Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945

Okładka książki Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945 autora Arno Giese, 9788381194648
Okładka książki Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945
Arno Giese Wydawnictwo: Psychoskok reportaż
582 str. 9 godz. 42 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Data wydania:
2019-05-05
Data 1. wyd. pol.:
2019-05-05
Liczba stron:
582
Czas czytania
9 godz. 42 min.
Język:
polski
ISBN:
9788381194648
Średnia ocen

8,1 8,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945

Średnia ocen
8,1 / 10
12 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945

avatar
602
259

Na półkach:

Dałabym 10 gwiazdek, ale w ujęciu literackim chyba nie spełnia kryterium arcydzieła. Temat książki to już zasługuje na najwyższą ocenę. Autor jest Pilaninem a ja mieszkam w północnej Wielkopolsce to silnie ona do mnie przemawia. Najbardziej cenne są tu omówienia panu " Generalplan Ost, GPO) – nazistowski plan osiedleńczy i germanizacyjny terytoriów Europy Środkowo-Wschodniej i Wschodniej, położonych na wschód od granicy III Rzeszy sprzed września 1939". Wstrząsające są też przetłumaczone przez autora ściśle tajne (wtedy) dokumenty i pisma uściślające w/w plan. Te dotyczące Wielkopolski, która została włączona do Rzeszy w czasie wojny dziwią i szokują. Bardzo potrzebna książka. Bardzo polecam.

Dałabym 10 gwiazdek, ale w ujęciu literackim chyba nie spełnia kryterium arcydzieła. Temat książki to już zasługuje na najwyższą ocenę. Autor jest Pilaninem a ja mieszkam w północnej Wielkopolsce to silnie ona do mnie przemawia. Najbardziej cenne są tu omówienia panu " Generalplan Ost, GPO) – nazistowski plan osiedleńczy i germanizacyjny terytoriów Europy...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1454
1428

Na półkach: , , , ,

Prawdziwe dzieło sztuki. Żywa historia, prawdziwe fakty, reportaż. Poszerzenie wiedzy ogólnej na wielu przykładach o Polakach na robotach przymusowych w latach 1939-1945 .
Jest to olbrzymie uzupełnienie książki Anny Augustyniak ,, Na targu niewolników trzeciej Rzeszy’’.
Rzeczywisty ikonograficzny dokument o ludziach, którzy przeszli obozy pracy i obozy koncentracyjne utworzone przez hitlerowców oraz o tych, którym przeżyć się nie udało...

"W tak przełomowych czasach dla Europy, wszystkie moje aktywności publicystyczne i charytatywne, składam na ołtarzu polsko-niemieckiego pojednania".
Arno Giese.

,,Byłym polskim niewolnikom z literą „P”, robotnikom przymusowym z lat 1939-1945 opracowanie to poświęcam. Proszę przyjąć je jako moje osobiste przeprosiny wszystkich pokrzywdzonych przez ociemniałych hitlerowską ideologią ludobójstwa przedstawicieli mojego Narodu’’.
Arno Giese.

Niewinni ludzie wywożeni do Niemiec i zmuszeni często do niewolniczej pracy. Naziści uzyskiwali tanią siłę roboczą dla przemysłu i rolnictwa oraz przyczyniali się do masowej zagłady określonych grup ludności z terenów okupowanych. Największą grupę uciskanych stanowili Polacy i oni też byli najgorzej traktowani. Wywożeni Polacy byli niewolnikami . Naszywka z literą P oznaczała jako podczłowieka, który ma nieograniczony czas pracy i żadnych praw. Każdy naznaczony był przymuszony do katorżniczej, ponad siły pracy, nieludzko traktowany, upodlony, poniżony, w chłodzie, głodzie i chorobach, karany za najdrobniejsze przewinienie w bestialski sposób, traktowany jak przedmiot , który ma być wykorzystywany aż do całkowitego zużycia.

Arno Giese – urodzony 24 sierpnia 1941 roku w Pile /Schneidemühl/, gdzie też spędził swoje dzieciństwo. Czasowo od roku 1956 mieszkał na Śląsku, skąd wrócił do Piły w roku 1960.
W listopadzie 1978 roku wyemigrował do Niemiec w ramach akcji łączenia rodzin. Mieszka w Bad Tölz w Bawarii. Z zamiłowania publicysta i fotoreporter. Współpracuje z prasą polonijną w Stanach Zjednoczonych, Anglii i w Niemczech. Żonaty, żona Barbara Polka, troje dzieci .

On sam przyznaje ,że nie jest to łatwa dla niego książka.
Autor włożył w tę publikację całe pokłady wnikliwej pracy, przeszukiwania archiwów, dokumentacji itp.
Dodatkowo nam tego dostarcza , poszerzając o ten cały wkład związany z przedrukami, artykułami, dokumentami, skanami, mapami, fotografiami i to nie tylko z archiwów ogólnodostępnych ale zbiorów prywatnych. Dokumenty częściowo przedstawione zostały w oryginalnym języku, jak i przetłumaczone na język polski. Są to opisy wojskowych, akta, dzienniki, notatki i ustawy niemieckie z tamtych czasów, które uciekający zbrodniarze próbowali zniszczyć lub ukryć.
Giese pisząc książkę, korzystał z opracowań i przemyśleń wielu autorów, których wymienił w bibliografii.
Książka składa się z piętnastu rozdziałów historii polsko-niemieckiej od czasów przedwojennych aż do współczesnych.

Autor zadaje sobie i czytelnikom pytanie, jak to możliwe ,że tak wysoko ucywilizowany kraj poddał się hitlerowskiej doktrynie i mógł dopuścić się tak okropnych czynów ludobójstwa.
Mimo ,że książka jest naprawdę gruba , podane niebotyczne ilości faktów, udokumentowanie ,przedstawienie sytuacji politycznej, społecznej i ideologicznej, interpretacja , to autor nie może znaleźć sam na to pytanie odpowiedzi.

,,Napisałem tę książkę, ponieważ uważam, że w mojej Ojczyźnie tematyka wojny i okupacji ciągle jeszcze pozostaje wstydliwym tabu. To właśnie dlatego, kierując się historycznym nakazem oraz swego rodzaju futurologiczną potrzebą, czuję się w obowiązku przekazania przyszłym pokoleniom prawdy o tym wszystkim’’.
A. Giese.

Polecam!
Książka ma bardzo charakter wymowny, wydźwięk historyczny. Napisana pięknym przemawiającym językiem. Jest to wspaniała publikacja.
Temat ciężki jak wiadomo, ale nie można zapominać o tym.
Oby to już nigdy się nie powtórzyło.

Prawdziwe dzieło sztuki. Żywa historia, prawdziwe fakty, reportaż. Poszerzenie wiedzy ogólnej na wielu przykładach o Polakach na robotach przymusowych w latach 1939-1945 .
Jest to olbrzymie uzupełnienie książki Anny Augustyniak ,, Na targu niewolników trzeciej Rzeszy’’.
Rzeczywisty ikonograficzny dokument o ludziach, którzy przeszli obozy pracy i obozy koncentracyjne...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
948
747

Na półkach: , ,

Arno Giese w swojej książce Niewolnicy III Rzeszy z literą P porusza bardzo trudne tematy, dotyczące nie tylko obozów pracy i obozów koncentracyjnych utworzonych przez hitlerowców, ale również próbę rozliczenia się z przeszłością, tematy zadośćuczynienia i odszkodowań dla tych, którzy przeżyli to piekło i miejsc pamięci, będących tak ważnym elementem historii.
Jakże trudno dziś uwierzyć, że to wszystko, o czym wspominają ci, którzy przeżyli wojnę, okupację i tułaczkę po obozach, mogło wydarzyć się naprawdę… A jednak, zbrodnie przeciwko ludzkości – tak nazwano wydarzenia tamtych czasów… Jednak czy wszyscy, którzy dopuścili się tych niewyobrażalnych zbrodni zostali ukarani? Zapewne nie, bo częstokroć tylko mając w ręku karabin, a przed sobą bezbronnego człowieka, tylko wówczas, potrafili dowodzić swojej „odwagi”… A gdy pozbawiono ich ochrony pobratymców i wsparcia chorego systemu władzy, pochowali się w norach, nie mając odwagi stanąć twarzą w twarz ze swoimi ofiarami… Jednak ofiary nie zamilkły… i nie milczą nadal. Tak wiele dokumentów, które obnażyły prawdziwą twarz Hitlera i jego współpracowników, wiele zeznań, opowieści, wspomnień. Tabele, liczby, a przede wszystkim mogiły, które w wielu przypadkach nawet nie zostały odnalezione… To wszystko opowiada historię tych czasów. Jednak to nie statystyki, choć liczby w nich ukazane są zatrważające, najbardziej trafiają do serc ludzkich…
W niniejszej publikacji znalazło się wiele przedruków i tłumaczeń dokumentów, wiele wykazów i jakże ważnych z historycznego punktu widzenia aktów, ale tym, co wywołuje łzy wzruszenia są wspomnienia ludzi, którzy opowiadają własne historie. Tyle w nich emocji, uczuć, czasem strachu i bólu, a jednak bije od nich ciepło. Brak w nich nienawiści… jest tylko żal, smutek i ból, ale także nadzieja na lepsze jutro. Niezwykle urzekająca i zaskakująca jest postawa starszej kobiety, która napisała list do przesiedleńców niemieckich, narzekających na złe warunki i traktowanie podczas wysiedlenia ich z terenów polskich. Nie mniej emocji wywołuje opowieść żołnierza z Westerplatte, który dziś mieszka na wprost żołnierza niemieckiego, służącego wówczas na okręcie ostrzeliwującym broniących Westerplatte. Ci ludzie naprawdę pokazują, co w życiu jest ważne…
Przybliżono tu również sylwetki bestialskich kobiet, które współpracowały z Hitlerem, zaprezentowano dokumenty potwierdzające prawdziwe powody tak nieludzkiego traktowania Polaków, obnażające kłamstwa serwowane zarówno własnym pobratymcom, jak również światowej opinii publicznej, o rzekomych atakach ludności polskiej na III Rzeszę i działaniach mających tylko na celu ochronę przed agresorami polskimi. Podano liczby, które świadczą o nierównym traktowaniu ofiar III Rzeszy pochodzenia polskiego i innych narodowości, a także historie polskich dzieci, które miały podlegać całkowitemu zniemczeniu i wynarodowieniu poprzez zabieranie ich z polskich rodzin i pozbawianie kontaktu z polskością.
Jednak można znaleźć wśród tych opowieści również pozytywne aspekty i historie Niemców, którzy, pomimo reżimu hitlerowskiego, nadal pozostali ludźmi, i o których sami Polacy mówią, że traktowali ich dobrze, częstokroć narażając samych siebie na konsekwencje w przypadku, gdy władze dowiadywały się o ich działaniach niezgodnych z duchem hitleryzmu i rozporządzeniami, mającymi na celu całkowite upodlenie i zniszczenie wszystkich Polaków.
To książka, którą powinien przeczytać każdy młody człowiek, aby choćby spróbować poznać część historii swojego kraju i losów Polaków, którym przyszło żyć i walczyć w tamtych czasach. Ale też jest to doskonała pozycja dla tych, którzy dziś, z niewyobrażalnie bardziej błahych powodów, pielęgnują w sobie nienawiść do mieszkańców Niemiec… Może historie tych, którzy potrafili uporać się z uczuciem nienawiści, pomimo ogromu cierpień i bólu, jakiego doświadczyli przez III Rzeszę, pozwolą spojrzeć nieco inaczej na te sprawy, które wciąż można rozwiązać, budując relacje na zasadzie pamięci, zadośćuczynienia, prawdy, ale i przebaczenia, które pozwala pójść dalej…

