rozwińzwiń

Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium

Okładka książki Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium autora Don Lawrence, 9788395933950
Okładka książki Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium
Don Lawrence Wydawnictwo: Kurc Cykl: Storm - Wydania Zbiorcze (tom 2) komiksy
102 str. 1 godz. 42 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Storm - Wydania Zbiorcze (tom 2)
Tytuł oryginału:
Storm: Het volk van de woestijn / De groene hel
Data wydania:
2021-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2016-05-25
Liczba stron:
102
Czas czytania
1 godz. 42 min.
Język:
polski
ISBN:
9788395933950
Tłumacz:
Krzysztof Janicz
Średnia ocen

6,9 6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium

Średnia ocen
6,9 / 10
28 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium

Sortuj:
avatar
1727
503

Na półkach: ,

(...) W bieżącej odsłonie były astronauta Storm oraz jego atrakcyjna towarzyszka – Rudowłosa – muszą sobie poradzić w dwóch jakże odmiennych środowiskach naturalnych. W pierwszej fabule na wyjałowionej pustyni, która kiedyś była oceanem. W drugiej niebezpieczeństwa czają się pośród wiecznie zielonej dżungli.

W „Dzieciach pustyni” para bohaterów, wędrując przez rozpaloną do białości pustynię, napotyka wycieńczonego, ledwo żywego mężczyznę, któremu starają się pomóc. Skóra osobnika pozbawiona jest pigmentu, przez co wygląda dziwnie. A gdy tylko pojawiają się ścigający go strażnicy zaczyna się dziwnie zachowywać – staje się bezwolny i bez szemrania wykonuje wszystkie ich polecania. Z biegiem akcji okazuje się, że napotkany mężczyzna jest ofiarą straszliwych eksperymentów genetycznych, które są przeprowadzane w pobliskiej kopalni. Na jeńcach testy przeprowadza odrażający Psor, który znalazł sposób wyhodowanie nowej rasy ludzi. Homo desertus charakteryzują się tym, że są doskonałymi pracownikami, bo są silni, bezwolni i odporni na zabójczy upał. Storm i Rudowłosa zostają porwani i trafiają do strasznego tego miejsca… Czy uda im się zbiec? Czy uda im się wyzwolić niewolników?

W opowieści „Zielone pandemonium” akcja przenosi się tropikalnego, amazońskiego lasu. Miejsca równie niebezpiecznego, co pustynia, gdzie wszyscy mieszkańcy (mutanci, ludzie i małpoludy) są ze sobą skonfliktowani i walczą zażarcie. Nasza para bohaterów zostaje rozdzielona, każde z nich na własną rękę będzie musiało stawić czoło przeciwnością losu. Przyznaję, że ze wszystkich przeczytanych przeze mnie epizodów „Storma”, ten podoba mi się najbardziej, gdyż scenarzysta wprowadza do awanturniczej opowieści nowe wątki, które mam nadzieję, zostaną rozwinięte w trzecim dyptyku.

Oczywiście głównym aktorem omawianej publikacji jest rysownik. Don Lawrence to klasa sama w sobie. Ilustracje nadal robią niesamowite wrażenie! Plansze, stworzone za pomocą malarskiej, hiperrealistycznej techniki – zadziwiają i fascynują. I chociaż widać gołym okiem, że powstały całe dziesięciolecia temu, to całość wcale nie trąci myszką. A na tle współczesnych technik, którymi tworzy się komiksy, całość tchnie swoistą świeżością, innością i siłą.

(...) . Nie należy także liczyć na to, że Rudowłosa i Strom to postaci o pogłębionym rysie psychologicznym. Ich przygody mają (i będą miały) rozrywkowy charakter, ale jest to rozrywka w starym (oldschoolowym) stylu.

- - -
cały tekst można przeczytać tu:
https://dybuk.wordpress.com/2016/10/17/storm-2-dzieci-pustyni-zielone-pandemonium/

(...) W bieżącej odsłonie były astronauta Storm oraz jego atrakcyjna towarzyszka – Rudowłosa – muszą sobie poradzić w dwóch jakże odmiennych środowiskach naturalnych. W pierwszej fabule na wyjałowionej pustyni, która kiedyś była oceanem. W drugiej niebezpieczeństwa czają się pośród wiecznie zielonej dżungli.

W „Dzieciach pustyni” para bohaterów, wędrując przez rozpaloną do...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
589
130

Na półkach:

Bardzo dobrze napisana historia. Bardzo ciekawa seria.

Bardzo dobrze napisana historia. Bardzo ciekawa seria.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

48 użytkowników ma tytuł Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium na półkach głównych
  • 38
  • 10
25 użytkowników ma tytuł Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium na półkach dodatkowych
  • 8
  • 7
  • 4
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Storm: Formuła Genesis / Wędrowiec Armageddonu Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 6,7
Storm: Formuła Genesis / Wędrowiec Armageddonu Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Rozkwit i upadek Imperium Triganu Mike Butterworth, Don Lawrence
Ocena 4,5
Rozkwit i upadek Imperium Triganu Mike Butterworth, Don Lawrence
Okładka książki Storm: Pokręcony świat / Roboty z Danderzei Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 7,7
Storm: Pokręcony świat / Roboty z Danderzei Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Storm 1: Die Tiefe Welt Philip Dunn, Don Lawrence
Ocena 5,0
Storm 1: Die Tiefe Welt Philip Dunn, Don Lawrence
Okładka książki Storm: Żyjąca planeta / Vandaal Niszczyciel Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 7,5
Storm: Żyjąca planeta / Vandaal Niszczyciel Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 7,2
Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka Don Lawrence, Martin Lodewijk

