William Faulkner to autor, który nigdy nie bał się zaglądać w mroczne zakamarki ludzkiej duszy, tak jak nie bał się konfrontować z najtrudniejszymi tematami własnego regionu — amerykańskiego Południa. W Intruzie z 1948 roku Faulkner podejmuje problem rasizmu w sposób, który do dziś może uchodzić za odważny, a przy tym subtelny i daleki od prostych, publicystycznych rozstrzygnięć. To powieść, która balansuje między napięciem kryminalnym a moralnym dramatem, między osobistą inicjacją chłopca a symboliczną walką o zbiorowe sumienie Południa.
Na pierwszy rzut oka Intruz wydaje się być historią niemal detektywistyczną. Czarnoskóry rolnik Lucas Beauchamp zostaje oskarżony o zamordowanie białego człowieka — Vinsona Gowriego. Oskarżenie jest natychmiastowe, niemal instynktowne, jako echo starych uprzedzeń. W miasteczku Jefferson odzywają się automatyczne, atawistyczne odruchy: tłum domaga się linczu, sprawiedliwość ma być szybka, bez procesu, bez pytań.
Ale Faulkner nie daje się zamknąć w ramy klasycznej opowieści o zbrodni. W rzeczywistości morderstwo staje się pretekstem do znacznie głębszej refleksji nad społecznością, historią i zbiorową winą. Lucas Beauchamp, daleki od stereotypu „uległego czarnego”, jest człowiekiem dumnym, wyniosłym, świadomym własnej wartości. Nie zabiega o sympatię białych, nie kłania się uniżenie, nie próbuje prosić o litość. W tej postawie kryje się coś niezwykle rewolucyjnego, jak na kontekst Południa lat 40. XX wieku.
Głównym „białym” bohaterem jest tu szesnastoletni Chick Mallison, młody chłopak, który przeżywa swoją inicjację moralną. To właśnie Chick, wychowany w atmosferze tradycyjnych południowych przesądów, przechodzi najgłębszą przemianę. Jego proces dojrzewania to droga od biernego przyjmowania uprzedzeń otoczenia ku świadomemu aktowi sprzeciwu wobec niesprawiedliwości. Faulkner z niezwykłą przenikliwością pokazuje, jak trudno wyrwać się z kolektywnego myślenia.
Momentem kluczowym w powieści jest nocne odkopanie trumny Gowriego. Chick wraz z prawnikiem Gavinem Stevensem i swoją ciotką Miss Habersham (postać zaskakująco silna, emanująca etyczną odwagą) wyciągają z ziemi ciało, by udowodnić niewinność Lucasa. W tej scenie, niemal gotyckiej w atmosferze, zawiera się cały symbolizm powieści: aby odkryć prawdę, trzeba zejść do ciemności, zmierzyć się z trupem — zarówno dosłownym, jak i metaforycznym, bo miasteczko Jefferson ma swoje „trupy w szafie”, w postaci długo skrywanej, zbiorowej winy rasowej.
Faulkner w Intruzie konfrontuje czytelnika z problemem amerykańskiego mitu Południa — mitem opartym na honorze, rodzinie, rycerskich ideałach. Mit ten jednak od początku był skażony niewolnictwem i głęboko zakorzenionym rasizmem. Intruz staje się swoistym sądem nad tym mitem: stary porządek społeczny ukazuje się jako kruchy konstrukt, którego fundamenty zaczynają pękać.
Ciekawym zabiegiem Faulknera jest zestawienie Lucasa z Chickiem. Lucas, dojrzały mężczyzna, jest w pełni świadomy mechanizmów społecznych i własnej pozycji, a jednocześnie przewyższa otoczenie moralnie i duchowo. Chick natomiast dopiero zaczyna rozumieć świat; jego bunt przeciw tłumowi linczowemu ma w sobie jeszcze pewną naiwność, ale to właśnie w tej niewinności Faulkner widzi zalążek nadziei.
