rozwińzwiń

Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka

Okładka książki Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka autora Don Lawrence, Martin Lodewijk, 9788395200304
Okładka książki Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka
Martin LodewijkDon Lawrence Wydawnictwo: Kurc Cykl: Storm - Wydania Zbiorcze (tom 7) komiksy
112 str. 1 godz. 52 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Storm - Wydania Zbiorcze (tom 7)
Tytuł oryginału:
Storm: De doder van Eriban / De honden van Marduk
Data wydania:
2018-11-20
Data 1. wyd. pol.:
2018-11-20
Liczba stron:
112
Czas czytania
1 godz. 52 min.
Język:
polski
ISBN:
9788395200304
Średnia ocen

7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka

Średnia ocen
7,2 / 10
11 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka

Sortuj:
avatar
114
66

Na półkach: , , , ,

Warto podkreślić jedną podstawową kwestię: po dość przeciętnych historyjkach, które złożyły się na szósty album o perypetiach Storma, Zabójca z Eribanu oraz Ogary Marduka przyniosły zauważalny wzrost formy holenderskiego scenarzysty, Martina Lodewijka. Obie historie to kawał dynamicznej, świetnie napisanej, przygody. Były astronauta ma ręce pełne roboty, musi walczyć z hordami wrogów – a nie wszyscy mają po dwie nogi – a w międzyczasie promuje grę w szachy.


Bijatyka to jednak jedno, bowiem autor nie ogranicza się tylko do scen przemocy. Scenariusz został bowiem zgrabnie poszyty i stanowi spójną, interesującą całość, gdzie nic nie pozostało pozostawione samemu sobie. W rezultacie oba teksty czyta się jednym tchem, a perypetie Storma angażują uwagę odbiorcy od pierwszej do ostatniej strony. Ważne jest również to, w jaki sposób scenarzysta prowadzi narrację. Otóż należy stwierdzić, że wszystkie puzzle zostały idealnie dopasowane, zaś konsekwencje czynów podjętych przez bohaterów przemyślane.

Wisienką na torcie jest puenta Zabójcy z Eribanu. Podwójny twist na ostatnich stronach podkreśla świetną formę Lodewijka i niewątpliwy przypływ weny twórczej. Dla czytelnika olbrzymią przyjemnością jest obcować ze scenariuszem, który od pierwszych stron trzyma w napięciu, na finiszu inteligentnie rozładowując napięcie i wywołując parsknięcie śmiechem.

W Ogarach Marduka do głosu doszedł jeszcze jeden element, dotychczas rzadko pojawiający się na kartach komiksu. Lodewijk brutalnie, ale i celnie, rozprawia się z rozmaitymi ruchami o rewolucyjnym charakterze, ukazując ich równie opresyjną tożsamość oraz brak walorów moralnych, jak u tyrana, przeciwko któremu wystąpiły. Przekaz scenarzysty wzmacnia celowy zabieg wykorzystania twarzy Fidela Castro, dzięki czemu czytelnik jednocześnie doświadcza chwili refleksji, jak i dobrze się bawi, bowiem wizerunek kubańskiego dyktatora idealnie pasuje do przypisanej postaci.

Oficyna Kurc kontynuuje świetny a zarazem oryginalny zamysł anonimowej przedmowy, którą prawdopodobnie popełnił któryś z holenderskich redaktorów, co do czego jednak nie można mieć pewności. Tym razem wyjątkowo wstęp nie jest tak interesującym doświadczeniem, jak to wcześniej bywało, ponieważ stosunkowo mało w nim ciekawostek historycznych, więcej miejsca poświęcono natomiast ewolucji warsztatu Lawrence'a. Mimo to uważny czytelnik niewątpliwie z pewnością wychwyci kilka smaczków składających się na fascynującą historię powstawania tej rewelacyjnej serii.

Chcąc omówić oprawę graficzną Storma należałoby w zasadzie przepisać całe fragmenty wspomnianej wyżej przemowy. Jej tajemniczy autor, wyraźnie zafascynowany ilustracjami brytyjskiego artysty, nie szczędzi pochwał pod adresem Lawrence'a i są to peany jak najbardziej zasłużone. Rysownik – chociaż lepiej jest użyć terminu malarz – jest mistrzem oddawania emocji oraz malowania hiperrealistycznych postaci. Co więcej, z niezwykłą wprawą łączy elementy właściwe dla science fiction z gadżetami żywcem wziętymi z heroic fantasy. Lawrence nie ignoruje też drugiego planu – tylko w nielicznych kadrach tło malowane jest jednolitym kolorem; większość okienek tętni życiem również w najdalszych zakamarkach. Z każdym kolejnym albumem ilustrator rozpieszcza fanów do granic przyzwoitości. Ale czy komuś to przeszkadza?

Zarówno Zabójca z Eribanu, jak i Ogary Marduka wyśmienicie wypełniły kilka godzin lektury. Od strony scenariusza oba teksty trzymają bardzo porządny poziom, a poza elementami stricte rozrywkowymi pojawiły się treści nieco bardziej poważne, zauważalne, lecz zarazem nienachalne, Lodewijk z mistrzowską wprawą to przyśpiesza tempo akcji, to zwalnia. Całość zaś prezentuje się – co w przypadku tej serii jest standardem – bajecznie i trudno zwieńczyć recenzję jakąś oryginalną myślą, skoro całą serię Storm zwyczajnie należy znać.