Arno Giese w swojej książce Niewolnicy III Rzeszy z literą P porusza bardzo trudne tematy, dotyczące nie tylko obozów pracy i obozów koncentracyjnych utworzonych przez hitlerowców, ale również próbę rozliczenia się z przeszłością, tematy zadośćuczynienia i odszkodowań dla tych, którzy przeżyli to piekło i miejsc pamięci, będących tak ważnym elementem historii.
Jakże trudno...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

40 użytkowników ma tytuł Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945 na półkach głównych
  • 28
  • 12
11 użytkowników ma tytuł Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945 na półkach dodatkowych
  • 4
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945

Inne książki autora

Arno Giese
Arno Giese
Arno Giese – urodzony 24 sierpnia 1941 roku w Pile (Schneidemühl),gdzie też spędził swoje dzieciństwo. Czasowo od roku 1956 mieszkał na Śląsku, skąd wrócił do Piły w roku 1960. W listopadzie 1978 roku wyemigrował do Niemiec w ramach akcji łączenia rodzin. Mieszka w Bad Tölz na Bawarii. Z zamiłowania publicysta i fotoreporter zrzeszony w Association Polonaise des Auteurs, Jurnalistes et Traducteurs en Europae (Stowarzyszenie Polskich Autorów Dziennikarzy i Tłumaczy w Europie) z siedzibą w Paryżu. Korespondent polskiej prasy emigracyjnej w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji i na Litwie. Specjalizujący się w tematyce religijnej, ze szczególnym uwzględnieniem kultu maryjnego w sanktuariach nie tylko polskich. Nie stroni jednak od tematyki politycznej, kulturalnej, gospodarczej i socjalno-społecznej. Dokumentalista historii Polonii niemieckiej. Posiada w swoich prywatnych zbiorach około 30 tysięcy zdjęć dokumentujących historię ostatniego 20-lecia Polonii oraz polskich służb dyplomatycznych i konsularnych w Niemczech. Inicjator powstania Polskiej Misji Katolickiej w Bonn obejmującej polskojęzycznym duszpasterstwem kościoły w Brühl, Euskirchen, Troisdorf, Bad Honnef i Bonn, w której organizował życie kulturalne Polonii niemieckiej a m.in. zabawy, spotkania dla dorosłych, wieczory muzyczno-poetyckie, rekolekcje i odczyty oraz kursy nauki języka niemieckiego. Debiut dziennikarski: Moja rzymska przygoda – spotkanie z Ojcem Świętym, „Głos Katolicki” (Paryż) 1986 rok. Autor licznych publikacji i korespondent czasopism: „Nasze Słowo” „Zbliżenia-Annährungen” „Exodus” „Info&Tips” „AP-GEW” „Samo Życie” „Dialog” „Fakty” „Głos Polski” – Niemcy, „Kurier Wileński” „Nasz Czas” „Magazyn Wileński” – Litwa, „Gazeta Niedzielna” – Anglia, „White Eagle-Biały Orzeł” „Nowy Dziennik” – U.S.A., „Tygodnik Pilski” „Wprost” „Bandera” „Żołnierz Polski” „Forum Polonijne” „Polska Zbrojna” „Nasza Polska” „Tygodnik Polski” „Wspólnota Polska” „KALEIDOSCOPE” – Polska. Autor „Krynicy Łask” Radom (1997) – monografii o Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia Pani i Królowej Ziemi Radomskiej w Starej Błotnicy. Autor „Na ołtarzu ojczyzny” Pelplin (2001) – biografii siedmiu Polaków, których losy rzuciły na różne fronty II wojny światowej i powojennej Polski, którzy wykazali niesamowity hart ducha i dla obrony honoru, wolności i tożsamości narodowej nie zawahali się i życie swe składali na ołtarzu miłości Ojczyzny. W pierwszym tomie „Królowa narodu” Pelplin (2000) (z tej serii zaplanowanych jest 11 tomów pod wspólnym tytułem „Królowa narodu”) przedstawił monografie czterech wybranych sanktuariów maryjnych Pomorza oraz historię kultu i czci Matki Bożej Łaskawej z kościoła Ormian polskich w Stanisławowie – obecnie w kościele św. Piotra i Pawła w Gdańsku. Drugi tom „ Królowej narodu - Strażnica katolicyzmu” Pelplin (2002) to monografia Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Skrzatuszu, Pani i Królowej Ziemi Wałecko-Pilskiej. Najstarszego tradycyjnie sanktuarium diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Autor „Kuriera kardynała” Pelplin (2004) – jest to niezwykła historia uratowania przez sierżanta Wehrmachtu w noc z 18 na 19 lipca 1941 roku przed zniszczeniem i zbezczeszczeniem relikwii św. Wojciecha w Gnieźnie. Bohater tej książki Urban Thelen, były tajny kurier kadr. Adolfa Bertrama z Wrocławia uratował także życie poszukiwanemu przez Gestapo ks. Janowi Michalskiemu –późniejszemu sufraganowi gnieźnieńskiemu, ale nie tylko jemu. Książka zawiera także skróconą historię Archidiecezji Gnieźnieńskiej, Rektoratu Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech a także historię powstania Polskiej Misji Katolickiej w Akwizgranie (Aachen) oraz Polskiej Misji Katolickiej w Kleve. W niecały rok później dokonano drugiego wydania „Kurier kardynała – Der Kurier des Kardinals”, Wydawca – Fundacja „Semper Silesia-Tradycja Narodów Wspólnym Dziedzictwem”, Katowice 2005. Drugie wydanie zostało powiększone o rozdziały: - Posłowie - Pamiętnik wspomnień Urbana Thelen – uzupełnienia - Prasowe echa promocji „Kuriera kardynała Drugie wydanie ukazało się w wersji dwujęzycznej, w jednym egzemplarzu po polsku i po niemiecku. "Wydanie "Kuriera Kardynała" przez fundację "Semper Silesia - Tradycja narodów wspólnym dziedzictwem" stało się możliwe dzięki pomocy i zrozumieniu osób oraz instytucji, dla których ważne i bliskie jest polsko-niemieckie pojednanie. Ponieważ zaangażowanie to dotyczy zarównoPolaków jak i Niemców, z satysfakcją możemy powoiedzieć, że sam ten fakt jest cząstką naszego pojednania. Oddajemy w Państwa ręce książkę dwujęzyczną by w ten sposób symbolicznie podkreślić wspólność dziedzictwa naszych narodów. - Prezes Fundacji Semper Silesia Jan Zając." W trzecim tomie „Królowej Narodu“ przedstawił sanktuaria Ziemi Warmińskiej w Stoczku Warmińskim, Gietrzwałdzie oraz w Świętej Lipce ponadto w Niemczech w Neviges i w Kevelaer oraz w Banneux w Belgii. Tom IV "Królowej Narodu" to monografia Sanktuarium Matki Bożej Rokitniańskiej. Autor odpowiada również na pytanie skąd wziął się tytuł "Królowa Polski" i kto pierwszy zarządał rozsławiania nim imienia Najświętszej Marii Panny. Współautor książki pt. „20 lat wspólnej drogi” – historia powstania Polskiej Misji Katolickiej w Bonn – praca zbiorowa pod redakcja ks. dr Tadeusza Talika TChr., Druk: GRAPUS Sp. z o.o. Szczecin 2007 W tomie piątym „Królowej Narodu”, Pelplin 2008, autor przedstawił monografie sanktuariów maryjnych Archidiecezji Poznańskiej w Gostyniu, Borku Wielkopolskim i w Wieleniu Zaobrzańskim. Tom VI „Królowej Narodu”, Pelplin 2008, zawiera monografie sanktuariów maryjnych Diecezji Radomskiej w Starej Błotnicy, Skrzyńsku i w Studziannie. W tomie siódmym „Królowej Narodu”, Wydawnictwo „Bernardinum”, Pelplin 2009, autor przedstawił monografie sanktuariów maryjnych na północno-wschodnich rubieżach Polski, w Sanktuarium Matki Bożej w Różanymstoku – Archidiecezja Białostocka oraz Sanktuarium Matki Boskiej Hodyszewskiej w Hodyszewie – Diecezja Łomżyńska. W tomie ósmym „Królowej Narodu”, Wydawnictwo „Bernardinum”, Pelplin 2009, autor przedstawił monografie Sanktuariów Maryjnych Dziecezji Siedleckiej. Sanktuarium Matki Bożej - Królowej Pokoju Patronki Żołnierzy Września w Woli Gułowskiej, Opiekunki Podlasia Pani w Kamiennym Portrecie w Leśnej Podlaskiej. Ponadto autor umieścił w tym tomie także wspomnienia z pielgrzymki do Sanktuarium Matki Bożej w Lourdes oraz do Ziemi Świętej. W tomie dziewiątym „Królowej Narodu”, Wydawnictwo „Bernardinum”, Pelplin 2010, autor przedstawił monografię Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej - Królowej i Matki Podlasia, oraz Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie - Portugalia. W publikacji tej Arno Giese przedstawił także odpis książki „Niepokalana Królowa Polski”, autorstwa Józefa Stanisława Pietrzaka, która wydana