Ulica rzeczna

Okładka książki Ulica rzeczna autora Meja Mwangi, 8320703433
Okładka książki Ulica rzeczna
Meja Mwangi Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry literatura piękna
282 str. 4 godz. 42 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Going Down River Road
Data wydania:
1982-04-01
Data 1. wyd. pol.:
1982-04-01
Liczba stron:
282
Czas czytania
4 godz. 42 min.
Język:
polski
ISBN:
8320703433
Tłumacz:
Maryla Metelska
Średnia ocen

7,5 7,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ulica rzeczna w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Ulica rzeczna

Średnia ocen
7,5 / 10
13 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Ulica rzeczna

avatar
163
116

Na półkach: ,

Życie codzienne robotników i generalnie nizin społecznych Nairobi w latach 70tych, brud, nędza i prowizorka. Książka to, zwłaszcza na początkowych stronach, prawdziwa kopalnia absurdalnych tekstów w stylu Barei. Postaram się z biegiem czasu dodawać kolejne, myślę że w znacznym stopniu oddadzą jej klimat. Ta swojskość i ludyczność oraz portrety "dołów" sprawia, że kojarzy się ona nieco z niektórymi pracami Dołęgi-Mostowicza czy "Śliwą z cieniem jak nóż" Branko Leticia, oczywiście zachowując proporcje i wszelkie różnice kulturowe. Książka na plus, trafiłem na nią cudem w bookcrossingu, na pewno zachęca do zainteresowania się twórczością autora.

Życie codzienne robotników i generalnie nizin społecznych Nairobi w latach 70tych, brud, nędza i prowizorka. Książka to, zwłaszcza na początkowych stronach, prawdziwa kopalnia absurdalnych tekstów w stylu Barei. Postaram się z biegiem czasu dodawać kolejne, myślę że w znacznym stopniu oddadzą jej klimat. Ta swojskość i ludyczność oraz portrety "dołów" sprawia, że kojarzy...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1646
57

Na półkach: ,

Speluny, gorzałka, dziwki. Marzenia o lepszej przyszłości. Brutalna, surowa, 'samcza' proza. Życie.

Speluny, gorzałka, dziwki. Marzenia o lepszej przyszłości. Brutalna, surowa, 'samcza' proza. Życie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
2768
188

Na półkach: , , , ,

Śmiało mogę powiedzieć, że "Ulica Rzeczna" to najlepsza książka ostatnich miesięcy, jaką udało mi się przeczytać. Osoby lubujące się w science fiction i fantasy, a także fani kryminałów i sensacji nie znajdą tutaj nic dla siebie. Nie ma latających stworów, elfów czy gęsto ścielącego się trupa. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego mamy codzienne życie w Nairobi w połowie lat 70. XX w. To czasy, kiedy Hindusi całkiem nieźle jeszcze trzymali się w Kenii (w pobliskiej Ugandzie szalał Idi Amin, który Azjatów wyrzucił z kraju).
Bohaterem książki jest Ben Wachira, były pracownik wojskowości, który po wyrzuceniu go z państwowej posady próbuje odnaleźć się w nowej, niezbyt ciekawej rzeczywistości. Idzie mu raz lepiej, raz gorzej, potrafi się jednak utrzymać na powierzchni. Nie jest to łatwe, życie co chwila zadaje mocny cios obuchem w głowę. Ale Ben idzie wtedy do swojej ulubionej mordowni, wychyla kilka butelczyn pilznera lub miejscowej taniej berbeluchy i dogłębnie omawia problem ze swym najlepszym kumplem Ochollą. I jakoś daje radę.
Być może dlatego tak bardzo spodobała mi się ta książka, bo Ben przypomina nieco mnie samego, to biedak, ale nie kloszard, osobnik, któremu z trudem starcza do kolejnej wypłaty, ale w żadnym wypadku nie ofiara złapana w szpony ciągłych pożyczek lichwiarzy. Nie jest łebskim facetem, ale i nie życiowym niedojdą. Ma serce.
Tak, zdecydowanie utożsamiam się z głównym bohaterem "Ulicy Rzecznej". To bez dwóch zdań. A książkę serdecznie polecam. Warto przeczytać.

Śmiało mogę powiedzieć, że "Ulica Rzeczna" to najlepsza książka ostatnich miesięcy, jaką udało mi się przeczytać. Osoby lubujące się w science fiction i fantasy, a także fani kryminałów i sensacji nie znajdą tutaj nic dla siebie. Nie ma latających stworów, elfów czy gęsto ścielącego się trupa. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego mamy codzienne życie w Nairobi w połowie lat 70....

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

41 użytkowników ma tytuł Ulica rzeczna na półkach głównych
  • 28
  • 13
16 użytkowników ma tytuł Ulica rzeczna na półkach dodatkowych
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Meja Mwangi
Meja Mwangi
Meja Mwangi (ur. jako David Dominic Mwangi) - kenijski pisarz pochodzący z grupy etnicznej Kikuju. Urodził się w 1948 roku w Nanyuki w południowej Kenii. Ma w swym dorobku trzy powieści: "A Taste of Death", "Kill Me Quick" i "Carcase for Hounds". Jest uważany za jednego z bardziej interesujących młodych pisarzy Afryki Wschodniej, przedstawiciela nowej fali, który przyczynił się do tego, że analiza problemów społecznych stała się dominującym kierunkiem współczesnej powieści afrykańskiej. Charakterystyczne cechy jego twórczości to: głębokie współczucie dla ludzi z nizin społecznych, obiektywizm przy kreśleniu problemów, które autor w sposób niezwykle wnikliwy analizuje, oraz znakomicie wyważony, bardzo prosty styl. Meja Mwangi żył 76 lat. Żona: Njeeri (do 11.12.2025, jego śmierć)
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Przepaska z liści Patrick White
Przepaska z liści
Patrick White
Pierwsze moje zetknięcie się z prozą White'a. Ten utwór czyta się powoli i to jest jego zaleta, a nie wada. Dlaczego? Z prostego powodu, to jest pastisz powieści dziewiętnastowiecznej. Klasyczna fabula, z zakończeniem sugerującym czytelnikowi dalsze losy Pani Roxburgh. Powieść White'a , z narratorem wszechwiedzącym ( znowu tradycyjny jej model znany z powieści angielskiej) to opowieść o człowieku i granicy jaką może przejść, by stracić swoje człowieczeństwo na rzecz przystosowania do warunków życia, żeby przetrwać. Natura człowieka jest nieodgadniona, co siedzi w nas dowiadujemy się dopiero w ekstremalnych warunkach. Nie trzeba wojny, wystarczy katastrofa morska. Fabuła tej książki jest jej atutem. Poznajmy wiele szczegółów, obrazów, myśli bohaterów. W innej fabule, gdzie zdarzenia da opisywane tylko w zarysie ( powieść i film współczesny) nie ma miejsce na "oddech czytelniczy", szybko się toczy akcja i tylko ona jest głównym bohaterem nie postaci czy charaktery ludzkie. Dobra literatura to taka , która potrafi czytelnika trzymać za słowo i emocje. Taka jest, przynajmniej w tej powieści. To gotowy scenariusz na film. Miałem wrażenie, że jako odbiorca jestem okiem kamery. Jest też to proza, która pokazuje jak życie różni się od fikcji. Jak sami tworzymy fikcję. Pan Roxburgh maniak - czytelnik ma kłopoty w normalnym świecie ( trochę przypomina romantycznego bohatera),nie odróżnia fikcji od życia. Natomiast jego żona stąpa po ziemi twardo. Pan Roxburgh przypomina męski odpowiednik pani Bovary. White wykorzystuje w tej książce wiele elementów gatunków literackich, np.: powieśći psychologicznej powieśći przygodowej czy powieśći o dojrzewaniu. To książka do wielokrotnego czytania, do odkrywania zamierzeń literackich autora. Do odkrywania nowych szczegółów. Nie jest to "potrawa literacka" rodem z McDonalda., którą można szybko skonsumować i nie poczuć nic. Warto po nią sięgnąć.
Grzegorz Piskorz - awatar Grzegorz Piskorz
ocenił na723 dni temu
Pomocnik Bernard Malamud
Pomocnik
Bernard Malamud
Brooklyn, Nowy Jork, lata 50. XX wieku. Przenosimy się w czasie i przestrzeni do nowojorskiej dzielnicy biedoty, do podupadającego sklepu spożywczego prowadzonego przez żydowskich imigrantów z Rosji, w wietrzny listopadowy ranek wciągamy do sklepu ciężkie skrzynki z mlekiem, przesypujemy bułki z torby do drucianego kosza, sprzedajemy jedną z nich za trzy centy siwowłosej Polce, zapalamy grzejnik gazowy, parzymy kawę w sczerniałym emaliowanym garnku, liczymy skromne dochody, zastanawiamy się, gdzie podziała się nasza młodość, dlaczego zmarnowaliśmy życie i jak przetrwać do pierwszego, czekamy na klienta, choć nie nadchodzi i uśmiechamy się ponuro przeglądając żydowską gazetę, jednym słowem, dzielimy troski i aspiracje bohaterów powieści. „Tyle się spodziewał po Ameryce, a dostał tak mało.” Jest w tej książce sporo biedy, cierpienia i trosk, ale niewątpliwie jest to powieść wysokiej duchowej urody, dodająca otuchy moralnej, a do tego czyta się świetnie, dlatego cenię, szanuję, uważam, admiruję i wysoko stawiam, Bernard Malamud, amerykański pisarz pochodzenia żydowskiego, wychowany na Brooklinie w rodzinie imigrantów z Rosji, wierzy, podobnie, jak Dostojewski, że szansę na odkupienie win ma największy nawet grzesznik i ta wiara jest w tym utworze czytelna, jest „zbrodnia”, jest „kara” i jest „nadzieja na odkupienie win”, jest także napięcie pomiędzy światem duchowym a materialnym, tak charakterystyczne dla najważniejszych dzieł Marca Chagalla oraz mnóstwo refleksji o tym, jak trudno jest zmienić kierunek życia. Powieść spodoba się czytelnikom czułego i niepomnego uraz serca. Książka wydana w roku 1957. „- Moja mama pyta - powiedziała prędko - czy pan mógłby jej dać na kredyt do jutra funt masła, bochenek żytniego chleba i małą butelkę octu jabłkowego. Kupiec znał matkę. - Nie będzie więcej kredytu. Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Morris dał jej ćwierć funta masła, chleb i ocet. Odnalazł na podniszczonym kontuarze, obok kasy, pokreślone ołówkiem miejsce i dopisał liczbę pod pozycją „Pijaczka”. Suma ogólna wyniosła teraz dwa dolary i trzy centy, których nie miał nadziei nigdy zobaczyć. Ale Ida zrzędziłaby, gdyby zauważyła nową kwotę, więc zmniejszył sumę do jednego dolara i sześćdziesięciu jeden centów. Jego spokój - ta odrobina spokoju, jaką miał - wart był czterdzieści dwa centy.” Przewrotnie rzecz ujmując, można zaryzykować stwierdzenie, że jest to powieść również o tym, że z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie na święty spokój. ; )
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na81 rok temu
Speranza Sven Delblanc
Speranza
Sven Delblanc
Przepełniony oświeceniowymi ideałami młody arystokrata wierzy w rozum i wolną wolę człowieka, ale coś od początku mówi, że to wstęp do czegoś złego podczas jego podróży niewolniczym statkiem do Indii Zachodnich w 1794 r. Smutna a prawdziwa książka o naturze człowieka przy zderzeniu ideałów – deklarowanych, dodajmy, bo bynajmniej nie uwewnętrznionych - z brutalną rzeczywistością. Przypowieść jest lekko a perfidnie stylizowana na oświeceniową powiastkę o starym, jak sam świat schemacie: najpierw bunt, racjonalizacja, słabnięcie sprzeciwu, w końcu przystosowanie i współudział. Uniwersalny mechanizm wszelkich ludzkich podłości w działaniu. Początkowo Malte Moritz von Putbus jest oburzony niewolnictwem, potem stopniowo przestaje widzieć w nieszczęśnikach ludzi. Tak bardzo dostosowuje się do sytuacji, że nie cofa się przed przemocą seksualną wobec czarnej niewolnicy, która mu wpadła oko, co jest wstępem do… Ale to już trzeba samemu doczytać, by przekonać się, ze moralna degrengolada nie ma dna nawet na najgłębszym oceanie. Niezwykle wartościowa to książka (choć na pewno nie dla wszystkich),zwłaszcza ze nie epatuje łatwym moralizatorstwem w stylu późnego Zanussiego. Pomijamy tu oczywiście naiwne złudzenia wobec samego siebie, które – na początku - żywi bohater. Notabene szybko daje się on poznać jako wybitny kabotyn. Jego famulusi jeszcze lepsi, świetne są ich tylko lekko zarysowane postacie. Nie do zapomnienia rola hiszpańskiego zakonnika (kojarzył mi się ze swym odpowiednikiem z „Imienia róży”). W swej przemyślnie skonstruowanej powieści – ma ona formę pamiętnika naszego arystokraty - Sven Delblanc wielu rzeczy nie dopowiada, każąc nam się ich domyślać, co jeszcze mocniej wpływa na jej odbiór. Na mnie wywarła ona olbrzymie wrażenie, a wszak nie jestem odbiorcą „utulających” książek. Wiele, wiele lat temu słuchałem tej pozycji, gdy ją fragmentami czytano w „Trójce” - przez te wszystkie lata jakoś nie było okazji, by po nią sięgnąć. A warto było. Cytaty tylko takie do strawienia….. „Hołdowaliśmy zasadom rewolucji francuskiej, takim, jak wyglądały one w pierwszych dniach upojenia wolnością, zanim zaczęto się skłaniać do pewnych naruszeń w kwestii prawa prywatnej własności i cielesnego bezpieczeństwa wielkich osobistości”. „Wysłano mnie na rok wygnania do Indii Zachodnich. O szaleństwo! Czy myśleli może, że nowy klimat przytłumi mój płomień wolności? Ach, nie. Widzę w tej podróży tylko pożądaną próbę”. „O, jaka błogość być młodym w świetle poranka na morzu! Doprawdy, to wielka rzecz żyć i płynąć pod wypełnionymi sztormem żaglami do kraju wolności!”. „O, jakim arcydziełem jest człowiek! Jak szlachetnym w rozumie! Jak nieskończonym w swoich uzdolnieniach! W swoich czynach jak podobnym do anioła, w swoich myślach jak podobnym do Boga!”. „I wtedy właśnie poczułem pierwszy raz odór buchający z ładowni Speranzy, niczym zepsuty oddech z czworokątnej gardzieli, dziwną i przerażającą woń zgnilizny, ludzkich odchodów i śmierci”. „Straszliwa prawda sprawiła, że stałem jak skamieniały (…). To więc było celem mojego pragnienia wolności – by płynąć na pływającym więzieniu niewoli. Statek niewolniczy. Było to uczucie bolesne ponad wszelkie opisy”. „ - Nie chcemy mieć nic do czynienia ze Speranzą. Płyniemy, ale zakładamy protest! - Popatrzcie, to brzmi wygodnie dla sumienia, on płynie, ale zakłada protest…. A pan hrabia jest równie godny szacunku? - Łatwo kpić, panie nadlekarzu, ale tak się zdarzyło, że ja już jestem na Speranzy i nie mam wyboru. - (…) Te lube słowa, jak balsam na sumienie: nie mam wyboru. (…) Zawsze ma się wybór. Nie ma niczego, na co można zwalać winę. (…) A teraz wyczekuje pan tylko na stosowną okazję, żeby wyskoczyć za burtę, aby przez to wykazać swoją surową moralność”. „Chcę zwrócić niewolnikom wolność. To prawda, moja sytuacja pieniężna jest bardzo napięta, ale w najgorszym razie będą musieli wziąć rewers na brakującą sumę.(…) Będą musieli całkiem po prostu zawrócić Speranzę i wrócić do Afryki, by potem wypuścić niewolników na wolność. „- Nie może pan przecież odrzucić ludzkiej tęsknoty do wolności… - Madonna! Tak, jakby ludzka tęsknota do podporządkowania się i niewolnictwa nie była równie potężną siłą”. „Muszę zobaczyć to nieszczęście, muszę patrzeć i patrzeć. I dziwna rzecz - człowiek się przyzwyczaja! Gdy już przezwyciężyłem pierwszą odrazę, te sceny zaczęły mnie frapować niezwykłością! Nic, co ludzkie, nie powinno być mi obce. Nie wolno mi zamykać oczu na rzeczywistość. Muszę widzieć”. „Nieczystość ludzkich małp drażni mi nozdrza zapachem śmierci, wzbudza obrzydzenie i grozę, nadżera coraz bardziej moje człowieczeństwo. Te istoty nie są już ludźmi, zmieniają się pod moim wzrokiem w zwierzęta i trzeba zaiste boskiej miłości, by życzyć im tej wolności, której oni sami wydają się już nie pragnąć”. „Nic nie jest stałe. Nawet gwiaździste niebo nad moją głową. Nie ma niczego stałego”. „Wszystko ucichło, z wyjątkiem podziemnych westchnień niewolników, odległych jak odgłos dalekiego przyboju”. „Hoffmann przyprowadził ją tu o zmierzchu, była naga, odziana tylko w żółtą chustkę na głowie, Eva, Afrodyta nocy, nareszcie moja własność, nareszcie moja…”. „Rozkosz ponad wszelkie opisanie…. Jestem wreszcie mężczyzną! Zabrano ją o północy. I dobrze się stało. Nie do pomyślenia, żeby mogła mieszkać tu, w kajucie. „Kiedy wówczas bredziłem o wolności, nie miałem doprawdy pojęcia o tej bardzo skomplikowanej rzeczywistości, którą znajdę tu, na Speranzy. Teraz dojrzałem”. „Wolność, równość i braterstwo, hasła, które być może mogą obowiązywać w uporządkowanym społeczeństwie, takie to hasła chce on wciągnąć jak flagę na Speranzę. To więcej niż głupie, to zagraża życiu!”. „Bunt zaczął się podczas psiej wachty, kiedy Speranza była słabo obsadzona załogą. (…) Okrucieństwo? Tak, bezsprzecznie. Ale jak okazywać miłosierdzie w czasach takich, jak te? Miłosierdzie, gdy społeczność znajduje się w kryzysie i walczy o życie? (…) Będzie czas na łagodność, kiedy zostanie przywrócony porządek”. „Ale nawet miłosierdzie może być przecież przesadne”. „Musi być jakiś sens w tym, co się dzieje tu, na Speranzy, sens wszystkich tych ofiar. Bez nadziei, że coś ma sens, nie mogę żyć”. „To nie był przypadek, że Evę wybrano jako jedną z trzech ofiar, to głowa wiedźmy spadła pod toporem, poniosła ona zasłużoną karę”. „Nie jestem już więcej sam, nie jestem kimś innym, nie, teraz jestem jednym z nich, jednym z nas!”. „Nadzwyczaj trudno rozważyć między surowością, która karze i oczyszcza, a taką, która tylko zgładza”. „Może najlepiej jest tak, jak jest. Nie rezonować”. „Prowiant kończy się. (…) Kapitan Ferreo przygotował nas na pewne niezwykłe środki zaopatrzenia. Ważne jest zwalczanie starych przesądów. (…) Przymusowe karmienie, jeśli nie można inaczej. Smak jest mdły, ale można go łatwo znieść”. „Jak mogłem żyć tam niegdyś i jak mogłem tęsknić, aby tam wrócić. No, teraz nie ma już żadnego powrotu. Kto raz wszedł na pokład Speranzy, nigdy nie wraca”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na710 miesięcy temu
Ragtime E. L. Doctorow
Ragtime
E. L. Doctorow
Ameryka na początku XX, okres szalonego rozwoju i zmian społecznych. Napływ emigrantów, slumsy, praca dzieci, ludzie umierający na ulicach, wielomilionowa armia bezrobotnych. Strajki w fabrykach, związki zawodowe, emancypacja, rasizm i walka z nim. Z drugiej strony początek wielkich fortun, wynalazków, pojawiających się okazji i szybkich awansów społecznych, czas, gdy powiedzenie „od pucybuta do milionera” miało sens i było możliwe. Wiek rozumu i ucieczki od niego. „Ameryka stała na progu dwudziestego wieku, była krajem parowych kopaczek i lokomotyw, statków powietrznych, motorów spalinowych, telefonów i dwudziestopięciopiętrowych gmachów. Ale, rzecz ciekawa, nawet najwięksi pragmatyści mieli skłonność do okultyzmu.” Na tym tle historia jednej zamożnej rodziny, czarnego pianisty i owdowiałego emigranta z Europy, których losy przeplatają się z realnymi postaciami tej epoki - tancerki Eweliny Nesbit i jej, skazanego za zabójstwo architekta Stanforda White’a, męża Harry’ego K.Thaw, iluzjonisty Harry’ego Houdini , czy anarchistki i aktywistki Emmy Goldman. Narracja skacze pomiędzy tymi bohaterami i wątkami, sprawiając, że ma się wrażenie, iż bohaterowie tej książki są jedynie pretekstem dla pokazania losów prawdziwej bohaterki jaką jest Ameryka- kraj możliwości, ale też upadku dla niektórych. To powieść pędząca w rytmie tytułowego ragtime’u, wielowątkowa i bardzo filmowa. Przeniesiona na ekran w 1981 roku przez Milosa Formana. Miałam wrażenie zbytniej „powierzchowności” i skakania po wątkach ale warto sięgnąć dla klimatu, wskroś amerykańskiego, przesiąkniętego nostalgią za czasami możliwości i formowania, które już się nie powtórzą i dla obrazów, które jak film przewijają się w głowie podczas lektury.
uczta_babette - awatar uczta_babette
ocenił na63 miesiące temu
Wóz ognisty Patrick White
Wóz ognisty
Patrick White
Kto jedzie wozem ognistym i czy ktoś się tego dowie? Wieczór był ciepły, bezwietrzny. Liście odpoczywały przytulone do siebie. Panna Hare - dziwaczka, spadkobierczyni podupadłej fortuny, której symbolem dom z kamienia i złota nazwany przez ojca ponurego ekscentryka Xanadu, w którego salonie nie sposób było niemal rozróżnić, gdzie kończy się szkło a zaczyna światło, teraz rudera, pełna ptasich gniazd i kwitnących gałązek - powracała o zmierzchu do domu ulubioną ścieżką jej tylko znaną, tak zarośniętą, że trzeba się było czołgać jak w tunelu, po aksamicie zbutwiałych liści, w oddechu ziemi, zapachu grzybów i kiełkujących roślin. Powiadali też, że raz wprost na kolana Panny Hare spadło pisklę, trzymała je przy piersi pod bluzką i karmiła ustami jego dziobek, a pisklę wyrosło na gołębia, który odleciał, lecz często wracał by ją odwiedzać. A gwiazdy spływały ku jej wyciągniętym rękom. Potężne zady koni czekały ogonami omiatając wieczne przestworze. Koła wozu były z kutego złota, mocno osadzone na osiach jak należało się spodziewać. A był to jeden z najpogodniejszych dni wiosny odkąd pojawiła się świeża trawa. Zdawało się, że pod trawą tętni życie świata. I z ciała trawy sączyło się zielonkawe światło przymglone żółtym oparem. I rosła tam w dzikim sadzie śliwa, największa chyba na świecie. Zbita masa bieli śmiało współzawodniczyła z zielenią trawy i podkreślała błękit nieba. I powróciło słońce i zapanowało nad światem, zatknąwszy roziskrzoną chorągiew w koronie drzewa. Tam poznała Himmelfarba, starego Żyda, doktora literatury angielskiej w przedwojennych Niemczech. Wysłany przez żonę do księgarni po książkę kucharską natrafił na pisma hebrajskie, zwoje uszkodzonych pergaminów, dzieła kabalistyczne z pewnego księgozbioru w Pradze. Odtąd zasiadał samotnie wieczorami w pokoju nad starymi księgami. Czytał, rysował, obracał w palcach rozmaite przedmioty albo nasłuchiwał głosu ciszy. To co narysował to był Wóz, choć sam nie był do końca pewien co przedstawia, tak wiele widział jego postaci, a wszystkie bogate w mnóstwo ukrytych znaczeń. Tron Boga, wóz ze złota, chalcedonu i jaspisu, wóz Odkupienia, niejasny, intrygujący szczególny. I twarze w wozie niedostrzegalne nawet mgliście. Potem nastąpiła wiadoma Gehenna. Pewnego wieczoru opuściwszy kryjówkę, gotowy na wszystko szedł przez miasto podczas nalotu. Zerwał się wiatr rozwiewając poły jego palta i szarpiąc rondem kapelusza. Wtem usłyszał terkot zbliżających się kół. Teraz koła już muskały czarną łupinę miasta, konie rżały głośno, cwałując przez jadowitą zieleń nieba. Konie wyciągały błoniaste szyje, nozdrza ich lśniły mosiądzem w blasku ognia. A Żyd oszołomiony, szedł pod kołami wozu nietknięty. W Australii najął się w fabryce rowerowych latarek, bo proste czynności wykonywane codziennie są najpewniejszą obroną przed złem. Popołudnie rozszerzyło granice nieba. Niespodziewanie przez trawę nadszedł ktoś i stanął za nim. Obejrzał się i zobaczył kobietę. Nie od razu przerwał ciszę, jakby z szacunku dla jej godności. Pani Godbold, miejscowa praczka, matka sześciu córek, żona potwora. W młodości w Anglii pewnego dnia wstąpiła z młodszym rodzeństwem do Katedry. Otoczył ich w krąg olbrzymi las, kamienne konary sklepiały się ponad ich głowami na firmamencie z błękitu i czerwieni, a spod niego spływało przesiane, przyćmione światło, czy też muzyka. Organy wciąż grały, łączyły akordy w jednolite błyszczące rusztowanie dźwięków. Złociste drabiny wciąż rosły i rosły jak gdyby miały dosięgnąć okna płonącego domu. Nie było jednak pożaru tylko błogi spokój wznoszący się falą coraz wyżej, a dziewczyna wspinała się po niebiańskim rusztowaniu i dodawała coraz to nowe drabiny, żeby dotrzeć dalej wzwyż. Zabrakło jej odwagi pod samym szczytem. Przez mgnienie oka kołysała się w chmurze niepewności, podtrzymywana nieskończenie łagodnymi palcami. Później już w Australii na służbie, stawała w drzwiach frontowych jak gdyby wyglądała na wiejską drogę, na ganku pod drzewem magnoliowym, a kiedy szczegóły jej postaci i stroju od skrzydeł wykrochmalonego czepeczka aż po czubki białych pantofli, zacierały się w mroku, można by pomyśleć, że to jakaś odmiana ćmy, czy też opiekuńczy duch spoczywa na magnolii i za chwilę uleci z wielkim trzepotem skrzydeł. Pani Godbold lubiła śpiewać przy prasowaniu w swoim baraku, dookoła niej wianuszek dzieci: Patrz Zwycięzca tryumf święci, uczcij go w królewskiej chwale, Wóz ognisty ku niebiosom po chmur toczy się powale. Była najłagodniejsza wieczorna pora, światło zasypywało podłogi złocistymi sztyletami. W fabryce latarek rowerowych Himmelfarb poznał tubylca, Alfa Dubbo - leniwy drań jak twierdzili wszyscy. Żyd nawiązał z nim przedziwną nie-znajomość. Ilekroć mijali się, balsam kojący maścił ich rany. Alf wychował się nad rzeką, przygarnięty przez wielebnego Calderona i jego owdowiałą siostrę. Kochał rzekę, rankiem siedział pod drzewem przez ten krótki czas gdy słońce łudzi złotem, zbierał tam kamienie. Popołudniami tonął w oceanie trawy i wydawał swe ciało na łup olbrzymiej soczewce nieba. O zmroku pomarańczowe zgrubienia na wielkich bambusach odcinały się jaskrawiej, a błyszczące liście drzew zdawały się ociekać głębszą zielenią. Mgła opadała płatami a ciemna rzeka przecinała wieczór lśniącym ostrzem. Nie rozumiał nauk pastora jakby ten sobie życzył, pokochał malarstwo przez jego siostrę By otrzymać farby olejne, które ujrzał w starej skrzynce pewnego dnia w pokoju Pani Pask, skłamał, że pragnie namalować Chrystusa. Kolory na starych deskach dziko buchały. Ogień i światło to ruch. I Kolory. Tułał się później od miasta do miasta z kuferkiem wypełnionym farbami i starymi deseczkami. I czytał biblię i książki o sztuce i namalował Płonący Piec i naszkicował Wóz: I widziałem, a oto wiatr gwałtowny nadciągnął od północy i obłok wielki, i ogień skłębiony, a jasność wokół niego, a spośród niego wyglądał jakby mosiądz, to jest spośród ognia. A w środku niego podobieństwo czterech zwierząt, a ta postać ich: podobieństwo człowieka w nich. Cztery oblicza u każdego i cztery skrzydła u każdego, dwa skrzydła każdego łączyły się, a dwa skrzydła zakrywały ciała ich. A gdy chodziły zwierzęta, chodziły również i koła obok nich, a gdy się podnosiły zwierzęta, podnosiły też się i koła. A podobieństwo sklepienia było nad głowami zwierząt jak wygląd kryształu strasznego i rozciągniętego nad głowami ich w górze. Dzień się już chylił ku wieczorowi. We wnętrzu brokatowego namiotu śliwy, cienie leżały jak zwinięte w kłębek ociężałe zwierzęta. Potęgujący się ruch i śpiew wiatru odświeżał wiotkie zasłony gałęzi, przeciskał się wśród dusznych gąszczów, obmywając powierzchnię liści i wreszcie głaszcząc twarze dwojga rozbitków usadowionych u korzeni drzewa. W każdym pokoleniu jak mówią u nas - rzekł Himmelfarb - jest trzydziestu sześciu ukrytych cadyków, którzy chodzą po świecie nie rozpoznani, leczą, wyjaśniają prawdę i spełniają dobre uczynki. Z wolna rumieniec wpłynął na policzki panny Hare - mówią też, że twórcze światło Boga napełniło cadyków, że to oni są jego Wozem.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na1011 miesięcy temu
Hochsztapler Laarmans Willem Elsschot
Hochsztapler Laarmans
Willem Elsschot
(www.bibliotekaswiata.blogspot.com) W czytaniu najbardziej lubię te momenty, gdy książka, po której niczego się nie spodziewam, okazuje się być niepowtarzalnym doświadczeniem czytelniczym i trafia w pewien bardzo mi bliski punkt – a gdy jeszcze sama jej fizyczna postać wpada w moje ręce zupełnie niespodziewanie, w bardzo nieoczywistych okolicznościach, to już mamy komplet zachwytów. Tak stało się z „Hochsztaplerem” - przygotowując listę książek dla Belgii jakoś mi umknął, ale niedawno znalazłem go na wystawce książek w centrum Chorzowa i przeczytałem jednym tchem w pociągu (260 stron, wygodny, mały format) – akurat byłem w cyklu czytania belgijskich książek, nic innego pod ręką nie miałem, a tu wpada mi w ręce książka Belga! Ale do rzeczy! Co to jest za historia! Tytułowy hochsztapler Laarmans zostaje „uczniem” niejakiego Boormana, arcyhochsztaplera, człowieka, który sprzeda wszystko każdemu – zawsze i wszędzie, mistrza manipulacji i wciskania kitu. Pod szyldem Muzeum Krajowych i Zagranicznych Wyrobów wydaje on „Przegląd świata” - te szumne nazwy skrywają gigantyczną blagę, polegającą na naciąganiu przedstawicieli zakładów przemysłowych z całej Belgii na kupowaniu magazynów reklamowych w ilościach hurtowych. A że Boorman jest naciągaczem najwyższej klasy, potrafi opchnąć dziesiątki tysięcy egzemplarzy podupadającej firmie, która skusi się peanami ku swojej wątpliwej czci. To, w jaki sposób Eisschot opisuje działania swojego bohatera i jego technik manipulacji to arcydzieło najwyższych lotów, niezwykle interesująca jest również panorama przemysłowców międzywojennej Belgii i mechanizmów kapitalistycznego rynku. Książka jest niezwykle błyskotliwa, zabawna i rewelacyjnie skomponowana – publikacja PIW-u to tak naprawdę dwie minipowieści („HL” i „Noga”),tworzące razem pełną historię Laarmansa i Boormana. Pierwsza to znakomite studium manipulacji, druga zaś jest jej równie genialnym rewersem – jest w niej coś ze „Śmierci urzędnika” i opowiadań Allana Poe. A że sam kiedyś pracowałem kiedyś dla firm pozycjonujących i sprzedających rozmaite „książeczki”, to odnalazłem w tej historii aż za dużo prawdy... Fantastyczna książka! (a trzecie opowiadanie, „Błędny ognik”, niepowiązane z losami Laarmansa i Boormana, już wyraźnie słabsze, niestety).
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na91 rok temu
Miasteczko nietoperzy: pierwszych siedem lat mojego życia (i jeszcze kilka) Dario Fo
Miasteczko nietoperzy: pierwszych siedem lat mojego życia (i jeszcze kilka)
Dario Fo
Jestem entuzjastką twórczości Dario Fo. Przepadam za jego poczuciem humoru, podejściem do absurdu, pomysłami na fabułę, niezwykłymi opowieściami, łatwością z jaką je snuje i prowadzi. Cenię go za odniesienia do komedii dell arte, błyskotliwość, nieszablonowość, fantazję. Jednoaktówkę Trzy zbiry znam niemal na pamięć. Z powyższych względów wszystko co napiszę dalej będzie pochwałą autora i jego talentu. Miasteczko nietoperzy to wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Utrzymane w pogodnej, czasem sielskiej atmosferze opowieści obejmują nie tylko samego autora i jemu najbliższych, ale także (z korzyścią dla całości) sąsiadów, co ciekawszych mieszkańców miasteczka. Niektóre z wątków brzmią wręcz nieprawdopodobnie (jak ten o Bezrękim, synu bogatej Polki),inne rozbawiają i dodają otuchy (perypetie dziadka rolnika czy profesorskie alternatywne tłumaczenie historii i biografii starożytnych). Przypadki młodzieńczych wyskoków i próby sił czasem mrożą krew w żyłach, czasem przyprawiają o salwy śmiechu. Doświadczenia szkolne, obserwowanie zmian zachodzących w społeczeństwie i polityce, a ponadto rozwijanie talentów (poza prozatorskim, również malarski) są ważnymi punktami wspomnień. Ciekawie wygląda partia opowieści dotycząca ojca rodziny oraz licznych przeprowadzek, powodowanych zmianami jego stanowiska (był kolejarzem i zawiadowcą stacji). Najpiękniejsze wspomnienia dotyczą miasteczka Porto Valtravaglia, usytuowanego nad jeziorem Maggiore w pobliżu granicy ze Szwajcarią. Było to (w owym czasie) niezwykłe miejsce pełne imigrantów (słynna huta szkła),różnych narodowości, co czyniło owo miejsce wielobarwnym i ciekawym. Mimo coraz trudniejszych czasów (epoka Mussoliniego),późniejszej wojny, udało się mieszkańców (przynajmniej we wspomnieniach Fo) utrzymać specyficzny charakter i pacyfistycznego ducha miejsca. Ciekawa opowieść o pierwszych miłościach, budzeniu się w autorze słownego improwizatora, a także wspomnienia wędrownych bajarzy i gawędziarzy, i nade wszystko tęskny powrót pamięcią do lat dziecinnych, oto czym jest Miasteczko nietoperzy. buchbuchbicher.blogspot.com
BuchBuch - awatar BuchBuch
ocenił na67 lat temu
Tysiącletnia pszczoła Peter Jaroš
Tysiącletnia pszczoła
Peter Jaroš
Bardzo ciekawa saga chłopskiej, czy raczej chłopsko-rzemieślniczej rodziny z regionu Liptów (miejscowość Hybe i nie tylko),rozgrywająca się w latach 1891 - 1918. Obejmuje trzy pokolenia małorolnych podtatrzańskich Słowaków, dorabiających - przede wszystkim jako murarze - po całym dawnym Królestwie Węgier. Mocną stronę powieści stanowią opisy realiów liptowskiej wsi z przełomu wieków, obejmujących życie codzienne, w tym np. przedstawienie codziennych zajęć czy potraw, obyczajów, wzajemnych relacji i problemów, w tym także osobistych a nawet intymnych. Bohaterowie są wyraziści, może nawet za bardzo, ale inne postacie również. Minusem są natomiast czarne charaktery powieści, ukazane całkowicie i jednostronnie negatywnie, czyli duchowni katolicki i ewangelicki oraz "madziaron", czyli słowacki renegat, chcący być Węgrem. Można odnieść wrażenie, że są szwarccharakterami z racji swoich "funkcji". Zaletę stanowi natomiast zarysowanie sytuacji ekonomicznej i kulturowej Słowaków pod panowaniem węgierskim. Nasi południowi sąsiedzi poddani byli bowiem silnej madziaryzacji, tak jak Polacy rusyfikacji w Kongresówce, a może nawet bardziej dotkliwej w sferze kulturowej. Kolejny plus to zmienne koleje losu bohaterów i brak bajkowych rozstrzygnięć, czyli realizm. Powieść posiada jednak i minusy. Przede wszystkim dość nachalne skrzywienie ideologiczne - powieść opublikowano w 1979 roku, więc wiadomo jakie. Po drugie błędne założenia tłumaczy (dwóch). Nie wiadomo dlaczego imiona słowackie są spolonizowane (np. Marcin, Andrzej, Józef),ale ich zdrobnienia (Janko, Samko, Ondro) - nie. Dawne polskie nazwy Słowackich miejscowości (Święty Mikołaj czyli Liptovski Mikulasz) zamiast ułatwiać - utrudniają orientację w geografii powieści. No i krwawa niedziela miała miejsce w Petersburgu, a nie w Piotrogrodzie, bowiem tą nazwę ówczesna stolica Rosji nosiła dopiero od 1914 roku. Dobra powieść, warta przeczytania. Byłaby jeszcze lepsza, gdyby autor opublikował ją 11 lat później a Polski przekład został uwspółcześniony.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na65 lat temu
Długie życie Marianny Ucrìa Dacia Maraini
Długie życie Marianny Ucrìa
Dacia Maraini
Rozsiane wokół Palermo domostwa wieśniaków pachną gnojem, uryną, skwaśniałym mlekiem, węglem drzewnym, suszonymi figami, zupą z ciecierzycy, ekskrementami, zgniłymi warzywami, smażonym olejem i kurzem, przykra rzeczywistość, ale nie dla sycylijskiej księżnej, ma na imię Marianna, od szóstego roku życia jest głuchoniema. Źródłem kalectwa jest uraz psychiczny, tak głęboki, że nieodwracalny w skutkach. Przenosimy się w czasie i przestrzeni na Sycylię, by uchylić furtkę do zamkniętego na dobre świata przeszłości, tym światem jest wiek XVIII, kobieta jest własnością mężczyzny, najpierw ojca, później męża, niezależnie od statusu społecznego to oni decydują o jej losach, od 13. roku życia jej głównym zadaniem jest bycie posłuszną żoną i matką oraz wydanie na świat możliwie licznego potomstwa płci męskiej. „Czy kobieta czterdziestoletnia, matka i babka, może zbudzić się jak spóźniona róża z letargu trwającego dziesiątki lat i zapragnąć swojej porcji miodu?” Historia walki o niezależność w myśleniu i samodecydowanie o swoim losie, czytelnik jest w tej powieści stroną uprzywilejowaną, słyszy każdą myśl głuchoniemej bohaterki, a ona potrafi czytać w myślach innych, komunikuje się ze światem za pomocą zeszytu z wyrywanymi kartkami, atramentu, popiołu oraz gęsiego pióra z zabarwioną na niebiesko końcówką, nie mówi, ale ma światu wiele do powiedzenia. A do tego jest piękna i pełna godności jak królowa. Dacia Maraini spędziła młodzieńcze lata w rodzinnej willi Bagheria w okolicach Palermo, na jednym z portretów zdobiących ściany wisiał portret jej prababki Marianny trzymającej w dłoniach karteczkę i pióro, za fasadą milczenia autorka dostrzegła bystry umysł, zamiłowanie do literatury oaz ucho zdolne odkrywać sekrety umysłu. Portret damy zdobywającej kolejne bastiony niezależności. Dama woli lekturę od modlitwy, lecz Pan Bóg przymyka na to oko ; )
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na78 miesięcy temu
Nie mów noc Amos Oz
Nie mów noc
Amos Oz
„Nieważne, ile wysiłku włożysz w to, żeby kogoś poznać, poświęcisz na to sto lat, dzień i noc na okrągło, będziesz z nim spać w jednym łóżku, nic to nie da, i tak nie będziesz nic o nim wiedzieć”.W „Nie mów noc” Amos Oz snuje opowieść, która nie tylko relacjonuje historię, ale przede wszystkim odsłania emocjonalny krajobraz dwóch dusz, które pragną się do siebie zbliżyć, a jednocześnie nieustannie się rozmijają. To powieść o miłości, która nie wystarcza, o czułości, która nie koi, oraz o dwojgu ludziach dzielących przestrzeń, lecz nie potrafiących się naprawdę usłyszeć. Główni bohaterowie, Teo i Noa, żyją razem w pustynnym izraelskim miasteczku. Choć są w związku, ich relacja przypomina współdzielenie przestrzeni dwóch odrębnych planet.Teo pragnie spokoju, prostoty, ciszy i symbolicznego „niewywoływania nocy”. Noa natomiast chce działać, zmieniać świat i angażuje się w projekt ośrodka resocjalizacyjnego. Ich spojrzenia na życie są różne, ale w centrum pozostaje pytanie: czy miłość może wystarczyć, gdy wartości i potrzeby są tak odmienne?Oz znakomicie uchwycił paradoks relacji: można być blisko fizycznie, a jednocześnie głęboko i chronicznie samotnym. Noa i Teo często rozmawiają, ale niemal nigdy naprawdę się nie słuchają. Ich myśli krążą wokół siebie jak ćmy, ale na różnych orbitach. Każde z nich próbuje kochać na swój sposób, lecz miłość, która nie spotyka się z odbiciem, zaczyna ciążyć. Znamy to i z własnego jestestwa. Nie ma tu dramatycznych wybuchów ani ostrych konfliktów. To raczej powolne, ciche przesuwanie się dwóch serc na granicy znużenia, troski i niezrozumienia. Oz pokazuje relację, która nie umiera gwałtownie, lecz rozmywa się, zasypując piaskiem pustyni, w której toczy się ich życie. Świetnym zabiegiem literackim jest naprzemienna narracja: raz widzimy świat oczami Teo, raz przez pryzmat myśli Noa. Ta konstrukcja uwypukla, jak subiektywne, nieprzenikalne i czasem tragicznie rozbieżne są nasze interpretacje rzeczywistości oraz intencji drugiego człowieka. Co ważne: każde z nich nosi w sobie swoją wersję tej relacji. Każda jest prawdziwa, choć żadna niepełna. „Nie mów noc” to dla mnie przede wszystkim powieść o trudzie bycia razem. Nie chodzi tu o zdradę czy wielką tragedię, ale o coś znacznie trudniejszego: o codzienne poczucie, że kochamy kogoś, a mimo to nie umiemy dotrzeć do jego wnętrza. Każde „dobranoc” niesie w sobie cień pytania: czy na pewno się rozumiemy? Czy jeszcze jesteśmy razem, czy już obok siebie? To także historia o tym, jak miłość bez rozmowy zamienia się w milczenie, a troska w znużenie. Oz jak zwykle nie potępia swoich bohaterów; pokazuje ich z empatią i liryzmem jako ludzi, którzy próbują, choć nie zawsze potrafią. Autor stworzył intymny portret relacji, która rozgrywa się w ciszy, w gestach i w niedopowiedzeniach. Ta konstrukcja pozwala dojrzeć, jak subiektywne, nieprzenikalne i czasem tragicznie rozbieżne są nasze interpretacje rzeczywistości oraz intencji drugiego człowieka.Lektura głęboka, dojrzała, poruszająca, pozostająca na długo w pamięci, jak wszystkie tego autora.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na89 miesięcy temu
Tam, gdzie wyją szakale Amos Oz
Tam, gdzie wyją szakale
Amos Oz
"Tam gdzie wyją szakale" Amosa Oza to prawdziwe arcydzieło literatury, które zachwyca od pierwszej do ostatniej strony. Oz w mistrzowski sposób łączy głęboką psychologię postaci z niezwykle barwnym opisem izraelskiej rzeczywistości. Książka ta to nie tylko wciągająca opowieść, ale również głęboka refleksja nad ludzką naturą, relacjami międzyludzkimi i poszukiwaniem tożsamości. Postacie w tej powieści są złożone i wielowymiarowe, każda z nich ma swoje unikalne tło i motywacje, co sprawia, że czytelnik angażuje się emocjonalnie w ich losy. Oz potrafi wniknąć w najgłębsze zakamarki duszy swoich bohaterów, ukazując ich w całej ich ludzkiej złożoności. Jego styl pisania jest niezwykle sugestywny, pełen subtelnych niuansów i poetyckich obrazów, które na długo pozostają w pamięci. "Tam gdzie wyją szakale" to również fascynująca podróż przez historię i kulturę Izraela, co dodaje dodatkowej warstwy do już i tak bogatej fabuły. Amos Oz, jako wybitny znawca swojego kraju, potrafi z niezwykłą precyzją oddać zarówno piękno, jak i trudności życia w tym regionie. Książka ta jest nie tylko literackim majstersztykiem, ale również ważnym głosem w dyskusji na temat ludzkiej egzystencji i kondycji współczesnego świata. "Tam gdzie wyją szakale" to lektura, która wzbogaca, inspiruje i skłania do głębokiej refleksji. Zdecydowanie polecam tę powieść każdemu, kto szuka literatury na najwyższym poziomie, pełnej emocji i mądrości życiowej. Amos Oz po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najwybitniejszych pisarzy naszych czasów.
Lucyferus - awatar Lucyferus
ocenił na91 rok temu

Cytaty z książki Ulica rzeczna

Więcej
Meja Mwangi Ulica rzeczna Zobacz więcej
Meja Mwangi Ulica rzeczna Zobacz więcej
Meja Mwangi Ulica rzeczna Zobacz więcej
Więcej