Warto podkreślić jedną podstawową kwestię: po dość przeciętnych historyjkach, które złożyły się na szósty album o perypetiach Storma, Zabójca z Eribanu oraz Ogary Marduka przyniosły zauważalny wzrost formy holenderskiego scenarzysty, Martina Lodewijka. Obie historie to kawał dynamicznej, świetnie napisanej, przygody. Były astronauta ma ręce pełne roboty, musi walczyć z...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

18 użytkowników ma tytuł Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka na półkach głównych
  • 16
  • 2
16 użytkowników ma tytuł Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka na półkach dodatkowych
  • 4
  • 4
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Storm: Formuła Genesis / Wędrowiec Armageddonu Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 6,7
Storm: Formuła Genesis / Wędrowiec Armageddonu Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Storm: Pokręcony świat / Roboty z Danderzei Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 7,7
Storm: Pokręcony świat / Roboty z Danderzei Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Storm: Żyjąca planeta / Vandaal Niszczyciel Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 7,5
Storm: Żyjąca planeta / Vandaal Niszczyciel Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Storm: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 7,2
Storm: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Strom: Labirynt Śmierci / Siedmiu Z Aromatery Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 7,1
Strom: Labirynt Śmierci / Siedmiu Z Aromatery Don Lawrence, Martin Lodewijk
Okładka książki Storm: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca Philip Dunn, Don Lawrence, Martin Lodewijk
Ocena 6,8
Storm: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca Philip Dunn, Don Lawrence, Martin Lodewijk