Warto przyjrzeć się także postaci Gavina Stevensa, lokalnego prawnika i zarazem moralnego intelektualisty. Stevens nie jest jednak postacią jednowymiarową: często bywa paternalistyczny, a jego „liberalizm” podszyty jest rodzajem wyższości wobec czarnych. Faulkner, daleki od hagiografii, pokazuje, że nawet „dobry biały” nie jest wolny od subtelnych form uprzedzenia.
Język Faulknera w Intruzie jest mniej barokowy niż w takich dziełach jak Absalomie, Absalomie! czy Wściekłość i wrzask, ale nadal intensywnie zmysłowy, złożony, nasycony wewnętrznymi monologami. Opisy przestrzeni — pola bawełny, lepkie południowe noce, duszne izby sądowe — pełnią tu funkcję psychologiczną. Krajobraz staje się odbiciem wewnętrznego stanu postaci.
Nie sposób nie dostrzec, że Intruz jest także powieścią o amerykańskiej wspólnocie, której istnienie opiera się na przemocy symbolicznej i realnej. Faulkner pyta: czy można zbudować nowe społeczeństwo bez zerwania z przeszłością? Czy możliwe jest pojednanie, jeśli fundamentem relacji jest rasa i przemoc?
W tym kontekście postać Lucasa Beauchampa nabiera cech figury mitycznej — jest zarazem intruzem i sumieniem Południa. Odważny, niezależny, nieprzejednany — staje się lustrem, w którym biali mieszkańcy Jefferson muszą dostrzec własną hipokryzję. Jego niewinność, z początku wątpliwa dla społeczności, demaskuje groteskowy absurd linczów i pokazowych oskarżeń.
Sceny zbiorowe — zwłaszcza opisy tłumu gotowego do samosądu — są mistrzostwem Faulknera. Zbiorowość nie ma twarzy, to bezkształtny organizm, karmiony plotką i pierwotnym strachem. Gdy Chick przechodzi obok ludzi zebranych przed więzieniem, ma wrażenie, że patrzy na potwora, a nie na sąsiadów. To metafora nie tylko Południa, ale każdej społeczności, która ulega psychologii tłumu.
W warstwie symbolicznej Intruz można czytać jako powieść o grzechu pierworodnym Południa: niewolnictwie i rasizmie. Faulkner, który sam był dzieckiem Południa, mierzy się z dziedzictwem, które wielu chciałoby zamieść pod dywan. Nie poprzestaje na pokazaniu brutalności zewnętrznej — dociera do subtelnych form przemocy codziennej, obecnej w języku, gestach, milczeniu.
Interesująca jest rola kobiet w powieści, zwłaszcza Miss Habersham, która wbrew konwenansom bierze udział w wykopaniu trumny. Symbolicznie staje się łącznikiem między starym Południem a nowym światem, który dopiero się rodzi. W jej decyzji nie ma egzaltacji ani taniego heroizmu — jest za to głęboka, wypracowana etyczna konsekwencja.
Często zwraca się uwagę na zaskakujący wątek optymistyczny Intruza. W odróżnieniu od bardziej pesymistycznych dzieł Faulknera, tu w finale pojawia się cień nadziei: Lucas zostaje uniewinniony, a Chick dokonuje wewnętrznego przełomu. Ale ten optymizm jest raczej zniuansowany niż triumfalny. Faulkner nie oferuje happy endu w hollywoodzkim stylu; daje raczej moment wytchnienia, który może być początkiem, ale równie dobrze iluzją.
Co istotne, Intruz powstał w momencie, gdy kwestia rasowa zaczynała ponownie wracać do centrum dyskursu publicznego w Stanach Zjednoczonych. Faulkner przewidział, że problem rasowy nie zniknie sam z siebie — przeciwnie, będzie wymagał bolesnej konfrontacji i rezygnacji z mitów.
Powieść jest także ciekawym głosem na temat roli literatury. Faulkner zdaje się mówić: pisarz nie jest od pocieszania, ale od stawiania trudnych pytań, od grzebania w ciemności. W Intruzie zamiast idealistycznych reformatorów mamy ludzi uwikłanych w tradycję i własne ograniczenia, którzy jednak — w niektórych momentach — zdobywają się na odwagę przekroczenia granic.