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Storm: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca Martin Lodewijk
Storm: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca
Martin Lodewijk Don Lawrence Philip Dunn
(...) Nie będę szerzej pisał o polskich przygodach Storma, ani o początkach komiksu w Holandii, gdyż tego można się dowiedzieć z lektury tekstów pomieszczonych w bieżącym tomie. Oba eseje są bardzo ciekawe. Pierwszy - „Kroniki Świata na dnie” - szczególnie doceniam, brakuje przekrojowych tekstów o historii komiksowych publikacji w Polsce, szkoda tylko, że nie został podpisany. W omawianej publikacji znajdują się dwa pierwsze albumy. Oba w oprawie graficznej Brytyjczyka Dona Lawrance’a, ale ze scenariuszem dwóch różnych autorów, „Świat na dnie” napisał Philip Dunn, a „Ostatniego zwycięzcę” Martin Lodewijk, który z serialem był związany dłużej. Storm odgrywa w opowieści pierwszoplanową rolę, początkowo jest astronautą. Poznajemy go, gdy „wchodzi na pokład kosmicznej sondy, najnowocześniejszego statku w swojej klasie”. Wyrusza z misją na orbitę Jowisza, jego zadanie polega na zbadaniu szalejących wokół planety wiatrów. Na miejscu coś idzie nie tak i z jakiegoś powodu statek z dzielnym załogantem zostaje wessany przez oko cyklonu. Kontrola naziemna uznaje, że statek i pilot nie mieli żadnych szans na przetrwanie katastrofy, ale protagoniście w jakiś cudowny sposób udaje się wydostać na orbitę planety. Nie mogąc nawiązać połączenia z wieżą, decyduje się na powrót na Ziemię. Podróż trwa rok. Na miejscu okazuje się, że świat który zastał diametralnie różni się od tego, jaki opuszczał. Ziemia zmieniła się nie do poznania. Zniknęły oceany, w wielu miejscach powietrze jest skażone i nie nadaje się do oddychania. Nastąpił regres cywilizacji, a ludzkość stąpiła do epoki barbarzyństwa. W tej części bohater spotka Rudowłosą, która będzie mu towarzyszyła w dalszych przygodach. (...) W drugim albumie Storm i Rudowłosa zostają podstępnie uprowadzeni i zmuszeni siłą do pracy w objazdowym cyrku. Nasz bohater ma wystąpić na arenie gladiatorów, dlatego przez kilka tygodni jest szkolony w walce wręcz i z białą bronią. W ramach poniesienia konsekwencji za swoje zachowanie na stadionie, musi wciąć udział w wyprawie do Pałacu Śmierci, który okazuje się być kosmicznym statkiem najeżonym ogromną ilością zabójczych pułapek. Misja zostanie wypełniona, jeśli dotrze do Wielkiego Tronu, czyli kokpitu. Wszyscy śmiałkowie, którzy na przestrzeni poprzednich dziesięcioleci podjęli się tego zadania, zginęli. Jak pójdzie Stormowi? Czy wyjdzie zwycięsko z tej próby? Czy przy okazji ocali Rudowłosą? O tym będą mogli przekonać się ci, którzy sięgną po produkt wydawnictwa Incal. Największym atutem holenderskiej serii są rysunki Dona Lawrence'a, które, mimo że komiks zadebiutował w 1978 roku, nadal mogą budzić podziw. Technika brytyjskiego rysownika polegała na bezpośrednim nakładaniu kolorów na planszy bez specjalnie rozbudowanego szkicowania lub tuszowania. Efekt finalny sprawia, że mamy wrażenie jakby plansze były malowanymi obrazami. Wizualnie przypomina to trochę prace Grzegorza Rosińskiego. Świat wykreowany przez Lawrence'a jest spójny, z wielką swobodą wymyślał kosmiczne pojazdy, niesamowite stwory, barbarzyńskie stroje czy broń. W swoich przedstawieniach dbał o swoisty realizm, bez uciekania się w nieprecyzyjny rysunek.... - - - cały tekst do przeczytania tu: https://dybuk.wordpress.com/2015/11/29/storm-1-swiat-na-dnie-ostatni-zwyciezca/
giera - awatar giera
oceniła na610 lat temu
Undertaker - 2 - Taniec Sępów Xavier Dorison
Undertaker - 2 - Taniec Sępów
Xavier Dorison Ralph Meyer
Drugi album serii zamyka definitywnie przygodę z pierwszego dyptyku. Na każde zadane wcześniej pytanie, pada pełnoprawna odpowiedź. Czy satysfakcjonujące to już nieco inna kwestia. Ujmę sprawę w następujący sposób - mnie w ogólnym rozrachunku zadowoliły, ale mam kilka zastrzeżeń. Część elementów uważam bowiem za zbyt mocno naciągane. Fajnie współgrają w tej trochę zwariowanej opowieści, niemniej i tak nieco trudno w nie uwierzyć. Mimo wszystko komiks strasznie przypadł mi do gustu, choć już wiele razy wspominałem, że moja fascynacja westernami nieco przygasła. Lubię je co jakiś czas poczytać, ewentualnie obejrzeć coś z klasyków tego kina, ale to wszystko. Undertaker natomiast sprawił, że chce do niego wracać i to jest chyba najlepsza rekomendacja. Co sprawiło, że mam do tej serii takie podejście? Odpowiedź znajdziecie poniżej. Zacznijmy od tego, co w komiksie jest dla mnie najważniejsze - scenariusza. Tak. To nie rysunek, a opowiadana historia są w moim wypadku kluczowe, jeśli idzie o selekcję tego, co pozostawiam w moich zbiorach. czasem zdarzy się, że zostawiam sobie coś tylko i wyłącznie dla rysunku, jak np. dyptyk Monika od Scream Comics, ale to naprawdę rzadkość. Komiks wizualnie może mi się nie podobać, totalnie rozmijać się z moim gustem, jednak jeśli posiada dobrze skrojony scenariusz to ma szanse pozostać w moich prywatnych zbiorach. W przypadku Undertaker rysunek jest bardzo udany, ale co ważniejsze historia mocno mnie wciągnęła. Z jednej strony mnie to nie dziwi, bowiem Xavier Dorison już wielokrotnie udowodnił mi, że potrafi trafić w mój gust. W kolekcji mam Trzeci testament lub Sanktuarium, do którego bardzo często wracam. Przez długi czas znajdował się tam Fechmistrz, w kolejce czeka Long John Silver, a osobiście poluje na dyptyk Asgard. Jedyne czego nie umiem wybaczyć Dorisonowi to całkowite spartolenie serii Thorgal i jej spinoffu z Kriss de Valnor, choć z tego co udało mi się wygrzebać w sieci, wynika, że to nie jego wina. W praktyce pierwotny pomysł scenarzysty totalnie rozminął się z tym, co ostatecznie ujrzeli czytelnicy. Jeśli to prawda, to osoba za to odpowiedzialna, powinna dyndać na sznurze oblepiona smołą i pierzem. Zatem tak. W moich oczach Undertaker bardzo mocno broni się na polu scenariusza. Oto wędrowny grabarz Jonas Crow i jego sęp Jed (tak, gość oswoił sępa) wplątali się w ostrą