Robi się coraz później. Powieść w formie listów

Okładka książki Robi się coraz później. Powieść w formie listów
Antonio Tabucchi Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Nike literatura piękna
248 str. 4 godz. 8 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Nike
Tytuł oryginału:
Si sta facendo sempre più tardi. Romanzo in forma di lettere
Data wydania:
2002-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2002-01-01
Liczba stron:
248
Czas czytania
4 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
83-07-02882-5
Tłumacz:
Joanna Ugniewska
Średnia ocen

                6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Robi się coraz później. Powieść w formie listów w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Robi się coraz później. Powieść w formie listów

Średnia ocen
6,6 / 10
20 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1525
1500

Na półkach:

Czy listy miłosne mogą być tekstami pozbawionymi porządku wewnętrznego i elementarnej logiki, krótko mówiąc: strumieniem świadomości?– pyta po lekturze lekko zdezorientowany czytelnik, czyli np. ja.

Czemu nie - odpowie z zaświatów Antonio Tabucchi - skoro miłość to stan zaburzenia umysłu, w którym precyzja czy konstrukcja wywodu nie tylko mogą, ale i powinni ulegać poważnym zaburzeniom. Normalne wypowiedzi zostawmy ludziom normalnym - zdaje się mówić Autor, skazując czytających na samodzielne próby rozwiązania przemyślnych rebusów w książce niemającej nic wspólnego z romansidłem.

Wiele powie taki cytat: ”Po pierwsze, są to historie pozbawione logiki. Mówiąc między nami, chętnie bym spotkał tego, kto wynalazł logikę, już ja bym się z nim policzył. I bez rymów, przede wszystkim bez rymów, historie, w których jedno nie pasuje do drugiego, kawałek do innego kawałka, i efekt jest taki jak w życiu, nie podporządkowanym rymom, każde życie ma swój własny akcent, odmienny od cudzego akcentu”.

Na tę niezbyt obszerną opowieść (6. przeczytaną przez mnie tego Autora, jednego z moich ulubionych) składa się 18 listów miłosnych, niestety autorem tylko jednego jest kobieta. Mnóstwo tu miłosnych wywodów, zawodów i wzwodów.

Lektura - koniecznie powolna - skrywa pełną nostalgii niemożność spotkania dwojga ludzi. Jest piekielnie trudna z braku tradycyjnej fabuły, jak i z wgryzania się w kolejne listy, wszystkie erudycyjne, niektóre do siebie podobne, wszystkie o miłości, najczęściej takiej, jaka się przydarza w życiu, czyli utraconej, często z własnej winy, głupoty czy błędu….

Dominują tu wspomnienia tego, co bezpowrotnie minęło, czemu towarzyszy silne poczucie straty, nawet samego siebie, a nie tylko Tamtej... Niektóre listy narrator - raczej nie zawsze ten sam, choć to też nieoczywiste - pisze do swej nieżyjącej już miłości, inne - po 40 lat od rozstania. Być może chodzi nawet o fikcję absolutną, wymysły narratora. A propos: zmyślony nie jest ostatni gest Atropos…

Jak zwykle u Tabucchiego, mnóstwo tu intertekstualnych odniesień – jedno nawet takie: „Och, Afryko wędrowca Kapuścińskiego, wspaniałego luandczyka, och Afryko”.

Cytaty

….Potraktowałem tę czynność fizjologiczną jako powód do zatrzymania się w miejscu, gdzie żaden powód nie skłaniał mnie do tego, bym się zatrzymał. …

….Sądziłeś, że to ty myślisz, a to myśl myśli ciebie, ty zaś jesteś jedynie myślany. …

….Wierz mi, nie ma brzegów, jest tylko rzeka. …

….Fiołkowym kwiatem, mokrym od śliny, wytarłem Pani najtajniejszy fiołek….