Szczególne znaczenie ma język rasowy, którym posługują się mieszkańcy Jefferson. Jest to język pełen eufemizmów, uników, stereotypów. Chick od początku przechodzi drogę od bezrefleksyjnego powtarzania zasłyszanych określeń do własnego, krytycznego języka. To pokazuje, jak głęboko przemoc może być zakorzeniona nie w czynach, lecz w samych słowach.
Pod względem konstrukcji narracyjnej Faulkner znów eksperymentuje z czasem, choć mniej radykalnie niż w Wściekłości i wrzasku. W Intruzie czas jest bardziej linearny, ale wciąż pełen retrospekcji, wspomnień, wewnętrznych rozważań. Nie chodzi tu o ukrywanie fabuły, lecz o pokazanie, że wydarzenia kształtują się nie tylko w zewnętrznym porządku, ale także w świadomości uczestników.
W finale Chick, patrząc na Lucasa odchodzącego w pola bawełny, zaczyna rozumieć, że wszystko dopiero się zaczyna. Symboliczna cisza, która zapada, jest bardziej wymowna niż jakikolwiek płomienny monolog.
Intruz to powieść, która wykracza poza ramy społecznego komentarza. To również studium jednostki wobec zbiorowości, odwagi wobec konformizmu, godności wobec upokorzenia. Faulkner, mistrz paradoksu, nie moralizuje. Pokazuje świat w całym jego brudzie i pięknie, w rozpaczy i w nikłej nadziei.
Być może dlatego Intruz wciąż pozostaje tak żywą książką. W epoce, gdy na nowo rozmawia się o rasie, tożsamości i odpowiedzialności zbiorowej, Faulkner zdaje się szeptać zza grobu: nie wystarczy zmienić prawa, trzeba zmienić serca. A to zawsze jest najtrudniejsze.
Lucas Beauchamp, niezłomny „intruz”, przypomina, że prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się strach przed odrzuceniem i przemocą. Chick Mallison zaś staje się figurą przyszłości — tej, która jeszcze nie nadeszła, ale o którą warto walczyć.
Intruz nie jest opowieścią o jednym procesie sądowym. To raczej traktat o długim, bolesnym procesie dojrzewania całego społeczeństwa.
I choć w literackim świecie Faulknera nic nigdy nie jest proste, Intruz pozostaje jednym z jego najjaśniejszych świateł — tym bardziej przejmującym, że świeci w mroku.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Wielka kariera
8/10
Po przeczytaniu kilku opisów "Wielkiej kariery" myślałem, że będzie opowiadać historię wyrachowanego, goniącego za karierą i spódniczkami młodzieńca oraz obnaży patologie systemu społecznego (zwłaszcza "kastowości" klasowej) istniejącego w Wielkiej Brytanii. Otóż jest to prawda tylko w mniejszej części!
Główny bohater - Joe, okazuje się postacią niejednoznaczną, raz myślącą cynicznie i pragmatycznie, innym razem porywającą się na idealistyczne projekty. Rozum wyraźnie bije się u niego z sercem. Choć niewątpliwie myśli o społecznym awansie, to bodźcem do działania są dla niego raczej zalety konkretnych przedstawicielek płci przeciwnej. Nie jest potworem, wielokrotnie zastanawia się nad moralnymi konsekwencjami swoich czynów. W przypadku Joe'a o wiele bardziej razi jego niekonswekwencja w miłości niż rzekomo mefistofelowe wyrachowanie. Joe jest człowiekiem słabym, nie złym.
Powieść ta jest bardziej romansem i typowym Bildungsroman niż dziełem poruszającym tematykę społeczną. Jest to książka przede wszystkim o miłości - tym, czym ona naprawdę jest. Co do tematyki społecznej, wielokrotnie zwrócono w niej uwagę na podziały klasowe, jednak przedstawiciele świata wielkiego kapitału ostatecznie zostają przedstawieni dosyć przychylnie, a wdzięk jednej z bohaterek staje się nawet "usprawiedliwieniem systemu kapitalistycznego". Mimo krytycznych uwag, wymowa książki daleka jest od radykalnego potępienia społecznej rzeczywistości.