kabałę. Muszą pochować trupa majętnego poszukiwacza złota, który dosłownie zeżarł swój majątek podczas ostatniego posiłku. Wkurzył tym pracujących dla niego górników, bowiem wcześniej sprzedał kopalnię gdzie pracowali, a na dokładkę kazał pochować się w innej, opuszczonej kopalni, zaś jeśli to nie nastąpi zostanie zamordowana pewna osoba. Wszystkiego ma dopilnować Panna Rose, guwernantka zmarłego, którą ten od lat próbował złamać i udowodnić jej, że jest tak samo zepsuta, jak inni mieszkańcy Dzikiego Zachodu. Rose postanawia jednak nie dać się pokonać znienawidzonemu pracodawcy i za wszelką cenę wypełnić jego ostatnią wolę, aby ocalić tajemniczego zakładnika. Niby wiem wiele, wszystko zostało bowiem przedstawione w pierwszym albumie, ale z czasem gdy poznawałem całą prawdę zostałem solidnie zaskoczony. Szczególnie w momencie ujawnienia zakładnika oraz osoby go przetrzymującej. W życiu bym się nie domyślił takiego obrotu spraw, co tylko ucieszyło moje nerdowskie serduszko. Ogromną rolę w tym elemencie fabuły, ale też kilku innych, jak pościg za grabarzem i jego ładunkiem, odegrały postacie drugoplanowe. Całość świetnie połączono, choć jak wspominałem wcześniej, kilka mniejszych elementów nie do końca mi pasowało. Z drugiej strony to rasowy komiks akcji, więc jestem gotów przymknąć na to oko. Historia z nieboszczykiem mającym brzuch pełen złota została ukończona. Ostatnia scena otwiera zatem drzwi na zupełnie nową przygodę, której nie mogę się doczekać. Grabarz i jego sęp ruszają dalej w świat, choć już nie samotnie. Niby szło to przewidzieć, ale i tak całość ciekawie skrojono. Wizualnie to bardzo porządny frankon, który wielce cieszy moje oko. Zarówno kolory jak i kreska to czysta poezja, zaś okładki to istny miód na moje oczy. Zostało mi zatem przeczytać drugi dyptyk i z wytęsknieniem oczekiwać trzeciego, który już jakiś czas temu zapowiedziano we Francji.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na83 lata temu
Okko - 1 - Cykl Wody Humbert Chabuel
Okko - 1 - Cykl Wody
Humbert Chabuel
Szata graficzna cud-miód! Nie jest to fotorealizm, w żadnym wypadku, ale kreska trzyma równy, wysoki poziom, a całość wykonana jest w doskonale dobranych do sytuacji i nieprzejaskrawionych barwach. Świat Okko czerpie garściami z faudalnej Japonii, co bardzo mnie cieszy, bo lubię takie klimaty, ale robi to trochę niezdarnie. Gejsza niekoniecznie musiała być dziwką, a już na pewno nie wyłącznie dziwką - to najbardziej widoczny błąd, ale popełniany w okołojapońskich dziełach często. Moim zdaniem autor niepotrzebnie użył tego słowa zamiast rodzimej 'prostytutki'. No właśnie, mieliśmy tu prawdziwy potok nazw zapożyczonych z japońskiego, chociaż, jako fanka historycznych anime, praktycznie wszystkie znałam. Rzecz w tym, że naginatę można nazwać po prostu włócznią. Statek, jak mu tam było - co jest złego w słowie 'łódź'? Może autor sądził, że będzie klimatycznie (wydawnictwa nie winię)? Odnośniki nie są klimatyczne, panie Hub. Zwłaszcza, gdy słowo 'gejsza' stosuje się źle, a Okko jest z jakiegoś powodu 'samurajem bez pana', kiedy aż prosiłoby się wstawić 'ronin'. Mam też zarzut do wydawnictwa!!! Czemu ZA KAŻDYM RAZEM stał potrójny wykrzyknik, nawet w miejscach, gdzie jeden byłby zbędny??! O tak właśnie, w środku tekstu!!! Wyglądało to jak na załączonym przykładzie - aż kłuło w oczy. Fabuła ciekawie poprowadzona, nawet jeśli nieszczególnie oryginalna, ale nazbyt pośpieszona. O bohaterach wiemy dość, by rozumieć ich role, jednak zachowali sporo tajemnic na późniejsze tomy. Niestety, z głównej intrygi mało co czytelnik rozumiał, dopóki narrator, będący jednym z bohaterów spisującym swoje przygody lata później, nie objaśnił sprawy. Ocenę ocalił komiksowi fakt, że wtedy naprawdę wszystko dobrze się domknęło i wyjasniło. Maruda ze mnie niepoprawna, ale dobrze się przy Okko bawiłam i chętnie siegnę po kolejne tomy czekające na mojej półeczce. Podsumowując, wyjątkowo przyjemna dla oka, nawet jeśki niezbyt wymagająca rozrywka, z potencjałem na następne tomy.
Rai - awatar Rai
ocenił na77 lat temu
Jonah Hex: Mściciel Jimmy Palmiotti
Jonah Hex: Mściciel
Jimmy Palmiotti Luke Ross Paul Gulacy Val Semeiks Dan Green Tony DeZuniga Justin Gray Phil Noto Rob Schwager David Michael Beck Dylan Teague
Jest to drugi tom przygód łowcy nagród z Dzikiego Zachodu, który ma dość, aby nie wyrazić się mocniej, szpetne lico. Nie urządziła go tak jednak matka natura, a człowiek, który tym samym wykopał dla siebie grób, choć najpierw zadbał aby w nim znalazł się tytułowy bohater. Łowca kieruje się własnym kodeksem honorowym, który zakłada obronę nie tyle co słabszych, co niewinnych ludzi. Zaś oponenci Hexa nie mają lekko. W Mścicielu znalazło się miejsce w sumie na sześć opowieści, z których najciekawiej wypada Nigdy nie kuś losu. Pozostałe zaś w pewnym stopniu powielają to co już wielokrotnie wałkowano w zeszytach poświęconych temu bohaterowi, choć nadal dobrze się to czyta. Pierwsza opowieść nosi tytuł Jeden ślub i pięćdziesiąt pogrzebów, co należy traktować dosłownie. Mamy tutaj klasyczny schemat zemsty po tym jak przestępca dokonał masakry na weselu na którym znajdował się tytułowy bohater. Historia absolutnie w niczym nie zaskakuje i leci jak po sznurku trzymając się oklepanych wariantów. Niby nie jest to złe, ale tu wypada zwyczajnie nudno. Jedyne co ratuje ten odcinek to odrobina udanego czarnego humoru. Co zaś się tyczy finału - teoretycznie może kogoś zaskoczyć, ale szczerze w to wątpię. Druga opowieść jest o wiele ciekawsza i obrazuje nam jak bardzo potrafimy być zaślepieni, gdy nie znamy czyjegoś języka. Hex odbiera w miasteczku nagrodę za głowy (dosłownie) kilku łajdaków, gdy akurat w to miejsce trafia jego stary towarzysz broni. Ciężko ranny, zdyszany opowiada że ucieka przed gangiem łowców. Niedługo potem przybywa kilku mężczyzn mówiących po niemiecku. W wyniku niedomówień dochodzi do strzelaniny, a ta szybko przeradza się w masakrę. Odcinek pokazuje jak bardzo możemy się na kimś zawieść, a nie wszystko co uznajemy za pewnik