została 26 kwietnia 1926 roku w Krakowie. Za swoją twórczość publicystyczną, działalność charytatywną oraz pracę na rzecz niemiecko-polskiego pojednania został w dniu 20 kwietnia 2007 roku wyróżniony przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Odznaczenie wręczone zostało w Konsulacie Generalnym Rzeczypospolitej Polskiej w Kolonii w dniu 21 września 2007 roku przez Konsula Generalnego RP Andrzeja Kaczorowskiego. Obecnie współpracuje z prasą polonijną w Stanach Zjednoczonych, Anglii i w Niemczech. Żonaty, żona Barbara Polka, troje dzieci. Moja rzymska przygoda Każdy, kto choć jeden raz spotkał się ze świętej pamięci Papieżem Janem Pawłem II, z pewnością do końca swoich dni będzie dziękował Opatrzności Bożej za tę radosną chwilę, za łaskę dostąpienia tego zaszczytu i niezwykłego wyróżnienia. A cóż ja mam powiedzieć? Jak dziękować Panu Bogu za te moje pięciokrotne spotkania? Jak dziękować za to, że te spotkania tak diametralnie odmieniły moje życie? Jak dziękować za to, że dzięki Niemu, dzięki tym spotkaniom zostałem autorem kilku książek, stałem się publicystą i fotoreporterem? Pierwszy raz, w bliskości tego Wielkiego i Świętego człowieka znalazłem się 15 listopada 1980 roku, podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Niemiec. Pamiętam, wybrałem się tego dnia na dworzec kolejowy w Brühl. Wiedziałem, że Ojciec święty przyjedzie tam z Bonn pociągiem, aby spotkać się z czołowymi politykami rządu niemieckiego i korpusem dyplomatycznym akredytowanym w Niemczech oraz ważnymi osobistościami z różnych dziedzin życia kraju. Spotkanie odbywało się w miejscowym pałacu (Schloß Augustusburg, Brühl),którego fundatorem był wnuk Jana III Sobieskiego Klemens August. Honory pana na zamku pełnił ówczesny prezydent Niemiec Karl Carstens. Do dzisiaj zastanawiam się nad tym, dlaczego wówczas przyłączyłem się do grupy oczekujących tam Polaków. Pociąg podjechał bezszelestnie. Papież przeszedł przez peron i zbliżał się do oczekującego go samochodu. Zaczęliśmy bardzo głośno skandować: witamy Cię, Ojcze święty, witamy Cię, Ojcze święty!... Usłyszał nas. Zwrócił się w naszą stronę, pokiwał nam ręką i wsiadł do samochodu, oczekującego tuż przy wyjściu. Dojechał nim do odległego o około 400 metrów pałacu. Postanowiliśmy czekać przy dworcu, aż skończy się spotkanie. Czas oczekiwania skracaliśmy sobie śpiewaniem różnych polskich pieśni kościelnych. Wzbudzało to ogromne zainteresowanie zgromadzonych tam ludzi. Chyba dzięki temu śpiewaniu nasza grupka, licząca początkowo kilka osób, urosła do ponad dwudziestu. Powoli zaczynał kończyć się nam repertuar, ale na szczęście otrzymaliśmy sygnał, że Papież wraca do pociągu. Samochód wiozący Papieża zatrzymał się tym razem około 10 metrów od wejścia na dworzec. Znowu, jak przedtem, zaczęliśmy głośno skandować. Papież podszedł do naszej grupy, pobłogosławił i niektórzy z nas dostąpili zaszczytu uściśnięcia Jego dłoni. Potem skierował się do pociągu. Kiedy już był w środku, kazał sobie otworzyć okno, wychylił się z niego i zwracając się w naszą stronę kiwał nam ręką aż do odjazdu pociągu. Tymczasem my ze łzami szczęścia i radości w oczach, wpadliśmy sobie w ramiona i tak nawiązała się przyjaźń, która z niektórymi „od tamtego dnia” trwa do dzisiaj. Natomiast dla mnie był to dzień początku mojej aktywności na rzecz niemiecko-polskiego pojednania, mojego osobistego: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Właśnie tam, przy tym dworcu, w grupie Polaków po raz pierwszy w swoim trzydziestodziewięcioletnim (wówczas) życiu uświadomiłem sobie tak naprawdę, co to znaczy, jak pojmować i realizować chrześcijańską miłość bliźniego. Zrozumiałem także, jak wielką szansą dla wzajemnego dialogu między ludźmi różnych narodowości jest stałe odwoływanie się do nieprzemijających wartości cywilizacji, którymi były, są i będą: - kultura grecka - prawo rzymskie i chrześcijańskie miłosierdzie. Następnego dnia doznałem podobnych przeżyć. Pojechałem autobusem z grupą Polaków z Polskiej Misji Katolickiej (PMK) w Kolonii do Mainz (Moguncja) na spotkanie Jana Pawła II z Polonią Niemiecką. Spotkanie odbywało się na tamtejszym lotnisku. Mieliśmy miejsce blisko ołtarza. Minęło pięć lat, odkąd jeździliśmy na Msze św. polskojęzyczne do kościoła sióstr Klarysek w Kolonii. Pod koniec 1984 roku dochodzi nas smutna wiadomość; nasz ukochany ksiądz proboszcz i wspaniały duszpasterz, który współbudował podwaliny pod PMK w Kolonii, ks. Władysław Hoffmann przechodzi do pracy duszpasterskiej w Essen. W styczniu przejmuje kolońską misję ks. Głowacki. Po Mszy św. pożegnalnej ks. Hoffmanna zwróciłem się do niego słowami: „Szanowny księże…, kupując ten bukiet kwiatów, zważałem na to, aby były takie, które mają dużo rozwiniętych kwiatów i pąków. Te kwiaty, te pąki, symbolizują nasze bijące dla Ciebie serca. Ten drugi, taki sam bukiet to nasze otwarte serca dla księdza Ryszarda Głowackiego… W półtora roku później powiedziałem podczas Mszy św. odprawianej przez ks. Hoffmanna z okazji 30-lecia jego kapłaństwa: „Księże Jubilacie… byłeś dla nas ojcem, zostawiłeś nam brata!”. Przyjście ks. Ryszarda jeszcze bardziej wciągnęło mnie w życie tej polskiej gromady. Ks. Ryszard zaproponował kilku osobom czytanie lekcji. Wśród nich byłem i ja. Zostałem kantorem i lektorem. Stałem się jednym z aktywniejszych współpracowników ks. Ryszarda. Nieraz sam się sobie dziwiłem. Tyle lat starałem się o przesiedlenie z Polski do Niemiec, a kiedy się tam znalazłem, rzuciłem się w wir pracy na rzecz Polskiej Misji Katolickiej!? Mniej więcej w maju 1985 roku, ks. Ryszard zwrócił się do mnie z propozycją: Arno, znajdujemy się w miejscu, skąd blisko do najsłynniejszych sanktuariów europejskich, ale nie tylko. Chciałbym, abyśmy zaczęli pielgrzymowanie do tych miejsc. Jako pierwszy cel naszej pielgrzymki wybrałem Wieczne Miasto. Czy pomożesz mi w organizacji? Zaskoczył mnie. Ale też natychmiast wyraziłem zgodę. Zaczęliśmy przygotowywać pielgrzymkę do Rzymu, a termin realizacji wypadł na październik 1985 r. Jeszcze w fazie przygotowań zastanawialiśmy się z ks. Ryszardem, jaki prezent zawieźć Papieżowi. Mieliśmy różne pomysły. Ks. Ryszard myślał o panoramie Kolonii. Jednak nie znaleźliśmy nic, co odpowiadało majestatowi Papieża. Potem chcieliśmy zawieźć kawałek kamiennej rzeźby z katedry kolońskiej. Byliśmy nawet u majstra zakładu kamieniarskiego, zajmującego się renowacją katedry. Jednak najlżejszy fragment jaki miał ważył 500 kg i przerastał nasze siły. W końcu ks. Ryszard zaproponował, abyśmy zawieźli w darze beczkę piwa kolońskiego. Usiadłem za biurkiem na plebanii i dzwoniłem do 17-tu kolońskich browarów, mówiąc za każdym razem to samo: Proszę pana (pani) jedziemy z pielgrzymką do Rzymu i chcielibyśmy Ojcu św. sprezentować beczkę piwa. Czy w waszym magazynie macie może jakąś reprezentacyjną, nadającą się na ten cel beczkę? Co ja się tam nasłuchałem… Najlżejszy epitet, którym mnie wówczas obdarzono było: idiota! Po którymś tam telefonie miałem wrażenie, że popełniam jakieś przestępstwo. Ale i to nas nie zniechęciło. U handlarza napojami kupiłem beczkę znanego kolońskiego browaru, który na swoich wyrobach ma kolory Kolonii, a więc czerwono-biały. A jak się to odwróci, to wychodzą polskie barwy narodowe. To było głównym powodem, że zdecydowaliśmy się właśnie na taką. Ponadto sprzedawca zaoferował mi nową beczkę oraz przetrzymanie jej w chłodni do chwili odjazdu. W niedzielę 20 października 1985 roku o godzinie 16.13 dwoma autobusami wyruszyliśmy w pielgrzymi szlak do Wiecznego Miasta, do Rzymu. Przyznaje, że kiedy autobus opuszczał Kolonię, nawet nie podejrzewałem, że oto zaczęła się dla mnie droga, którą