….Miłości moja, wybacz mi, jeśli nazywam cię jeszcze tak, jak nazywałem cię wtedy, po tylu latach nie wiem już, jak mam cię nazywać. Jak zwracać się do ukochanej kobiety, która powiedziała nam cześć, do jutra, i którą porzuciło się, nie zostawiając nawet listu z wyjaśnieniem….

…. „Anthropos” (…) w moim przypadku znaczy samotnego mężczyznę, przypadek banalny aż do śmieszności, skoro nawet gazety, urzędy stanu cywilnego, gminy i władze, używają wyrażenia stan wolny….

….Pomyślał: jaka piękna jest geografia kobiety i jaka łatwa, jeśli tylko się ją zna i kocha….

….Przypomniałem sobie jeszcze konkurs na stanowisko w Ministerstwie Łączności; aby go wygrać, trzeba było znać na pamięć nazwy wszystkich rzek w kraju, nawet małych strumyków. …

….Ideałem byłoby, gdyby wszyscy, ale naprawdę wszyscy, mieli właściwy wiek we właściwym momencie, we właściwym miejscu, w którym zdarza nam się spotkać w tym kawałeczku wszechświata. …

….W pewnym momencie pomyślałem, że prawdziwym obłędem jest zwyczajność, nie sądzisz? …

….Wróciłem do domu, gdzie nie było nikogo, kto by na mnie nie czekał, i gdzie nie czekałem już na nikogo. …

….Jak można opowiedzieć życie, które przybrało pozór śmierci, ukrywając się przed życiem. …

….I powiedziałbym ci jeszcze, że czekam na ciebie, chociaż nie czeka się na kogoś, kto nie może powrócić, bo aby być z powrotem tym, kim był, musiałby być tym, kim był, a to przecież niemożliwe….

PS Jak to, moja społeczności LC? Zaprawdę, jam pierwszym opiniującym?

Czy listy miłosne mogą być tekstami pozbawionymi porządku wewnętrznego i elementarnej logiki, krótko mówiąc: strumieniem świadomości?– pyta po lekturze lekko zdezorientowany czytelnik, czyli np. ja.

Czemu nie - odpowie z zaświatów Antonio Tabucchi - skoro miłość to stan zaburzenia umysłu, w którym precyzja czy konstrukcja wywodu nie tylko mogą, ale i powinni ulegać...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

100 użytkowników ma tytuł Robi się coraz później. Powieść w formie listów na półkach głównych
  • 68
  • 31
  • 1
23 użytkowników ma tytuł Robi się coraz później. Powieść w formie listów na półkach dodatkowych
  • 12
  • 4
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Robi się coraz później. Powieść w formie listów