nim w praktyce jest. Podobny wydźwięk ma trzecia opowieść, choć jest ona bardziej emocjonalna, gdyż wiąże się z dzieckiem. Mała dziewczynka odnajduje Hexa gdy ten broczy krwią na wszystkie strony i zajmuje się nim. Niedługo potem trafiają do miasteczka gdzie żyje dziecko, a tam okazuje się że jest z nieprawego łoża. W toku kolejnych wydarzeń, podczas których główny bohater robi to co uzna za słuszne, dochodzi do katastrofy. Finał zaś jest naprawdę zaskakujący, tak samo jak ten z drugiej opowieści. Następna historia to klasyka dla tej serii. Kolejna wendetta w słusznej sprawie, wymierzona rodzince porąbanych "białasów", którzy są dosłownie wyjęci z horroru pokroju Teksańska masakra piłą łańcuchową. Tyle że zamiast piły używają... aligatorów. No cóż, co stan to obyczaj. Opowieść w żadnym punkcie nie potrafi zaskoczyć i jest piekielnie krwawa, nawet jak na Johna Hex. Kończy się też standardowo, zatem i w tym punkcie nie oczekujmy niespodzianki. Słowem, jest nieźle, ale tylko nieźle, bo podczas lektury ciągle towarzyszy nam uczucie spod szyldu "Gdzieś to już widziałem". Ostatnie dwie historie są krótkie przy czym też nie wnoszą nic nowego do całej serii. Z drugiej strony czyta się je dobrze, a ostatnia z nich potrafi nawet jako tako zaskoczyć. Niemniej obrazują one najlepiej z czym mamy tu do czynienia. To klasyczny slasher, tyle że w klimatach westernu, a główny bohater jest największym rzeźnikiem. Co prawda kilka razy zdarzy mu się powiedzieć życiową prawdę, jednak to za mało aby w ogólnym rozrachunku było to dzieło szczególnie zapadające w pamięć. Fani przygód Hexa powinni jednak czuć się w pełni usatysfakcjonowani najnowszym albumem, zaś osoby nie mające dotąd styczności z tą serią, mogą podejść do niej z pewną dozą rezerwy. Dla mnie była to lektura na raz - niezła, a miejscami nawet dobra, jednak zdecydowanie jednorazowa.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na63 lata temu
Ekho. Lustrzany Świat, tom 4 - Barcelona Christophe Arleston
Ekho. Lustrzany Świat, tom 4 - Barcelona
Christophe Arleston Alessandro Barbucci
W świat "Ekho" wsiąkłem mocno od pierwszego tomu i z każdym kolejnym było coraz lepiej. Główna bohaterka nawiedzana przez duchy zmarłych osób, ciągłe zagadki kryminalne i świat w którym nie działa elektryczność, choćby nie wiadomo jak się starano. Na dokładkę wszelkie pojazdy są żywe od smoków po dziwaczne, ogromne bezkręgowce. Jak wskazuje to tytuł, czwarty tom rozgrywa się w Barcelonie i już na dzień dobry otrzymujemy mocne wejście. Noc, samotna dziewczyna i cień tajemniczej postaci która ją śledzi. Następnie widzimy błysk światła, kobieta krzyczy i na ulicy zapada cisza. Już ta scena z pierwszej karty komiksu dała mi do zrozumienia, że tym razem będzie inaczej niż dotąd. Faktycznie tak się stało, a cała zagadka okazała się o wiele bardziej skomplikowana niż te z jakimi czytelnicy tej serii spotkali się w poprzednich tomach. Agencja Artystyczna Gratule nie radzi sobie obecnie najlepiej. Od wydarzeń w Hollywood minęło sporo czasu i firma znów boryka się z problemami finansowymi, a bank dociska coraz bardziej śrubę. Tymczasem do Fourmille i Yuriego dociera niepokojący list - Grace, ich przyjaciół, została aresztowana w Barcelonie, gdzie dawała występ, i oskarżona o kradzież cennego dzieła sztuki. Dwójka przyjaciół ma zamiar ruszyć jej z pomocą, jednak gdy we wszystko wtrąca się Sigisbert sprawy zaczynają się komplikować, zaś na miejscu Fourmille zostaje opanowana przez dość niezwykłego ducha. Czwarty odcinek serii "Ekho" jest naprawdę specyficzny. Czytelnicy, tak jak zresztą główna para bohaterów, poznają w końcu wiele sekretów Preshaunów, ale tak naprawdę to szczyt góry lodowej. Nadal sedno tego co nas interesuje znajduje się głęboko pod wodą, skryte przed ciekawskim wzrokiem ludzi. Z drugiej strony ta przewijająca się ciągle w tle sprawa, łączy się w pewien sposób z głównym wątkiem poruszanym w tym albumie. Zresztą tym razem wszystko jest nieco odmienne, bo zamiast morderstwa mamy kradzież, duch nawiedzający ciało Fourmille jest mocno unikalny, nawet jak na ten świat, a Sigisbert czynnie pomaga w całym śledztwie. Choć początkowa forma jego współpracy wygląda zabawnie, przynajmniej dla czytelnika. Oczywiście Arleston i Barbucci nie byliby sobą, gdyby nie wpakowali tutaj ogromnej dawki humoru sytuacyjnego oraz wielu nawiązań do kultury. W pierwszym wypadku pozostawiam tą kwestię do odkrycia czytelnikom, bo nie chcę zdradzać za wiele z treści tej historii. W drugim wypadku jest tego tyle, że można spędzić nad komiksem bitą godzinę jedynie szukając rysunkowych smaczków, a i tak wszystkiego nie wyłapiemy. Znajdziemy zatem nawiązania do piłki nożnej, Katalończyków, bardzo osobliwego świata mody i sztuki, gdzie w sposób karykaturalny szydzi się z obecnych trendów czy "żywe figury". Szczególnie jednak mnie powaliła swym geniuszem, znajdująca się na stronie 24 tego albumu. Jakby to ująć? Oddała w pełni pewien stosunek zwykłych ludzi do przekombinowanej sztuki współczesnej. Czy też części jej "walorów". Tak naprawdę do samego końca Barbucci ma na tym polu ogromny ubaw, nie przejmując się w tym aspekcie jakąkolwiek poprawnością polityczną. Finał tego albumu jest w pewnym sensie otwarty i daje punkt wyjścia dla kolejnej przygody, zatytułowanej "Sekret Preshaunów". Zatem możemy liczyć w końcu na zamknięcie głównego wątku oraz całego pierwszego cyklu, gdyż "Ekho" jest serią, która trwa w najlepsze i wszystko wskazuje, ze długo jeszcze będzie rozwijana. Jeśli autorzy utrzymają obecny poziom to jak dla mnie mogą ciągnąć tak samo długo jak "Armadę" czy "Lanfeusta z Troy", którego przygody zabrały przecież nawet na inne planety. W "Ekho" zapewne takich manewrów nie będzie, ale ten świat daje tak ogromne pole do popisu, że znając Arlestona, to zaplanował już swe dzieło w taki sposób aby zaskoczyć nas jeszcze wielokrotnie.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na83 lata temu
Świetlista Brygada Peter Snejbjerg
Świetlista Brygada
Peter Snejbjerg Peter J. Tomasi
