rozwińzwiń

Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater

Okładka książki Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater autora Kurt Vonnegut, 8372986746
Okładka książki Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater
Kurt Vonnegut Wydawnictwo: Zysk i S-ka literatura piękna
186 str. 3 godz. 6 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2005-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2005-01-01
Liczba stron:
186
Czas czytania
3 godz. 6 min.
Język:
polski
ISBN:
8372986746
Średnia ocen

7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater



książek na półce przeczytane 1289 napisanych opinii 738

Oceny książki Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater

Średnia ocen
7,2 / 10
426 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater

avatar
1774
1774

Na półkach:

Spod pióra KURTa VONNEGUTa wyszły same gorzko zabawne dziwności z prawdą ujętą w takim absurdalnym wydaniu, że staje się początkowo śmieszna - by na końcu straszyć. Opinię tą wysuwam na skutek przeczytania nie tylko NIECH PANA BÓG BŁOGOSŁAWI, PANIE ROSEWATER, ale także innych jego dzieł, takich jak SINOBRODY, KOCIA KOŁYSKA, czy SLAPSTICK ALBO NIGDY WIĘCEJ SAMOTNOŚCI! Każda z tych opowieści ma zdolność budzenia w czytelniku i odrazy i zainteresowania i zachwytu.

VONNEGUT pisał skrajnie oryginalnie a jego twórczości nie sposób pomylić z twórczością innych. To rodzynek, wisienka, która smakuje zadziwiająco wyraziście na przesłodzonym, lukrowym torcie świata. Pamiętam, że KOCIĄ KOŁYSKĘ bardzo źle oceniłam - a było to moje pierwsze spotkanie z autorem. Teraz wiem, dlaczego tak się stało i rozumiem swoją ocenę - jednak od tej pory wiele się we mnie zmieniło i inaczej podchodzę nie tylko do literatury, nie tylko do samego Vonneguta, ale ogólnie - do życia. Koniecznie muszę jeszcze raz przeczytać KOCIĄ KOŁYSKĘ i myślę, że to będzie ciekawe zderzenie się z przeszłością.

Jeśli zaś chodzi o NIECH PANA BÓG BŁOGOSŁAWI, PANIE ROSEWATER, to jest to oczywiście rzecz oryginalna i traktuje o czymś powszechnym - o pieniądzach. Pisarz podchodzi do tematu z niezwykła precyzją obserwatora, który widzi wszystko pod nieco innym kontem niż większość. Jak zawsze u Kurta czytelnik dostaje błyskotliwe podsumowanie - koniec jest ostro humorystyczny i ostro brutalny w ostatecznym rozrachunku.

Wspomnieć muszę o rewelacyjnym projekcie - grafice okładki. Jędrzej Chełmiński, w mojej ocenie - ma nie tylko talent artystyczny, ilustratorski, wizualny, ale także błysk geniuszu w mocnym i trafnym podsumowaniu treści przedstawianej książki. Bardzo polecam poznać Kurta - ja będę poznawać nadal... bo jeszcze wiele dzikiego humoru przede mną.

pieniądz rządzi światem - a świat nie rządzi się dobrze

Wydawnictwo Zysk i S-ka

egzemplarz recenzencki

π

Spod pióra KURTa VONNEGUTa wyszły same gorzko zabawne dziwności z prawdą ujętą w takim absurdalnym wydaniu, że staje się początkowo śmieszna - by na końcu straszyć. Opinię tą wysuwam na skutek przeczytania nie tylko NIECH PANA BÓG BŁOGOSŁAWI, PANIE ROSEWATER, ale także innych jego dzieł, takich jak SINOBRODY, KOCIA KOŁYSKA, czy SLAPSTICK ALBO NIGDY WIĘCEJ SAMOTNOŚCI! Każda...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
435
49

Na półkach:

nowu trafiłem na coś dla socjologia, a nie dla miłośnika literatury. W końcu tym razem pogadałem sobie z Vonnegutem o systemie klasowym, a także o tym jak kochać ludzi nieprzydatnych.

Najciekawsza wizja nieba, gdzie masz możliwość przeżycia znowu życia, bo inaczej jest nudno. Do tego jeszcze multimilioner, którego szaleństwo objawia się w uzyskaniu sumienia, a cała reszta, oczywiście zdrowych na umyśle jak stwierdził pewien terapeuta, obrzydliwe bogatych (to słowo doskonale tu pasuje) otrzymuje nijakie osobowości, pełne uwierajacych wad, które będą kuły ich w bok. Oczywiście widzą to wyłącznie postaci nie styuowane, które mają chociaż resztki instynktu samozachowawczego. Aczkolwiek do teraz nie daje mi spokoju myśl, o tym, że najtrafniejsze diagnozy kondycji społecznej wymagają słów że ścian szaletów. I chyba jest tu prawda, w ogóle im dalej w tej powieści jestem, tym więcej prawd w niej widzę. Stylistycznie nie ma tu kwiatów, raczej jest prosto, wręcz boleśnie przyziemnie i dosłownie, jednak nadal trafiam na kategorie SF przy autorze, może to po prostu establishment nie chce się pogodzić z tym, jak trafnie go sportretował Vonnegut? Sam urywek o rzece forsy i tym jak do niej się dostać, czy o koncentracie utopii, zasługuje na przynajmniej kilka prac ekonomicznych i społecznych.