Inne książki autora

Okładka książki Opowieści niesamowite z języka włoskiego Massimo Bontempelli, Dino Buzzati, Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Tommaso Landolfi, Alberto Moravia, Anna Maria Ortese, Luigi Pirandello, Antonio Tabucchi, Juan Rodolfo Wilcock
Ocena 7,1
Opowieści niesamowite z języka włoskiego Massimo Bontempelli, Dino Buzzati, Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Tommaso Landolfi, Alberto Moravia, Anna Maria Ortese, Luigi Pirandello, Antonio Tabucchi, Juan Rodolfo Wilcock
Antonio Tabucchi
Antonio Tabucchi
Włoski pisarz tworzący w języku ojczystym i portugalskim. Podczas studiów (lata 60.) podróżował po Europie. W stolicy Francji po raz pierwszy zetknął się z utworami Fernanda Pessoi, portugalskiego poety, który wywarł ogromny wpływ na jego życie i twórczość. Dla lepszego poznania jego utworów nauczył się portugalskiego. Przetłumaczył na włoski szereg prac Pessoi, jest także autorem esejów poświęconych Portugalczykowi. Na uniwersytecie w Sienie prowadził zajęcia z literatury portugalskiej. W prozie debiutował w 1975 powieścią Plac włoski. Tabucchi był pisarzem zafascynowanym – w równym stopniu jak swoją ojczyzną – Portugalią. Akcja części jego utworów (np. Zaginiona głowa Damascena Monteira, ...twierdzi Pereira) rozgrywa się właśnie w tym kraju. ...twierdzi Pereira została w 1996 zekranizowana – rolę tytułową zagrał Marcello Mastroianni. Requiem, powieść z 1992, Tabucchi napisał po portugalsku. Jego książki zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, w tym na polski. Zmarł na raka w szpitalu Czerwonego Krzyża w Lizbonie 25 marca 2012.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dziennik irlandzki Heinrich Böll
Dziennik irlandzki
Heinrich Böll
Interesujący, miejscami mocno liryczny, acz dla mnie mocno niepełny - nawet w ówczesnych realiach - obraz Irlandii. No bo czy ten wyraźnie fascynujący Autora, pełen życzliwych ludzi kraj, to ta sama Irlandia, z której uciekli dwaj najwięksi jego 20-wieczni giganci - James Joyce i Samuel Beckett? Nie za chlebem, bynajmniej nie jak miliony ich rodaków, nie za chlebem…. Jak na mój gust zbyt pięknie w tej książce, zbyt łagodnie melancholijnie. Nie ma terrorystów, nie ma tej atmosfery grajdołu, wszechwładzy Kościoła z jej wszystkimi znanymi, straszliwymi konsekwencjami, zwłaszcza dla kobiet sprowadzonych do roli maszyn rozpłodowych w kraju faktycznie wewnętrznie okupowanym przez siłę, która – jak to mówi Poeta – „jest jak ogromna depresja rozciągnięta nad krajem”. Albo Heinrich Böll nie był przesadnie bystrym obserwatorem (ale to noblista - więc wykluczam), albo raczej – skoro jeździł do tego ewidentnie egzotycznego dla niego kraju, gdzie kupił domek, na wakacje– może chciał mieć po prostu tzw. święty spokój? Jego wrażliwa lewicowość niczego mu nie podpowiedziała? Nie chciał, nie mógł, nie pozwolono mu, zajrzeć pod tę pozornie przeczyście wykrochmaloną podszewkę życia społecznego? Jedyne kraje, do których porównania się nasuwają z tamtych czasów (koniec lat 50.) to Hiszpania Franco i Portugalia Salazara. Pozostaje tylko zazdrościć Irlandczykom, jak ostatnio nieco zmienili swój kraj na lepsze…. Owszem, w jednym jedynym miejscu pojawił się jakiś przebłysk co do nadmiarowej władzy Kościoła, ale w żart obrócony: „W Irlandii kler ma decydujący głos także przy udzielaniu licencji na szynki, ustalaniu godziny policyjnej i urządzaniu potańcówek”. Albo było