Akcja komiksu przenosi nas do roku 1944 w belgijskie lasy. To właśnie tam na zapomnianym przez ludzi i Boga cmentarzu z okresu I Wojny Światowej stacjonuje grupa amerykańskich żołnierzy. Jednostka, której zadaniem jest opóźnienie ataku nieprzyjaciela. Jednym z nich jest szeregowy Chris Stavros. Wojak, którego umysł zaprząta myśl o rodzinie. Dopiero co dowiedział się o śmiertelnym wypadku swojej żony i ciężkim stanie syna. Nic więc dziwnego, że chce on jak najszybciej wrócić do kraju i zająć się swoim dzieckiem. Zanim jednak to nastąpi, trzeba odeprzeć przeciwnika, który na pewno nie da się łatwo pokonać. Peter J. Tomasi (scenarzysta) początek swojego dzieła kreśli jako „konwencjonalną” historię wojenną. Ukazuje on wycinek frontu, na którym grupa żołnierzy boryka się z wieloma osobistymi problemami. Tęsknota za domem, smutek, strach, złość, odwaga – wszystko to miesza się tutaj w jedną fabularną całość. W momencie, kiedy dochodzi do pierwszego starcia z przeciwnikiem, przed czytelnikiem zaczyna być kreślony zupełnie nowy obraz historii. Zostaje ona coraz bardziej wypełniona okultyzmem i mocno fantastycznymi treściami. Tytułowa Brygada znajdzie się bowiem w samym centrum niezwykłych wydarzeń, których preludium są spadające na Ziemię anioły. Okazuje się, że rozpoczęła się wielka bitwa „dobra i zła”, w której muszą wziąć udział amerykańscy chłopcy. Tylko oni mogą przeciwstawić się nieumarłym nazistom, którzy chcą sprowadzić na świat apokalipsę. Ogólny koncept fabuły jest więc na swój sposób specyficzny. Potrafi on jednak zaintrygować i co najważniejsze zapewnić odbiorcy solidną dawkę widowiskowej akcji. Autor sprawnie łączy nadprzyrodzone elementy z typowo wojennymi wstawkami, gzie sporą rolę odgrywają ludzkie dramaty. W centralnej części scenariusza osadzono wątek „wiary”. Nadaje to historii nie tylko potrzebnej głębi, ale również skłania czytelnika do pewnych rozważań. Całość dzięki temu czyta się z niekłamaną przyjemnością. Pewnym zarzutem w stronę fabuły, są jednak „braki” w wyrazistości przedstawionych tutaj postaci. Poza wspomnianym Stavrosem pozostałym bohaterom brakuje charyzmy i należytego zróżnicowania. W wielu scenach stają się oni wręcz statystami biorącymi udział w widowiskowej akcji. Trochę szkoda, bo w pierwszej części komiksu twórca pokazał drzemiący w nich potencjał.......... https://popkulturowykociolek.pl/recenzja-komiksu-swietlista-brygada/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na73 lata temu
Fechmistrz Xavier Dorison
Fechmistrz
Xavier Dorison Joel Parnotte
Bardzo cenię Xaviera Dorisona za scenariusz, jaki napisał do "Sanktuarium" oraz za to, jak umiejętnie wymanewrował totalnie rozsypaną na kawałki obecną linię fabularną w "Thorgalu". Dotąd na mojej liście życzeń znajduje się "Trzeci Testament", "W.E.S.T." i "Long John Silver", natomiast ostatnio wpadł mi w ręce "Fechmistrz". Już sama okładka wzbudziła żywo moje zainteresowanie, ponieważ lubię klimaty osadzone w realiach średniowiecza czy okresu Złotej Ery Imperium Rzymskiego. Gdy przeczytałem, że w "Fechmistrzu" będzie dodatkowo poruszony temat religii, a konkretniej rozłamów trawiących Chrześcijaństwo w XVI wieku, to moje nadzieje urosły ponad miarę. Co ważniejsze zostały w pełni zaspokojone, gdyż "Fechmistrz" opowiada prostą historię, o zwykłych ludziach, którzy musieli zetrzeć się z najmroczniejszym demonem nękającym ludzkość - ambicją. Pierwszoplanowymi, a zarazem tytułowymi, choć okładka sugeruje coś innego, bohaterami są Hans Stalhoffer i Giancarlo di Maleztraza. Reprezentują oni idealnie przełom czasów, w których żyją, gdzie Średniowiecze ustępowało miejsca Odrodzeniu, co zresztą wyraźnie zaznaczono we wstępie komiksu. Stalhoffer to rycerz starej daty, mający już swoje lata i posługujący się mieczem. Broń ta wymaga wytrwałości, cierpliwości i siły. Maleztraza natomiast jest przedstawiciel przyszłości i postępu, posługując się rapierem. Tu liczy się szybkość, zwinność oraz krwiożerczość. Mężczyźni stają do pojedynku o tytuł Królewskiego Fechmistrza, który od lat spoczywa w rękach Stalhoffena. Niestety wynik starcia nie wyłania zwycięzcy, a obaj walczący odnoszą ciężkie rany. Hans postanawia się jednak wycofać i oddaje swój urząd rywalowi. Mijają 4 lata, a Francją wstrząsa nowa "rewolucja" - pomysł wydania Biblii drukiem w języku francuskim, tak aby każdy piśmienny obywatel mógł ją przeczytać i zrozumieć jej słowa. Nie podoba się to Sorbonie, kolegium Uniwersytetu Paryskiego, chcącej zdławić pomysł w zarodku. Nie wiedzą, że ich czyn ponownie postawi na swej drodze dawnych rywali. Siłą tego komiksu jest prostota płynąca ze scenariusza. Teoretycznie jest tu intryga, związana ze zwierzchnikami Kościoła Katolickiego oraz próbą złamania odwiecznego prawa, gdzie Biblia była pisana tylko po łacinie i grece, tak aby prosty lud nie miał do niej bezpośredniego dostępu. W praktyce cały ten wątek schodzi na drugi plan, gdyż na pierwszym mamy ludzi zjadanych przez różne formy ambicji. Nie dotyczy to tylko pary rywali, ale też osób, jakie stanęły na ich drodze. Pierwszym jest królewski chirurg i dawny przyjaciel Hansa, Gawin z Bremy, który żyje złudzeniami o równości pomiędzy stanami społecznymi. Chce też, aby Słowo Boże było dostępne w języku zrozumiałym dla zwykłego człowieka, co oczywiście potępia Sorbona. Jego wychowanek i giermek, Casper, również podziela te poglądy i żyje ideałami. Młody, niedoświadczony, nieznający tak naprawdę życia na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Hans ciągle im wypomina ich utopijne ideały, ale z własnych pobudek, a może i odrobiny lojalności, pomaga im w misji dotarcia do Paryża. Kolejnym bohaterem drugiego planu, odgrywającym ważną rolę w tej historii, jest Timoleon. Przywódca grupy społeczności górali zamieszkujących rejon, w którym wylądowała nasza drużyna, ścigana przez Maleztraza pracującego dla Sorbony. Timoleon to człowiek ślepo oddany swemu Bogu, ale nie szukający zwady. Z drugiej strony łatwo mu zasłonić oczy obrazem trupa i wmówić coś, co nie miało miejsca. Jego