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Storm: Legenda o Yggdrasilu | Miasto potępionych Don Lawrence
Storm: Legenda o Yggdrasilu | Miasto potępionych
Don Lawrence Kelvin Gosnell
Poniekąd już się przyzwyczailiśmy, że co nowy tom z przygodami Storma i Rudowłosej, to nowy scenarzysta. I nie inaczej jest w wypadku „czwórki”, która zawiera dwie opowieści: Legendę o Yggdrasilu oraz Miasto potępionych. Obie wyszły spod ręki brytyjskiego scenarzysty Kelvina Gosnella, który pchnął fabułę w zupełnie innym kierunku. Jak czytamy we wstępie tomu: „Lawrance, który dopiero co skończył dwa albumy wypełnione międzygwiezdnymi bitwami (patrz: Storm tom 3),chciał wreszcie uwolnić się od technologicznej fantastyki naukowej i skierować serię na nowe tory. Oczekiwał, że w kolejnych częściach będzie więcej fantasy niż science fiction”. Czy Gosnell spełnił oczekiwania rysownika (i redakcji „Eppo”)? Pierwsze trzy plansze albumu Legenda o Yggdrasilu odwołują się do wydarzeń, które rozegrały się w uprzednich odsłonach cyklu. Azurianie zostali pokonani, część z nich postanowiła pozostać na Ziemi i pokojowo koegzystować z ludźmi. Nasz bohater, który przewodził powstaniu, został obwołany Wodzem nowego społeczeństwa. Jednakże zaszczytna rola nie bardzo mu odpowiada, wyraźnie się w niej nie odnajduje. Dlatego podejmuje ryzykowany plan powrotu do swoich czasów: porywa statek kosmiczny i jeszcze raz wlatuje w Czerwoną Plamę w okolicach Jowisza. W niebezpiecznej podróży towarzyszy mu, oczywiście, Rudowłosa, która ukryła się w ładowni. (...) Omawiany tom potwierdza tylko wielki kunszt rysownika. Recenzując poprzednie odsłony zwracałem uwagę na biegłość artysty w odwzorowywaniu, a właściwie budowaniu od podstaw całej rzeczywistości. I nie inaczej jest w „czwórce”, gdzie musiał wykreować cały świat zamieszkały przez fantastyczne stworzenia (humanoidalne dinozaury, latające konie czy prymitywne roboty-rycerze) Warto zwrócić uwagę na ewolucję Rudowłosej. W „trójce” została odstawiona na boczny tor, a w omawianej odsłonie jest heroiną z krwii kości. W samej fabule uzyskuje znaczącą podmiotowość, dodatkowo Lawrence zaprojektował dla niej nową garderobę, a właściwie prawie całkiem ją rozebrał, pozostawiając jedynie buty i bikini. Kobieta emanuje seksapilem. Z perspektywy całego komiksu wydaje się, że decyzja, aby zaangażować na scenarzystę Kelvina Gosnella, była trafna.... - - - cały tekst można przeczytać tu: https://dybuk.wordpress.com/2017/06/06/storm-4-legenda-o-yggdrasilu-miasto-potepionych/
giera - awatar giera
oceniła na68 lat temu
Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium Don Lawrence
Storm: Dzieci pustyni / Zielone pandemonium
Don Lawrence
(...) W bieżącej odsłonie były astronauta Storm oraz jego atrakcyjna towarzyszka – Rudowłosa – muszą sobie poradzić w dwóch jakże odmiennych środowiskach naturalnych. W pierwszej fabule na wyjałowionej pustyni, która kiedyś była oceanem. W drugiej niebezpieczeństwa czają się pośród wiecznie zielonej dżungli. W „Dzieciach pustyni” para bohaterów, wędrując przez rozpaloną do białości pustynię, napotyka wycieńczonego, ledwo żywego mężczyznę, któremu starają się pomóc. Skóra osobnika pozbawiona jest pigmentu, przez co wygląda dziwnie. A gdy tylko pojawiają się ścigający go strażnicy zaczyna się dziwnie zachowywać – staje się bezwolny i bez szemrania wykonuje wszystkie ich polecania. Z biegiem akcji okazuje się, że napotkany mężczyzna jest ofiarą straszliwych eksperymentów genetycznych, które są przeprowadzane w pobliskiej kopalni. Na jeńcach testy przeprowadza odrażający Psor, który znalazł sposób wyhodowanie nowej rasy ludzi. Homo desertus charakteryzują się tym, że są doskonałymi pracownikami, bo są silni, bezwolni i odporni na zabójczy upał. Storm i Rudowłosa zostają porwani i trafiają do strasznego tego miejsca… Czy uda im się zbiec? Czy uda im się wyzwolić niewolników? W opowieści „Zielone pandemonium” akcja przenosi się tropikalnego, amazońskiego lasu. Miejsca równie niebezpiecznego, co pustynia, gdzie wszyscy mieszkańcy (mutanci, ludzie i małpoludy) są ze sobą skonfliktowani i walczą zażarcie. Nasza para bohaterów zostaje rozdzielona, każde z nich na własną rękę będzie musiało stawić czoło przeciwnością losu. Przyznaję, że ze wszystkich przeczytanych przeze mnie epizodów „Storma”, ten podoba mi się najbardziej, gdyż scenarzysta wprowadza do awanturniczej opowieści nowe wątki, które mam nadzieję, zostaną rozwinięte w trzecim dyptyku. Oczywiście głównym aktorem omawianej publikacji jest rysownik. Don Lawrence to klasa sama w sobie. Ilustracje nadal robią niesamowite wrażenie! Plansze, stworzone za pomocą malarskiej, hiperrealistycznej techniki – zadziwiają i fascynują. I chociaż widać gołym okiem, że powstały całe dziesięciolecia temu, to całość wcale nie trąci myszką. A na tle współczesnych technik, którymi tworzy się komiksy, całość tchnie swoistą świeżością, innością i siłą. (...) . Nie należy także liczyć na to, że Rudowłosa i Strom to postaci o pogłębionym rysie psychologicznym. Ich przygody mają (i będą miały) rozrywkowy charakter, ale jest to rozrywka w starym (oldschoolowym) stylu. - - - cały tekst można przeczytać tu: https://dybuk.wordpress.com/2016/10/17/storm-2-dzieci-pustyni-zielone-pandemonium/
giera - awatar giera
oceniła na69 lat temu
Storm: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca Martin Lodewijk
Storm: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca
Martin Lodewijk Don Lawrence Philip Dunn