Fanom SF przypadną do gustu tyrady o pisarzach SF i to, jak Trout (mój chyba ulubiony fikcyjny autor podsumowuje społeczeństwo)

https://www.instagram.com/p/DH3A5GzIHQc/

nowu trafiłem na coś dla socjologia, a nie dla miłośnika literatury. W końcu tym razem pogadałem sobie z Vonnegutem o systemie klasowym, a także o tym jak kochać ludzi nieprzydatnych.

Najciekawsza wizja nieba, gdzie masz możliwość przeżycia znowu życia, bo inaczej jest nudno. Do tego jeszcze multimilioner, którego szaleństwo objawia się w uzyskaniu sumienia, a cała...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
869
607

Na półkach:

⚠️ SPOILER ALERT ⚠️
Ta recenzja zdradza więcej niż adwokat Mushari w sądzie. Jeśli nie czytałeś książki – lepiej wróć tu po lekturze. Jeśli już czytałeś – rozsiądź się, bo Eliot zaraz błogosławi.



🧨 Ewangelia według świętego Eliota, pijaka z fundacji 🧨

🏛️ Ameryka, kapłanka dolara, zbudowała świątynię z marmuru dziedziczenia i kazała w niej modlić się mądrym, trzeźwym i bezużytecznym. A Vonnegut? Vonnegut wlazł tam na bosaka, pijany, z butelką w jednej ręce, rakietą tenisową w drugiej, i zamiast hymnu wykrzyczał:
„Niech się mnożą!”
To nie jest powieść.
To jest nowy testament dla ubogich,
manifest świętego wariata,
podręcznik sabotażu dla wszystkich, którzy jeszcze czują.

👨‍⚖️ Główny bohater? 👨‍⚖️

Nie człowiek – tylko 87 milionów dolarów, czyli kapitał z duszą gnilną.
A zarządza tym cudem Eliot Rosewater – filantrop, alkoholik, były strażak z rozdętym sercem i słownikiem pokręconym jak spirala DNA, który postanowił, że nie będzie powielał chorego systemu, tylko zacznie... kochać ludzi. Jak leci. Byle biednych.

⚖️ Przeciw niemu? ⚖️

📍Norman Mushari, karzeł ducha, gigant hipokryzji, libański prawnik z amerykańskim snem o przejęciu kasy – przez paragraf, nie przez rewolucję.

📍 Fred Stewart? Legalista z traumą z dzieciństwa, który raz został uznany za „niegodnego rozmnażania” i teraz chce rządzić fundacją, by dowieść, że jest.

👨‍👩‍👧‍👦 I wreszcie — kobiety z dziećmi. Gdy pojawiają się, by obciążyć Eliota domniemanym ojcostwem, on… przyjmuje je wszystkie. Z miłości. I z przekory. Vonnegut zamienia intrygę sądową w anty-parodię mesjanizmu:
Niech noszą moje nazwisko. Niech się mnożą. Niech wiedzą, że ktoś ich kocha – i że to wystarczy.

📣 Vonnegut pisze jak prorok, ale i jak kuglarz. Pełno tu groteski, monologów, powtórzeń. Nie każdemu ten styl „zleje się w jedno”. Czasem więcej tu idei niż fabuły, więcej konstruktu niż napięcia.
Ale to książka z sercem – nie jako ozdobnik, tylko jako broń.
Bo kto dziś odważy się powiedzieć: „kocham was wszystkich, nie dlatego, że na to zasłużyliście, tylko dlatego, że jesteście”?

📚 Ocena: 9/10
🧠 +1 za ideowy rozmach i rakietę zamiast pastorału.

🔨 +1 za satyrę, która rani śmiechem.

🧼 –1 za dygresyjność i stylistyczne zawijasy, które mogą odstraszyć niewtajemniczonych.

🎯 Ale zostaje w głowie. Zostaje w sumieniu. I zostaje w sercu.

⚠️ SPOILER ALERT ⚠️
Ta recenzja zdradza więcej niż adwokat Mushari w sądzie. Jeśli nie czytałeś książki – lepiej wróć tu po lekturze. Jeśli już czytałeś – rozsiądź się, bo Eliot zaraz błogosławi.



🧨 Ewangelia według świętego Eliota, pijaka z fundacji 🧨

🏛️ Ameryka, kapłanka dolara, zbudowała świątynię z marmuru dziedziczenia i kazała w niej modlić się mądrym, trzeźwym i...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1519 użytkowników ma tytuł Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater na półkach głównych
  • 968
  • 544
  • 7
245 użytkowników ma tytuł Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater na półkach dodatkowych
  • 184
  • 24
  • 13
  • 7
  • 6
  • 6
  • 5

Inne książki autora

Okładka książki If. Worlds of Science Fiction. Vol. 1 Philip José Farmer, Daniel F. Galouye, Raymond F. Jones, R.A. Lafferty, C. C. MacApp, Rog Phillips, Frederik Pohl, Lester del Rey, James H. Schmitz, Clifford D. Simak, Kurt Vonnegut, Robert Moore Williams, Alfred Elton van Vogt
Ocena 7,2
If. Worlds of Science Fiction. Vol. 1 Philip José Farmer, Daniel F. Galouye, Raymond F. Jones, R.A. Lafferty, C. C. MacApp, Rog Phillips, Frederik Pohl, Lester del Rey, James H. Schmitz, Clifford D. Simak, Kurt Vonnegut, Robert Moore Williams, Alfred Elton van Vogt
Okładka książki Zlituj się nad czytelnikiem. Zasady twórczego pisania Suzanne McConnell, Kurt Vonnegut
Ocena 6,7
Zlituj się nad czytelnikiem. Zasady twórczego pisania Suzanne McConnell, Kurt Vonnegut
Okładka książki Rzeźnia numer pięć, czyli krucjata dziecięca (Adaptacja komiksowa) Albert Monteys, Ryan North, Kurt Vonnegut
Ocena 7,8
Rzeźnia numer pięć, czyli krucjata dziecięca (Adaptacja komiksowa) Albert Monteys, Ryan North, Kurt Vonnegut
Kurt Vonnegut
Kurt Vonnegut
Amerykanin niemieckiego pochodzenia. Pisarz, eseista i artysta grafik, a także wykładowca literatury na Uniwersytecie Harvarda oraz na City College w Nowym Jorku. Pierwsze doświadczenia dziennikarskie zdobywał pisując do szkolnej gazetki. W latach 1940-1943 studiował chemię i biologię na Cornell University. Zniechęcony słabymi wynikami w nauce wstąpił do armii amerykańskiej. Walczył na froncie II wojny światowej. W niemieckiej niewoli przeżył alianckie naloty dywanowe na Drezno, gdzie śmierć poniosło ponad 100 tys. cywilów. Te dramatyczne przeżycia odcisnęły piętno na jego psychice i zainspirowały do napisania uważanej za arcydzieło „Rzeźni numer pięć” (1968),ukazującej absurd wojny totalnej. Vonnegut znany był ze swoich kontrowersyjnych przekonań, których nie bał się wyrażać. Wyznawał poglądy lewicowe, był przeciwny wojnie i łamaniu praw obywatelskich. Sam siebie określał jako humanistę i socjalistę. Vonnegut był pisarzem prowokującym. Bezustannie bawił się formą, prowokował czytelnika, wciągał go w literackie pułapki i kpił z niego. Istotnym nurtem w twórczości Vonneguta był surrealizm. Jego powieści były pełne dziwacznych postaci, groteskowych, makabrycznych i onirycznych wydarzeń. Pisarz fascynował się science fiction, co najwyraźniej zaznaczył w powieści „Syreny z Tytana” i pisarskiej kreacji swojego alter ego – Kilgore'a Trouta.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Sprzysiężenie osłów John Kennedy Toole
Sprzysiężenie osłów
John Kennedy Toole
„Sprzysiężenie osłów” to powieść, która nie przypomina niczego innego. I całe szczęście :) Nie wiem, czy bardziej się śmiałam, czy kręciłam głową z niedowierzaniem. Bo ta książka jest… dziwna. Dzika. Złośliwa. Momentami przytłaczająca, a chwilę później genialna. I właśnie to sprawia, że trudno ją zapomnieć. Ignacy J. Reilly – główny bohater – to postać, której nie da się lubić. Ale też nie da się przestać go obserwować. Tłusty, rozwrzeszczany, niezdolny do życia, rozdęty od własnego ego i misji zbawiania świata. A jednocześnie: śmieszny, błyskotliwy i bardzo tragiczny. Bo pod tą groteską kryje się samotność i zupełne oderwanie od rzeczywistości. To opowieść o Nowym Orleanie, o Ameryce lat 60., o upadku ideałów, o chaosie, o matkach i synach, o pracy, której nikt nie chce, i o geniuszu, który nie potrafi się odnaleźć w realnym świecie. Ale tak naprawdę to książka o tym, jak trudno być człowiekiem, gdy nie pasujesz do żadnego systemu. Styl? Momentami jazda bez trzymanki. Dialogi są tak dobre, że czasem trzeba je przeczytać dwa razy – raz żeby się śmiać, drugi żeby docenić konstrukcję. Nie zawsze mi było z tą książką wygodnie, ale nie żałuję ani jednej strony. Bo takich powieści się nie czyta dla komfortu. Czyta się je po to, żeby sobie przypomnieć, że świat nie musi być uporządkowany, żeby był genialny. Polecam
Diana - awatar Diana
oceniła na85 miesięcy temu
Hokus-Pokus Kurt Vonnegut
Hokus-Pokus
Kurt Vonnegut
Kurt Vonnegut, to nie był jakiś tam zwykły pisarz - to był wizjoner i człowiek obdarzony sokolim wzrokiem oraz ciętym językiem... przyprawionym czarnym humorem. Był też osobą tzw. doświadczoną życiowo i własnie ta jego satyra na codzienność i ironia na politykę pozwoliła mu stworzyć dzieła, które nigdy, absolutnie nigdy (niestety) nie stracą na ważności. Lub stracą, jak Ziemią zaczną rządzić... bo ja wiem... alpaki? HOKUS-POKUS jest moim kolejnym spotkaniem z twórczością tego wyjątkowego autora. Początek miałam z nim trudny - zaczęłam od KOCIEJ KOŁYSKI - której zdaje się, zupełnie nie zrozumiałam. Po prostu byłam jeszcze za mało "doświadczona życiowo". Obecnie tego pisarza cenię i uważam, że w kabaretowy sposób pokazuje koszmar Ziemi oranej rękami ludzi. Nasz główny bohater, weteran wojny w Wietnamie, staje się nauczycielem, więźniem i nauczycielem, nauczycielem, nauczycielem... więźniem, więźniem, więźniem - weteranem do krwi. Wszystko to w ironicznym stylu pamiętnika, gdzie jego przemyślenia, na pierwszy rzut oka od czapy, tak naprawdę za każdym razem wbijają w "cywilizowany" świat ostrą wykałaczkę. Auć! Wojna, to temat - obecnie - arcypopularny. Wszyscy zastanawiają się, kiedy (do cholery!) wybuchnie?! Kiedy (do cholery!) ten świat podpalą ludzie po raz enty?! No cóż... kiedy? Nie wiem. Że podpalą? To pewne. Zatem idąc za tym tematem myślę, że warto tu przytoczyć fragment z rozmowy między głównym bohaterem, weteranem tej samej wojny, co jego rozmówca: "- To znaczy, że obaj wiemy - powiedział - jak to jest, kiedy za niebezpieczną misją, jaką pełnisz w obcym kraju, stoi podszyte pychą szaleństwo innych!" Panowie stali po przeciwnych stronach - a jednak wnioski są takie same dla obu tych stron... ciekawostka. HOKUS-POKUS, to nabity inteligentną, ostrą ironią traktat o ludzkiej... pomyślmy? głupocie, okrucieństwie, pysze, chciwości, brutalności i pochopności... oraz lekkomyślności w decydowaniu o życiu - i n n y c h. POLECAM! tak zaczarować świat, by ginęli za nas głupcy Wydawnictwo Zysk i S-ka egzemplarz recenzencki π
πPi - awatar πPi
ocenił na829 dni temu
Jesień w Pekinie Boris Vian
Jesień w Pekinie
Boris Vian
Z „Jesienią w Pekinie” jest tak, że ani to książka o jesieni, ani o Pekinie. A o czym, pytacie zaciekawieni? Ano o budowaniu linii kolejowej na pustyni. W Egzopotamii. Albowiem, jak mówił Vlan, rzeczywistość jest zbyt nudna, by traktować ją dosłownie. Oto literacki surrealizm najwyższych lotów i porywająca przejażdżka rollercoasterem. Starajcie się prędko wyłapywać znaczenia; tu wszystko dzieje się szybko i pozornie bez ładu, a jednak jest w pisarskim szaleństwie Viana metoda, która sprawia, że „Jesień w Pekinie” raz staje się opowieścią o nieszczęśliwej miłości, a raz karykaturą bezdusznego biurokratyzmu. Linię kolejową buduje się tu nie po to, aby dokądś prowadziła, lecz po to aby istniała. Początkowo ogarnia nas chaos osobowo-zdarzeniowy – Amadeusz próbuje dostać się do autobusu. Kiedy wreszcie udaje mu się wejść na jego pokład, dowiaduje się, że nawet konduktor nie wie, gdzie jedzie. Wreszcie kończy na pustyni. Klaudiusz Leonek strzela do rowerzysty, by później w ramach rozgrzeszenia udzielonego mu przez zdziwaczałego księdza (a może diabła? Nie wiem, w każdym razie jeździ karawanem, a jego imię to Małyjanio) również trafić do Egzopotamii. Tu także przyjeżdżają robotnicy, którzy budować będą linię; jest ich chyba ze czterech (sic!). W ogóle na środku tego pustkowia stoi hotel, nieopodal prowadzone są wykopaliska archeologiczne (ich cel jak i liczne odkrycia pozostają niewiadomą),mieszka tu również pustelnik, pojawia się lekarz i asystent - jeden z nich lubi zabijać pacjentów. Jest również przystojny Anna i piękna Rochelle, zakochany Angel, groteska i wiadra czarnego, bardzo czarnego humoru. I tak dalej i „w ten deseń”. Nie jest możliwe przewidzieć, co wydarzy się na kolejnej stronie, a mimo to wątki wspaniale do siebie pasują i całość układa się w spójną, choć wariacką opowieść. Wśród chichotu wywołanego scenami, które ten mają wywoływać, chichotać można także nasycając się zgrabną frazą Vlana, którą tłumaczenie Krystyny Dolatowskiej oddało wyśmienicie. Pełno tu zgrabnie „zmontowanych” zbitek wyrazowych, zdań składanych lekko i zupełnie sprzecznie z logiką „rozumienia” i odczytywania, które początkowo bawią, później układają się w głowie jako coś zupełnie zwyczajnego. „Mniej więcej koło piątej rano Amadeusz Dode wpadł na pomysł, żeby się obudzić, i miał rację; pozwoliło mu to stwierdzić, że leży w okropnie niewygodnej pozycji i że bardzo bolą go plecy”. Przewrotny i pustynny świat Vlana zamienia się w twardą rzeczywistość i to, co dziwiło wcześniej, zaczyna pachnieć normalnością. Bawiłem się doskonale. Jeśli czytaliście „Budowniczych ruin” Herberta Rosendorfera, „Jesień w Pekinie” to must read! Wyśmienita okładka Jerzego Jaworowskiego
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na717 dni temu
Dziewięć opowiadań J.D. Salinger
Dziewięć opowiadań
J.D. Salinger
Ciekawe opowiadania Salingera. Autor "Buszującego w zbożu" miał dobry słuch ( co widać w języku) i umiał dostrzec szczegół, który był ważnym punktem w trakcie lub na końcu opowieści. Pierwsze utwór "Idealny dzień na ryby" czyli na łowienie porusza trudny problemy samobójstwa. Zdeformowana przez wojsko psychika złowiła wolę młodego człowieka, który zastrzelił się . Drugie opowiadanie to problem psychiki dziecka, które ucieka w wymyślony przez siebie świat Gdy uśmierca swojego wymyślonego bohatera zaczyna płakać, bo to był dla niej ktoś bliski ( mimo tego, że był fikcyjną postacią). W innej opowieści "Człowiek Śmiechu" wódz opowiada dzieciom historię Człowieka Śmiechu, historię wymyśloną. I gdy znów na koniec ginie Człowiek Śmiechu ( czyli postać fikcyjna) jeden z chłopców zaczyna płakać. Salinger pokazuje jak ważna jest fikcja literacka dla odbiorcy dziecięcego. Dzieci występują w tych małych utworach prozatorskich w roli głównych bohaterów. Kolejne opowiadanie "Teddy" to dziecko, które ma dar przepowiadania. Temat literacki znany, ale ten chłopiec nie myśli szablonowo. On próbuję definiować rzeczywistość według klucza buddyjskiego. Dorośli mu nie wierzą i dlatego pobierają od niego nauki. Te opowiadania Salingera wymagają uwagi przy czytaniu. Motywacja psychologiczna postaci jest ciekawie przedstawiona przez Salingera. To czego bohater nie znajduje w rzeczywistości, rekompensuje sobie tworzeniem fikcji. To tylko niektóre z moich spostrzeżeń. Polecam te opowiadania. To świetna literatura.
Grzegorz Piskorz - awatar Grzegorz Piskorz
ocenił na830 dni temu
Ulica Nadbrzeżna John Steinbeck
Ulica Nadbrzeżna
John Steinbeck
W tej obszernej noweli Steinbecka świat jest o wiele brutalniejszy, a ludzie bardziej bezwzględni, niż w poprzedniej jego mojej książce “Tortilla Flat”, również dziejącej się w kalifornijskim Monterey. W świecie przedstawionym generalnie nie jest zbyt przyjemnie, bo to jednak dość bezwzględna Ameryka lat 20. To kraj, który, owszem, stwarza szansę zaradnym, przedsiębiorczym, energicznym, z kapitałem przynajmniej kulturowym, ale nie bardzo dba o tych, którzy z różnych przyczyn takich możliwości nie mają, by już nie mówić o tych wymagających społecznego wsparcia. Taka oto główna diagnoza wrażliwego Autora: “- Cechy, jakie podziwiamy w ludziach – uprzejmość i szlachetność, otwartość uczciwość, mądrość i uczucie – są w naszym systemie charakterystycznymi cechami porażki. A te cechy, którymi pogardzamy – chamstwo chciwość, zachłanność, podłość, egoizm – są cechami powodzenia. Ludzie podziwiają pierwsze, ale lubią osiągnięcia drugich”. Pojawiają się też pytania o cenę mitu o harówce dającej profity: “Jaka jest korzyść dla człowieka, gdy zdobędzie cały świat, jeśli przypłaci swój majątek wrzodem na żołądku, impotencją czy gruźlicą?”. Bohaterem zbiorowym jest tytułowa ulica, żadna pryncypalna czy główny deptak kalifornijskiego miasta. Raczej taka, na którą nie zachodzą ci, którzy nie muszą. To ta “gorsza” strona miasta, przy której sklepiki imigrantów, dom publiczny i inne takie różności…. “Syreny wyją znowu, i ociekający tłuszczem, śmierdzący, zmęczeni Włosi, Chińczycy i Polacy, mężczyźni i kobiety, wyłażą z hal i wloką się pod górę do miasta, a ulica Nadbrzeżna znowu staje się sobą – spokojna i czarodziejska”. I od razu trafiamy na pełne empatii spojrzenie Autora: “Jej mieszkańcy to jak się ktoś kiedyś wyraził, +"dziwki, alfonsi, szulerzy, i skurwysyny+. Gdyby ten ktoś spojrzał z innej strony, powiedziałby może +święte kobiety, aniołowie, męczennicy i zacni ludzie+, i też miałby słuszność”. Mamy tu lekką idealizację tych, którzy być może w pełni na nią nie zasługują, bo mało kto jest grzecznym chłopcem czy “porządną” dziewczyną. Każdy jednak opisany jest bez oceniania - tej zmory nie tylko małych miasteczek - za to nie bez swoistej czułości. Tak czy inaczej, to mocny kawałek realistycznej prozy na temat wykluczonych - jednego z głównych tematów Steinbecka w tym czasie. Najjaśniejszą postacią jest ewidentnie Doktor, który nie jest może formalnie lekarzem, ale pomaga wszystkim potrzebującym . “Gdy jakiś przypadek przerastał jego siły, telefonował do miejscowych lekarzy, i czasami rzeczywiście któryś przychodził, jeśli sprawa wyglądała poważnie. Ale dla rodzin wszystko było poważne”. Opiekuje się on lekko niepełnosprawnym chłopcem, synem pracownicy seksualnej, ale do czasu….. “– Frankie... Nie powinieneś był tego zrobić – powiedział Doktor. Ciężki kamień przytłaczał mu serce. – Nie moglibyście go zwolnić za moim poręczeniem? - Wątpię czy sędzia się na to zgodzi – powiedział komendant. – Otrzymaliśmy wyniki badań psychiatrycznych. Wie pan co z nim jest? - Tak. Wiem - powiedział Doktor. - I wie pan, co się może stać, gdy on będzie starszy? – Wiem – potwierdził doktor, a kamień przytłaczał jego serce straszliwym ciężarem. – Lekarz uważa, że najlepiej będzie oddać go do zakładu”. Ulubionym zajęciem Doktora jest łapanie ośmiornic, gdzie np. takie cudowne zdania wybitnego stylisty: “Wre skrzętne, rozkoszne i mordercze życie. Tu jakiś krab wyrywa nogę swemu bratu. Ukwiały rozwijają się jak słodkie i wspaniałe kwiaty, zapraszając każde zmęczone czy wystraszone stworzenie, by spoczęło w ich ramionach, a gdy jakiś krabik czy inny głuptasek zalewowy da się skusić temu zielono-purpurowemu zaproszeniu, płatki zwijają się, kłujące komórki wystrzelają tysiące narkotycznych igieł w łup, który staje się słaby i jakby senny, podczas gdy żrące soki trawienne rozpuszczają jego ciało”. “Doktor miał pewną cechę, której nie mógł się pozbyć. Gdy ktoś zadał pytanie, Doktorowi zdawało się, że chce znać odpowiedź. Przynajmniej Doktor tak zawsze robił. On sam nigdy nie pytał, jeśli nie pragnął wiedzieć, i nie mógł pojąć ludzi, którzy pytają, a nie są ciekawi odpowiedzi. Patrzył na siebie jak na krystaliczne jezioro rozsądku, a na swoje życie – jak na mętne szkło zapoznanych cnót”. Obiektywizm cechuje nawet opis trzęsącej okolicą ferajny Macka (specjalność: wymuszenia, szantaże, tzw. “opieka” sklepików czy małych biznesów): “Mack i chłopaki unikają pułapki, obchodzą truciznę, wymijają sidła, zaś pokolenie zapędzonych w pułapkę, zatrutych, uwikłanych w sidła ludzi wymyśla im i nazywa ich nicponiami, zakałami społeczeństwa, łobuzami, złodziejami, łajdakami, włóczęgami”. “Ojciec nasz, który jest w naturze, który obdarował życiem kojota, pospolitego brązowego szczura, wróbla, muchę domową i mola, musi żywić ogromną i przemożną miłość do nicponi, zakał społeczeństwa i włóczęgów, Macka i chłopaków”. “Potrafi zabić wszystko z potrzeby, ale nawet nie zrani czyjegoś uczucia dla przyjemności” Książka niestety ma wszystkie wady swojego czasu co do stosunku do kobiet: wyższościowego jeśli nie pogardliwo-dyskryminującego. Ale zdarzy się i takie zdanie: “Próbowała wszelkich sposobów zarabiania pieniędzy – papierowe kwiaty, hodowla pieczarek, króliki na mięso i futra – natomiast jej małżonek ze swojego leżaka pomagał jej radami, rozważaniami i krytyką”. Nieco o niezmiennej naturze ludzkiej: “Łatwo mówić: +Czas wszystko wyleczy+, +ludzie zapomną+ i tym podobne truizmy, jeśli człowiek sam nie jest zamieszany w daną sprawę, ale jak jest zamieszany, wtedy czas stoi w miejscu, ludzie nie zapominają, a człowiek znajduje się w środku czegoś, co się nie zmienia”. I jeszcze o domu uciech, opisanym bez “oburzu”, niczym u Hrabala (który notabene co rusz przychodzi mi na myśl podczas lektury…). “Przy lewej granicy placu mieści się wysoce moralny i dostojny burdel Dory Flood – przyzwoity, czysty, uczciwy, staromodny zakład rozrywkowy, gdzie mężczyzna może wypić kufel piwa z przyjaciółkami. Nie jest to żadna tania i wulgarna nocna spelunka, ale dzielny cnotliwy klub, założony, prowadzony i kierowany przez Dorę, która to, madama i panna od 50 lat, potrafiła przez stałe praktykowanie właściwego jej taktu i uczciwości, dobroczynności i pewnego realizmu zjednać sobie respekt ludzi inteligentnych, wykształconych i miłych. I z tego samego powodu jest nienawidzona przez ograniczone i lubieżne społeczeństwo zamężnych dziewic, których małżonkowie szanują dom, ale nie lubią go zbytnio”. “Występując przeciwko prawu, a przynajmniej przeciwko literze prawa, musi dwa razy więcej szanować prawo niż ktokolwiek inny. U Dory nie może być pijaków, bijatyk ani wulgarności, bo ją zamkną. Ponadto ponieważ prowadzi nielegalny interes, musi szczególną uwagę zwracać na filantropię. Z Dory każdy doi forsę Jeśli policja urządza zabawę na fundusz emerytalny i każe daje dolara, Dora musi dać 50 dolarów. (...) I ze wszystkim jest tak samo: Czerwony Krzyż, fundusz opieki społecznej, harcerze – zawsze listę ofiar rozpoczynają nieopiewane przez nikogo, niesławne, bezwstydnie brudne pieniądze grzechu”. Inne cytaty: “Raz tylko przez pomyłkę kasę zamknięto i nikt nie znał szyfru zamka. A w szafie pozostała otwarta puszka sardynek i kawałek sera roquefort. Zanim specjalista, który ustawiał zamek, nadesłał szyfr, w kasie zrobiło się małe zamieszanie. (...) Po wspomnianych kłopotach z kasą ogniotrwałą zabroniono trzymać w niej jedzenie. Przechowuje się je w szafach na akta”. “Mówią, że szkoły poprawcze uczą występku i kryminalizmu, widać jednak Magda źle uważał na lekcjach. Wyszedł ze szkoły poprawczej tak nieświadom występku i kryminalizmu, jak ułamków i pisemnego dzielenia”. - Co tu było? - spytał. Mack wbił oczy w podłogę, a kropla krwi spadła mu z ust do piwa. Poruszył znowu wargami. – Ja i chłopaki chcieliśmy urządzić panu przyjęcie. Myśleliśmy, że wróci pan do domu w nocy. Doktor kiwnął głową. – Widzę - powiedział. – I jakoś wszystko wymknęło nam się z rąk – ciągnął dalej Mack. – Przepraszam, ale nie mogę powiedzieć nic na swoje usprawiedliwienie. “Serce miał równie rozbite jak usta. (...) Przypominał sobie wszystko, cokolwiek złego w życiu zrobił, i wyglądało na to, że nigdy nie zrobił nic dobrego”. “Wdał się w bójkę z jakimś żołnierzem i świadomie ją przegrał. Przez to poczuł się trochę lepiej, ponieważ pobił go człowiek, którego mógłby rozłożyć jedną ręką”. “Nareszcie zrobił się jakiś wyłom w ścianie zła”. “Ktoś powinien napisać uczoną rozprawę o moralnym, fizycznym i estetycznym wpływie modelu T Forda na naród amerykański. Dwa pokolenia Amerykanów wiedziały więcej o fordowskim zaworze wlotowym niż o clitoris, o planetarnym systemie przekładni niż o planetach w ogóle”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na67 miesięcy temu
Miriam Truman Capote
Miriam
Truman Capote
Zniewolenie – to słowo przyszło mi do głowy jako klamra spinająca wszystkie opowiadania z tego tomiku. Zniewolenie cudzą charyzmą, własnymi nieokreślonymi lękami, nadmierna pewność siebie lub przeciwnie – jej brak. Takie są cztery intrygujące postaci kobiece lekko zagubione w sobie i w rzeczywistości – bohaterki czterech krótkich opowiadań z tego tomiku. Do tego jeszcze tajemnica, dreszczyk grozy i szerokie pole do popisu jeśli idzie o interpretację zdarzeń. Sylwia z „Pana Bidy” to młoda dama, która usiłuje ułożyć sobie życie w wielkomiejskiej dżungli, na własny rachunek i nie będąc uzależniona od ludzi użyczających jej dachu nad głową. Tymczasem ta samodzielność prowadzi ją do absurdalnego