ambicją jest pokazanie, kto ma w górach władzę absolutną, a jednocześnie, zamiast prawdy woli usłyszeć poparcie swoich ludzi. Cała ta grupa staje się tłem dla rywalizacji trwającej pomiędzy Hansem a Maleztrazą, starym a nowym światem, mieczem a rapierem. To właśnie te punkty są kluczem dla tej opowieści, w której nic nie jest czarno-białe, a pokazuje wiele odcieni szarości. Mają one jednak jedną cechę wspólną - ukazanie jak niszczycielska może okazać się ludzka ambicja. Szczególnie gdy włoży się ją do jednego worka z religią i jej doktrynami, które często nie mają nic wspólnego z wolnością, moralnością oraz czystą wiarą. Na duże brawa zasługuje też rysunek Joela Parnotte. Jego rysunek w pełni oddaje ducha początku XVI wieku oraz przemian, jakie wtedy zachodziły w Europie. Stare miesza się z nowym, mroźne góry z leśnymi wzgórzami, czy też salony możnych z brudem pospólstwa. Parnotte oddał każdy z tych elementów idealnie. Do tego świetnie uchwycił postacie, a szczególnie ich twarze. Już okładka potrafi przyciągnąć uwagę, ale to nic w porównaniu z pierwszą kartą komiksu, na której widnieje skąpana w deszczu, twarz Hansa Stalhoffera. Jak dla mnie, mistrzostwo. "Fechmistrz" nie jest komiksem wybitnym, ale na tyle dobrze skonstruowanym, że potrafi na bardzo długo zapaść w pamięć. W moim wypadku, jako fana tego typu literatury, jest to pozycja, która od razu po przeczytaniu dołączyła do mojej kolekcji. Niekoniecznie na najwyższej półce, ale też nie na najniższej. To tego typu dzieło, które niesie w sobie prostą prawdę o ludziach, nie będąc przy tym niczym odkrywczym, ale napisanym tak, że chce się tu wracać. Xavier Dorison po raz kolejny udowodnił mi, że jako scenarzysta potrafi naprawdę wiele, a "Fechmistrzem" sprawił, że wszedł do mojego grona ulubionych autorów.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na73 lata temu
Staruszek Anderson Hermann Huppen
Staruszek Anderson
Hermann Huppen Yves Huppen
Temat prześladowań na tle rasowym, jest ostatnimi czasy bardzo modny. Mimo wielu podłoży, patrzy się na niego głównie przez pryzmat wydarzeń jakie miały miejsce w drugiej połowie XX wieku w Południowych Stanach, gdzie czarna ludność naprawdę wiele wycierpiała z rąk białych mieszkańców. Nie było to co prawda tak kryształowo przejrzyste jak podają dzisiejsze media, gdyż murzyni, czy też Afroamerykanie, posiadali często równie dużo krwi na rękach, zaś nie jeden biały pomagał im w tych ciężkich czasach. Dobrze ukazał to film Służące z 2011 roku, gdzie umiejętnie przedstawiono obie strony barykady. Staruszek Anderson to historia o wiele prostsza, jednak poruszająca i smutna. Śmierć, zemsta i utracone nadzieje mieszają się tutaj z sobą na tle waśni rasowych pomiędzy białymi a czarnymi mieszkańcami Missisipi. Można by rzec, historia jakich opowiedziano już wiele i zapewne nie raz się je jeszcze usłyszy. A mimo to warto na chwilę się zatrzymać i wysłuchać co ma do powiedzenia pewien sędziwy jegomość, zwany przez lokalnych Staruszkiem. Akcja komiksu rozgrywa się w małym miasteczku, znajdującym się gdzieś w Missisipi. Anderson, nazywany przez lokalnych Staruszkiem, to sędziwy murzyn, któremu osiem lat temu zabito nastoletnią córkę. Przynajmniej tak podejrzewa, gdyż dziewczyna znikła i wszelki słuch po niej zaginął.Gdy umiera jego żona, Anderson dowiaduje się od swego przyjaciela, że pewna osoba może mieć jakaś informację na temat wydarzeń sprzed ośmiu lat. Staruszek nie mając już nic do stracenia postanawia pójść tym tropem i wymierzyć swoją własną, ojcowską sprawiedliwość. W krótkim czasie mała wendetta jednego człowieka przeradza się w pościg przypominający polowanie na wściekłe zwierzę. Album pokazuje dwa dramaty ludzkie, skupiające się wokoło tytułowej postaci. Pierwszy to utrata ukochanych osób, nadających sens naszemu życiu. Bez nich czujemy się nie tylko puści oraz zagubieni, ale tracimy poczucie własnej wartości oraz czasu. Dlatego postanawiamy zakończyć stare porachunki lub rozwikłać zagadki dręczące od lat rodzinę. To na co wcześniej brakowało nam odwagi wraca do ans ze spotęgowaną siłą jako wyrzut sumienia i torturuje, powoli zatruwając umysł. Tracimy wtedy jasność myślenia i zaczynamy działać impulsywnie, chcąc osiągnąć naszą, prywatną sprawiedliwość. Tu pojawia się drugi punkt, czyli eskalacja przemocy. Pozbawieni hamulców moralnych, celu dla życia i dalszej egzystencji w tym świecie, nie wahamy się przekroczyć granicy. Chcemy aby oprawcy czuli to samo co ich ofiara. Bezradność, przerażenie, ból oraz koszmarną wizję śmierci. Niestety wszystko ma swoją cenę, szczególnie jeśli nie jest przemyślane, tylko rodzi się z impulsu. Wtedy w całym tym tyglu przestaje obowiązywać prawo spisane na papierze i nazwane Kodeksem Karnym. Liczy się tylko to jaki masz kolor skóry oraz czy jesteś dość sprytny aby uniknąć kuli. Zatracamy się w tym polowaniu na dzikiego zwierza, nie starając się nawet zrozumieć jego motywów. Jest zły bo posiada taki a nie inny kolor skóry. Dla jednych będzie to czarna nastolatka lub starzec, dla innych biały policjant bojący się społecznego linczu, przez co chowa głowę w piasek. Hermann bardzo umiejętnie ukazał brud, przerażenie oraz samotność w swej pracy, ubogacając tekst Yves'a, swoimi rysunkami. Tak naprawdę miałem wrażenie, że mimo dominacji obrazu, to słowa, a czasem ich brak, grają tutaj pierwsze skrzypce. Najbardziej uwidocznione jest to w finalnych kartach komiksu, gdzie dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy oraz w pełni pojmujemy dramat pierwszej karty tego albumu. Staruszek Anderson to nie dzieło wybitne, jednak bardzo życiowe. Prosta historia, krwawa i smutna, jakich wiele można by usłyszeć w Południowych Stanach. Jednak przykuwa uwagę czytelnika, na ten krótki czas i być może nawet go czegoś nauczy.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na73 lata temu
Undertaker - 3 - Ogr z Sutter Camp Xavier Dorison
Undertaker - 3 - Ogr z Sutter Camp
Xavier Dorison Ralph Meyer