później nazwę Wielką Przygodą. Nie wiedziałem, że jadę na spotkanie z człowiekiem, po którym to spotkaniu zmieni się moje życie. Po którym już tak na stałe pracował będę na rzecz niemiecko - polskiego pojednania. Po którym stanę się publicystą i fotoreporterem. Po którym współtworzył będę Polską Misję Katolicką w Bonn. Jednak jak do tego doszło i jak to się stało, dowiecie się państwo z cytowanych poniżej fragmentów mojej publikacji opisującej tę pielgrzymkę. Z publikacji, która była moim debiutem, która była początkiem wszystkiego, co po tej pielgrzymce nastąpiło Dzień drugi Wtorek. Jedziemy na Monte Cassino (…)Zaczyna się jazda do góry w kierunku Opactwa. Droga - serpentyna wznosi się na skraju wzgórza i ma około 9 km długości. Im wyżej, tym straszniejszy zaczyna być widok na roztaczającą się pod nami przepaść. Ludzie odsuwają się z przestrachem od szyb autobusu. Każdy stara się nie patrzeć w dół. Brr… (…)Jesteśmy u góry. Zwiedzamy odbudowany klasztor i kościół, który niepotrzebnie zbombardowali Amerykanie. (…)Podziwiamy malowidła i nagle dolatuje nas gdzieś z oddali… „Z dawna Polski Tyś Królową Maryjo”. Patrzymy po sobie. Obserwuję naszą grupę. Mam wrażenie, że przechodzi przez nią jakiś niewidzialny dreszcz. Wszyscy, jak na komendę, odwracają się w kierunku dolatującego śpiewu. „Ty za nami przemów słowo, Maryjo”… zaczynamy iść coraz szybciej. Wszyscy jakby w transie, niezależnie od swojej woli, śpiewają… „Ociemniałym podaj rękę…” Ludziom robią się miękkie głosy, odzywa się polska dusza… „Niewytrwałym skracaj mękę” – śpiewamy coraz głośniej, - „Twe Królestwo weź w porękę Maryjo!” Jesteśmy u źródła. To polska pielgrzymka z biskupem warmińskim na czele ma Mszę św. w kościele. Po Ewangelii udaliśmy się na dalsze zwiedzanie. (…) Stałem przed napisem streszczającym ostatnią wolę poległych tu Polaków: „Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”. Nagle podszedł do mnie ksiądz Ryszard mówiąc: - Arno! Wybrałem Ciebie do czytania lekcji podczas Mszy świętej, jaką odprawię na cmentarzu poległych tu żołnierzy”. Przez moment wydawało mi się, że nie dosłyszałem, pytam więc: kto? ja? – „tak ty!” Tak, bowiem moim zdaniem właśnie ty powinieneś to zrobić. Byłem oszołomiony; przypomniały mi się słowa Ewangelii o setniku, a także słowa biskupów polskich zwracających się do biskupów niemieckich słowami: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. O, wielka mądrości księdza Ryszarda! Z perspektywy czasu wydaje mi się, że było to jego osobiste, a pośrednio przeze mnie wobec Niemców, „Przebaczam…” Moje spojrzenie na księdza Ryszarda zmieniło się, znalazłem w nim duszpasterza. Stojąc wśród grobów przy ołtarzu czytałem lekcje, ale w dalszej Mszy św. nurtowała mnie już tylko jedna myśl: Jak dziwne są zrządzenia Opatrzności Boskiej… Właśnie ja, rdzenny Niemiec, biorę udział we Mszy św. ku czci poległych tutaj i na wszystkich frontach II wojny światowej Polaków. Dzień trzeci Środa. Dzisiaj o godzinie 11.30 audiencja w Auli Pawła… (…)Zbliża się nasz moment. Papież mówi: „Witam grupę pielgrzymów z Kolonii”. Zrywamy się z miejsc i trzykrotnie, ile sił w gardłach wołamy: „Witaj Ojcze święty!”. Ledwo przebrzmiał głos naszego powitania, kapłan jednej z grup pielgrzymów z Polski intonuje: „Boże coś Polskę”… Polacy zrywają się z miejsc podchwytując… „przez tak liczne wieki”. Coś ściska mi krtań. Nagle ktoś podaje mi lornetkę, widzę jak Papież ze wzruszenia ociera łzy. Nie wytrzymuję, zaczynam łkać jak dziecko, ale nie jestem sam, wszyscy płaczemy, a mimo to dalej śpiewamy hymn Alojzego Felińskiego. A kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki, cała dwunastotysięczna grupa pielgrzymów, z różnych stron świata, zrywa się z miejsc i zaczyna nam klaskać, a my wtulamy twarze w chusteczki wycierając cieknące łzy. Dzień czwarty Czwartek. Audiencja w Sali Klementyńskiej. (…)Jeszcze w fazie organizacji pielgrzymki zastanawialiśmy się z księdzem Ryszardem, co przywieźć papieżowi? (…)W końcu ksiądz Ryszard mówi: „Myślę, że tym prezentem powinniśmy zaakcentować miejsce, skąd przybywamy”. Na dzień, przed wyjazdem do Rzymu kupiliśmy więc beczkę „Früh Kölsch”. (...)Wchodzimy na audiencję prywatną dla Polaków. Policjanci włoscy są wręcz ubawieni, dowiadując się, że ta beczka piwa to prezent dla Papieża. Słyszę za sobą „Papa Birra,ha,ha,ha!” (…)Jest godzina 18.50, jesteśmy w Sali Klementyńskiej, wraz z nami około 500 osób i dwóch biskupów z Polski. (…)stoimy naprzeciw wejścia, którym będzie wchodził Papież, i tuż przy stopniach podwyższenia, na którym stanie. (…)Śpiewamy razem z nimi. Wszyscy wiedzą, że ta grupa przy stopniach to „Niemcy” z Kolonii. Obserwują nas z wyczuwalną rezerwą. Szybko jednak rejestrują naszą czystą polszczyznę. Są zdziwieni. (…)zbliża się Papież. Przestajemy śpiewać. Papież pojawia się we drzwiach i nasz wzrok spotyka się. Papież spuszcza wzrok na beczkę piwa, na jego twarzy pojawia się przez moment figlarny uśmiech. Czwartek, 24.10.1985 rok. Ojcze święty! Przywieźliśmy Ci beczkę piwa z Kolonii… Autor opracowania Arno Giese w środku. Foto: Arturo Mari Podchodzi do mikrofonu na podeście i zaczyna się audiencja. Najpierw przemówienie – przywitanie nas wszystkich. Potem krótka modlitwa i Papież intonuje Apel Jasnogórski, naturalnie wszyscy śpiewamy ile sił w gardłach. Następnie Papież mówi: „Moi drodzy Rodacy! Udzielam Wam mego papieskiego błogosławieństwa, zanieście je waszym rodzinom, krewnym, bliskim i znajomym. W Imię Ojca i Syna i Ducha świętego!” Po udzielonym błogosławieństwie podszedł do Papieża ksiądz Ryszard, przedstawił siebie i naszą grupę pielgrzymów, mówiąc jednocześnie krótko o swojej pracy duszpasterskiej w Kolonii. I teraz następuje nasz wielki moment. Na beczce stawiamy dwie firmowe szklanki i specjalne zawory do spuszczenia piwa i zbliżamy się do Papieża. Mówię: „Szczęść Boże Ojcze Święty. Przywieźliśmy Ci beczkę piwa z Kolonii. Co prawda chcieliśmy Ci przywieść kawałek naszej katedry, ale był on za ciężki”. Papież pobłogosławił nam. Postawiliśmy beczkę przed tronem papieskim i skierowaliśmy się do wyjścia. Wychodząc z Sali Klementyńskiej, otrzymaliśmy od Papieża książkę pt. „Bądź z nami w każdy czas. Modlitwa Jana Pawła II za Ojczyznę”. (…)Schodzimy na dół. Żegna nas Gwardia Szwajcarska polskim „dobranoc wam!” Dobranoc, odpowiadamy zaskoczeni i kierujemy się w stronę autobusu. (…)Wszyscy spotykamy się przed autobusem. Każdy opowiada o swoich wrażeniach. ”Proszę pana – opowiada nasz niemiecki kierowca – jeżdżę na trasie do Lourdes z pielgrzymami i zawsze biorę udział w modlitwach. Jestem tu po raz pierwszy, a przyjechałem bo nie było kierowcy. Teraz dochodzę do wniosku, że to Opatrzność mnie tu skierowała. Pan pyta o wrażenia? Panie, nawet śnić nie śmiałem, pierwszy raz w Rzymie i zaraz u Papieża. To radosne, nie potrafię wprost wyrazić swojego szczęścia”. W naszej grupie mamy panią, która, jak kierowca nie mówi po polsku. Podszedłem do niej a ona sama zaczęła mi relacjonować: „Podchodzę, całuje pierścień mówiąc po niemiecku: „Witam Cię, Ojcze święty” i odchodzę. Widać, nie zrozumiał mnie, bo pewnie spodziewał się mowy polskiej. Pociągnął mnie delikatnie za rękaw, patrząc jednocześnie pytająco w oczy. Mówię jeszcze raz po niemiecku: „Witam Cię Ojcze św.” Uśmiechnął się odpowiadając mi po niemiecku: „I ja panią witam”. Panie, czyż to nie wspaniałe? On ze mną rozmawiał po niemiecku!” W rok później pojechałem, wraz z bratem Klausem, specjalnym pociągiem do Rzymu, który zbierał osiemset pielgrzymów z całych Niemiec. Pociąg rozpoczynał swój bieg w Bremie, a my z bratem wsiedliśmy do niego w Kolonii. Pielgrzymka miała niezwykle bogaty program, który przewidywał spotkanie z Papieżem na środowej audiencji generalnej oraz spotkanie z ks. kard. Josephem Ratzingerem. Pamiętny dzień: środa 29.10. 