jeszcze inaczej: to była wiedza niedostępna nikomu z zewnątrz, swoista omerta, której złamanie było wtedy po prostu niemożliwe, także ze strony ofiar, a może zwłaszcza ich, a już szczególnie nie wobec cudzoziemca, cóż że z przyjaznego im kraju, który w dwóch wojnach łoił Anglikom skórę …. Wtedy to ich filozoficzne nastawienie do życia, którym się tak zachwyca Böll, byłoby jedynie pełnym rezygnacji poddaniem się czemuś, czego zmienić się nie da – tak jak się godzili z ciągłym deszczem, notabene pięknie opisanym („Deszcz jest tu absolutny, wspaniały i przerażający. Nazywanie go niepogodą jest równie niestosowne, jak nazywanie palących promieni słońca ładną pogodą”). Nie przypadkiem Autor odnotowuje powszechną a przecież dość fatalistyczną postawę ludzi doprowadzonych na tzw. skraj - „It could be worse („Mogłoby być gorzej”) – BTW: równie popularną w Sowietach – gdy „czasem bywa bardzo źle, a coś jeszcze gorszego daje pociechę i stwarza właściwą proporcję”. Typowy to mechanizm obronny w totalitaryzmach, nieważne jakiej barwy. I w tym kontekście nie dziwią sympatie miejscowych…. „ - Powiedz no - odezwał się cicho - Hitler… był… myślę… nie takim złym człowiekiem… tylko poszedł za daleko? (…) - Posłuchaj no, Padraic – powiedziałem spokojnie – dobrze wiemy, jak daleko zaszedł Hitler, a szedł po trupach milionów Żydów, dzieci… - Twarz Padraica drgnęła boleśnie. Zamówił siódme piwo i powiedział ze smutkiem: - Szkoda że i ty dałeś się uwieść angielskiej propagandzie. Wielka szkoda. Nie tknąłem stojącego przede mną piwa”. Owszem. Autor umie pięknie opisywać egzotyczny dla siebie świat i nawet nie za bardzo mu się można dziwić, np. „Kiedy pędzi bydło z pastwiska, wygląda na szesnaście lat, kiedy później, za rogiem domu, skręca na drogę prowadzącą przez wieś, wydaje się, że ma chyba już trzydzieści parę lat, a kiedy przechodzi koło domu i nieśmiało uśmiecha się przez okno, wtedy widać, że dobiega już pięćdziesiątki”. „Odchodzi jako mężczyzna pięćdziesięcioletni, przy rogu domu zmienia się w trzydziestoletniego, wyżej na stoku, gdzie idzie, drapiąc osła po grzbiecie, staje się szesnastolatkiem, a kiedy na górze zatrzymuje się na chwilę przy żywopłocie z fuksji, tylko na tę chwilę, zanim zniknie za żywopłotem, wygląda jak chłopiec, którym niegdyś był”. „Butelki po mleku, pozbawione dziewictwa, obrabowane ze swych pieczęci, puste i brudne, stały pod drzwiami i na parapetach okiennych, smutnie czekały na poranek, kiedy zastąpią je ich świeże, promienne siostry, a mewy były nie dość białe, aby zastąpić anielską promienność niewinnych butelek z mlekiem”. „Kamienie z irlandzkich murów wystarczyłyby na budowę wieży Babel, ale irlandzkie ruiny dowodzą, że podejmowanie tej budowy byłoby bezcelowe”. „Mury z 20. wieku niemal nie różniły się od tych z 8. – i one były porośnięte mchem, i one wyglądały jak ruiny”. „Tu – jakież to dobrodziejstwo! – wolno palić w kinach. Gdyby tego zabroniono, wybuchłoby zapewne powstanie, bo u Irlandczyków namiętność do kina łączy się z namiętnością palaczy”. „Torf, jedyne bogactwo kraju, który już od stuleci jest obrabowany z lasów, któremu nie zawsze starczało i nie starcza chleba, ale zawsze starcza codziennego deszczu”. Poprzednie dwie moje książki noblisty jednak oceniam wyżej – to „Utracona cześć Katarzyny Blum albo: Jak powstaje przemoc i do czego może doprowadzić” i „Anioł milczał”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 1 rok temu