Pierwszy dyptyk mnie zachwycił, ale przy drugim już trochę straciłem zapał. Nie jest to zła opowieść, ale miałem wrażenie, że główny bohater nie ewoluował, a powinien to zrobić, zważywszy, że teraz prowadzi interes z dwoma kobietami. Z jednej strony mamy zupełnie nową przygodę, antagonistę nawiązującego do przeszłości naszego grabarza oraz wielce upartą Rose, której towarzyszy Pani Lin. Niemniej z drugiej strony fabuła tego odcinka mnie nie porwała. Cholera, miałem wrażenie, że czytam jedna z przygód Jonaha Hex, gdzie ten starł się z rzeźnikiem wykonującym zawód lekarza polowego. W praktyce bardzo dużo elementów tej opowieści wręcz pokrywało się niemal co do jednego z krótką historyjką rewolwerowca od DC Comics. To jest tylko jedna z przyczyny, dla których ten tom czytało mi się tak sobie. Choć to raczej złe określenie. Czytało mi się go przyjemnie, ale ostateczne wrażenia były dość mieszane. Bowiem co tak naprawdę tutaj mamy. Jonas Crow, jego sęp oraz wspólniczka w interesie Panna Rose i towarzysząca jej Pani Lin wspólnie prowadzą, a raczej próbują to czynić, obwoźny zakład pogrzebowy. Niestety Crow niejako sabotuje wszelkie ich starania, przez co praktycznie nic nie zarabiają. Tutaj mam pewien zgrzyt, bowiem w pierwszym dyptyku Crow nie zawsze twardo handlował, jednak mimo wszystko zarabiał na swym biznesie, a teraz jakby na przekór Rose robi wszystko aby go zniszczyć. Jakoś nie do końca mi się to klei. Tak czy inaczej natrafiają na dobre zlecenie, pochowania pewnej staruszki w domu majętnego hodowcy bydła, gdzie zrządzeniem losu Crow natrafia na swego dawnego dowódcę z czasów Wojny Secesyjnej. Ten robi scenę podczas pogrzebu zmarłej, czyli swej żony, ogłaszając przy tym że niejaki Ogr z Sutter Camp nadal żyje. Crow wraz z swoją ekipą lądują za bramami posiadłości, oczywiście nie otrzymawszy zapłaty, ale nasz grabarz zamierza poznać prawdę. Zakrada się do pokoju pułkownika i poznaje jego wersję wydarzeń na temat ich dawnego lekarza, którego przezywano Ogr. Facet był wykształconym oraz dobrze ułożonym chirurgiem, który lubił dla rozrywki torturować ludzi. Do tego fenomenalnie znał się na anatomii ludzkiego ciała. Jeśli ktoś czytał siódmy album Jonah Hex, ten od razu skojarzy podobieństwa. Są wręcz uderzające. W tym momencie zaczyna się pościg za Ogrem, w który oczywiście włączają się obie kobiety. Z jednej strony było to oczywiste, ale z drugiej przesłanki Rose są jak dla mnie dość... głupie. Kobieta jakby straciła zdrowy rozsądek i pakuje się w sprawę, która zdecydowanie ją przerasta. W tym wypadku akcja mogła się potoczyć tylko w jeden sposób, a to sprawiło że scenariusz mnie nie zaskoczył. Zabolało, bowiem poprzednia przygoda potrafiła nieraz zwieźć na manowce moje przewidywania, dając mi coś zupełnie innego, a przy tym nie pozbawionego sensu. To było fajne. Teraz tego zabrakło. Oczywiście to pierwsza część tego dyptyku, ale boję się, że drugi tom nie spełni moich oczekiwań. Chyba ze zginie któraś z kluczowych postaci, na co jednak nie liczę. Nie zdziwi mnie nawet "życiowy" happy end, który będzie na siłę chciał wycisnąć łzę z czytelnika i zagrać na jego emocjach. Jakieś łzawe rozstanie, zamiast przemówienia postaciom do rozumu. Choć może Dorison mnie zaskoczy. Może jednak będzie jakiś faktyczny fabularny twist, który kompletnie zmieni spojrzenie na cała sprawę. Może, bo po finale tego tomu na nic takiego się nie zanosi.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na63 lata temu
Sanktuarium Tom 3. Mot Xavier Dorison
Sanktuarium Tom 3. Mot
Xavier Dorison Christophe Bec
Trzeci, a jednocześnie ostatni, tom Sanktuarium wyjawia nam wszystkie sekrety tego mrocznego miejsca. Poznajemy przyczynę oraz konsekwencje zbudowania potwornego ołtarza dla Bestii przez starożytną cywilizację Ugarytów. Wizja jest ta nie tylko upiorna, ale także po głębszej refleksji, przerażająco realistyczna. Z lekcji historii wiemy, że w czasach starożytnych, na Bliskim Wschodzie istniały kultury oddające część różnym Bogom. Jedni byli okrutni inni bardziej pokojowi. Byli też ci, którzy całym swym jestestwem stawali się odbiciem ludzkiego piekła. Naszych lęków, skrytych pod piaskami pustyni. Fabuła ostatniego albumu zaczyna się w 1935 roku, gdy niemiecki archeolog, doktor Kamper, przeszukuje skalistą pustynię u wybrzeży Syrii, w poszukiwaniu miasta Ugarytów. Poznajemy go gdy z inspekcją na teren wykopalisk przybywa niemiecki oficer, który pogania naukowca w jego pracy. Scena kończy się wizerunkiem ogromnej pieczęci znajdującej się nad szybem prowadzącym do podziemnego sanktuarium. Wtedy akcja wraca do wydarzeń dziejących się w głównej linii fabularnej. Major June, po szaleńczym pościgu za opętanym porucznikiem Kowaksem, cudem sprowadza na pokład okrętu podwodnego uszkodzony batyskaf. Załoga USS Nebraski jest na skraju załamania psychicznego, a plan majora, mimo szansy powodzenia, może okazać się zagładą dla okrętu. Jednocześnie komandor Hamish wraz z resztką swojego oddziału, po odkryciu co stało się z grupą Alfa, ściga tajemnicze stworzenie, zamieszkujące sanktuarium. Nie zdaje sobie jednak sprawy z czym ma do czynienia, a otaczające go szaleństwo oraz obłęd, stają się jakby fizycznie namacalne. Poziom dynamizmu w tym albumie zdecydowanie wzrasta. Czytelnik nie znajduje w nim chwili wytchnienia lub przestoju, podczas którego mógłby złapać oddech. Wydarzenia dziejące się na pokładzie Nebraski oraz w komnatach tytułowego Sanktuarium, gnają z zawrotną prędkości, dzięki czemu czuć wyraźnie wzrastający poziom napięcia oraz strachu. Każdy błąd może być tym pierwszym i ostatnim, każdy krok przybliżający komandora i jego ludzi ku wyjściu może okazać się wejściem w pułapkę. Z czasem jak major June oraz komandor Hamish rozszyfrowują tajemnicę budowli Ugarytów, ich oczom ukazuje się sens całego szaleństwa dotykającego ich załogę. Jednak prawda ta może się okazać za trudna dla zwykłego marynarza, a ci są i tak już na skraju załamania psychicznego. Kreska Bec'a bardzo wyraziście podkreśla powyższe odczucia załogi, spychając czytelnika w mroczną otchłań piekła. Sami musimy jednak wydedukować