(...) Nie będę szerzej pisał o polskich przygodach Storma, ani o początkach komiksu w Holandii, gdyż tego można się dowiedzieć z lektury tekstów pomieszczonych w bieżącym tomie. Oba eseje są bardzo ciekawe. Pierwszy - „Kroniki Świata na dnie” - szczególnie doceniam, brakuje przekrojowych tekstów o historii komiksowych publikacji w Polsce, szkoda tylko, że nie został podpisany. W omawianej publikacji znajdują się dwa pierwsze albumy. Oba w oprawie graficznej Brytyjczyka Dona Lawrance’a, ale ze scenariuszem dwóch różnych autorów, „Świat na dnie” napisał Philip Dunn, a „Ostatniego zwycięzcę” Martin Lodewijk, który z serialem był związany dłużej. Storm odgrywa w opowieści pierwszoplanową rolę, początkowo jest astronautą. Poznajemy go, gdy „wchodzi na pokład kosmicznej sondy, najnowocześniejszego statku w swojej klasie”. Wyrusza z misją na orbitę Jowisza, jego zadanie polega na zbadaniu szalejących wokół planety wiatrów. Na miejscu coś idzie nie tak i z jakiegoś powodu statek z dzielnym załogantem zostaje wessany przez oko cyklonu. Kontrola naziemna uznaje, że statek i pilot nie mieli żadnych szans na przetrwanie katastrofy, ale protagoniście w jakiś cudowny sposób udaje się wydostać na orbitę planety. Nie mogąc nawiązać połączenia z wieżą, decyduje się na powrót na Ziemię. Podróż trwa rok. Na miejscu okazuje się, że świat który zastał diametralnie różni się od tego, jaki opuszczał. Ziemia zmieniła się nie do poznania. Zniknęły oceany, w wielu miejscach powietrze jest skażone i nie nadaje się do oddychania. Nastąpił regres cywilizacji, a ludzkość stąpiła do epoki barbarzyństwa. W tej części bohater spotka Rudowłosą, która będzie mu towarzyszyła w dalszych przygodach. (...) W drugim albumie Storm i Rudowłosa zostają podstępnie uprowadzeni i zmuszeni siłą do pracy w objazdowym cyrku. Nasz bohater ma wystąpić na arenie gladiatorów, dlatego przez kilka tygodni jest szkolony w walce wręcz i z białą bronią. W ramach poniesienia konsekwencji za swoje zachowanie na stadionie, musi wciąć udział w wyprawie do Pałacu Śmierci, który okazuje się być kosmicznym statkiem najeżonym ogromną ilością zabójczych pułapek. Misja zostanie wypełniona, jeśli dotrze do Wielkiego Tronu, czyli kokpitu. Wszyscy śmiałkowie, którzy na przestrzeni poprzednich dziesięcioleci podjęli się tego zadania, zginęli. Jak pójdzie Stormowi? Czy wyjdzie zwycięsko z tej próby? Czy przy okazji ocali Rudowłosą? O tym będą mogli przekonać się ci, którzy sięgną po produkt wydawnictwa Incal. Największym atutem holenderskiej serii są rysunki Dona Lawrence'a, które, mimo że komiks zadebiutował w 1978 roku, nadal mogą budzić podziw. Technika brytyjskiego rysownika polegała na bezpośrednim nakładaniu kolorów na planszy bez specjalnie rozbudowanego szkicowania lub tuszowania. Efekt finalny sprawia, że mamy wrażenie jakby plansze były malowanymi obrazami. Wizualnie przypomina to trochę prace Grzegorza Rosińskiego. Świat wykreowany przez Lawrence'a jest spójny, z wielką swobodą wymyślał kosmiczne pojazdy, niesamowite stwory, barbarzyńskie stroje czy broń. W swoich przedstawieniach dbał o swoisty realizm, bez uciekania się w nieprecyzyjny rysunek.... - - - cały tekst do przeczytania tu: https://dybuk.wordpress.com/2015/11/29/storm-1-swiat-na-dnie-ostatni-zwyciezca/
giera - awatar giera
oceniła na610 lat temu
Storm: Żyjąca planeta / Vandaal Niszczyciel Martin Lodewijk
Storm: Żyjąca planeta / Vandaal Niszczyciel
Martin Lodewijk Don Lawrence
O to, by historia trzymała w napięciu zadbał oczywiście Martin Lodewijk. Z przyjemnością czyta się snute przez niego opowieści. Holender z niezwykłą wprawą balansuje pomiędzy heroic fantasy a treściami właściwymi dla twardej fantastyki naukowej. W rezultacie Storm z tą samą wprawą chwyta za broń białą, jak i tłumaczy czym jest radioaktywne promieniowanie. Całość czyta się świetnie, zwłaszcza że zazwyczaj akcja gna na złamanie karku, tylko okazjonalnie zwalniając. Ale, ale... tym razem poza opisaną wyżej specjalnością zakładu Lodewijk zaserwował kilka świetnych bonusów. Nie wierzę, aby wśród czytelników nie znalazła się osoba, która powstrzyma promienny uśmiech, kiedy to na statek powietrzny Storma wedrze się grupa pracowitych karłów. Ba, łatwo wręcz uwierzyć, że holenderski scenarzysta poszukał inspiracji u Stanisława Barei! Zresztą Żyjąca planeta – bo taki tytuł nosi epizod – pełna jest rozmaitych nawiązań oraz puszczanych oczek. Znalazło się przy tym miejsce na frazy bardziej melancholijne, mocno humanistyczne, wyrażające potrzebę istnienia i zachowania tożsamości. Vandaal niszczyciel z kolei rozpoczyna się niczym najlepsza filmowa space-opera, później zaś świetnie balansuje pomiędzy terminologią, jaką na co dzień posługują się astronomowie, a bitewnym zgiełkiem, jakiego nie powstydziliby się pisarze kreujący najbardziej malownicze bitwy. W tym wszystkim znalazło się jeszcze miejsce na piękno przyjaźni, sojusze i zdrady. Powinienem napisać, że historie połykane są jednym tchem, a karty komiksu przerzucane jedna za drugą. Tak jednak się nie dzieje, co jest sprawką Dona Lawrence'a. Brytyjski ilustrator przyzwyczaił do wysokiego poziomu artystycznego; tym razem jednak poszalał na całego. W obu historia nie brakuje pięknych, dużych kadrów, dzięki którym wyobraźnia czytelnika zaczyna pracować na najwyższych obrotach, a dłonie same składają się do oklasków. Jest cudownie, jest pięknie, jest Alicja z krainy czarów, Marylin Monroe oraz osobni jako żywo inspirowany Albertem Einsteinem. Lawrence tak samo czaruję ilustracjami przedstawiającymi wielkie obiekty – jak okręt pływający po morzu lawy – jaki twarzami bohaterów. Ultra szczegółowe rysunki uzupełnia równie fenomenalna kolorystyka. Po nowego Storma zwyczajnie należy sięgnąć, niezależnie czy jest się fanem cyklu, czy wcześnie nie miało się z nią styczności. Obie historie, chociaż bardziej Żyjąca planeta, to prawdziwe majstersztyki i uczta dla zmysłów. Żyjąca planeta oraz Vandaal niszczyciel paradoksalnie napawają olbrzymią obawą odnośnie do przyszłych tomów. Przygody Storma i przyjaciół to opowieści kompletne: świetny scenariusz harmonijnie przeplata z cudowną oprawą artystyczną. Kiedyś ta bańka musi pęknąć, pewnego dnia wena opuści Lodewijka, a ręka Lawrence'a zadrży. Oby stało się to jak najpóźniej, a na razie cieszmy się klasyką komiksu europejskiego.
balint - awatar balint
ocenił na96 lat temu
Storm: Bitwa o Ziemię / Tajemnica fal Nitronu Don Lawrence
Storm: Bitwa o Ziemię / Tajemnica fal Nitronu
Don Lawrence Dick Matena
