką i opisem.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAlan Fonds to trochę współczesny Robinson Crusoe. Pracownik brytyjskiego wydawnictwa, przykładny mąż i ojciec. Choroba córki i brak wsparcia ze strony ubezpieczyciela zmusza mężczyznę do przestępczej działalności.
Mija kilka lat gdy pewnego ranka Alan budzi się w morskim kontenerze na bezludnej wyspie w towarzystwie szczeniaka....
Bardzo podobała mi się poprzednia książka Hectora Kunga, "Anubis". Dlatego też, z wielką ciekawością sięgnęłam po "Więźnia sumienia".
Głównym bohaterem jest Alan, pracownik wydawnictwa. Poznajemy go, kiedy w wieku 35 lat walczy o zdrowie swojej córeczki, chorej na serce. Zrobi wszystko by jej pomóc...
10 lat później budzi się w kontenerze na bezludnej wyspie, jedynym jego towarzyszem jest szczeniaczek owczarka niemieckiego, Fido.
Wraz z przydatnymi przedmiotami i zapasem żywności na parę miesięcy znajduje również list od swojego szefa. Okazuje się, że umieszczenie go na wyspie to kara za jego malwersacje finansowe... Jeśli wytrzyma na niej 10 lat, szef nie przekaże dowodów policji.
Jak mi się podobała ta historia! (oprócz jednego momentu, kto przeczyta będzie wiedział o czym mówię...) Uwielbiam wątek bezludnej wyspy, a do tego autor tak dobrze opisał zmagania Alana w walce o przetrwanie, że miałam wrażenie jakbym tam była. Ale działo się też w tej książce dużo więcej! Było też oprócz przygody trochę sensacji... A zakończenie według mnie jest cudowne!
Zdecydowanie jest to książka, którą zabrałabym na bezludną wyspę :D
Bardzo podobała mi się poprzednia książka Hectora Kunga, "Anubis". Dlatego też, z wielką ciekawością sięgnęłam po "Więźnia sumienia".
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGłównym bohaterem jest Alan, pracownik wydawnictwa. Poznajemy go, kiedy w wieku 35 lat walczy o zdrowie swojej córeczki, chorej na serce. Zrobi wszystko by jej pomóc...
10 lat później budzi się w kontenerze na bezludnej wyspie, jedynym jego...