Podsumowując, powieść okazała się zupełnie czymś innym, niż się spodziewałem. Jest to bardziej książka o życiu i tym, co jest w nim ważne, pisana z męskiej perspektywy. Napisana jest świetnym językiem, a przemyślenia głównego bohatera są bogate w treść. Jeżeli będę mieć syna, to polecę mu tę książkę - jako swoistą przestrogę.
8/10
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo przeczytaniu kilku opisów "Wielkiej kariery" myślałem, że będzie opowiadać historię wyrachowanego, goniącego za karierą i spódniczkami młodzieńca oraz obnaży patologie systemu społecznego (zwłaszcza "kastowości" klasowej) istniejącego w Wielkiej Brytanii. Otóż jest to prawda tylko w mniejszej części!
Główny bohater - Joe, okazuje się postacią niejednoznaczną, raz...
Johna Braine'a określa się jako jednego z brytyjskich "młodych gniewnych". Buntował się przeciwko społecznemu rozwarstwieniu i przeciwko zepsuciu klasy średniej. Tyle mniej więcej można wyczytać z jego biografii. Rzeczywistość jaką znalazłem w jego najważniejszej i debiutanckiej książce zaskoczyła mnie. Spodziewałem się, że swoje życiowe idee włoży Braine w usta mądrego, sprawiedliwego, zagniewanego, buntownika, którego prawość i solidność zostanie skontrastowana z zepsuciem świata i panujących zasad. Tymczasem główny bohater to małomiasteczkowa, zakompleksiona, zakłamana miernota, która wszystko przelicza na pieniądze, w relacjach z ludźmi, a zwłaszcza z kobietami nie ma żadnej spontaniczności, każdy ruch kalkuluje i oblicza na efekt. Miernota ta, dziś powiedzielibyśmy "wsiowy Janusz", który przyjechał do dużego miasta, w finale okazuje się żenującym łowcą posagów, bez krzty uczciwości względem siebie i innych, bez moralnego kręgosłupa. Odrażająca postać, która podstępnie do znienawidzonej przez siebie grupy społecznej dosłownie po trupach dołącza, sprzedając się za pieniądze teścia i dostatnie życie ze słodką "dziunią" przy boku. Czy więc dobrze rozumiem, że krytyka społeczna Braine'a objawia się nie przez ukazanie wzorca, a poprzez krytykę zastanego świata? To trochę rozczarowuje, bo może chciałoby się nie tylko poznać mrok ale też ujrzeć w nim gdzieś światełko nadziei, a ta książka nadziei nie daje. Klasa średnia to bagno i główny bohater to także bagno. "Wielka kariera" pozostawia mnie z dysonansem. Odnoszę wrażenie, że autor mógł nie do końca wiedzieć, co chce właściwie powiedzieć czytelnikowi. Wszak w finale zdaje się główny bohater być postacią pozytywną, która odnosi sukces. Braine w żaden sposób nie piętnuje jego życiowej postawy. Czy pozostawia to mnie, czy też zwyczajnie się pogubił? Znając twórczość Braine'a, a także jego życie, które nie szczędziło mu rozczarowań i ostatecznie strąciło go w zapomnienie mam tutaj wątpliwość, która w odbiorze "Wiekiej kariery" nie pomaga.