1986 rok - moje czwarte spotkanie z Janem Pawłem II Jestem w ciemnych okularach. Po mojej lewej stronie mój brat Klaus. Foto:Arturo Mari Tymczasem liczyłem na to, że pójdziemy z bratem na czwartkową audiencję dla Polaków. Cóż robić? Poszedłem więc do polskiego ośrodka pielgrzymiego „Corda Cordi”. Siostra w biurze popatrzyła na mnie badawczo, po czym uśmiechając się, powiedziała: „Acha, to pan, ten z beczką”. Powiedziałem siostrze, że przyjechałem z bratem i chciałbym, by miał on sposobność uściśnięcia dłoni Papieża, ale w czwartek rano już wyjeżdżamy. Obiecano mi załatwić sprawę. Siostra kazała tylko przyjść w środę na godzinę przed audiencją. Przyszliśmy. Siostra zaprowadziła nas na plac św. Piotra i w sektorze blisko Papieża wskazała nam miejsca. Rozpoczęła się audiencja. Papież przyjechał na plac św. Piotra, wysiadł z samochodu i przyszedł do „naszego” sektora. Przywitaliśmy Go radośnie. Zapytał skąd jesteśmy? Brat odpowiedział, że z Piły, a ja dodałem, że z miejsca jego ostatniej podróży kajakowej, skąd pojechał na pamiętne konklawe. Wywiązała się krótka rozmowa. Widząc jednak, że ja trzymam Papieża za prawą dłoń, a brat za lewę dodałem: Ojciec święty stoi w kręgu rodziny Giese. „Rodzino Giese – odpowiedział Papież – popatrzcie, ilu Wam zazdrości. Muszę dalej. Na zakończenie tej krótkiej rozmowy mój brat powiedział: Czekają na Was, Ojcze św. w Skrzatuszu! A więc do zobaczenia w Skrzatuszu, zakończył Papież. To „A więc do zobaczenia w Skrzatuszu” jest dla mnie do dzisiaj dowodem na to, że Jan Paweł II na pewno myślał o nawiedzeniu tego Sanktuarium podczas swojej następnej pielgrzymki do Ojczyzny. Niestety, sytuacja polityczna w kraju zmusiła organizatorów III pielgrzymki (8-14 czerwca 1987 r.) Jana Pawła II do ojczyzny do zmiany pierwotnie zaproponowanego programu i trasy. Ostatni raz uczestniczyłem we mszy św. koncelebrowanej przez Jana Pawła II na stadionie w Kolonii podczas Jego Pielgrzymki do Niemiec w maju 1987 roku. Arno Giese
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Moja dzika Syberia Karolina Kozioł
Moja dzika Syberia
Karolina Kozioł
KSIAZKOWA-PRZYSTAN.BLOGSPOT.COM Refleksyjny reportaż o podróży - tej dosłownej, najdłuższą koleją świata poprzez mroźną Syberię; oraz w ujęciu metaforycznym, po meandrach ludzkiej psychiki - słabostkach, marzeniach i lękach człowieka. Odważna młoda autorka oraz podróżniczka w jednym, zabiera czytelnika w niesamowitą przygodę, podczas której nie tylko dowiemy się, jak wygląda podróż Koleją Transsyberyjską, ale również poznamy nietuzinkowych ludzi. Karolina Kozioł to polska producentka, reżyserka, aktywistka Stowarzyszenia na rzecz Praw Człowieka, aktywna członkini UNICEF. Od kilku lat kręci filmy dokumentalne m.in. o życiu w Wielkiej Brytanii, Indiach, Francji, a ostatnio Brazylii. W 2016 roku ukończyła Uniwersytet Walijski w Aberystwyth na kierunku filmowo-teatralnym. Podczas studiów otrzymała stypendium na Uniwersytet w Stanach Zjednoczonych, w stanie Ohio, gdzie otworzyła Dream Cathedra Film Studio. Studio przyniosło jej pierwsze sukcesy filmowe w USA za kampanie antybullingowe, które tworzyła. Od września 2016 roku mieszka w Londynie i uczęszcza na studia magisterskie na Uczelni Artystycznej w Londynie o kierunku telewizyjno-filmowym z językiem francuskim. Podczas studiów zaczęła współpracować z brytyjską telewizją — Channel 4. * Reportaż o rozmowach z (nie)zwykłymi ludźmi, życiu na krawędzi i o prawdziwym odrodzeniu. Podróż koleją transsyberyjską licząca ponad 9000 kilometrów. Wydawać by się mogło, że podróż pociągiem to przeżytek w dobie rozwijających się linii lotniczych. Nic bardziej mylnego. Karolina Kozioł na podstawie własnych przeżyć zdaje relację z podróży koleją transsyberyjską prowadzącą z Moskwy aż do Władywostoku. Dzięki autorce poznajemy cienie i blaski tej podróży. Każda stacja to nowa opowieść, nowy człowiek, nowe, cenne refleksje. Moja dzika Syberia to reportaż pełen wartościowych obserwacji, wzruszających historii i wiedzy praktycznej o takim sposobie przemieszczania się z dalekiego miejsca do drugiego. To droga, podczas której zmieniają się nie tylko krajobrazy, lecz także sposób patrzenia na życie. Reportaż pełen autentycznych historii, głębokich refleksji, ale także uwag technicznych, które pozwalają wgłębić się w tajniki podróżowania tym środkiem transportu. ** Reportaż to gatunek literacki, po który sięgam od święta. Myślę, że na palcach jednej ręki mogłabym zliczyć wszystkie tego typu książki, które przeczytałam w ciągu całego swojego życia. Do tej pory unikałam, ale po przeczytaniu Mojej dzikiej Syberii autorstwa Karoliny Kozioł, koniecznie będę musiała to zmienić, bowiem autorka zaszczepiła we mnie ciekawość i sympatię do tego typu publikacji. Moja dzika Syberia to książka, którą czyta się błyskawicznie - nie jest to niestety grubasek (ledwo ponad 100 stron),w dodatku wewnątrz znajdziemy sporo intrygujących zdjęć z podróży koleją Transsyberyjską. Niestety są one czarno-białe, przez co nie oddają w pełni magii wykonanych ujęć. Tematyka reportażu, jak i sposób jego wykonania wciągają czytelnika bez reszty. Karolina Kozioł nie tylko relacjonuje swą podróż, ale również zwraca uwagę na fakty historyczne. Prócz tego częstuje czytelnika sporą porcją informacji związanych z kulturą i tradycją odwiedzanych miejsc. Całość ma charakter bardzo osobisty - przez całą lekturę wyraźnie czuć obecność autorki. Nie jest ona tylko biernym obserwatorem, lecz aktywnym uczestnikiem wszystkich zdarzeń mających miejsce w reportażu. ,,Chcę poczuć, że żyję i wyciągnąć z życia całą kwintesencję." Karolina Kozioł już od pierwszych stron zaraża czytelnika swym umiłowaniem do wolności, chęcią celebrowania życia, wyciśnięcia z niego jak najwięcej. To typ człowieka, który musi być w ruchu, aby być szczęśliwym. Stabilizacja i bezpieczeństwo przegrywają z przygodą, wolnością, dzikością. Polka już na początku reportażu zdradza, że jest całkowicie uzależniona od podróżowania i towarzyszącej temu adrenaliny - już w wieku szesnastu lat odbyła swą pierwszą podróż w nieznane, i od tego czasu nie może przestać. Nie może i wcale nie chce. Tym razem celem podróży aktualnie dwudziestoczteroletniej Polki był Władywostok, rosyjskie miasto będące końcowym punktem Kolei Transsyberyjskiej. Karolina Kozioł startuje z Londynu, następnie przemieszcza się do Moskwy, gdzie wraz z przyjaciółką Lizą rozpoczyna podróż przez mroźną Syberię. Kolej Transsyberyjska obejmuje ponad 9000 kilometrów. Główny szlak (Moskwa - Władywostok) prowadzi przez Niżny Nowogród, Perm, Jekaterynburg, Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck, Ułan Ude i Czytę. W trakcie podróży pasażerowie przekraczają 8 stref czasowych, a zanim dotrą z Moskwy do Władywostoku minie 6 dni. Autorka wyposaża czytelnika w praktyczną wiedzę dotyczącą podróży Koleją Transsyberyjską, przez co Moja dzika Syberia z pewnością przyda się osobom, które takową podróż planuję. W trakcie podróży Karolina Kozioł poznaje nietypowych ludzi - mężczyznę-lwa, chłopca o wielkich marzeniach, Amerykanina uczącego swego języka w Rosji, czy młodego mężczyznę pogrążonego w żałobie. Każda z osób posiada swoją unikalną i wzruszającą historię, która zmusza czytelnika do kontemplacji oraz zwrócenia uwagi na aktualne problemy naszego świata. Najmocniej trafiła do mnie historia Andrewa - nauczyciela języka angielskiego pochodzącego ze Stanów Zjednoczonych. Mężczyzna pomimo napiętej sytuacji politycznej na linii Rosja - USA odważył się spełniać swe marzenie, jakim było