Wszystkie dusze Javier Marías
Wszystkie dusze
Javier Marías
Od dawna najważniejsze jest dla mnie w książkach to, jak dana historia jest opowiadana, a fabuła wydaje mi się drugorzędna. Absolutnie też do mnie trafia dygresyjny styl Autora, czy porzucanie zaczętych wątków i powrót do nich po wielu stronicach – albo i nie. Od dłuższego bowiem czasu w literaturze ważniejsze jest dla mnie nie „co”, lecz „jak”. Dlatego pierwsza moja rzecz Javiera Maríasa (jedna z jego pierwszych, 1989 r.) zasługuje na wysoką ocenę. Gdzieś przeczytałem, że był to „taki Sebald”, ale jednak to nie ten poziom, nie ta uważność, i nie ta empatia – choć Autor świetnie umie w wyrafinowane, złożone zdania, które lubię. Tytuł to ironiczne nawiązanie do najważniejszego kolegium Uniwersytetu Oksfordzkiego (All Souls College), gdzie Autor – ewidentny anglofil - wykładał w latach 80. Ironiczne, bo książka nie tylko, a nawet jedynie w niewielkim stopniu, sprawom duszy poświęcona. Nie uległem pokusie całkowitego utożsamienia narratora z Maríasem, choć wiele tutaj oksfordzkich realiów, pytanie na ile przetworzonych, a na ile rzeczywistych. Wśród wielu wątków tej nielinearnej opowieści, tradycyjnej fabuły w zasadzie pozbawionej, najmocniej do mnie przemówiły charakterystyki ludzi, których tam spotyka. A menażeria to wspaniała, jaką sobie tylko można wyobrazić w tym środowisku. Zbiorowy portret „ciała” naukowego z Oksfordu jest znakomicie złośliwy. Najlepszy jest opis tzw. wysokich kolacji w tymże gronie, gdzie nie sposób uniknąć, celowego zresztą, sąsiedztwa naukowca zanudzającego wywodami nt. swojej pracy naukowej. Zresztą im wyżej w uczelnianej hierarchii, bynajmniej nie jest wiele lepiej pod każdym względem. Nie przypadkiem narratorowi udaje się zaprzyjaźnić tylko z jednym z nich (nb. gejem – co w szczęśliwej Anglii nigdy nie było odbierane tak, jak w naszym pięknym kraju). Realistycznie pisze Autor o relacjach damsko-męskich, będąc uwikłanym w dziwaczny, nieprzesadnie zapewne satysfakcjonujący romans z jedną z wykładowczyń. „Więcej niż raz narażaliśmy się na to, że Edward Bayes, jej mąż, na własne oczy zobaczy ślady tego, o czym z pewnością wiedział i co starał się lekceważyć albo w ogóle zapomnieć. (…) Musiała sprawdzić, czy jej osobista wieczność, ustanowiona i utrzymywana podczas tych chwil spędzonych w moim towarzystwie, nie rozmazała jej makijażu, sprawdzić, czy twarz nie płonęła rumieńcem (...), czy z jej twarzy zniknął wyraz zadowolenia”. Szuka zatem pocieszenia w lokalnych pubach, co prowokuje go do smętnie trafnych refleksji: „Możliwa różnorodność zachowań jest znikoma, zaskoczenie jest udawane, przedsięwzięte kroki są niezmienna procedurą, wszystko jest dziecięce: zbliżanie, spełnianie, oddalanie się; pełnia, walka, wątpliwości; pewność, zazdrość, opuszczenie, śmiech; wszystko nuży, zanim jeszcze się zacznie”. Mowy o seksie i zaplątanych wielokątnie relacjach zresztą tutaj wiele, bo cóż może bardziej ciekawić posuniętych w wieku starych uczelnianych kocurów. Jedna sprawa, dotycząca nb. „flamy” narratora, wstrząsająca i z tragicznym finałem („ -Ale nie jestem pewna, Tom, może tez być Twoje. I wiem, co odpowiedział mój ojciec: wystarczy ta wątpliwość, żeby nie mogło być moje i nie będzie”). Znakomity, wybitnie empatyczny, jest portret 90-letniego uniwersyteckiego woźnego, nieco zagubionego w czasie, który wchodzących do gmachu wykładowców witał nazwiskami naukowców sprzed