Johna Braine'a określa się jako jednego z brytyjskich "młodych gniewnych". Buntował się przeciwko społecznemu rozwarstwieniu i przeciwko zepsuciu klasy średniej. Tyle mniej więcej można wyczytać z jego biografii. Rzeczywistość jaką znalazłem w jego najważniejszej i debiutanckiej książce zaskoczyła mnie. Spodziewałem się, że swoje życiowe idee włoży Braine w usta mądrego,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoją uwagę przykuła najpierw okładka wydania PIW-owskiego z 1973 roku - fragment komiksowego obrazu Roy'a Lichtensteina (1923-1997). Po "Wielkiej karierze" spodziewałem się czegoś podobnego, jak na okładce - dzieła wściekle pop-artowego, o jaskrawych barwach, burzącego schematy i parodiującego. I jest tak, ale tylko do pewnego stopnia. John Braine (1922-1986),zaliczany do nurtu tzw. "Młodych Gniewnych" przedstawia w swojej debiutanckiej (1957, wyd. polskie 1960) książce świat bohaterów bardzo specyficznych, nieskomplikowanych. Postacie "Wielkiej kariery" wydają się nieskalane jakąkolwiek głębią czy psychologią. Zdają się na każdym kroku podkreślać, że "stan określa byt", a w słynnej alternatywie Fromma zdecydowanie opowiadają się po stronie "mieć". Joe Lampton, główny bohater powieści jest scharakteryzowany jako "piękny, nieskomplikowany brutal" o "małym, bydlęcym, prowincjonalnym móżdżku", choć on sam porównuje się raczej do luksusowego samochodu, który stoi twardo na ziemi i nie ima się go ani deszcz, ani żadne załamanie. Mówi o sobie: "Jestem dziełem moich własnych rąk", dlatego też marzy o zrobieniu kariery po trupach, nawet kosztem udawania miłości. ("Zuzanna nie była dla mnie Zuzanną, lecz ślicznotką kategorii A, córką właściciela fabryki i sposobem na zdobycie klucza do sezamu moich ambicji") (...)
"Wielka kariera" to zwykła literatura obyczajowa, z pretensjami do bycia portretem ówczesnego brytyjskiego społeczeństwa klasy średniej. Dosyć przewidywalna, jednak tu i ówdzie prześwituje dobry, ironiczny zmysł narracji autora. I dlatego, moim zdaniem da się ją doczytać do końca, (dlatego też z pewnością sięgnę po dalszy ciąg perypetii Lamptona - "Wspaniałe życie"),mimo iż proza ta, dziś już blisko 60-letnia, zestarzała się galopująco. Choć zdziwiło mnie to na początku, wydaje się, że rację miał autor opisu powieści na okładce z 1973 roku, pisząc: "Braine nie jest pisarzem o wielkich ambicjach intelektualnych i główną wartością jego książek jest autentyzm obserwacji i aktualność poruszanych problemów".
Na koniec krótka refleksja edytorska. Zaglądnąłem na ostatnią stronę wspominanego tu już wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1973 roku, tam zazwyczaj w tamtych latach podawany był nakład publikacji. Tak było i tym razem - czytam: 50 000 + 290 egzemplarzy. "Wielka kariera" to z pewnością literatura klasy co najwyżej średniej. Dziś, w takich nakładach nie wydaje się już nawet arcydzieł.
Moją uwagę przykuła najpierw okładka wydania PIW-owskiego z 1973 roku - fragment komiksowego obrazu Roy'a Lichtensteina (1923-1997). Po "Wielkiej karierze" spodziewałem się czegoś podobnego, jak na okładce - dzieła wściekle pop-artowego, o jaskrawych barwach, burzącego schematy i parodiującego. I jest tak, ale tylko do pewnego stopnia. John Braine (1922-1986),zaliczany do...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDyskretna ironia, szorstki język, realistycznie oddana psychika głównego bohatera, brak zbędnych opisów, dłużyzn, brak hamletyzowania.
Sądzę, że "Wielka kariera" może być remedium dla osób znudzonych książkami z rozwlekłymi opisami nieistotnych przemyśleń głównego bohatera i snutymi przez autorów nużącymi filozoficznymi refleksjami na tematy wszelakie.
Dyskretna ironia, szorstki język, realistycznie oddana psychika głównego bohatera, brak zbędnych opisów, dłużyzn, brak hamletyzowania.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSądzę, że "Wielka kariera" może być remedium dla osób znudzonych książkami z rozwlekłymi opisami nieistotnych przemyśleń głównego bohatera i snutymi przez autorów nużącymi filozoficznymi refleksjami na tematy wszelakie.