nauczanie języka angielskiego. Kozioł opisała jego zmagania z codziennością, szarą rzeczywistością wypełnioną uprzedzeniami i inwigilacją ze strony władz państwa, tylko i wyłącznie ze względu na pochodzenie mężczyzny. Autorka prezentuje szczególne znaczenie tradycji w codziennym życiu Rosjan. Nie sądziłam, że jest to naród tak mocno wierzący w, tzw. zabobony. Ze wszystkich ciekawostek kulturowych, to właśnie ta informacja zaskoczyła mnie najbardziej. Im bliżej końcowego przystanku, tym ciekawiej się robi. Kozioł zanurza się w kulturze Syberii. W Irkucku udaje się na tereny dawnych gułagów, miejsca narodowej tragedii oraz niezaprzeczalnego dowodu ludzkiego okrucieństwa. Poznaje mroczne historie związane z siłami nadprzyrodzonymi jeziora Bajkał, odwiedza jednocześnie przerażającą i zachwycającą wyspę Olchon, na której można zetknąć się z szamanizmem - oraz doznaje odrodzenia. Moja dzika Syberia to reportaż, który polecam wam z całego serca. Autorce (mojej rówieśnicy) życzę samych sukcesów i wspaniałych podróży, które dla nas - czytelników, będą oznaczać kolejne fascynujące reportaże pełne uczuć i autentyczności. Bezpiecznej podróży! * opis wydawcy ** opis wydawcy
toukie - awatar toukie
ocenił na77 lat temu
Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL Jan Głuchowski
Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL
Jan Głuchowski
Pozycja bez wątpienia ciekawa, jeśli chodzi o poruszaną tematykę. Autor opisuje bardzo dokładnie i z całą masą szczegółów wakacyjne zagraniczne wyjazdy naszych rodaków w czasach PRL-u. Z tym, że owe wakacje najczęściej niewiele miały wspólnego z wypoczynkiem i relaksem, lecz nastawione były głównie na handel. Czasem wymienny, czasem za drogocenne dewizy. Ewentualne zwiedzanie zabytków, czy leżakowanie na plażach odbywało się tylko wówczas, gdy wszelkie transakcje handlowe przeprowadzono z lepszym lub gorszym skutkiem i „turyści” nie mieli już żadnego towaru na sprzedaż, albo brakło im kasy na kolejne zakupy. W czasach, kiedy handel zagraniczny był domeną państwową, a lokalne rynki były ubogie w towary, to pomysłowość i zacięcie handlowe polskich turystów wprost idealnie zapełniały lukę, z którą nie poradziły sobie duże instytucje państwowe. W większości przypadków transakcje kupna-sprzedaży przeprowadzano na stosunkową skromną skalę, ale zdarzały się też przypadki handlu hurtowego. Często gęsto problemem były jednak nie same transakcje, czy znalezienie klienta na swój towar (czy to w kraju, czy za granicą),ale wywiezienie, a potem wwiezienie dziesiątek, setek, a niekiedy nawet tysięcy kosmetyków, butelek alkoholu, butów, swetrów, futer, kryształów, sprzętów domowych i innych dóbr, których pożądali konsumenci zarówno w krajach komunistycznych, jak i tych spoza bloku wschodniego. I tutaj niektórym dopisało niewiarygodne wręcz szczęście, a niektórych spotkał pech. Szczęśliwcy zarabiali fortuny, pechowcy je potracili. Ponieważ należę do pokolenia, które nie specjalnie pamięta te czasy, a już na pewno nie mogło w żaden sposób aktywnie uczestniczyć w tego typu wyprawach, książkę przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem, bo pokazała mi kolejne oblicze minionego ustroju, o którym raczej nie przeczyta się w żadnym podręczniku historii. Trochę zastrzeżeń mam natomiast do wykonania, bo autor miejscami zanadto skupił się na szczegółach (np. wymieniając dokładne liczby uczestników poszczególnych wycieczek, ich miejsca zamieszkania, czy zawody),które bardziej by pasowały do opracowania naukowego niż do książki popularnonaukowej. Również niektóre anegdoty wydały mi się mało zabawne, żeby nie napisać, że wcale. W mojej opinii styl narracji wymaga doszlifowania.
Elżbieta - awatar Elżbieta
oceniła na63 lata temu
Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów Katarzyna Janiszewska
Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów
Katarzyna Janiszewska
Ja myślałem, że to jakieś heheszki będą, a to całkiem poważna książka! I... bioenergoterapeuci tam opisani zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie ...gorsze zrobili lekarze, a już najgorsze duchowni :D no może nie wszyscy, ale zwłaszcza ten pierwszy. Ale po kolei: książka to takie wywiady autorki z bioenergoterapeutami, lekarzami, duchownymi, kilka relacji pacjentów, trochę o historii... Jest to dobrze złożone, autorka z powagą i otwartością podeszła do tematu i książka jest bardzo ciekawa, dobrze i szybko się czyta (tylko nie ma spisu treści - właśnie zauważyłem! masakra, książka bez spisu treści?!). Bioenergoterapeuci wypowiadają się bardzo sensownie i nawet niezbyt fantastycznie, podkreślają że pacjentów zachęcają do regularnych wizyt lekarskich, a zniechęcać im nie wolno i się z tym zgadzają. Lekarze natomiast krzyczą, że uzdrowiciele. odwodzą ludzi od leczenia - to jak to jest? Lekarze mówią o jakichś przestarzałych sprawach, o akurat innych ludziach niż ci którzy udzielili wywiadów do książki czy uzdrowiciele kłamią? Nie wiem, jeśli nie zniechęcają to ok, jeśli zniechęcają, to nie ok, no ale oceniam to co czytam, a po tym co przeczytałem zrobili dobre wrażenie. Baa, nawet pomyślałem, że ja mógłbym skorzystać! :P Chory nie jestem, to nie ma problemu, ale może by mi trochę energii dodali, nawet jeśli to miałoby być tylko placebo, może zadziała ;) Nie mówiąc już o tym, że ten hotel-piramidę w Tychach fajnie byłoby odwiedzić nawet nie ze względu na założyciela, ale dlatego że to po prostu ładny i ciekawy hotel jest! (a i okolica chyba niebrzydka). No ale przejdę teraz do cytatów, a trochę ich mam... "Dawniej dużo się mówiło o boskich energiach. Dziś bioenergoterapia jest czymś, co można poznać, praktykować. Wiadomo, jak się to robi, jaki powinien być efekt. Że, na przykład, jeśli bioenergoterapeuta odpowiednio ułoży dłonie na czyichś kolanach, to jest w stanie wywołać w nich ciepło. Jeżeli będzie chciał, to wywoła ciepło nie w kolanach, ale w stopach. A jak za chwilę zmieni zdanie, wywoła ciepło w ramionach, trzymając nadal dłonie na kolanach." (str.16) - ciekawe... "[Leszek Mallibruda:] Z biznesowego punktu widzenia to naturalna sytuacja. Jest popyt, jest podaż, biznes się kręci. Czy należy za to kogoś potępiać? Moim zdaniem nie. Jeśli ludzie chcą wydawać pieniądze i polepsza się dzięki temu ich samopoczucie, to pod warunkiem że przy okazji się im nie szkodzi, nie powinno to podlegać restrykcjom czy potępieniu. Tym bardziej że bioenergoterapeuci bardzo często poprzez psychologiczne mechanizmy wiary i autosugestii faktycznie powodują nie tylko polepszenie samopoczucia, ale również odporności organizmu. Proszę pamiętać, że cała medycyna odwołuje się do tego mechanizmu. Przecież to nie lekarze leczą. Oni tylko pomagają w tym, aby organizm sam się wyleczył. Najpierw badając możliwości, później podając farmaceutyki zwiększające odporność lub, na przykład chirurgicznie, obniżając pole rażenia zmian chorobowych. Chodzi o to, by umieć uruchamiać naturalne, własne, odpornościowe siły organizmu u każdego pacjenta. A w dużym stopniu uruchamia je wiara." (str.34) - w sumie to prawda. Jeśli coś nie może zaszkodzić (a jeśli bioenergia zdaniem lekarzy nie istnieje, to nie może),to nie ma problemu. I tak też wielu specjalistów się z resztą wypowiada: "Na pytanie, czy bioenergoterapeuci leczą, udzieliliśmy odpowiedzi jednoznacznie negatywnej. Nie leczą, ale pomagają. Poprzez autosugestię, sugestię, wiarę, poprzez wszystko to, co odnosi się do mechanizmów psychologicznych, które, jak wiemy, odgrywają niesłychanie istotną rolę w budowaniu odporności organizmu." (str. 120) "„Nie ma nieuleczalnie chorych, są choroby, których nie potrafimy jeszcze leczyć. Poznałem siłę