(...) w Polsce mamy czytelnicze zapotrzebowanie na klasykę europejskiego komiksu spod znaku space opery. Myślę, że w dużym stopniu popularność serii wiąże się z niebywałą oprawą graficzną, która jest dziełem angielskiego artysty Dona Lawrence’a. Omawiany tom zabiera oryginalne tomy serii: „Bitwa o Ziemię” oraz „Tajemnica fal nitronu”. Za scenariusz obu odpowiedzialny jest Dick Matena, który przenosi akcję w przestrzeń kosmiczną. Z lektury uprzedniej odsłony dowiedzieliśmy się, że za niezwykłymi wydarzeniami na Ziemi stoi rasa wysoko rozwiniętych kosmitów. Azurianie podróżują po całym kosmosie i zakładają swoje kolonie, to oni wybili lwią część ludzkości, a niedobitkom populacji wymazali pamięć i cofnęli do epoki kamienia łupanego. Sami kosmici nie afiszują się ze swoją obecnością na planecie, dlatego gro mieszkańców nie ma bladego pojęcia o ich obecności. Czytelnik także nie miał, dopiero w czwartym albumie karty zostały odsłonięte. Fabuła „Bitwy o Ziemię” skupia się na bezpośrednim starciu Ziemian z Azurianami. Nim jednak dojdzie do walki Storm oraz Rudowłosa muszą przekonać Mordegaja i jego ludzi do tego, że za degrengoladą ludzkości stoją kosmici, którym należy się przeciwstawić. Były gwiezdny pilot staje na czele rebelii, co nie podoba się niejakiemu Balderowi. Mężczyzna, kieruje się niskimi pobudkami etycznymi (tj. z zazdrości) uwalnia dwóch jeńców, którzy ostrzegają swoich przed spodziewanym atakiem. Azurianie chcąc zdusić rebelię w zarodku wysyłają flotę i żołnierzy. Kolejna opowieść kontynuuje wątki podjęte w „Bitwie…”, gdyż wojna nie została rozstrzygnięta. Ziemska placówka okupantów prosi o pomoc Wielką Radę, która przesyła posiłki z Marsa. Storm zostaje wplątany w następną intrygę i kolejny raz musi ratować Rudowłosą z opresji. Niezmiennie wielkie wrażenie wywiera warstwa graficzna. (...) Tom przynosi pewne novum. Z racji przeniesienia akcji w przestrzeń kosmiczną oraz na Marsa brytyjski artysta może zaprezentować swoją wizję na różnej maści jednostki latające – promy, ścigacze, myśliwce czy transportowce, które za każdym razem prezentują się wspaniale. Retro-stylistka idealnie i do cna zostaje wykorzystana. Matena wprowadza do fabuły kilka interesujących postaci, które wyraźnie uatrakcyjniają opowieść: generała azuriańskiej armii, Solona, wspomnianego powyżej Baldera czy azuriańską dziewczynkę, która dysponuje mocą przemieszczania przedmiotów siłą woli (kłaniają się X-Meni?). Scenarzysta mocno redukuje zadnia i obecność Rudowłosej, która dopiero pod koniec drugiego albumu zyskuje trochę podmiotowości... - - - cały tekst można przeczytać tu: https://dybuk.wordpress.com/2017/03/06/storm-3-bitwa-o-ziemie-tajemnica-fal-nitronu/
giera - awatar giera
oceniła na69 lat temu
Strom: Labirynt Śmierci / Siedmiu Z Aromatery Martin Lodewijk
Strom: Labirynt Śmierci / Siedmiu Z Aromatery
Martin Lodewijk Don Lawrence
Świetne połączenie scenariusza i kreski. W przedmowie, jej niewymieniony z imienia i nazwiska autor – to doprawdy kuriozalna sytuacja! – podaje, że autorzy, pomimo dzielącego ich dystansu, spędzili mnóstwo czasu na telefonicznym omawianiu pomysłów i przekładaniu ich na końcowy efekt literacko-wizualny. I ten efekt widoczny jest na praktycznie każdej stronie, nawet jeśli sam scenariusz nie zawsze jest jednakowo interesujący. Zarzut dotyczy Labiryntu śmierci, który rozkręca się dość powoli, a kończy szybko. Siedmiu z Aromatery wypada zdecydowanie bardziej harmonijnie, równomiernie rozkładając akcenty na każdym etapie opowieści. Wracając jednak do efektownego spięcia scenariusza i ilustracji: fani otrzymali specjalność zakładu, czyli mnóstwo przygody w konwencji fantasy/science fiction. Autorzy mieszają obie konwencje, puszczać wodze swojej fantazji, a jednocześnie pobudzając wyobraźnie odbiorców. W Stormie, jak w mało którym komiksie ostry miecz oraz szyszak może znajdować się w tym samym pomieszczeniu co opętany kapłan rozważający kwestie wpływu czarnej dziury na funkcjonowanie układu planetarnego. To z pozoru niedorzeczne połączenie sprawdza się fantastycznie i niezwykle łatwo jest wybaczyć ewentualne potknięcia scenariusza. Jeszcze większym atutem komiksu jest absolutnie fenomenalne kreska Lawrence'a. Ilustrator raz za razem dowodzi swojego geniuszu serwując hiperrealistyczne malunki i bogatą paletę barw. Poziom detali idzie w parze z niespożytą fantazją. Podobać się mogą nie tylko umięśnieni faceci i zgrabne kobiety, ale również kapitalne wyobrażenie lokacji oraz wszelkiej maści gadżetów, dodatkowo znakomicie łączące elementy fantasy i SF. Lawrence jest geniuszem komiksu. Po prostu. Warto wspomnieć, że wydawnictwo Kurc kontynuuje świetny pomysł i każdy album poprzedzony jest długim wstępem, przybliżającym rozmaite perypetie autorów oraz kulisy powstawania cyklu. Wartość eseju jest nie do przecenienia, poszerza bowiem wiedzę nie tylko na temat serii, ale i ogólnie rozwoju branży w Europie, zwłaszcza w Holandii i Wielkiej Brytanii. Storm jest bardzo specyficznym cyklem. Poszczególne przygody bywają to lepsze, to gorsze, jak to w przypadku każdej jednej serii. Labiryntu śmierci w warstwie scenariusza jest utworem zupełnie przeciętnym, tak wewnątrz serii, jak i jako wyizolowany komiks. Siedmiu z Aromatery prezentuje się dużo lepiej. A jednak, wszelkie potknięcia niezwykle łatwo wybaczyć, bowiem Storm jest cyklem hipnotyzującym, pieszczącym zmysł wzroku i pobudzającym wyobraźnię do pracy na najwyższych obrotach. A to spokojnie wystarcza aby seria mogła się podobać.
balint - awatar balint
ocenił na76 lat temu
Jonah Hex: Zabójczy ołów Jimmy Palmiotti
Jonah Hex: Zabójczy ołów
Jimmy Palmiotti Jordi Bernet Justin Gray David Michael Beck