lat, nawet sprzed wojny. „Nie wiedział, w którym dniu swego życia znajduje się w danej chwili, do tego stopnia, że nikt nie potrafił z wyprzedzeniem odgadnąć, jaką wybrał datę, a już na pewno nie to, co ten wybór determinuje”. „Codziennie znajdował się w innym roku, podróżował w czasie w przód i wstecz wedle własnego uznania, czy może należałoby powiedzieć, że bez udziału własnej woli”. „Nazwisko, jakim się do mnie zwracał, stanowiło jedyną wskazówkę pozwalającą zorientować się, w jakiej dekadzie przebywa Will, podróżnik w czasie”. „Dla niego byłem członkiem wydziału należącym do przeszłości, choć zawsze tym samym w ramach jednego okresu, który wybierał codziennie jego duch, aby w nim zamieszkać. I nigdy się nie mylił”. „Zastanawiałem się, czy jego umiejętności przemieszczania się w czasie nie obejmują przypadkiem również i przyszłości (..) i czy przebywając w latach dziewięćdziesiątych, nie pozdrawiał kogoś, kto jeszcze nie przyjechał do Oksfordu i kto być może, gdziekolwiek jest, jeszcze nie wie, iż przyjdzie mu żyć w tym niegościnnym i zakonserwowanym we własnym sosie mieście”. Z przyjemnością czytałem znakomite fragmenty o tamtejszych antykwariatach (placówek dziś w zaniku, wobec naturalnej śmierci starszych książek). „Dla pasjonatów antykwariaty są zakurzonym i tajemnym rajem Anglii, odwiedzanym przez najbardziej dystyngowanych kawalerów królestwa”. Zaimponował mi niezwykły wywód o śmieciach jako dowodach na istnienie: „Worek i kubeł są dowodami na to, że ten dzień istniał i dopełnił się, i był odrobinę odmienny od poprzedniego i następnego, choć zarazem taki sam, i że ten dzień jest łącznikiem pomiędzy wczoraj i jutro”. „Worek i kubeł to jedyny zapis, jedyne potwierdzenie przemijania tego człowieka, jedyne d z i e ł o, które naprawdę stworzył. To nić życia, jego zegar. Za każdym razem, kiedy człowiek zbliża się do kubła i coś wyrzuca, ponownie widzi i nawiązuje kontakt z rzeczami, które wyrzucił kilka godzin wcześniej, i to właśnie daje mu poczucie ciągłości”. „Kiedy kubeł się przelewa, dzieło jest skończone, a wtedy, ale tylko wtedy, jego zawartość staje się bezużyteczna". W ramach intertekstualnej gry z czytelnikiem Marias wzmiankuje o Redondzie, wyspie z archipelagu Antyli, której królem sam wszak został. To teraz czas na „Czarne plecy czasu” (podobno nie gorsza)…. Tłumaczenie niezawodnego Wojciecha Charchalisa. Podczas lektury wielokrotnie przychodziła mi na myśl znakomita książka jednego z najlepszych dziś polskich pisarzy Wita Szostaka „Sto dni bez słońca”. Tematyka niemal ta sama: pobyt twórcy (polskiego) w uniwersytecie na irlandzkich wyspach „Finneganach” (sic!). Ten wspaniały pamflet na środowisko akademickie nie ustępuje dziełu Mariasa… (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/sto-dni-bez-slonca/opinia/73191270) Inne cytaty: „W Anglii nieznajomi nie rozmawiają ze sobą, nawet w pociągach, czy podczas długiego oczekiwania”. „W Anglii, jak powszechnie wiadomo, na innych ludzi niemal się nie patrzy, albo patrzy się w sposób tak zamaskowany, że zawsze pojawiają się wątpliwości, czy człowiek rzeczywiście patrzy na to, na co zdaje się patrzeć, tak matowe potrafią zrobić się oczy podczas tej naturalnej czynności”. „Wszystko w niej było ekspansywne, przesadne, była stworzeniem nerwowym, była jednym z tych stworzeń, dla których nie został wymyślony czas, dla których samo poczucie czasu i jego upływu jest zniewagą”. „Życie to jedyny