nadziei i destrukcyjną moc rozpaczy. Zalecam trwanie przy nadziei, nigdy bowiem nie wiadomo, w której chwili i skąd może przyjść ocalenie” — profesor Julian Aleksandrowicz" (str.135) Tu z kolei pewne możliwe wyjaśnienie "działania" uzdrawiaczy: "Uzdrowiciele nie żądają dokumentacji medycznej. Opierają się na tym, co mówi pacjent. To może być seria przekłamań. Na przykład chory, który przyjeżdża do uzdrawiacza, jest leczony z powodu nowotworu i otrzymał informację, że jeżeli nowotwór byłby w fazie rozsiewu, to rokowanie będzie złe. Ale ten nowotwór - okazuje się - nie był w fazie rozsiewu. I gdyby ta osoba nie przyszła do bioenergoterapeuty, też by przeżyła jedenaście lat." (str.139) "To są ludzie, którzy mają pewną intuicję i wrodzoną zdolność nawiązania bliskiego kontaktu z człowiekiem chorym: nawiązywania relacji, informowania, wzbudzania zaufania, wiary, nadziei. To wszystko składa się na wyjaśnienie fenomenu lecznictwa niemedycznego, który z kolei przekłada się na milion trzysta tysięcy wizyt rocznie w gabinetach różnych uzdrowicieli. Ich działanie opiera się na efekcie placebo, potrafią go uruchomić. Ale to powinna być przecież domena lekarzy." (str.159) "Rocznie umiera około pięciu tysięcy osób z rozpoznanymi nowotworami, bo albo przerwały leczenie pod wpływem sugestii bioenergoterapeutów, albo w ogóle się nie zgłosiły do lekarza, tylko leczyły się u uzdrawiacza, z wiadomym skutkiem, czyli zerowym." (str.164) - a to jest już smutne... "Rei to energia, z niej zbudowany jest wszechświat i wszystko, co istnieje. Ki jest indywidualne, każdy ma własne: każda istota żyjąca, ale też samochód, dom, kamienie szlachetne. - Dla pani ten stół to zwykły przedmiot - mówi. A ja widzę, że jest złożony z atomów, a każdy atom ma jądro, protony. Wszystko jest materią, wszystko ma swoją energię." (str.259) - o, to bardzo rezonuje ze mną. Też tak świat widzę. No a teraz hit, wypowiedź ks. Aleksandra Posackiego: "- Uzdrawiacze chcą człowiekowi zabrać cierpienie, nie pytając Boga, czy On tego chce - tłumaczy ojciec Posacki. - Jest to naiwny optymizm, że jakieś działania, których natura nie jest do końca jasna, mogą zmienić stan chorego i go uzdrowić. Takie arbitralne, aprioryczne założenia nie mają żadnych racjonalnych przesłanek." (str.284) -...ja bym chciał żeby to wybrzmiało: "Takie arbitralne, aprioryczne założenia nie mają żadnych racjonalnych przesłanek." - to mówi ksiądz. Ksiądz (katolicki?). Bardzo jestem ciekawy jakie racjonalne przesłanki ma w takim razie wiara w Boga. Bo na razie przypomina mi to przepychankę fana Batmana z fanem Spidermana na temat tego który bohater jest prawdziwy ;) "W przypadku Madzi z Brzeznej zawiadomienie o przestępstwie złożył szpital. Rodzice, nawet siedząc w areszcie, nie chcieli zeznawać przeciwko znachorowi." (str.371) - wcale się nie dziwię, mnie też by było wstyd. Na koniec cytat może nie bezpośrednio związany z zagadnieniem, ale warty uświadomienia sobie: "[prof. Zbigniew Libera:] Mamy w głowach obraz chłopów, takich jak z ekranizacji dzieł Reymonta - ładnych, uczesanych, przypominających nas z dzisiaj. W tamtych czasach wiele osób było ospowatych, bez kończyn, palców - w czasie roboty fizycznej łatwo było je stracić. Nie byli tacy piękni, rześcy, rumiani, jak to sobie wyobrażamy. Ulegamy stereotypom, że kiedyś ludzie byli zdrowsi, dłużej żyli, bo się lepiej odżywiali, jedzenie nie miało konserwantów. A prawda jest taka, że ludzie głodowali, jedli według dzisiejszych standardów - byle co. Byli chorowici, słabi." (str.311) Podsumowując: książka dobra, temat podjęty z otwartością i bez ocen, więc ja też uzdrowicieli nie będę oceniać. Minus za brak spisu treści. (czytana: 24.11-5.12.2024) 5-/5 [8/10]
lex - awatar lex
ocenił na81 rok temu
Przepustka do raju Mirosław Prandota
Przepustka do raju
Mirosław Prandota
Bardzo dobra książka, która szokuje i zaskakuje, zarówno pozytywnie jak i negatywnie. Autor związany jest ze Szwecją od ponad 45 lat - zawodowo, zarobkowo, turystycznie, towarzysko, a więc przez wszystkie te lata miał wyjątkową okazję obserwować jak zmienia się ten kraj i jego mieszkańcy, jak zmienia się podejście władz i instytucji do prawa, swobód obywatelskich, cudzoziemców, zwłaszcza tych z krajów islamskich. Książka jest świetnie napisanym - czasem ze swadą i humorem - reportażem, poruszającym bardzo ważne kwestie społeczne i kulturowe naszych zamorskich sąsiadów z północy. Wplecione są w jej treść bardzo ciekawe historie Polaków mieszkających w Szwecji, jak znamienity polski grawer - Czesław Słania, projektant i twórca znaczków pocztowych i banknotów, od 1959 roku pracujący w Szwecji, prof. filozofii Uniwersytetu Sztokholmskiego -Aleksandra Orłowskiego (właściwe nazwisko Satz),czy hrabiego Jana Potockiego, osiadłego w Verborgu, ogromnego pasjonata i miłośnika sztuki, prowadzącego słynny antykwariat. Mnie niezmiernie zaciekawiła pokazana przez autora problematyka społeczna, odnosząca się do systemu prawnego i penitencjarnego, szkolnictwa i pomocy osobom niepełnosprawnym, edukacji seksualnej, która w szwedzkim systemie rozpoczyna się już w wieku przedszkolnym (wyobraźmy sobie co by u nas się działo w takiej sytuacji, jakie komentarze serwowałaby nam prasa prawicowa na czele z kk),ale też pragmatycznego podejścia do wielu problemów natury społecznej i gospodarczej. Szwedzi nie ładują bezsensownie ogromnych pieniędzy w utrzymanie upadających fabryk czy innych zakładów przemysłowych, wychodząc z założenia, iż lepiej przeznaczyć je na kursy doskonalące dla pracowników, którzy w efekcie zamknięcia czy bankructwa ich pracodawców, stracą pracę, niż topić je w czymś, co nie daje gwarancji przetrwania. Szokuje i wprost bulwersuje informacja o szwedzkiej "dbałości" o prawa dziecka; w tym kraju rocznie odbiera się rodzicom od 10 do 12 tysięcy dzieci, które często, mimo bycia rodzeństwem, są rozdzielane - jedno trafia do sierocińca, drugie przydzielane jest jakiemuś samotnemu alkoholikowi czy narkomanowi, na którego konto wpływa zapomoga "na zadbanie i utrzymanie w dobrym zdrowiu darowanego wychowanka. Jaką korzyść ma w takim związku dziecko - to akurat nie jest specjalnie brane pod uwagę. Liczy się fakt, że alkoholik ma okazję się zresocjalizować, pełniąc rolę zastępczego rodzica." Takich szokujących polskiego czytelnika smaczków i ciekawostek znajdziecie w tej książce bardzo wiele, niektóre bulwersują, inne wprost przerażają, jak zapoczątkowana przed wielu laty przez szwedzkie władze idea multi-kulti, która dziś porządnie Szwedom daje się we znaki, co wynika z odgórnie narzuconego sposobu zachowania i zaniku umiejętności samodzielnego myślenia mieszkańców, którzy zakorzenione mają, że wszelka krytyka islamskich mieszkańców Szwecji, ich zachowań i niechęci do aklimatyzacji, to rasizm czy wręcz nazizm. Nie wszyscy jednak zamierzają milczeć w tych sprawach. Autor w końcowej części swojej opowieści o Szwecji, która ma tak wiele dobrego i złego, tak wiele wzorów do naśladowania, jak i rzeczy godnych potępienia, napisał tak: "Mimo dużego sentymentu do kraju, w którym spędziłem parę ładnych lat, nietrudno jest mi stwierdzić, że szwedzcy politycy nie dorośli do kierowania swoim państwem w sposób odpowiedzialny. Nałogowo uprawiają poprawność polityczną, która zaciemnia im obraz świata, a w konsekwencji odbiera możliwość samodzielnego myślenia. Ich infantylna wiara w powodzenie idei multi-kulti doprowadziła w ciągu kilku lat do tego, że najbezpieczniejszy kraj świata rywalizuje w tej chwili z Republiką Południowej Afryki o miano najniebezpieczniejszego. Co gorsza, zwykli 'udziałowcy' tego horroru nie potrafią wymienić sobie polityków! A to już jest, niestety, choroba społeczna, na którą, póki co, nie ma szczepionki." Według autora Szwecja to już nie raj, ale przedsionek piekła. Mocno się rozpisałam, choć rzadko mi się to zdarza, ale szczerze przyznam iż jest w tej książce jeszcze mnóstwo wartych wspomnienia i opisania problemów i ciekawostek, ale poznanie ich pozostawię już tym czytelnikom, którzy wezmą do rąk tę naprawdę ciekawą publikację.