Komiksy o łowcy nagród imieniem Jonah Hex, to jedna z bardziej krwawych wizji Dzikiego Zachodu. Z realizmem ma to tyle wspólnego, co prawa fizyki w Zwariowanych Melodiach, ale nie o to przecież tutaj chodzi. Mamy dostać krwawą, brutalną i poprzetykana w niektórych miejscach absurdem, rozrywkę. Nie inaczej jest i tym razem, choć kilka opowiadań było nawet logicznych, jak na ten gatunek. W komiksie znajduje się pięć historyjek, z czego jedna narysowana i pokolorowana przez Rafaela Garresa, hiszpańskiego artystę, który ma na swoim koncie naprawdę ciekawe prace. Jednak większość opowiadań z tego tomu narysował Jordi Bernet, a pokolorował Rob Schwager. Scenariusze napisali Justin Gray oraz Jimmy Palmiotti i nawet im się udały. Nic wybitnego, ale jak na tą serię, jest naprawdę dobrze. Gdybym miał wybrać od strony rysunku, która praca jest najciekawsza, to oczywiście padłoby na Garresa. Ma rewelacyjny, bardzo mroczny i nieco groteskowy styl, ciekawie wynaturzający poszczególne postacie. W tym wypadku pasuje to jak ulał i nadaje opowieści pewnego unikalnego klimatu. Opowieść nosi tytuł "Tchórz" i ma prosty, ale przy tym dość realistyczny scenariusz, kręcący się wokół zbiegłych więźniów i wymierzaniu sprawiedliwości. Bardzo dobrze się to czyta i szkoda, że okładka tego zeszytu nie zdobi głównej okładki omawianego tutaj albumu. Natomiast najciekawsza historia, przynajmniej dla mnie, to "Rzezignat". Jest to swego rodzaju wariacja na temat Kuby Rozpruwacza na Dzikim Zachodzie. Nie przekłada ona dokładnie wydarzeń z Londynu, ale umieszcza wszystko w czasach Wojny Secesyjnej, gdzie pewien wykształcony chirurg lubił bawić się swoimi narzędziami podczas przesłuchiwania więźniów. Do tego nie przeszkadzało mu eksperymentowanie na żywych okazach, czy nauczanie kolegów po fachu ich zawodu, również na żywym, w pełni świadomym obiekcie badań. Gdy wiele lat później jego ścieżki krzyżują się z Jonah Hexem, to sprawy przybierają bardzo ciekawy obrót. Pozostałe trzy historyjki są po prostu dobrymi, oklepanymi schematami. Pościgi, wymierzanie sprawiedliwości, lekkie wspomnienie rodziców tytułowego bohatera, czy wyrównanie rachunków. Nic tutaj szczególnie nie zapada w pamięć, no może poza wyjątkowo bogatymi kobiecymi walorami pewnej łowczyni nagród, bo czytałem niemal identyczne historie w poprzednich tomach. Traktuję to jako swego rodzaju zapchaj-dziury, aby dorzucić nieco oklepanych motywów i strzelaniny w komiksie. Zatem jeśli ktoś lubi tą serię, to zapewne już dawno posiada ten album. Natomiast w przypadku osób nie mających z nią jeszcze do czynienia, spokojnie mogę polecić ten album, bo tak naprawdę nic nie stracą.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na63 lata temu
Undertaker - 2 - Taniec Sępów Xavier Dorison
Undertaker - 2 - Taniec Sępów
Xavier Dorison Ralph Meyer
Drugi album serii zamyka definitywnie przygodę z pierwszego dyptyku. Na każde zadane wcześniej pytanie, pada pełnoprawna odpowiedź. Czy satysfakcjonujące to już nieco inna kwestia. Ujmę sprawę w następujący sposób - mnie w ogólnym rozrachunku zadowoliły, ale mam kilka zastrzeżeń. Część elementów uważam bowiem za zbyt mocno naciągane. Fajnie współgrają w tej trochę zwariowanej opowieści, niemniej i tak nieco trudno w nie uwierzyć. Mimo wszystko komiks strasznie przypadł mi do gustu, choć już wiele razy wspominałem, że moja fascynacja westernami nieco przygasła. Lubię je co jakiś czas poczytać, ewentualnie obejrzeć coś z klasyków tego kina, ale to wszystko. Undertaker natomiast sprawił, że chce do niego wracać i to jest chyba najlepsza rekomendacja. Co sprawiło, że mam do tej serii takie podejście? Odpowiedź znajdziecie poniżej. Zacznijmy od tego, co w komiksie jest dla mnie najważniejsze - scenariusza. Tak. To nie rysunek, a opowiadana historia są w moim wypadku kluczowe, jeśli idzie o selekcję tego, co pozostawiam w moich zbiorach. czasem zdarzy się, że zostawiam sobie coś tylko i wyłącznie dla rysunku, jak np. dyptyk Monika od Scream Comics, ale to naprawdę rzadkość. Komiks wizualnie może mi się nie podobać, totalnie rozmijać się z moim gustem, jednak jeśli posiada dobrze skrojony scenariusz to ma szanse pozostać w moich prywatnych zbiorach. W przypadku Undertaker rysunek jest bardzo udany, ale co ważniejsze historia mocno mnie wciągnęła. Z jednej strony mnie to nie dziwi, bowiem Xavier Dorison już wielokrotnie udowodnił mi, że potrafi trafić w mój gust. W kolekcji mam Trzeci testament lub Sanktuarium, do którego bardzo często wracam. Przez długi czas znajdował się tam Fechmistrz, w kolejce czeka Long John Silver, a osobiście poluje na dyptyk Asgard. Jedyne czego nie umiem wybaczyć Dorisonowi to całkowite spartolenie serii Thorgal i jej spinoffu z Kriss de Valnor, choć z tego co udało mi się wygrzebać w sieci, wynika, że to nie jego wina. W praktyce pierwotny pomysł scenarzysty totalnie rozminął się z tym, co ostatecznie ujrzeli czytelnicy. Jeśli to prawda, to osoba za to odpowiedzialna, powinna dyndać na sznurze oblepiona smołą i pierzem. Zatem tak. W moich oczach Undertaker bardzo mocno broni się na polu scenariusza. Oto wędrowny grabarz Jonas Crow i jego sęp Jed (tak, gość oswoił sępa) wplątali się w ostrą kabałę. Muszą pochować trupa majętnego poszukiwacza złota, który dosłownie zeżarł swój majątek podczas ostatniego posiłku. Wkurzył tym pracujących dla niego górników, bowiem wcześniej sprzedał kopalnię gdzie pracowali, a na dokładkę kazał pochować się w innej, opuszczonej kopalni, zaś jeśli to nie nastąpi zostanie zamordowana pewna osoba. Wszystkiego ma dopilnować Panna Rose, guwernantka zmarłego, którą ten od lat próbował złamać i udowodnić jej, że jest tak samo zepsuta, jak inni mieszkańcy Dzikiego Zachodu. Rose postanawia jednak nie dać się pokonać znienawidzonemu pracodawcy i za wszelką cenę wypełnić jego ostatnią wolę, aby ocalić tajemniczego zakładnika. Niby wiem wiele, wszystko zostało bowiem przedstawione w pierwszym albumie, ale z czasem gdy poznawałem całą prawdę zostałem solidnie zaskoczony. Szczególnie w momencie ujawnienia zakładnika oraz osoby go przetrzymującej. W życiu bym się nie domyślił takiego obrotu spraw, co tylko ucieszyło moje nerdowskie serduszko. Ogromną rolę w tym elemencie fabuły, ale też kilku innych, jak pościg za grabarzem i jego ładunkiem, odegrały postacie drugoplanowe. Całość świetnie połączono, choć jak wspominałem wcześniej, kilka mniejszych elementów nie do końca mi pasowało. Z drugiej strony to rasowy komiks akcji, więc jestem gotów przymknąć na to oko. Historia z nieboszczykiem mającym brzuch pełen złota została ukończona. Ostatnia scena otwiera zatem drzwi na zupełnie nową przygodę, której nie mogę się doczekać. Grabarz i jego sęp ruszają dalej w świat, choć już nie samotnie. Niby szło to przewidzieć, ale i tak całość ciekawie skrojono. Wizualnie to bardzo porządny frankon, który wielce cieszy moje oko. Zarówno kolory jak i kreska to czysta poezja, zaś okładki to istny miód na moje oczy. Zostało mi zatem przeczytać drugi dyptyk i z wytęsknieniem oczekiwać trzeciego, który już jakiś czas temu zapowiedziano we Francji.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na83 lata temu
Żona Magika Francois Boucq
Żona Magika
Francois Boucq Jerome Charyn
Prace Francoisa Boucqua znam i cenię z takich tytułów jak „Bouncer”, „Czarcia morda” czy „Księżycowa gęba”. Jednakże zupełnie obce było mi nazwisko scenarzysty, Jerome’a Charyna. Czy wspólnie udało im się stworzyć coś ciekawego? Główna bohaterka, to młoda dziewczynka, której matka wiążę się z iluzjonistą Edmondem. Jednakże magik jest coraz bardziej zainteresowany dziewczyną. Zaczyna się wytwarzać między nimi niepokojąca więź. Początkowo jest to historia przypominająca powieść „Lolita” Vladimira Nabokova. Tutaj też dojrzały mężczyzna wiąże się z kobietą w swoim wieku, żeby zbliżyć się do jej córki. Jednakże tutaj jest to przedstawione z punktu widzenia dziewczyny, która nie jest manipulantką jak Lolita, ale stara się o przetrwanie dla siebie i swojej matki. W pewnym momencie fabuła jednak skręca w zupełnie inną stronę. Dziewczyna zaczyna szukać innego sposobu na życia, a historia nabiera klimatu kryminału i horroru. Przewijają się tutaj pytania o sens życia i istotę miłości. Tworzy się jednak z tego spory chaos i ciężko powiedzieć czy scenarzysta tu ironizuje czy naprawdę stara się przekazać pewien niepokojący morał. Rysunki Boucqa jak zawsze robią na mnie pozytywne wrażenia. W naturalistyczny sposób udaje mu się pokazać ludzką brzydotę, ale też cudowność magicznego świata. „Żona magika” pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. Fabuła jest bardzo chaotyczna i nie jestem pewien co autor chciał przekazać. Na pewno warto przeczytać dla warstwy graficznej.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na61 rok temu
Undertaker - 3 - Ogr z Sutter Camp Xavier Dorison
Undertaker - 3 - Ogr z Sutter Camp
Xavier Dorison Ralph Meyer
Pierwszy dyptyk mnie zachwycił, ale przy drugim już trochę straciłem zapał. Nie jest to zła opowieść, ale miałem wrażenie, że główny bohater nie ewoluował, a powinien to zrobić, zważywszy, że teraz prowadzi interes z dwoma kobietami. Z jednej strony mamy zupełnie nową przygodę, antagonistę nawiązującego do przeszłości naszego grabarza oraz wielce upartą Rose, której towarzyszy Pani Lin. Niemniej z drugiej strony fabuła tego odcinka mnie nie porwała. Cholera, miałem wrażenie, że czytam jedna z przygód Jonaha Hex, gdzie ten starł się z rzeźnikiem wykonującym zawód lekarza polowego. W praktyce bardzo dużo elementów tej opowieści wręcz pokrywało się niemal co do jednego z krótką historyjką rewolwerowca od DC Comics. To jest tylko jedna z przyczyny, dla których ten tom czytało mi się tak sobie. Choć to raczej złe określenie. Czytało mi się go przyjemnie, ale ostateczne wrażenia były dość mieszane. Bowiem co tak naprawdę tutaj mamy. Jonas Crow, jego sęp oraz wspólniczka w interesie Panna Rose i towarzysząca jej Pani Lin wspólnie prowadzą, a raczej próbują to czynić, obwoźny zakład pogrzebowy. Niestety Crow niejako sabotuje wszelkie ich starania, przez co praktycznie nic nie zarabiają. Tutaj mam pewien zgrzyt, bowiem w pierwszym dyptyku Crow nie zawsze twardo handlował, jednak mimo wszystko zarabiał na swym biznesie, a teraz jakby na przekór Rose robi wszystko aby go zniszczyć. Jakoś nie do końca mi się to klei. Tak czy inaczej natrafiają na dobre zlecenie, pochowania pewnej staruszki w domu majętnego hodowcy bydła, gdzie zrządzeniem losu Crow natrafia na swego dawnego dowódcę z czasów Wojny Secesyjnej. Ten robi scenę podczas pogrzebu zmarłej, czyli swej żony, ogłaszając przy tym że niejaki Ogr z Sutter Camp nadal żyje. Crow wraz z swoją ekipą lądują za bramami posiadłości, oczywiście nie otrzymawszy zapłaty, ale nasz grabarz zamierza poznać prawdę. Zakrada się do pokoju pułkownika i poznaje jego wersję wydarzeń na temat ich dawnego lekarza, którego przezywano Ogr. Facet był wykształconym oraz dobrze ułożonym chirurgiem, który lubił dla rozrywki torturować ludzi. Do tego fenomenalnie znał się na anatomii ludzkiego ciała. Jeśli ktoś czytał siódmy album Jonah Hex, ten od razu skojarzy podobieństwa. Są wręcz uderzające. W tym momencie zaczyna się pościg za Ogrem, w który oczywiście włączają się obie kobiety. Z jednej strony było to oczywiste, ale z drugiej przesłanki Rose są jak dla mnie dość... głupie. Kobieta jakby straciła zdrowy rozsądek i pakuje się w sprawę, która zdecydowanie ją przerasta. W tym wypadku akcja mogła się potoczyć tylko w jeden sposób, a to sprawiło że scenariusz mnie nie zaskoczył. Zabolało, bowiem poprzednia przygoda potrafiła nieraz zwieźć na manowce moje przewidywania, dając mi coś zupełnie innego, a przy tym nie pozbawionego sensu. To było fajne. Teraz tego zabrakło. Oczywiście to pierwsza część tego dyptyku, ale boję się, że drugi tom nie spełni moich oczekiwań. Chyba ze zginie któraś z kluczowych postaci, na co jednak nie liczę. Nie zdziwi mnie nawet "życiowy" happy end, który będzie na siłę chciał wycisnąć łzę z czytelnika i zagrać na jego emocjach. Jakieś łzawe rozstanie, zamiast przemówienia postaciom do rozumu. Choć może Dorison mnie zaskoczy. Może jednak będzie jakiś faktyczny fabularny twist, który kompletnie zmieni spojrzenie na cała sprawę. Może, bo po finale tego tomu na nic takiego się nie zanosi.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na63 lata temu
Namibia (wydanie zbiorcze) Luis Eduardo de Oliveira (Leo)
Namibia (wydanie zbiorcze)
Luis Eduardo de Oliveira (Leo) Rodolphe Daniel Jacquette Bertrand Marchal
Opinia dotyczy dwóch tomów cyklu o przygodach Kathy Austin, czyli “Kenii’ i ”Namibii”, choć już kiedyś czytałam jedną z nich. Ponieważ w swojej opinii wspominałam ją dobrze, a szukałam książek z wątkiem Afryki, postanowiłam sobie jednak ją powtórzyć i uzupełnić lekturę o kolejny zbiorczy tom. I choć rozpoczynałam czytanie trochę z musu, ostatecznie jednak czasu spędzonego z Kathy nie żałuję. Akcja tych komiksów dzieje się w czasach tuż po II wojnie światowej, a tematem są śledztwa bardzo inteligentnej agentki brytyjskiego wywiadu. Panna Austin zostaje wysłana kolejno do Kenii i Namibii, aby zbadać sprawę tajemniczego zniknięcia uczestników safari oraz pojawiania się nie tylko nieistniejących w naturze stworzeń, ale także uznanych za zmarłych nazistów. Wątków jest mnóstwo, ale nie tylko dodają one realizmu opisywanym postaciom, ale także, dzięki dobremu scenariuszowi są logicznie ze sobą połączone. Bohaterowie są uwikłani w relacje miłosne i antagonistyczne zachowania wobec siebie nawzajem, mają swoje charaktery i subtelnie zarysowane osobowości, a ich działania są przestawione bardzo realistycznie. Podoba mi się również rys feministyczny, ponieważ Kathy często musi radzić sobie z przekonaniem otaczających ją mężczyzn, że praca agentki nie jest odpowiednia dla kobiet i robi to doskonale. I choć konkluzje wszystkich zagadek zawartych w obydwu utworach wydały mi się trochę wydumane, to jednak bardzo dobrze bawiłam się w trakcie czytania. Moim zdaniem więc, jeżeli ktoś lubi przygodowe s-f, to warto się z tym cyklem zapoznać, a ja na pewno nie zamierzam na nim poprzestać :)
aredhela - awatar aredhela
oceniła na61 rok temu
Lazarus #5: Odstrzał Greg Rucka
Lazarus #5: Odstrzał
Greg Rucka Michael Lark
PopKulturowy Kociołek: Nie bez powodu ten piąty już tom komiksu wydawanego w Polsce przez Taurus Media zatytułowany jest Odstrzał. Carlyle’owie się nie cackają i rzucają swoje siły przeciwko strategicznym osobom z obozu wroga. Tym razem Rucka, Lark i Arcas skupiają się na próbie wyeliminowania rodziny Rausling. Jako że biorą w niej udział Łazarze rodziny Bittner, Morray i Armitage siła ognia jest potężna, a nas czekają naprawdę krwawe, brutalne i bezlitosne walki. W końcu dochodzi tu element zemsty. W tak zwanym międzyczasie zgłębiamy ujawniony w poprzednich rozdziałach sekret rodziny Carlyle. Myślę, że wszyscy byliśmy zaskoczeni, gdy okazało się, że istnieje druga, młodsza Forever szkolona w razie śmierci tej pierwszej. Biorąc pod uwagę fatalny stan zdrowia głównej bohaterki, ten fakt okazał się bardzo istotny. Kobieta powoli wraca jednak do zdrowia i pozostaje nieświadoma istnienia swojego młodszego klona. Tutaj kluczowa ma okazać się Johanna, która zyskuje wpływy i realizuje własny plan, którego częścią jest jej siostra. Polityka, akcja i nauka. Te trzy elementy dominują w Lazarus #5. Trzeba przyznać, że autor komiksu bardzo zgrabnie nawiguje między poszczególnymi wątkami, cały czas utrzymując czytelnika w stanie napięcia. Wielkie objawienia i niespodzianki potrafią bowiem tutaj nastąpić w mgnieniu oka, zupełnie niespodziewanie. Tak jest, chociażby w przypadku zwrotu akcji, mającego miejsce w finale tego tomu, gdy okazuje się, że w życiu Forever nie ma już miejsca na miłość. Rozkoszowałem się w tej brutalnej i bezpośredniej walce prowadzonej przez bohaterów. Twórcy doskonale oddają to, jak bezwzględną bronią może być Łazarz. Niby o tym wiemy, niby przypominają nam o tym od samego początku, a jednak za każdym razem ich niszczycielska siła robi na mnie ogromne wrażenie. Tym razem mamy szansę zobaczyć w akcji przedstawicieli innych rodzin, a każdy z nich prezentuje odmienny styl oraz inny arsenał możliwości. https://popkulturowykociolek.pl/recenzja-komiksu-lazarus-tom-5/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na83 lata temu
Wika i gniew Oberona Olivier Ledroit
Wika i gniew Oberona
Olivier Ledroit Thomas Day
Wróżki w kulturze popularnej kojarzą się z małymi skrzydlatymi ludzikami, które starają się pomagać ludziom. Jednakże w wersji pierwotnej miały też bardziej mroczną i okrutną naturę. Seria „Wika” przedstawia właśnie różnorodne aspekty wróżek. W Królestwie Elfów królowa Tytania żyje u boku swojego ukochanego księcia Grimma. Jej dawna miłość, król Oberon nie może się z tym pogodzić i przypuszcza zbrojny atak na parę królewską. Udaje się przeżyć jedynie małej córeczce Tytani, która nieświadoma swojego prawdziwego pochodzenia jest wychowywana przez zwykłe elfy. Kiedy dziewczyna dorasta, postanawia ruszyć w świat. Wkrótce też jej pochodzenie da o sobie znać. Fabuła jest tak sztampowa jak tylko się da. Wykorzystane są tutaj niemal wszystkie klisze fabularne. Bohaterowie są bardzo stereotypowi z główną bohaterką na czele stanowiąca przykład atrakcyjnej szelmy. Wyjątkiem jest pewne grupa przeciwników Wiki, którzy wzorowani są na siedmiu grzechach głównych – na razie jednak stosunkowo niewiele było scen pokazujących ich charakter. Pomimo tego, że scenariusz nie jest oryginalny, to świat przedstawiony może zrobić wrażenie. Jest to połączenie steampunku z fantasy. Pojawiają się tu naprawdę pomysłowe wynalazki czy stworzenia. Mam mieszane uczucia co do warstwy graficznej. Wiele jest tu przepięknych kadrów przywodzących na myśl obrazy secesyjne. W to wszystko dobrze wkomponowane są elementy science-fiction i fantasy. Jednakże razić może trochę nadmierne epatowanie erotyzmem – Wika jest bardzo często roznegliżowana. Jest to przykład komiksu, gdzie atrakcyjna forma rekompensuje błahą treść. Jeśli ktoś szuka czegoś do podziwiana, to dobrze trafił. Niestety pod względem fabuły można tu się bardzo rozczarować.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na63 lata temu

Cytaty z książki Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Storm: Zabójca z Eribanu / Ogary Marduka