czy chodzi tu tylko o koszmar z punktu widzenia psychologii, czy może to co widzą ludzie z USS Nebraska nie jest dziełem urojeń szaleńca, a fizyczną manifestacja zła. Wydaje się to być wręcz niemożliwe, przy obecnym poziomie technologii oraz wiedzy naukowej. Istnienie tak archaicznych bytów jak Bóg czy Szatan, jest dobre tylko dla naiwnych staruszków czy dzieci, ale nie ludzi wykształconych. A może jednak, w obliczu niewyjaśnionego, odpowiedź czai się właśnie w czymś tak prostym jak pospolite pojęcie zła oraz dobra. Sanktuarium to jeden z najlepszych horrorów jakie czytałem ostatnimi laty. Nie dlatego, że posiada unikalny scenariusz, rysunki albo antagonistę. Dzieło Bec'a i Dorisona jest wybitne gdyż ma bardzo prosty przekaz ubrany w klimatyczny, mroczny rysunek, idealnie obrazujący obłęd człowieka przesyconego nauką. Mimo że seria powstała piętnaście lat temu, a może dzięki temu, jest ona dziś bardzo aktualna i wyróżnia się na tle współczesnych horrorów. Sięgnięcie po sprawdzone receptury, przy jednoczesnym umiejętnym ich połączeniu sprawiło, że dostaliśmy komiks skierowany do szerokiego spectrum czytelników, a nie tylko fanów gatunku grozy. Szkoda że przyszło nam czekać tyle lat nim ukazał się w Polsce, jednak lepiej późno niż wcale. W Europie jest ukrytych więcej tego typu perełek, więc cieszy, że w końcu zawitały do kraju nad Wisłą. Miejmy nadzieję że wydawnictwo Scream Comics nie poprzestanie na tym jednym dziele i będzie dalej wydać takie perełki.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na93 lata temu
Jonah Hex: Początki Jimmy Palmiotti
Jonah Hex: Początki
Jimmy Palmiotti Jordi Bernet Justin Gray
Poprzedni album przygód byłego Konfederata z poparzoną twarzą nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia, choć czytało mi się go dobrze. najnowszy nu,er jest za to o wiele ciekawszy. Oferuje on raptem trzy historie, z czego ostatnia jest bardzo krótka, jednak zdecydowanie lepiej przykuwają one uwagę czytelnika. Są brutalne, krwawe, ale jednocześnie życiowe i co ważniejsze zdradzają przeszłość tytułowego bohatera. W tym właśnie tkwi magia tego albumu - w przeszłości. Historia Hexa jest naprawdę ciekawa i trzeba przyznać, że po zapoznaniu się z nią, trudno się dziwić poczynaniom tej postaci. Doznał wiele złego, a każde dobro jakie napotkał zostało okupione czyjąś krwią. Niby schemat często spotykany w literaturze czy filmie, ale tutaj wypada on ciekawiej. Pierwsza historia nosi wymowny tytuł Zemsta i opowiada o tym jak Hex nabawił się makabrycznego okaleczenia twarzy. Mamy tutaj mocną skakankę po osi czasu, jednak wszystko tak zaprojektowano, że łatwo odnaleźć się w całej akcji. Dowiadujemy się co nieco o młodzieńczych latach Hexa, jego pobycie u Apaczów, służbie po stronie konfederacji i tym jak stał się łowcą nagród zabijającym za zlecenie. Jest to postać barwna, o bardzo mrocznej historii, osobistość, zasłużenie budząca lęk na Dzikim Zachodzie, ale o dziwo realna. Tak - Jonah Hex mógłby istnieć w rzeczywistości, co sprawia że tym bardziej chętnie sięga się po jego przygody. Jedyną rzeczą zdającą się być mocno naciąganą jest ilość ołowiu jaką wyciąga się z jego ciała w każdym odcinku. Nie jestem ekspertem od broni palnej, ale wydaje mi się, że raczej nie przetrwałby tego co zafundowali mu autorzy. Z drugiej zaś strony człowiek to uparta bestia, a cuda faktycznie potrafią występować na tym świecie. Temat zemsty dotyczy również drugiego opowiadania, noszącego tytuł Ballada o Tallulah Black. W przeciwieństwie do poprzedniej historii, jest ona bardziej, hmm... klasyczna. Mamy tutaj motyw drania i mordercy pracującego dla rządu, który wybił rodzinę tytułowej bohaterki, przez co ta wylądowała w burdelu. Tam zostaje przez tego samego krwiopijce pocięta nożem na całym ciele, włącznie z twarzą. dziewczyna pragnąc sprawiedliwości odnajduje Hexa, który uczy ją swego fachu. W przeciwieństwie do Zemsty, tutaj fabuła jest łatwa do przewidzenia już po pierwszym rozdziale. W Zemście było kilka interesujących zwrotów akcji, głównie zapewnionych przesuwaniem się po osi czasu, co tłumaczyło zachowanie tej czy innej postaci w "teraźniejszości". Tutaj tego nie uświadczymy. Mamy prosty schemat - kat, ofiara pragnąca zemsty i "dobry" zabijaka pozwalający jej to osiągnąć. Niemniej czyta się to ciekawie i chce się wiedzieć jak cała opowieść się skończy. To co mnie jednak trochę raziło to kreska. Była zbyt rozmyta i mniej oddająca ducha serii. Zdaję sobie sprawę ze był to zabieg celowy, ale jakoś nie trafił do mego oka. Ostatnia opowieść nosi tytuł Samotny wędrowiec i jest najciekawsza, ale za razem najkrótsza. Tu mamy pokaz prawdziwych, fabularnych fajerwerków. Nic nie jest tym na co wygląda i mimo szansy na przewidzenie części wydarzeń, to finał naprawdę zaskakuje. Najlepiej tutaj wypada sam Hex pokazując kwintesencję swego oblicza. Człowieka aż za dobrze znającego życie, wyrachowanego, ale jednocześnie posiadającego resztki sumienia. To postać tragiczna, nie mogąca nigdzie zagrzać miejsca gdyż zawsze towarzyszy mu śmierć, często tych których chce chronić lub stara się ocalić nawet jeśli ich nie zna. Odcinek ten wypada również rewelacyjnie od strony wizualnej. Kreska jakby oddawała charakter klasycznych westernów, ale jednocześnie jest mroczna i krwawa, choć nie przesycona litrami posoki. Jonah Hex: Początki to naprawdę dobra lektura. Zdecydowanie bardziej podobał mi się od tego co prezentował mocno średni Mściciel, choć graficznie stał na wysokim poziomie. Zamieszczone tu historie są ciekawsze fabularne, bardziej rozbudowane i mimo sporej przewidywalności, miejscami potrafią zaskoczyć. Dlatego czytelnik potrafi zrozumieć i nawet polubić, tak szczerze, postać tytułowego bohatera, który okazuje się być bohaterem z krwi i kości. Brudnym, o złamanej duszy, skąpanym we krwi swych wrogów, ale mimo to nadal posiadającym, choć rzadko, ludzkie odruchy.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na83 lata temu

Cytaty z książki Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium