Rzadki motyl

Okładka książki Rzadki motyl autorstwa Kornel Filipowicz
Okładka książki Rzadki motyl autorstwa Kornel Filipowicz
Kornel Filipowicz Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Seria: ABC literatura piękna
229 str. 3 godz. 49 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
ABC
Data wydania:
1995-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1995-01-01
Liczba stron:
229
Czas czytania
3 godz. 49 min.
Język:
polski
ISBN:
8308026044
,,KLASYKA DLA KAŻDEGO
Wydawnictwo powierzyło mi ułożenie niewielkiego wyboru opowiadań Kornela Filipowicza. Wybór mój (jeden z wielu, jakich można tu było dokonać) jest specyficzny: pragnie uwydatnić najbardziej osobiste wątki tego pisarstwa. Fabuła gra tu rolę znikomą. Pisarz zresztą z biegiem lat coraz chętniej odchodził od ,,klasycznych" fabuł na rzecz bezpośredniego wyznawania swoich uczuć, przemyśleń i duchowych przygód, w różnych momentach życia i rozmaitych okolicznościach. Wybór ten, chociaż ograniczony rozmiarami książki, rzuca światło na liryczną stronę prozy Filipowicza, stronę ogromnie silną i ważną w całej jego twórczości.
Wisława Szymborska"
Średnia ocen
7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Rzadki motyl w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Rzadki motyl

Średnia ocen
7,1 / 10
12 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Rzadki motyl

Sortuj:
avatar
69
64

Na półkach:

Opowiadania zebrała i pogrupowała Wisława Szymborska z sugestią rekomendacji, jako te które odsłaniają profil pisarstwa Kornela Filipowicza. Ale każde opowiadanie pisarza, cała jego proza jest miernikiem jego indywidualizmu.
Zapomniany czy przeoczony, niemodny czy nudny, aż swego czasu Jerzy Pilch zarzucał brak zainteresowania jego prozą w dobie komercjalizacji i trendów nie mających nic wspólnego z literaturą strcicto.
Styl pisania jakby hemingwayowski, prosty, lakoniczny, pozornie nieefektowny, niekomplikowaną treścią aczkolwiek nieraz alegoryczną, metafizyczną, oniryczną.
To jakby sensoryczna literatura: opisywanie zdarzenia, zachowania, emocji jest jak patrzenie na obraz z każdego kąta, profilu, z każdej pozycji, nawet tej niedostępnej, aby nic nie pominąć, aby nic nie uszło uwadze.
Krótkie zdania bez nadmiaru środków wyrazów, jeżeli już to metafora ale rozbudowana. Sam Iwaszkiewicz autorytatywnie skwitował : „ jego pisarstwo to skromność barw i pozorna szarość ich odcieni”.
Opowiadania chociaż autonomiczne pogrupowano z pewną zamyśloną chronologią w rozdziały pozbawione tytułowego wskazu, ale intuicja podpowiada sens tej selekcji i kryterium podług których ją dokonano. Narracja w pierwszej osobie, niby fragmentaryzująca życie pisarza i jego autopsje.
Filipowicz w opisie zdarzenia przywiązuje wagę do niuansu, jest aura zdarzenia: czas historyczny, plener, architektura, moda… niczym spójny zapis fotograficzny.
Ten styl pisarstwa, nie lubi pobieżności, jest wnikliwy i rozpięty zarazem, staranny i przemyślany, drążący sedno do dna, do wyczerpania aby było ono ujęte najjaskrawiej i najtrafniej.


Mając coś do przekazania w sposób czytelny: myśl, refleksję, pogląd, pewną swoją filozofię w jakimś aspekcie jako ten subiektywizm interpretacji, najlepiej użyć krótkiej formy, nad którą się łatwo panuje, unikając powieściowego rozmycia w wielowątkowość, unikając rozwlekłej fabularyzacji, która zaciera intencje autora a sama w sobie stając się najważniejszym atutem.
Zgodnie z tą tezą, krótka formuła: opowiadanie, nowela ( nieco zużyta nazwa krótkiej formy ) mikropowieść… winna coś z sobą nieść. I tak jest w przypadku pisarstwa Filipowicza, który lubuje się w krótkich formach, najczęściej lirycznych ( opis ludzkich emocji),wyciągając z życia na wierzch zdarzenia, które determinują wariant ludzkiej emocji, ludzkie przyzwyczajenia i zachowania jakże uniwersalne.
Te zdarzenia, które najpewniej są doświadczeniami autora odgrzebywane starannym opisem niejako z dystansu czasu poddawane są tym samym pewnej filtracji, prowadzącej przy wsparciu nabytej mądrości życiowej i nie tylko do wyciągania kwintesencji myślowej w zadanym aspekcie.
Zdarzenia z lat dzieciństwa i młodości nierzadko są reminiscencją autora. Te obrazy dawnej codzienności, autor schludnie i perfekcyjnie odtwarza słowem dając wrażenie jakby to było wczoraj.

Nie będzie ujmą, że złamie się regułę i posunie do interpretacji opowiadań zawartych wpięciu
rozdziałach wedle chronologii, tym samym odsłaniając nieco ich treść.
Pierwszy rozdział to wgląd w dzieciństwo.
Ale pierwsze opowiadanie „Światło i wdzięk, czyli o niedoskonałości świata” jest preludium do wszystkich opowiadań, o tym że świat, natura wcale nie jest doskonała, jest pełna mankamentów jak sam jej doskonały wytwór człowiek. Na przykład zmienny dźwięk jako skutek efektu Dopplera, czy iluzja monochromatyczności światła. Zapowiedź jakoby również opowiadania, nieważne jaką weną, intelektem i lekkością ręki pisane, również nie odtworzą realizmu, stanu duszy, okrasy tego świata, ale z kolei nie podejmując próby elaborycznej staranności w tej kwestii, jest popełnić na mecie falstart ulec kapitulacji, lub podjąć rezygnację z pisarskiej służby.
W następnych opowiadaniach tego rozdziału to finalne konstatacje, że epizod historii zaczyna się od „bicia Żydów”, że powiedzieć „nie kocham” to silna awersja i nienawiść, że są pewni ludzie ilekroć los zetknie nas z nimi to samo spojrzenie na nich wywołuje żal i smutek.
Dzieciństwo to inne oczekiwania pełne marzeń, naiwności i fantazji dziecinnej, mylne interpretacje zachowania dorosłych, skłonność do płaczu jako reakcja obronna i prowokująca. Nierozbudowana emocjami relacja syn – ojciec spełza na milczeniu i obojętności i braku respektu.
Dzieciństwo to zaczyn wszelkich przyszłych pasji, sentymentów, w nim to szukać źródeł dorosłego zachowania i symptomów dojrzałych samorealizacji. Stąd tak ważne eksperymentowanie i pokazywanie w tej pierwszej dekadzie życia w miarę możliwości wszelkich destynacji ku którym może kroczyć dojrzałe życie.
Ta pasja wędkowania autora wyszła z dzieciństwa o czym świadczy pierwsze opowiadanie.

Drugi rozdział to retrospekcja w czasy wojenne.
Opowiadanie „Dzień poprzedzający” jest deklaracją wobec pewnego powszechnego prawidła życia człowieka: idącą z dnia na dzień szara, uporządkowana, ustabilizowana codzienność nagle zakłóca zdarzenie losowe które wszytko wywraca i wszystko przewartościowuje ( w danym przypadku areszt autora w czasie wojny).
W opowiadaniu „Ślub w małym drewnianym kościółku” jest przykładem jaki normatyw życia wyznacza wojna: w tym niepewnym, rozedrganym czasie w człowieku jest silne pragnienie stabilizacji chociaż na moment, chociaż na chwilę, i to opisane narzeczeństwo bez przekonania tylko ze zwykłej przekory i strachu przed jutrem naciska na nagłą formalizację, mimo przeszkód i biurokracji kościelnej.
Rzadko się zdarza aby ktoś tak trafnie zarysował grę ekstremalnych emocji w życiu obozowym podczas wojny. Ta szaleńcza tęsknota za normalnym bytem i zazdrość, kiedy codziennie odbywa się przemarsz więziennego komanda pośród pleneru niemieckich uliczek, tętniących spokojnym życiem na wskroś snobistycznym obojętnym na ludzką udrękę, i to upojne odczucie sprawiedliwości w zniewolonym umyśle kiedy nagle ten uliczny porządek zostaje zakłócony jedna tylko dewastacją.
Ten więzień obozu w łachmanach, zdrutowanych butach, dla którego zapach sklepowych karmelków jest jak posiłek, jakaś „Biała ręka” podlewająca kwiaty balkonowe jest największą atrakcją dnia dla błądzącego wzroku, i ta swoista świadomość, że jedynie co nie odebrano to wolności myśli.

Szymborska w rozdziale zebrała materiał prozy, który niejako tym literackim kodem odkrywa osobowość autora. Pasja wędkowania autora, która wbrew pozorom nie jest jedynie relaksem na łonie natury ale ma coś z magii przygody, z apetytu na podróże w ustronia, zacisza rodem z malowideł Ruisdaela i Poissona, ma coś z inklinacji do przemieszczania się jako reliktu stylu życia koczowniczego i tej ucieczki od urbanistycznej monotonii.
Jak ludzka zawiść biska animozji toczy człowieka kiedy spostrzega się wędkarza ze sznurem nałowionych ryb tym prostym niemalże prymitywnym sprzętem wobec akcesorium z najwyższej półki jaki się posiada i raptem konkluzja, że to umiejętności są drogą do sukcesu a nie dyspozycja środków: narzędzi i sprzętu.
Opowiadanie „Śmierć antagonisty” bez wątku fabularnego jest swoistym przemyśleniem podszyte autorską ( subiektywną ) filozofią nad stanem „duszy” człowieka ( stan recepcji i interpretacji) stanem zmiennym zależnie od dekady życia, stanem ambiwalencji w sferze wartości, moralności, ekspresji uczuć i stanem bytu wielu antagonizmów.
Ta „dusza” w okresie adolescencji jest spójna i zgodna, kiedy człowiek dojrzewa i doznaje wielu świadomości rozszczepia się, miota się w sprzecznościach w kwestii eksplikacji otaczającego świata. Ale te sprzeczności, to wewnętrzne ścieranie nie są aspektem pejoratywnym są biologią świata, jego sensem i budulcem.
„Krajobraz doskonały” potwierdza tylko zasadę: to co jest doskonałe jest tylko subiektywnym odczuciem bo w innej percepcji z kolei jest tylko zwykłe nawet niezauważalne.
Opisywane meandry pewnej rzeki w dekoracji krajobrazu konfiguracji brzegowej i zieleni jakby precyzyjnie uformowanych nadwieszonych siłą precyzji natury są dla autora kulminacją doskonałości, która w pełni zadowala niedosyt na piękno ale nie tylko…uruchamia niepokój, bo każde osiągniecie szczytu poza którym nie ma nic lub mistyka, jest początkiem zjazdu wedle cyklicznej natury wszystkiego.
W tym rozdziale opowiadanie „Rzadki motyl” jest niby o spotkaniu, które jest niezwykłym ewenementem, rzadkiego okazu motyla : Pazia żeglarza. Ale w tym wszystkim jest proceder nadużycia i poniekąd mylnej interpretacji opowiadania. Wynika to z racji zapożyczania tytułu tego opowiadania na tytuł zbiorczej selekcji opowiadań inwencji Szymborskiej. Sugestia Szymborskiej jest jednoznaczna, ta kompilacja określa Kornela, przydając mu niejako ksywę do oryginalności jego pisarstwa ale i też do jego indywidualizmu, który Szymborska dobrze znała z racji z nim konkubinatu.
Wszak to opowiadanie jest stricto o przemijaniu, w którym nie ma już żywych pokus na posiadanie jak we wczesnych dekadach życia, jest bezinteresowność i obojętność, które wypychają się naprzód w hierarchii cech dominujących.
I samoocena pisarstwa autora, jego kieracie i wymowie w opowiadaniu „Przeszkody”. Nawet ta materialna przeszkoda, która wymaga fizycznego wysiłku sposobem może być ominięta. Ale pisarstwo rządzi się swoją regułą, mentalne przeszkody nie sposób ominąć i pominąć. Nawet tak błaha myślowa przeszkoda, kiedy chce się ją usunąć ma opór litego kamienia. I nawet jak ma się odczucie jej pokonania, jest tylko wścibska iluzja, bo ona tylko przesunęła się w dalszy rejon albo transponowała w inną, albo przeszła metamorfozę. Ujmując to konkluzją pisarstwo to wieczna walka z myślowymi przeszkodami.

Czwarty rozdział zaczepia o emocje ale też o zdarzenia surrealistyczno-oniryczne.
Niejeden twórca eksperymentuje schulzowsko-kafkowską formułę z pogranicza groteski i mistyki, jakby ta formuła była narzędziem do przekazu tego czego zapis rzeczywistości nie jest w stanie pokazać.
Zinterpretować najprościej opowiadanie „Koncert f-moll” to powiedzieć że pewne nieosiągalne marzenia spełniają się tylko w śnie.
Autorska imaginacja jest mistrzowska.
Z jakim pietyzmem autor opisał (surrealistyczny ) pierwszy występ przed audiencją: ten majestatyczny z paderewsko-małcużyńską pozą przysiad do fortepianu, prolog i pierwsze frazy w niepokoju czy aby dobrze wybrzmią, i ten pościg za frazą ulubioną, mimowolne spojrzenie na reakcję publiczności, czy rzędy nagle nie zaświeciły wakatem …opis całej akcji następstw zdarzeń z narastającym napięciem, gdzie szczegół goni szczegół. Potem moment zapomnienia frazy ale nie melodii co pozwalało na wyjście z patu w postaci odgwizdania, i ambiwalentna reakcja audiencji: jedni wychodzili drudzy wpadali w aplauz. Ale jeden wzrok szczery akceptujący ten mankament, wzrok matczyny.
Opowiadanie „Foto-Variete” z kolei na pozór jakby zapis z wizyty w atelier fotograficznym ale jest świadectwem jak wysoka jest spostrzegawczość pisarza, świadectwem jak w odmienny sposób twórca patrzy na świat, odnajdując w nim to co każdy z nas nie dostrzega. Nawet w tych fotografiach-twarzach jest kondensacja wszystkiego; jest pośpiech, zmęczenie,, brak odprężenia ale jest i spokój. Są fotografie z nadmiarem retuszu, jakby bez rzeczywistego wyrazu i autentyzmu skąinąd sprowadzane tylko do miana podobieństwa.
Wspomnieniem epizodycznym o matce na tle dogasającej starości jest opowiadanie „Moja mama z Europy Środkowowschodniej” . Starość lubi przeglądanie przeszłości, w której było się młodą sprawną jakby ten symptom był antidotum na stan obecny. To odgrzebywanie przeszłości jest natrętne, jest jak patrzenie w postrzępione, wyblakłe fotografie, bo umysł starczy wszystko zaciera i zniekształca, mimo ciągłego ludzkiego wewnętrznego uporu.
Opowiadanie „Scena końcowa” jest potwierdzeniem jak silne jest pragnienie wolności każdej istoty, nawet tej niby pozbawionej świadomości. Opowiada jak stadko goryli w zoo, gdzie nie muszą starać się o potrzeby egzystencjalne przybrało kataleptyczną pozę, odmawiając jedzenia, zainteresowania, zabawy jakby to była chwila protestu wobec niewoli, niewoli na pozór luksusowej ale z jarzmem na szyi.
Ostatnie opowiadanie tego rozdziału „Gdy przychodzą we śnie” jest opisem zdarzenia w śnie, ale równie dobrze mogłoby wydarzyć się na jawie. Jak większość opowiadań tak i to zawiera puentę, prawdę życiową, o której nieraz wypada przypomnieć. Jest o grupce ludzi głodnych, wynędzniałych, żebrzących pukających do drzwi o wzgląd i łaskę. Kiedy się otwiera drzwi, zaprasza w odruchu serca i litości, oni już syci nie okazują wdzięczności ale wykorzystują słabość i dobroć gospodarza, zawłaszczając jego mienie.

Rozdział ostatni- piąty i opowiadania rzekłoby się na granicy ezoteryki.
Opowiadanie „Gałąż” jest o zabłądzeniu podczas rutynowego grzybobrania i powrotem na opak dzięki wewnętrznemu kompasowi intuicji. Skąd taka zdolność, gdzie jej źródło, czy to podszept opatrzności… czy może zwykły zbieg okoliczności, że wybrana droga powrotu stała się strzałem w dziesiątkę.
Opowiadanie „Opowieść niedokończona ‘’ jest swoista autorefleksją nad tajemnicą ludzkiego życia.
Zaczyna się od interpretacji percepcji świata, która jest różna w każdej dekadzie życia człowieka, jakby rzecz całkiem naturalna ale nienaturalnym jest w tym zły zaczyn, ile wyradza ona konfliktowości, sprzeczności w ludzkiej koegzystencji.
Są w ludzkości anomalie, bezsensy, których ludzka świadomość nie docieka i przechodzi obok ( np. religia której alogizm nikomu nie przeszkadza) nawet gdyby zdano sobie z tego sprawę, świat się toczy niezmiennym trybem. Nacje walczą ze sobą a proszą tego samego Boga o zwycięstwo, są granice etniczne stricto jako linie demarkacyjne, a w rzeczywistości te granice nie zacierają się po obu stronach…
Dlaczego tyle niesprawiedliwości losu na każdym kroku, ktoś tryskający zdrowiem zażywa świata: biega, zwiedza, skacze, ten chronicznie chory przykuty do łóżka, pełen pokory i marzeń też musi też żyć.
Nie dostrzega się potencjału i waloru w ludziach przez los doświadczonych: kalek, ciałem zeszpeconych, brzydkich, wręcz idzie skądinąd zadowolenie, że człowieka taki los nie spotkał.
Wszak od niedawna darwinowska ewolucja zmieniła spostrzeganie wszystkiego i bliżej nam ku tej tajemnicy życia, która sama się rozwikła.
Autor opowiada o sobie , o dzieciństwie, młodości, traumie wojny, nawykach i preferencjach nabytych… jakby chciał tą drogą przypomnieć, że każdy ma zbliżone autopsje życiowe, swoje smaki, upodobania, awersje, reakcje śmiechu i wybuchy radości, zgryzoty, melancholie… i idzie w tym konkluzja jak jesteśmy do siebie podobni we wszystkim. Tak jak nieznacznie się fizycznie różnimy posiadamy funkcje organiczne niezmienne, tak jak ten rys psychiczny jest inny ale w całokształcie nadrzędnych emocji jest taki sam.
Chciałoby się świat opisać, sfilmować, udokumentować najstaranniej, najwierniej , ale zawsze pozostanie ta „niepokojąca reszta’’.
Osobliwe jest opowiadanie „Fizjologia” niby to reminiscencja w pewną niespełnioną platoniczną miłość, która niby stan fizjologiczny tak mocno wrył się w pamięć i co jakiś czas się odzywa dając kojącą rozkosz wspomnienia.
Bo jest w życiu, że spotyka się obiekt pożądania( tak jak autor Marię),i wtedy jest chwila kiedy jak filmowe rejestry, jawią się wizje pożycia z tą osoba, uczucie ochoty dawania wszystkiego co się ma za zaznane szczęście, jakiś trans metafizyczny, ulotna euforia, … stan który wżera się w psychikę i wypala ślad, tym bardziej trwały kiedy ta chwila zauroczenia nie miała żadnych rokowań kontynuacji i konsumpcji.
Ostatnie opowiadanie „ Nike” po wymowie tytułu daje domniemywać na początku iż to rzecz o triumfie, radości z wygranej. Ale to opowiadanie o zdarzeniu sennym, z prologiem jakby sen był antidotum na przeżycia na jawie, jakąś manifestacją podświadomości, jej niekontrolowanych treści które biegną za dnia poza nami, gromadzą się bezśladowo, aby potem hurmem dać o sobie znać podczas snu w postaci kompozycji surrealistycznych zdarzeń.
Ale mimo surrealizmu, świat zdarzeń w śnie jest przyziemny, tylko wydaje się jakby ich bieg, zależności przyczynowo - skutkowe, treści, pozbawione były logiki, absurdalne, ale niekoniecznie bez sensu, bo zawierają odbicie naszych emocji, nasze akumulacje myślowe i stresy.
Sen jest niezbadanym stanem a eksperymenty dowodzą pewnych prawideł dotyczących treści snu w aspekcie prognostyki realnego zdarzenia które ma nastąpić, jakiś oniryczny omen.
Sen w opowiadaniu jest o wolności, której narrator doznaje jej brak albo wystawia ją na piedestał jako największy walor ludzkości.

Zakończeniem tego zbioru jest wiersz, czy Szymborskiej czy Filipowicza, to dylemat, wiersz jednakowoż smakuje wyrafinowaniem słowa Szymborskiej. O czym on, czy resume tych wszystkich zebranych opowiadań, ich treści ich zakodowanych przesłań?. Jest zawsze coś pomiędzy, z meritum wiersza konkludując jakby coś nieuchwytnego: przeczucie, ostrzeżenie, dopełnienie…ale chyba jednak coś ważniejszego, jakieś odbicie wszystkiego, które błyśnie w myśli, ślizgnie się cieniem, iluzją, mimowolnie i ulotnie, zaznaczając że jest.

Opowiadania zebrała i pogrupowała Wisława Szymborska z sugestią rekomendacji, jako te które odsłaniają profil pisarstwa Kornela Filipowicza. Ale każde opowiadanie pisarza, cała jego proza jest miernikiem jego indywidualizmu.
Zapomniany czy przeoczony, niemodny czy nudny, aż swego czasu Jerzy Pilch zarzucał brak zainteresowania jego prozą w dobie komercjalizacji i trendów...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

34 użytkowników ma tytuł Rzadki motyl na półkach głównych
  • 20
  • 14
11 użytkowników ma tytuł Rzadki motyl na półkach dodatkowych
  • 4
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy Kornel Filipowicz, Wisława Szymborska
Ocena 7,6
Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy Kornel Filipowicz, Wisława Szymborska
Okładka książki Projekt mężczyzna Janusz Anderman, Hanna Bakuła, Miron Białoszewski, Jacek Bierut, Anna Bolecka, Agnieszka Drotkiewicz, Błażej Dzikowski, Kornel Filipowicz, Natasza Goerke, Anna Janko, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Miłka O. Malzahn, Łukasz Orbitowski, Jerzy Pilch, Grażyna Plebanek, Marta Podgórnik, Małgorzata Rejmer, Tadeusz Różewicz, Zyta Rudzka, Hanna Samson, Piotr Siemion, Justyna Sobolewska, Mariusz Szczygieł
Ocena 5,1
Projekt mężczyzna Janusz Anderman, Hanna Bakuła, Miron Białoszewski, Jacek Bierut, Anna Bolecka, Agnieszka Drotkiewicz, Błażej Dzikowski, Kornel Filipowicz, Natasza Goerke, Anna Janko, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Miłka O. Malzahn, Łukasz Orbitowski, Jerzy Pilch, Grażyna Plebanek, Marta Podgórnik, Małgorzata Rejmer, Tadeusz Różewicz, Zyta Rudzka, Hanna Samson, Piotr Siemion, Justyna Sobolewska, Mariusz Szczygieł
Kornel Filipowicz
Kornel Filipowicz
Filipowicz Kornel (1913-1990),polski prozaik. Jako student biologii w Uniwersytecie Jagiellońskim był działaczem lewicowych organizacji ZMS i MOPR. Współredaktor miesięcznika Nasz Wyraz (1936-1939),sympatyzującego z lewicą i poetycką awangardą. W okresie okupacji, po ucieczce z niemieckiej niewoli pracował w kamieniołomach w Zagnańsku pod Kielcami 1940-1943. Współpracował z konspiracyjną grupą lewicową Polska Ludowa w Krakowie. Aresztowany w 1944, przeszedł przez obozy koncentracyjne Gross-Rosen i Oranienburg. Nawiązywał w swoich utworach do czasu II wojny światowej, np. w debiutanckim tomie opowiadań Krajobraz niewzruszony (1947),cyklu powieściowym Nauka o ziemi ojczystej (tom 1-2, 1950-1955),Niepokój młodego serca (tom 1-2, 1955-1958),Ogród pana Nietschke (1965). Mistrz krótkich form prozatorskich: mikropowieści i opowiadań, w których zastosował pogłębioną analizę psychologiczną, m.in. Profile moich przyjaciół (1954),Ciemność i światło (1959),Biały ptak (1960),Romans prowincjonalny (1960),Pamiętnik antybohatera (1961),Mój przyjaciel i ryby (1963),Mężczyzna jak dziecko (1967),Śmierć mojego antagonisty (1972). Współautor (wraz z T. Różewiczem) scenariuszy m.in. do filmów Miejsce na ziemi (1960),Głos z tamtego świata (1962).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Rzadki motyl przeczytali również

Opowiadania Giuseppe Tomasi di Lampedusa
Opowiadania
Giuseppe Tomasi di Lampedusa
Dziś, gdy słowo Lampedusa, kojarzy się bardziej z wojną hybrydową Rosji, przeciw Zachodowi, która atakuje Europe, jak to ujmują, dokumenty NATO, bronią demograficzną, za pomocą, mas nielegalnych emigrantów, a za stwierdzenie, tego prostego faktu, Rosjanie, grozili śmiercią, włoskiemu ministrowi, łatwo zapomnieć, iż kiedyś - Lampedusa, miała przyjemniejsze, literackie konotacje. Autor, znany ze swej powieści Lampart, pisywał, także opowiadania. są one, mniej lub bardziej, powiązane z jego rodzimą Sycylią. Każde jest inne, prezentuje odmienny gatunek. To pokazuje, jak uniwersalnym pisarzem, był książę Lampedusa. Poranek don Batassana - akcja, tego opowiadania, dzieje się na Sycylii, w roku 1901, grupa członków elitarnego klubu, przerzuca się anegdotkami, na temat życia tytułowego bohatera, którego sukcesy, przypominają im, o ich własnych niepowiedzeniach. Zgrabnie napisane, z nutą ironicznego humoru. 7/10 Radość i prawo - jest to opowiadanie, utrzymane w słodko gorzkim tonie. Akcja dzieje się pod koniec lat 50, ubiegłego stulecia, i opowiada o pewnej słodkiej nagrodzie, którą otrzymuje z litości, pewien pracownik, niezbyt dobrze opłacanego zawodu. Mam tutaj, klimaty rodem z włoskich komedii, o wiecznie nieszczęśliwych pechowcach, znane z cyklu filmów o Fanzottim. 6/10 Profesor i syrena - najdłuższe, i mym zdaniem, najlepsze opowiadanie zbiorku, będące opowieścią niesamowitą. Akcja dzieje się w Mediolanie, w roku 1938. Flama pewnego dziennikarza, odkrywa liścik tej drugiej, w złości buntuje ona, ową drugą kochankę, z związku z czym, bohater, pozostaje z ręką w nocniku. Szukając ukojenia trafia do zacisznej kawiarni, w której, zbiera się elita nobliwych dżentelmenów, z całego miasta. Przeglądając dzienniki, wśród których jest, tez jeden wydawany na Sycylii, bohater zwraca na siebie uwagę, siedzącego obok, słynnego profesora, okazuje się, że obaj pochodzą z tej wyspy. Nić przyjaźni, miedzy wyspiarzami, rzuconymi do odległego Mediolanu, zostaje zawiązana. Profesor jest jednak, osobliwym oryginałem, który zdaje się posiadać tajemnice życia wiecznego. Bohater, musi rozstrzygnąć, czy na swej drodze spotkał szaleńca, czy też człowieka, który przekroczył granice tego co poznane. Atutem opowiadania, jest wspaniały klimat, który udało się pisarzowi wykreować. 8/10
Janszklanko - awatar Janszklanko
ocenił na71 rok temu
Przygody Pędrka Wyrzutka Stefan Themerson
Przygody Pędrka Wyrzutka
Stefan Themerson
Kolejna urocza filozoficzno-surrealistyczna przypowiastka Stefana Themersona (z lat 50.),która w żaden sposób się nie zestarzała, bo uniwersalnych kwestii dotyczy, w tym tożsamości, odbioru jednostki przez społeczeństwo, postawionej w obliczu Władzy, problemu 'opór czy przystosowanie' wobec wymogów społecznych. Według mnie nie jest to raczej lektura dla dzieci, choć można im czytać - by wiedziały, jakie mechanizmy je czekają wraz z dorosłością. Choć nie: wróć – bzdurę napisałem. Właśnie najmłodsi nie tylko powinni, ale muszą czytać tę książkę - nauczą się z niej tego, czego nauczał Karl Popper – kwestionowania każdej prawdy głęboko utrwalonej, a zwłaszcza uświęconej. I być może czegoś jeszcze ważniejszego: stawiania nieoczywistych, choćby nawet niemądrych w oczach innych, pytań zadawanych w poszukiwaniu prawdy. I zrozumienia dla Inności. Bo najważniejsza jest tu kwestia tożsamości, a - nomen omen - Pędrek Wyrzutek ma ją co najmniej niejednoznaczną. „Ludzie, ilekroć ich spotykam na drodze, zawsze myślą, że we mnie jest coś psiego; psy myślą, że we mnie jest coś człowieczego; ryby piły myślą, że we mnie jest coś słowiczego; a koty myślą, że we mnie jest coś z ryby, i pewien kot rzucił się na mnie niedawno i chciał mnie zjeść, i muszę przyznać, że mam tego dosyć i chciałbym wiedzieć, co ja jestem”. Pytanie ‘kim jestem’ - jak i inne, uznawane przez rozmówców za idiotyczne - nasz bohater zadaje po wielokroć. Słyszy np., że jest w jednej czwartej rybą, w jednej czwartej psem, w jednej czwartej kotem i - tylko - w jednej czwartej człowiekiem. A jego tożsamość zawsze definiuje ten, kto go w danym momencie określa, najczęściej z pozycji Władzy, Siły, Autorytetu…. Oczywiście pytania Pędrka głupie bynajmniej nie są, ba – bywają wręcz prorocze, jak np. to: „Jeśli stolarz to taki pan, co robi stoły, to pan, co robi lustra, nazywa się pewnie lustrzarz, choć - z drugiej znów strony – pisarz to nie taki pan, co robi pisy, a taki co pisze”. Jak to się stało, że tak wybitny Autor jest tak kompletnie nieznany szerszemu kręgowi odbiorców – tylko dlatego że po II wojnie był emigrantem w Londynie, skoro w Peerelii był wydawany? Owszem - wiele wymaga od czytelnika, zgoda – lekko to już niedzisiejszy styl, ale cóż tu za błyskotliwa inteligencja, zaskakujące skojarzenia i fascynujące paradoksy. Ale jak to się stało, co ktoś słusznie uznał za skandal, że Pędrka Wyrzutka nie objęła taka sława, jak Małego Księcia czy Alicji z Krainy Czarów… Już wcześniej przeczytałem arcydzieło Autora [bookLink]171741|Wykład profesora Mmaa[bookLink] - wspaniale ironiczny obraz ludzkości – przewrotnie przedstawionej jako społeczność termitów, choć ślepych, to dorównujących nam poziomem nauki i kultury, ale także niestety i polityki. To wprawdzie dziełko nie aż tak wysokich lotów, ale satysfakcja czytelnicza wręcz murowana. Wartością dodaną są fantastyczne ilustracje wykonane przez żonę autora, Franciszkę. Kilka najlepszych wyimków… „- Ja lubię poezję. Ale wykładam o elektryczności. - Ale dlaczego - rzekł Pędrek Wyrzutek - jeżeli wolno mi zapytać, dlaczego nie wykłada pan poezji, jeżeli ją pan lubi? - To proste - odpowiedział Wielbłąd. - Widzisz, za wykłady o poezji płacą tu nierozłupanymi orzechami. A ja nie mogę jeść nierozłupanych orzechów. Natomiast za wykłady o elektryczności płacą trawą. A ja lubię trawę. Zatem wykładam o elektryczności. - Och! A czy mógłby mi Pan Profesor powiedzieć, za co tu płacą chlebem i masłem, i mlekiem ? - Oczywiście! Chlebem tu płacą za kopanie dołków w ziemi, masłem płacą za wyrównywanie ziemi, a mlekiem płacą za odnoszenie szpadli i łopat do szopy. - Bardzo panu dziękuję, Panie Profesorze - rzekł Pędrek Wyrzutek i pożegnał się z Wielbłądem”. „Kiedy już był na ulicy, poprosił o szpadel i łopatę. Szpadlem wykopał dołek na środku jezdni i dostał za to bochenek chleba. Łopatą wsypał ziemię z powrotem do dołka, przyklepał i dostał za to kawałek masła. A potem zaniósł szpadel i łopatę z powrotem do szopy i dostał za to butelkę mleka. Poszedł do parku, usiadł na ławce i jadł swój chleb z masłem i popijał mlekiem”. „Jeżeli twój wiersz będzie miał powodzenie, to ludzie powiedzą, że jesteś człowiek, psy powiedzą, że jesteś pies, ryby powiedzą, że jesteś ryba, a koty powiedzą, że jesteś kot. Jeżeli zaś nie będzie miał powodzenia, to ludzie powiedzą, że jesteś pies, psy powiedzą, że jesteś ryba, ryby powiedzą, że jesteś kot, a koty powiedzą, że jesteś wielbłąd”. „- Ale przecież tu nie ma żadnej granicy – powiedział Pędrek Wyrzutek. – Granice są zwykle pomiędzy dwiema różnymi rzeczami. A tu jest tylko jedna rzecz: polana tutaj i polana tam! - Mylisz się – powiedział Karabinier. – To są dwie bardzo różne rzeczy. Tu jest tam, gdzie jesteś, a tam jest tam, gdzie chcesz być. A ja jestem granicą”. „Gdyby go nie było, gdyby, jak mówisz, nie istniał, to byśmy nic o nim nie wiedzieli, a gdybyśmy nic o nim nie wiedzieli, to byśmy także nie mogli wiedzieć, że jest, jak mówisz, fikcyjny; więc jeżeli on jest, tak jak mówisz, fikcyjny, to znaczy, że jest, że istnieje”. „Tu wszyscy mają uczciwe głowy trójkątne (…) Na kapelusze żadnych form tu nie mamy. Jedyne formy, jakie mamy, to są formy na głowy, takie formy, w których możemy każdą okrągłą głowę przefasonować i wyprasować tak, żeby do trójkątnego kapelusza pasowała”. „- Ostrzegam jednak, że jeżeli kawaler sobie nie życzy, żeby mu głowę przefasonować na trójkątno… - Stanowczo sobie nie życzę – potwierdził Pędrek Wyrzutek. - W takim razie musi kawaler się wynieść z naszego miasta – rzekł Subiekt”. „- Drogi premierze – odrzekł Archilides. – Nie, o ile wiem, oskarżony rzeczy nowej nie wynalazł żadnej. Przestępstwo jego polega na tym, że on sam jest, że on sam śmie być rzeczą nową, sam w sobie, w swej własnej osobie. Za czym, powołując się na ustawę o obowiązku niszczenia nieupoważnionych rzeczy nowych, stawiam wniosek, aby osobę oskarżonego zniszczyć, zgładzić, zburzyć, zniweczyć”. „Obaj Naukowcy wydawali głośne okrzyki, to znaczy jeden Naukowiec wydawał głośne okrzyki i drugi Naukowiec wydawał głośne okrzyki, to znaczy Pierwszy Naukowiec okrzykami swoimi starał się zagłuszyć okrzyki Drugiego Naukowca, podczas gdy Drugi Naukowiec okrzykami swoimi starał się zagłuszyć okrzyki Pierwszego Naukowca”. „- Dlaczego pan nie chce? - Bo mi wolno nie chcieć, jeżeli nie chcę. Oto dlaczego. - Ale przecież wolno panu chcieć, jeżeli pan chce - powiedział Pędrek Wyrzutek. - Tak – odpowiedział lustrzarz. – Ale ja nie chcę chcieć”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na81 rok temu
Kot w mokrej trawie Kornel Filipowicz
Kot w mokrej trawie
Kornel Filipowicz
„...Dokuczliwe dźwięki, które wydaje miasto, ucichły zupełnie, jakby zamknięto szczelnie wszystkie okna wychodzące na tamten obcy świat. Murder odczekał jeszcze chwilę, potem ruszył w głąb świata swojego. Idzie, porusza się bezszelestnie. Podnosi lewą łapę, aby przekroczyć gałązkę leżącą w poprzek jego drogi, gałązkę, która gdyby jej dotknął, wydałaby niepotrzebny głos. Potem przekracza lewą tylną łapą tę gałązkę, nie poruszywszy jej, nie oglądając się poza siebie, doprawdy, jakby miał oko w tej łapie. Oczywiście, łapą nie można widzieć, ale cóż z tego, że nie można wiedzieć? Kot Murder wykonuje tylną łapą taki właśnie ruch, jaki jest potrzebny, aby gałązki nie trącić – i basta. Bo kot Murder w każdym swoim ruchu – stąpnięciu, zatrzymaniu się, skręcie, skoku – musi być absolutnie doskonały. Świat Murdera w swojej stałości i niezmienności, którą Murder tak ceni, jest jednak bardzo różnorodny, tak różnorodny, że wydaje się ciągle zmieniać. Aby istnieć w tym świecie, Murder musi być miękki, giętki, jego ruchy muszą być płynne, nie mogą się nigdy powtarzać. Każdy ruch musi być inny, ale każdy precyzyjny. Ciało Murdera nie może być twarde i kanciaste jak krawędź betonowych schodów, jak futryna okna, jak żelazna poręcz. Murder nie został zrobiony przez człowieka, wystrugany z drzewa ani wykuty z kamienia. Na ziemi i pod niebem, wśród roślin i zwierząt Murder jest częścią całego świata (a może i wszechświata?),tylko bardziej zagęszczoną, samoistną i ogromnie samodzielną, i to jest właśnie egzystencja Murdera. Ale czy kocur Murder wie coś o tym? Murder nie musi nic wiedzieć, bo on jest właśnie tym życiem, tą egzystencją. Wystarczy jeśli, jak to już powiedziałem, zachowa poczucie, że nie jest nikim ani niczym, tylko sobą...” "Najlepiej w życiu ma Twój Kot, bo jest przy Tobie" – napisała z Zakopanego przyszła noblistka Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Szymborska napisała całą serię absurdalnych dwuwierszy o kotach. "Przyszła Kizia zjadła śledzia/ i spytała się o Fredzia", "Przyszła Kizia zjadła klenia/ i w tygrysa się zamienia", "Przyszła Kizia zjadła szprota/ i udaje superkota". Ważne i istotne miejsce zajmował kot, koty w życiu prozaika, zwłaszcza kotki...a kobiety musiały mieć się na baczności, bo kotki chętnie drapały po nogach z pończochami...i mogły chodzić po biurku pomiędzy rękopisami, dokumentami... Mistrz zwięzłej formy porusza sprawy ważne dla prostego człowieka. Poruszające miniatury filozoficzno - autobiograficzne dotyczące prawdy i egzystencji, naznaczonej traumą wojny i okupacji, pięknem natury dokąd prowadzi oniryzm i surrealizm, jednostka ludzka w konflikcie z samym sobą i globalną wioską, niezrozumienie i poszukiwanie, moralne rozważania i wybory, przeciwwagą staje się poczucie humoru. Uniwersalizm, aktualność tekstów, piękna polszczyzna, warsztat i to, co tylko potrafi uchwycić Kornel Filipowicz, to pozornie chłodne bez emocji teksty, które pulsują i krążą podskórnie...
Edyta Zawiła - awatar Edyta Zawiła
oceniła na74 lata temu
Dziennik irlandzki Heinrich Böll
Dziennik irlandzki
Heinrich Böll
Interesujący, miejscami mocno liryczny, acz dla mnie mocno niepełny - nawet w ówczesnych realiach - obraz Irlandii. No bo czy ten wyraźnie fascynujący Autora, pełen życzliwych ludzi kraj, to ta sama Irlandia, z której uciekli dwaj najwięksi jego 20-wieczni giganci - James Joyce i Samuel Beckett? Nie za chlebem, bynajmniej nie jak miliony ich rodaków, nie za chlebem…. Jak na mój gust zbyt pięknie w tej książce, zbyt łagodnie melancholijnie. Nie ma terrorystów, nie ma tej atmosfery grajdołu, wszechwładzy Kościoła z jej wszystkimi znanymi, straszliwymi konsekwencjami, zwłaszcza dla kobiet sprowadzonych do roli maszyn rozpłodowych w kraju faktycznie wewnętrznie okupowanym przez siłę, która – jak to mówi Poeta – „jest jak ogromna depresja rozciągnięta nad krajem”. Albo Heinrich Böll nie był przesadnie bystrym obserwatorem (ale to noblista - więc wykluczam),albo raczej – skoro jeździł do tego ewidentnie egzotycznego dla niego kraju, gdzie kupił domek, na wakacje– może chciał mieć po prostu tzw. święty spokój? Jego wrażliwa lewicowość niczego mu nie podpowiedziała? Nie chciał, nie mógł, nie pozwolono mu, zajrzeć pod tę pozornie przeczyście wykrochmaloną podszewkę życia społecznego? Jedyne kraje, do których porównania się nasuwają z tamtych czasów (koniec lat 50.) to Hiszpania Franco i Portugalia Salazara. Pozostaje tylko zazdrościć Irlandczykom, jak ostatnio nieco zmienili swój kraj na lepsze…. Owszem, w jednym jedynym miejscu pojawił się jakiś przebłysk co do nadmiarowej władzy Kościoła, ale w żart obrócony: „W Irlandii kler ma decydujący głos także przy udzielaniu licencji na szynki, ustalaniu godziny policyjnej i urządzaniu potańcówek”. Albo było jeszcze inaczej: to była wiedza niedostępna nikomu z zewnątrz, swoista omerta, której złamanie było wtedy po prostu niemożliwe, także ze strony ofiar, a może zwłaszcza ich, a już szczególnie nie wobec cudzoziemca, cóż że z przyjaznego im kraju, który w dwóch wojnach łoił Anglikom skórę …. Wtedy to ich filozoficzne nastawienie do życia, którym się tak zachwyca Böll, byłoby jedynie pełnym rezygnacji poddaniem się czemuś, czego zmienić się nie da – tak jak się godzili z ciągłym deszczem, notabene pięknie opisanym („Deszcz jest tu absolutny, wspaniały i przerażający. Nazywanie go niepogodą jest równie niestosowne, jak nazywanie palących promieni słońca ładną pogodą”). Nie przypadkiem Autor odnotowuje powszechną a przecież dość fatalistyczną postawę ludzi doprowadzonych na tzw. skraj - „It could be worse („Mogłoby być gorzej”) – BTW: równie popularną w Sowietach – gdy „czasem bywa bardzo źle, a coś jeszcze gorszego daje pociechę i stwarza właściwą proporcję”. Typowy to mechanizm obronny w totalitaryzmach, nieważne jakiej barwy. I w tym kontekście nie dziwią sympatie miejscowych…. „ - Powiedz no - odezwał się cicho - Hitler… był… myślę… nie takim złym człowiekiem… tylko poszedł za daleko? (…) - Posłuchaj no, Padraic – powiedziałem spokojnie – dobrze wiemy, jak daleko zaszedł Hitler, a szedł po trupach milionów Żydów, dzieci… - Twarz Padraica drgnęła boleśnie. Zamówił siódme piwo i powiedział ze smutkiem: - Szkoda że i ty dałeś się uwieść angielskiej propagandzie. Wielka szkoda. Nie tknąłem stojącego przede mną piwa”. Owszem. Autor umie pięknie opisywać egzotyczny dla siebie świat i nawet nie za bardzo mu się można dziwić, np. „Kiedy pędzi bydło z pastwiska, wygląda na szesnaście lat, kiedy później, za rogiem domu, skręca na drogę prowadzącą przez wieś, wydaje się, że ma chyba już trzydzieści parę lat, a kiedy przechodzi koło domu i nieśmiało uśmiecha się przez okno, wtedy widać, że dobiega już pięćdziesiątki”. „Odchodzi jako mężczyzna pięćdziesięcioletni, przy rogu domu zmienia się w trzydziestoletniego, wyżej na stoku, gdzie idzie, drapiąc osła po grzbiecie, staje się szesnastolatkiem, a kiedy na górze zatrzymuje się na chwilę przy żywopłocie z fuksji, tylko na tę chwilę, zanim zniknie za żywopłotem, wygląda jak chłopiec, którym niegdyś był”. „Butelki po mleku, pozbawione dziewictwa, obrabowane ze swych pieczęci, puste i brudne, stały pod drzwiami i na parapetach okiennych, smutnie czekały na poranek, kiedy zastąpią je ich świeże, promienne siostry, a mewy były nie dość białe, aby zastąpić anielską promienność niewinnych butelek z mlekiem”. „Kamienie z irlandzkich murów wystarczyłyby na budowę wieży Babel, ale irlandzkie ruiny dowodzą, że podejmowanie tej budowy byłoby bezcelowe”. „Mury z 20. wieku niemal nie różniły się od tych z 8. – i one były porośnięte mchem, i one wyglądały jak ruiny”. „Tu – jakież to dobrodziejstwo! – wolno palić w kinach. Gdyby tego zabroniono, wybuchłoby zapewne powstanie, bo u Irlandczyków namiętność do kina łączy się z namiętnością palaczy”. „Torf, jedyne bogactwo kraju, który już od stuleci jest obrabowany z lasów, któremu nie zawsze starczało i nie starcza chleba, ale zawsze starcza codziennego deszczu”. Poprzednie dwie moje książki noblisty jednak oceniam wyżej – to „Utracona cześć Katarzyny Blum albo: Jak powstaje przemoc i do czego może doprowadzić” i „Anioł milczał”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na61 rok temu
Robi się coraz później. Powieść w formie listów Antonio Tabucchi
Robi się coraz później. Powieść w formie listów
Antonio Tabucchi
Czy listy miłosne mogą być tekstami pozbawionymi porządku wewnętrznego i elementarnej logiki, krótko mówiąc: strumieniem świadomości?– pyta po lekturze lekko zdezorientowany czytelnik, czyli np. ja. Czemu nie - odpowie z zaświatów Antonio Tabucchi - skoro miłość to stan zaburzenia umysłu, w którym precyzja czy konstrukcja wywodu nie tylko mogą, ale i powinni ulegać poważnym zaburzeniom. Normalne wypowiedzi zostawmy ludziom normalnym - zdaje się mówić Autor, skazując czytających na samodzielne próby rozwiązania przemyślnych rebusów w książce niemającej nic wspólnego z romansidłem. Wiele powie taki cytat: ”Po pierwsze, są to historie pozbawione logiki. Mówiąc między nami, chętnie bym spotkał tego, kto wynalazł logikę, już ja bym się z nim policzył. I bez rymów, przede wszystkim bez rymów, historie, w których jedno nie pasuje do drugiego, kawałek do innego kawałka, i efekt jest taki jak w życiu, nie podporządkowanym rymom, każde życie ma swój własny akcent, odmienny od cudzego akcentu”. Na tę niezbyt obszerną opowieść (6. przeczytaną przez mnie tego Autora, jednego z moich ulubionych) składa się 18 listów miłosnych, niestety autorem tylko jednego jest kobieta. Mnóstwo tu miłosnych wywodów, zawodów i wzwodów. Lektura - koniecznie powolna - skrywa pełną nostalgii niemożność spotkania dwojga ludzi. Jest piekielnie trudna z braku tradycyjnej fabuły, jak i z wgryzania się w kolejne listy, wszystkie erudycyjne, niektóre do siebie podobne, wszystkie o miłości, najczęściej takiej, jaka się przydarza w życiu, czyli utraconej, często z własnej winy, głupoty czy błędu…. Dominują tu wspomnienia tego, co bezpowrotnie minęło, czemu towarzyszy silne poczucie straty, nawet samego siebie, a nie tylko Tamtej... Niektóre listy narrator - raczej nie zawsze ten sam, choć to też nieoczywiste - pisze do swej nieżyjącej już miłości, inne - po 40 lat od rozstania. Być może chodzi nawet o fikcję absolutną, wymysły narratora. A propos: zmyślony nie jest ostatni gest Atropos… Jak zwykle u Tabucchiego, mnóstwo tu intertekstualnych odniesień – jedno nawet takie: „Och, Afryko wędrowca Kapuścińskiego, wspaniałego luandczyka, och Afryko”. Cytaty ….Potraktowałem tę czynność fizjologiczną jako powód do zatrzymania się w miejscu, gdzie żaden powód nie skłaniał mnie do tego, bym się zatrzymał. … ….Sądziłeś, że to ty myślisz, a to myśl myśli ciebie, ty zaś jesteś jedynie myślany. … ….Wierz mi, nie ma brzegów, jest tylko rzeka. … ….Fiołkowym kwiatem, mokrym od śliny, wytarłem Pani najtajniejszy fiołek…. ….Miłości moja, wybacz mi, jeśli nazywam cię jeszcze tak, jak nazywałem cię wtedy, po tylu latach nie wiem już, jak mam cię nazywać. Jak zwracać się do ukochanej kobiety, która powiedziała nam cześć, do jutra, i którą porzuciło się, nie zostawiając nawet listu z wyjaśnieniem…. …. „Anthropos” (…) w moim przypadku znaczy samotnego mężczyznę, przypadek banalny aż do śmieszności, skoro nawet gazety, urzędy stanu cywilnego, gminy i władze, używają wyrażenia stan wolny…. ….Pomyślał: jaka piękna jest geografia kobiety i jaka łatwa, jeśli tylko się ją zna i kocha…. ….Przypomniałem sobie jeszcze konkurs na stanowisko w Ministerstwie Łączności; aby go wygrać, trzeba było znać na pamięć nazwy wszystkich rzek w kraju, nawet małych strumyków. … ….Ideałem byłoby, gdyby wszyscy, ale naprawdę wszyscy, mieli właściwy wiek we właściwym momencie, we właściwym miejscu, w którym zdarza nam się spotkać w tym kawałeczku wszechświata. … ….W pewnym momencie pomyślałem, że prawdziwym obłędem jest zwyczajność, nie sądzisz? … ….Wróciłem do domu, gdzie nie było nikogo, kto by na mnie nie czekał, i gdzie nie czekałem już na nikogo. … ….Jak można opowiedzieć życie, które przybrało pozór śmierci, ukrywając się przed życiem. … ….I powiedziałbym ci jeszcze, że czekam na ciebie, chociaż nie czeka się na kogoś, kto nie może powrócić, bo aby być z powrotem tym, kim był, musiałby być tym, kim był, a to przecież niemożliwe…. PS Jak to, moja społeczności LC? Zaprawdę, jam pierwszym opiniującym?
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na82 lata temu
Mikrokosmosy Claudio Magris
Mikrokosmosy
Claudio Magris
Erudycyjne eseje kulturowo-historyczno-socjologiczne związane z ulubionym tematem Autora czyli wariacjami na temat mitu, ale też i antymitu, habsburskiego. Choćby taka wspaniały cytat: „Spasowanie nie musi być koniecznie oznaką tchórzostwa czy niechęci do ryzyka. Jest to walka z czasem, przekładanie na później, żeby oddalić ostateczny wynik, który kończy partię. Cywilizacja habsburska zawsze pasowała, odwlekała albo odkładała na później, żeby przeżyć”. Czwarta moja książka Magrisa jawi się jako najbardziej wciągająca, acz i wymagająca. To rzecz o mniej „włoskich” częściach Italii, jak ukochany Triest Autora (austriacki od 14. wieku do 1918),okoliczne laguny i wyspy – gdzie Słoweńcy, niemieckojęzyczny Południowy Tyrol (czyli dla Włochów Górna Adyga),ale z drugiej strony także i Piemont, który stworzył Włochy jako jednolity organizm państwowy. Rozrzut tematyczny olbrzymi, jak przystało na wyjątkowego erudytę, jakim jest Autor. Wiele razy pojawia się tu Wielka Historia, zazwyczaj w niezbyt dobrotliwym wydaniu, jak to Sroga Pani ma w zwyczaju. Na szczęście niewiele rzadziej niż ona na scenę tu wkracza tak dziś ceniona mikrohistoria. Bo czym tak naprawdę są dzieje niż sumą, czy raczej - iloczynem, życiorysów, dokonań, porażek, sukcesów zaniechań, klęsk zwykłych ludzi, o których nikt nie napisze, oprócz Magrisa, rzecz jasna… Ten ludzki wymiar książki scala wszystko i wszystkich w humanistyczną pełnię. Słoweński rybak, nacjonalistyczny tyrolski właściciel pensjonatu, intelektualista z Piemontu i dziesiątki innych statystów historii, wszystkich opisuje i utrwala Autor, wędrując jako „niespieszny przechodzień” przez miejsca i czasy. Bo właśnie z Jerzym Stempowskim najbardziej mi się on kojarzy. To samo umiłowanie różnorodności, identyczna uważność dla pozornie nieistotnego szczegółu, podobna czułość dla każdej formy istnienia, ten sam szacunek i zainteresowanie dla innych kultur. Jedyną trudnością jest wielość historycznych włoskich postaci z 19. i początków 20 wieku, pojawiających się jako punkty odniesienia Autora, których nazwiska nie mówią zbyt wiele polskiemu czytelnikowi. Wspaniała jest historia o triesteńskiej kawiarni San Marco - „wyróżniająca się konserwatywną wiernością i liberalnym pluralizmem swoich bywalców (…) W San Marco triumfuje krwista i pełna życia różnorodność ” (jak i w całej tej pysznej książce). Wypowiedzi jej bywalców: „W gruncie rzeczy byłem w niej zakochany, ale nie podobała mi się, ona zaś nie była we mnie zakochana, chociaż jej się podobałem”. „W gruncie rzeczy jestem optymistą – lubi powtarzać - ponieważ wszystko idzie gorzej niż w moich najczarniejszych przypuszczeniach”. „Nie był jej dany błogosławiony dar zapominania, który sprawia, że nie pamiętamy, iż ściga nas nieustannie śmierć, a zanim nas dopadnie, czekają nas jeszcze inne katastrofy”. „Życie czasami zadaje ból, przyprawia o migrenę nawet tego, kto potrafi wyleczyć z niej innych”. „Twierdzi też, że czuje się dobrze w Trieście, bo tutaj ma wrażenie, że jest nigdzie”. Wiele tu na temat Jugosławii - projektu chyba równie niemożliwego jak Cekania, ale tamta jednak dłużej trwała. „Ludzie nie zdawali się jeszcze – albo znowu – myśleć, że bycie Słoweńcami albo Chorwatami, albo Serbami, a zarazem Jugosłowianami, stanowi sprzeczność, którą trzeba rozwiązać, uciekając się do użycia siły”. ”Snežnik był sceną jugosłowiańskiego ruchu oporu, który miał objawić nadzwyczajne zdolności politycznego organizowania się, skuteczność bojową i odwagę, cechy mające wkrótce zaniknąć, kiedy dzielni i bezlitośni partyzanci z lasu stali się klasą rządzącą, marnej w sumie jakości, i pasożytniczą, która przetrwała pod ochroną geniuszu i dzięki genialnej mistyfikacji Tito”. „Jugosławia Tity, której niekwestionowaną zasługą pozostaje, że ośmieliła się na pierwsze zasadnicze zerwanie ze stalinowskim barbarzyństwem, walczyła przeciwko temu zagrożeniu środkami równie barbarzyńskimi”. „Grupa włoskich żołnierzy, która dołączyła do partyzantów, miała się wkrótce przekonać na własnej skórze, że słuszne i napawające dumą wyzwolenie narodu spod faszystowskiej okupacji przemieniło się z kolei w okrutny nacjonalizm, uciskający innych”. Tak czy inaczej, Autor zawsze ciepło pisze o słoweńskich mieszkańcach tego zakątka Italii. „Morze było przezroczyste jak powietrze, pozwalało wyraźnie widzieć dno i zachęcało do pływania pod wodą z otwartymi ustami, jakby chciało się je całe wypić”. „Niektórzy rzeźbią i wyplatają drewniane kosze, inni rzeźbią i splatają słowa”. „Miejsca te mają w sobie smutek czyśćca, o wiele trudniejszego do przedstawienia niż piekło”. „Podróż to także skazana z góry na przegrana partyzantka przeciw zapomnieniu, wędrówka mająca uratować okruchy przeszłości”. „Ruch jest czymś namacalnym, jak upływ czasu na ludzkiej twarzy”. „Gospoda i kościół to dwa główne miejsca każdego szanującego się osadnictwa. Dwa miejsca podobne do siebie, otwarte na wędrowca, który pragnie odpocząć przez chwilę w mroku przed starym obrazem albo kieliszkiem wina, bo jeden i drugi pozwalają żyć dalej. Dwa miejsca szanujące wolność, gdzie nie pyta się, kto wchodzi, skąd się wziął i pod jakim sztandarem walczy; w kościele nie musisz nawet płacić za konsumpcję, zapalenie świecy jest pożądane, lecz nieobowiązkowe”. „Nazwy nie znikają, jak łudzą się ci, co przesuwają granice, ożywają za każdym razem, kiedy opowiada się historię”. „Las, najpierw austriacki, potem włoski, jugosłowiański, wreszcie słoweński, kpi sobie z tych zmian nazw i granic, nie należy do nikogo; już prędzej to inni należą do niego”. „Konieczność, potrzeba i przekleństwo granicy. Bez niej nie ma ani tożsamości, ani formy, nie ma egzystencji”. „Wiele draństw i nadużyć bierze się z faktu, że lekceważymy gramatykę i składnię, umieszczamy podmiot w bierniku, a dopełnienie w mianowniku; tym samym miesza się karty i zamienia role winnych i ofiar, zakłóca porządek rzeczy i przypisuje zdarzenia przyczynom lub sprawcom innym niż w rzeczywistości, eliminuje rozróżnienia i hierarchie w oszukańczym chaosie pojęć i uczuć zniekształcających prawdę”. „Wydaje się, że usnąć to nic takiego, ale kiedy już się nie potrafi, wtedy widać, jaka to sztuka”. Ciekawe są także uwagi o takich regionach, jak Piemont i Górna Adyga. „Piemontczycy powołali do życia Włochy”. „Domy i ludzie łagodzą horyzont; nie ustawiają się arogancko w jego centrum ani tym bardziej nie zajmują go w całości, ale trzymają się na stronie, jak straż przyboczna w wielkiej scenerii chmur i pór roku”. „Gra ta (cotecio) małpuje życie, które często tym bardziej oszukuje, im większą ilością rzeczy obdarza (…),ale które prędzej czy później zaczynają ciążyć i ściągają w dół”. „Być ignorowanym to przychylność losu”. „Tyrol chlubi się etnicznym dziewictwem, strzeżonym przez góry, endogamię i zagrodę, zamknięte niczym germańska perła w szkatułce, jest jednak także przejściem i tranzytem, mostem między światem łacińskim i niemieckim”. „Nazizm, jak każde barbarzyństwo, był także idiotyzmem i samookaleczeniem; dokonując zagłady milionów Żydów, okaleczył cywilizację niemiecką i zniszczył, być może na zawsze, cywilizację środkowoeuropejską”. „Czystość etniczna, jak każda czystość, jest wynikiem odejmowania i jest tym bardziej dokładna, im bardziej radykalne jest to drugie”. „Jakaś święta w błękitnym płaszczu dotkliwie się biczuje; naprzeciw niej inny święty modli się z ekstatyczną żarliwością ale oszczędza sobie biczowania. Nawet w praktykach religijnych mężczyźni radzą sobie lepiej”. PS I tylko jeden błąd przy „rogach jelenia” – raczej tłumacza niż Autora. A może tylko w jęz. polskim nie ma on „rogów” (które są na stałe),tylko „poroże” (zrzucane co roku i corocznie odrastające),zasadnicza to różnica ….
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na910 miesięcy temu
Opowieści chłodnego morza Paweł Huelle
Opowieści chłodnego morza
Paweł Huelle
(Pisane w dniu pogrzebu Autora) To rzecz o ”drugiej stronie” - życia, świata, nas samych – tam, „gdzie załamują się prawa fizyki”. Opowiadania pełne i magii, i całkiem realistycznych plag ludzkości. Tego, co nierozpoznawalne, ale jakoś niewytłumaczalny sposób wyczuwalne. Czego możemy się tylko domyślać, ale co ma jakiś własny stan istnienia… . Okryty ciepłą kołderką nostalgii, nie mogę się zgodzić z jakże licznymi tu opiniami, jakoby ten tom opowiadań Huellego miałby być gorszy od pozostałych. Być może, jeśli za kryterium takiej oceny ktoś uzna częsty brak tradycyjnej - powiedziałbym nawet: schematycznej – akcji. Te opowiadania są po prostu inne, a ich realizm – umowny na pierwszy rzut oka. No bo skoro „jest inny świat”…. Choć nie, jest nieco realizmu np. w „Ucieczce do Egiptu”: atak na uchodźców jeszcze z lat 90. – czeczeńskich uchodźców. Jeszcze wtedy niewyróżniających się tak jak dzisiejsi, o wiele bardziej znienawidzeni i zohydzani. Jeszcze wtedy, gdy pewna partia występowała na rzecz tamtych, ale wyłącznie jako żywego dowodu bestialstwa Putina i tylko jako swego paliwa – tak dziś myślę, bo przez swe ośmioletnie działania ta partia takie prawo sama mi dała, choćby kopulację „uchodźcy” z koniem publicznie prezentując na ministerialnej konferencji.…. I morze, to słynne „chłodne morze” obecne w każdym z tekstów, zarazem jako przeznaczenie, a może klątwa, ale na pewno więcej niż tylko „coś, gdzie dużo wody”…… I jeszcze o tym jest to rzecz, jak wielkie znaczenie, nie tylko symboliczne, ma Księga. Nie tylko ta święta dla jakiejś wspólnoty religijnej, ale i choćby katalog szwajcarskiego domu towarowego z zabawkami. Wszak to my nadajemy znaczenie zawartości zadrukowanego, przyciętego i razem sklejonego papieru. A zatem dla mnie ten zbiór także jest Księgą…. Znakomite jest opowiadanie o Menonitach, społeczności, którą unicestwił hitleryzm, a która odcisnęła swe piętno na Żuławach i okolicach. Pozostały po nich domy podcieniowe i osuszone przez nich tereny ujścia Wisły. No i to ”Mimesis”… Wspaniałe, mocno niepokojące „Öland ” o pokornym pasterzu owiec na szwedzkiej wyspie (byłem, wspaniała – i te brodźce!),którego odwiedza gość z przeszłości… Najpiękniejsze według mnie to „Franz Carl Weber” - zachwycająco-wstrząsające, choć akurat tu w ogóle ani magii, ani morza. Ale poraża losem ojca narratora. Najpierw w mieście, „skąd wyjechał do Sankt Petersburga zaplombowanym wagonem Lenin” (poważny błąd Autora niedostrzeżony przez Wydawcę! – od 1914 r. był to już Piotrogród) wygrał on szczęśliwy los na loterii, by niedługo potem przegrać swój życiowy los na UB… A do tego wspaniała postać kobieca jak najbardziej zasadnie protestująca swą milczącą obecnością gdzie się da przeciw pewnemu biskupowi Sanctae Romanae Eccclesiae (spokojnie, nie naszemu),której nasz narrator oczywiście pomaga ujść przed karzącą ręką nie-sprawiedliwości… Huelle zawsze był piewcą sierpniowego zrywu 1980 i późniejszych przemian – co słusznie nazywa rewolucją. „Cokolwiek sądziłem o niej później, często krytycznie, nie zmieniało to oczywiście cudownego faktu: przyniosła wolność, a naszym przeciwnikom nie spadł choć włos z głowy” (co wielu uznaje za skandal i dowód „zmowy”…) . A zarazem trochę w nim żalu: „ – Wydawało nam się, że o coś walczymy (…). Ale tak naprawdę byliśmy uzależnieni od naszych strażników. Nawet, jak ich zabrakło, mogliśmy rozmawiać tylko o nich (…). Kilkanaście lat po upadku reżimu ludzie w jego kraju wciąż najchętniej rozmawiają o tym, kto na kogo donosił i kto był, czy też nie był tajnym agentem policji politycznej”. PS Inny błąd, raczej wydawnictwa, gdy w „Ukielu” mowa o „krzyku wodnego ptactwa (…) nurków”. Niestety, nie ma takich ptaków, są zaś nury (np. lodowiec albo rdzawoszyi),właśnie teraz zalatujące do nas z Północy. Krzyk tych pięknych, tajemniczych ptaków brzmi jakby dochodził z zaświatów i to chodzi narratorowi gdy wspomina zmarłą żonę…. I jeszcze parę cytatów: „Nigdy jeszcze nie czytał i nie grał tej muzyki. Była przejrzysta jak fugi Bacha, podniosła jak fraza Haendla, wesoła jak takty Vivaldiego, melancholijna jak pieśń Schuberta”. „Zirytowali go politycy: nawet dziecko kłamałoby z większym wdziękiem niż ci panowie oskarżający się nawzajem. Przypominali pijanych, spoconych tragarzy, wyrywających sobie walizkę jedynego pasażera, na jakimś prowincjonalnym, źle oświetlonym, dawno zamkniętym dworcu”. „Marzyć jest niebezpiecznie, bo sny ofiarowują rzeczy niemożliwe i dlatego po przebudzeniu najlepiej wziąć się zaraz do roboty”. „Znał się na ludzkich twarzach i wiedział, do jakiego stopnia spojrzenie czyichś oczu skrywa nikczemność albo dobroć duszy”. W dniu pochówku Pawła Huelle szczególnie wybrzmiewa takie jego zdanie: „Nie miał złudzeń: wszystkie religie bezczelnie kłamały. Bezczelnie, bo z tamtych zaświatowych krain nikt nigdy przecież nie dał znaku”..... Da znak?
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na92 lata temu

Cytaty z książki Rzadki motyl

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Rzadki motyl