uzależnienia od przedziwnego człowieka, który skupuje ludzkie sny. Od razu przypomniał mi się Murakami, u którego ktoś czytał sny z czaszek jednorożca, gruby pomysł, wow! Nasza bohaterka szybko blednie, chudnie a mimo to żyje w stanie nienormalnej ekscytacji. W końcu znajdzie się w stanie, gdzie nikt już nie może jej nic zabrać ani ukraść. Może to właśnie szczęście? „Dzieci w dniu urodzin” miały szczęście zapoznać się z rezolutną i nieco wyniosłą panną Bobbit. To dziewczę bardzo młode (normalne dziewczynki w jej wieku grają w klasy i czeszą lalki) ale tak pewne siebie, urocze i świadome własnej niewątpliwej wartości, że już wkrótce owija sobie wokół paluszka całą bandę nieokrzesanych wioskowych chłopaczysków, podporządkowuje swej woli nawet dorosłych i rządzi w miasteczku jak udzielna księżna. Koniec nastąpił zbyt szybko by upewnić się, czy była to charyzmatyczna cwaniara – socjopatka, czy zmotywowana młoda dama z wielką szansą na sławę… Z kolei tytułowa Miriam to śliczne małe dziewczątko o srebrzystych warkoczach i żelaznej stanowczości, które nawiedza starszą samotną wdowę, od lat żyjącą według nudnej rutyny i w której życiu chyba nigdy nie działo się nic ekscytującego. Czy Miriam to zmieni? Według mnie starsza pani chyba spotkała i odnalazła samą siebie sprzed lat. Może dalsza część jej losów okaże się bardziej radosna? A może przeciwnie – Miriam zaprowadzi ją do domu dla obłąkanych? Studentka Kay z „Drzewa nocy” wraca pociągiem z pogrzebu krewnego i dostaje się pod „opiekę” dziwacznej pary, ni to pijaków, ni to oszustów, oczajduszów czystej wody, wobec których dziewczyna odczuwa całą symfonię uczuć – od odrazy, poprzez lęk, współczucie, fascynację i … zniewolenie. A wokół nich upiorna noc, huk pociągu i obudzone wszystkie strachy z usłyszanych w dzieciństwie opowieści… Przyznam, że lektura „Śniadania u Tiffanyego” była dla mnie mniej fascynującą przygodą niż oglądanie ślicznej Audrey Hepburn w ekranizacji. Te opowiadania „siadły” znacznie mocniej. Naprawdę warto poczytać!
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na710 miesięcy temu
Harfa traw, Drzewo nocy i inne opowiadania Truman Capote
Harfa traw, Drzewo nocy i inne opowiadania
Truman Capote
Wspaniała antologia... aczkolwiek nierówna. Oceniając po najlepszych tekstach spokojnie dałbym 9, ale tylko dlatego, że nie lubię stawiać 10. Te słabsze nadal są dobre, a nawet bardzo dobre... naprawdę chciałbym umieć tak pisać jak Truman Capote w dołku swojej formy, bo tenże dołek to nadal dla wielu twórców niedosiężne szczyty. Wspaniała antologia, ale i wspaniała literatura. To jest przykład literatury pięknej, która jest nie tylko piękna, ale i ciekawa. I ma wspaniałe serce. Nie chcę pisać więcej. Dla mnie Capote to jeden z topowych prozaików amerykańskich dwudziestego wieku... Warto nadmienić, że Capote nie był klasycznym prozaikiem - w zasadzie oczekiwalibyśmy, że jako prozaik powinien po prostu opisywać rzeczywistość w jej normalnej, prozaicznej postaci. Capote - i to widać szczególnie w tej antologii - pisał o znanej sobie rzeczywistości, ale pod jego piórem ta realna rzeczywistość nabiera kolorów i kształtów realizmu magicznego czy wręcz baśni. Postaci o których pisze są zawsze dość... unikalne. Chętnie pisze o wagabundach, ludziach egzystujących na granicy cywilizacji, nawet jeśli ta granica ma lokalny charakter i znajduje się w centrum Stanów Zjednoczonych. Czytelnicy znający Capote od strony Śniadania u Tiffaniego mogliby oczekiwać Nowych Jorków i innych wielkich metropolii, ale Capote bardzo lubi pisać o miejscach utkanych z błota i mgły. Ameryka Trumana Capote to trochę taka Ameryka Tomka Sawyera czy Huckelberego Finna, ale w wersji bardziej dorosłej, zużytej, poprzecieranej.
failsafedb - awatar failsafedb
ocenił na82 lata temu

Cytaty z książki Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater

Więcej
Kurt Vonnegut Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater Zobacz więcej
Kurt Vonnegut Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater Zobacz więcej
Kurt Vonnegut Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater Zobacz więcej
Więcej