Anna Lipińska-Czajkowska - awatar Anna Lipińska-Czajkowska
oceniła na75 lat temu
Duchowni o duchownych Artur Nowak
Duchowni o duchownych
Artur Nowak
Artur Nowak w książce „Duchowni o duchownych” podejmuje temat, który przez lata pozostawał tabu w polskiej debacie publicznej. Autor z rozmachem wnika w kulisy życia duchownych, przybliżając czytelnikowi ich codzienne zmagania, wewnętrzne konflikty oraz moralne dylematy. W efekcie otrzymujemy odważną i głęboko poruszającą opowieść o ludzkiej stronie duchowieństwa, która daleko odbiega od idealizowanego wizerunku. Na pierwszy plan wysuwają się autentyczne relacje byłych księży, zakonników i diakonów. To właśnie one nadają książce niezwykłą wiarygodność. Nowak rozmawia z osobami, które, choć związane z Kościołem, postanowiły mówić otwarcie o trudach tej drogi. Wywiady z byłymi duchownymi pozwalają zajrzeć za zasłonę, która przez dekady ukrywała prawdziwe problemy polskiego duchowieństwa. Największą siłą książki jest szczerość i bezkompromisowość. Nowak nie unika trudnych tematów. Alkoholizm, depresja, konflikty wewnętrzne, hipokryzja, a także kwestie związane z homoseksualizmem i nadużyciami seksualnymi – wszystko to zostaje pokazane z punktu widzenia tych, którzy sami przez to przeszli. Ta odwaga w ukazywaniu niewygodnych faktów sprawia, że książka staje się nie tylko lekturą, ale również swoistym dokumentem społecznym, otwierającym oczy na realia życia duchownych. Styl Nowaka jest przystępny, ale zarazem niepozbawiony literackiego zacięcia. Autor potrafi zainteresować czytelnika, wprowadzając go w świat zamkniętych wspólnot zakonnych i hierarchii kościelnej. Każdy rozdział przyciąga uwagę, balansując między faktami a emocjami. Książka zmusza do refleksji nad kondycją współczesnego Kościoła w Polsce i jego wpływem na społeczeństwo. Pokazuje, jaką cenę płacą duchowni za wymagania stawiane przez instytucję, która często nie zapewnia im odpowiedniego wsparcia. Jednocześnie autor przypomina, że za każdym koloratką kryje się człowiek z jego słabościami, marzeniami i dramatami. „Duchowni o duchownych” to lektura, która może wywoływać skrajne emocje – od zaskoczenia, przez złość, po współczucie. Jest to książka zarówno dla wierzących, którzy chcą lepiej zrozumieć swoich duchowych przewodników, jak i dla tych, którzy krytycznie patrzą na instytucję Kościoła. To ważny głos w polskiej literaturze faktu, który zasługuje na szeroką uwagę.
Bettygreen - awatar Bettygreen
ocenił na71 rok temu
Ofiary systemu. Sprawa Tomasza Komendy Ivo Vuco
Ofiary systemu. Sprawa Tomasza Komendy
Ivo Vuco
Na pierwszy rzut oka tytuł książki może zmylić - spodziewałam się, że będzie to opowieść o Tomaszu Komendzie, o jego życiu za kratami, o tym, co przeszedł niesłusznie skazany człowiek. Tymczasem Ivo Vuco od razu wyprowadza czytelnika z błędu: to nie jest książka o Komendzie, ale o sprawie. A dokładniej – o jednej z najbardziej brutalnych i szokujących zbrodni w Polsce, o tragedii piętnastoletniej Małgosi z Miłoszyc i o tym, jak system – policja, prokuratura, sądy - zawiódł na całej linii. Nie jest to lektura łatwa. Od pierwszych stron uderza w czytelnika ogrom szczegółów: dziesiątki nazwisk, setki faktów, niekończące się zeznania i sprzeczności. Momentami można się w tym pogubić, szczególnie jeśli ktoś - jak ja - znał wcześniej sprawę tylko powierzchownie. Ale to właśnie pokazuje skalę pracy, jaką autor włożył w ten reportaż. Widać, że Vuco poświęcił niezliczone godziny na wertowanie akt, porównywanie zeznań, składanie tych wszystkich elementów w jedną, spójną narrację. To książka napisana rzetelnie, językiem prostym i przystępnym, ale jednocześnie wymagająca skupienia, bo sama materia - fakty i wydarzenia - są skomplikowane. Czytając, próbowałam zachować chłód, odsunąć emocje, potraktować to jako reportaż, dokument. Ale nie da się. Nie da się obojętnie czytać o piętnastoletniej dziewczynie, która poszła na zabawę sylwestrową i już z niej nie wróciła. O dziecku, które zostało potraktowane z niewyobrażalnym okrucieństwem. I nie da się nie czuć gniewu, kiedy uświadamiamy sobie, jak system - zamiast pomóc i ochronić - pogrążał tę sprawę w chaosie, skazując przy tym niewinnego człowieka. I właśnie to jest siła tej książki - że pokazuje, iż ofiarami systemu nie są tylko jednostki niesłusznie skazane. Ofiarami są także rodzice i bliscy Małgosi, którzy przez lata czekali na sprawiedliwość, którzy musieli żyć z poczuciem bezsilności i niewyobrażalnego bólu. To oni zostali najbardziej skrzywdzeni - obok samej dziewczyny, której życie zakończyło się tak brutalnie, zanim na dobre się zaczęło. Bardzo doceniam też pomysł autora, aby na początku umieścić wykaz osób - swoisty „słownik” bohaterów tej historii. Dzięki temu można się łatwiej odnaleźć w gąszczu nazwisk i wracać do niego w trakcie lektury. To naprawdę ułatwia odbiór i porządkuje całą tę skomplikowaną układankę. Dla mnie Ofiary systemu to książka, którą oceniam na solidne 7/10. Trudna, wymagająca, ale absolutnie potrzebna. To kawał świetnie wykonanej reporterskiej roboty, która porusza i zostawia w czytelniku coś na długo – przede wszystkim gniew i smutek, że tak wyglądała sprawiedliwość w naszym kraju.
LiterackiRaj - awatar LiterackiRaj
ocenił na77 miesięcy temu
Nowy Dziki Zachód. Zwycięzcy i przegrani Doliny Krzemowej Corey Pein
Nowy Dziki Zachód. Zwycięzcy i przegrani Doliny Krzemowej
Corey Pein
Może tytuł nie idealnie oddaje o czym ta książka jest, natomiast naprawdę warto ją przeczytać, zwłaszcza jeżeli ktoś interesuje się Doliną Krzemową albo ma w głowie założenie własnego startupu. Książka bowiem opowiada o mechanizmach stojących za sukcesem niektórych przedsiębiorstw technologicznych zlokalizowanych w Kalifornii. Ukazuje historię zarówno z perspektywy zwycięzców, jak i tych, którym się nie udało, przy czym mniej wchodzi w detale techniczne, a bardziej skupia się na filozofii funkcjonowania startupów oraz myślach towarzyszących początkującym przedsiębiorcom. Podobało mi się to, że autor nie pisał tej książki zza biurka czy z biblioteki, ale zrealizował coś na kształt dziennikarskiego eksperymentu – sam wszedł w świat Doliny Krzemowej, wymyślił pomysł na własne przedsięwzięcie, wynajął pokój w tzw. hacker house, uczestniczył w konferencjach i spotkaniach z inwestorami. Dzięki temu opisywana treść nabiera realizmu i autentyczności. Fajnie pokazane jest, w jaki sposób founderzy podkręcają wartości i wskaźniki swoich przedsięwzięć, czym podszyta jest chciwość ze strony inwestorów oraz to, że wszyscy wydają się szczęśliwi, grając wspólnie w tę grę pozorów. Autor świetnie obrazuje, co dzieje się, gdy rynek tylko rośnie – sumarycznie wszyscy są wygrani. Naprawdę polecam przeczytać tę książkę, aby uzmysłowić sobie, co człowiek jest w stanie zrobić dla pieniędzy i jak wygląda codzienność w świecie innowacji, ryzyka i niepewności.
Arek - awatar Arek
ocenił na82 miesiące temu

Cytaty z książki Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945

Więcej
Arno Giese Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945 Zobacz więcej
Arno Giese Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945 Zobacz więcej
Arno Giese Niewolnicy III Rzeszy z literą „P”. Polacy na robotach przymusowych w latach 1939-1945 Zobacz więcej
Więcej