rękopis. Życie ciągle jest średniowieczne”. „Śmierć nie odbiera nam tylko naszego własnego życia, ale też życie innych ludzi”. „Szkoda, że studenci, biedne, nierozgarnięte dzieci, zapominają dziewięćdziesiąt pięć procent cudów, których słuchają, i nasze wspaniałe odkrycia zachwycają ich tylko przez kilka minut, mniej więcej do końca zajęć”. „Pani Alabaster (...) uśmiechała się jednym z tych angielskich uśmiechów, jakie widuje się w kinach na ustach sławnych w tej nacji dusicieli w chwili wyboru nowej ofiary. (…) Pan Alabaster (…) był również uśmiechnięty, lecz jego uśmiech przypominał raczej uśmiech anonimowej ofiary dusiciela dokładnie na chwilę przed uświadomieniem sobie, że nią będzie”. „Już ponad wiek temu przestano wychowywać dzieci tak, aby stały się dorosłymi. Obecni dorośli zostali wychowani – zostaliśmy wychowani – tak, by ciągle być dziećmi. Żeby emocjonować się zawodami sportowymi i być zazdrosnymi o cokolwiek. Żeby żyć w ciągłym niepokoju i chcieć wszystkiego. Żeby obawiać się i złościć. Żeby być tchórzliwymi. Żeby koncentrować się na sobie samych”. „Kochankowie służą do tego, co synowie, przede wszystkim do wysłuchania historii”. „Angielska wiosna jest szczególnie przygnębiająca dla kogoś, kto już jest przygnębiony”. PS Fatalna pomyłka wydawcy, gdy mowa o brytyjskim wywiadzie MI5 - tutaj określonym jako „M15” (na dole str. 115 – może stąd błąd?).Niektórzy naukowcy z książki, co nie jest tu żadną tajemnicą, służyli mu pomocą. Pewnie służą i dziś…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 rok temu
Plac włoski Antonio Tabucchi
Plac włoski
Antonio Tabucchi
Tabucchi to jeden z moich ulubionych włoskich autorów, obok Italo Calvino, Primo Leviego czy Dino Buzzatiego. Ta odstająca nieco od innych książka potwierdza jego sztukę snucia zwykło-niezwykłych opowieści. Ich tematem jest życie, czasami odrealnione – jak to na włoskiej prowincji - w Wiosce, opowiadane od czasów „risorgimento” aż do lat 50. naszego wieku. Narracja – tak jak to lubię – jest nielinearna, czasami niełatwo się zorientować, w których to czasach dzieje się określona scena. Podczas lektury miałem wrażenie, że oglądam kolejny film Federico Felliniego, gdzie wymieszano słodkie z gorzkim, wysokie z niskim, złe z dobrym – ot, takie minestrone jako metafora egzystencji. Gdy jednemu z bohaterów podczas walk w XIX o niepodległość i całość Włoch – przypominam: toczonych przeciw wrogiemu wszelkim wolnościom i wtedy, i dziś państwu watykańskiemu – urwało stopę, ten przerzucił ja przez mury Watykanu, a rodzinie wysłał kartkę z tekstem: „Dałem kopniaka Piusowi IX”. Nie ma tu wielkiego optymizmu egzystencjalnego, na ludziach trudno polegać, a życie musi bolec. Za najważniejsze przesłanie można uznać końcowe słowa proboszcza, który uciekł w samotność: ”Równości nie osiągnie się przy pomocy maszyn hydraulicznych”. A propos: mamy tu wspaniałe tzw. pierwsze zdanie, nb. świetnie korespondujące z ostatnim: „Kiedy to w owym niezwykłym dniu Garibaldo dorobił się kulki w czole (otworek jak główka od szpilki, mniejszy od czyraka), chciał, obsuwając się na ziemię właśnie przed „Splendorem”, aby do niego należało ostatnie słowo”. I miejmy tylko zrozumiałą wyrozumiałość dla niepojętej deklaracji pewnego nieszczęśnika: „Miał nadzieję, że działalność polityczna będzie sprzyjała temu ciepłu ludzkiemu, jakie daje przyjaźń”. Inne cytaty „Dziewczęta płaczą jednym okiem, mężatki dwoma oczyma, a zakonnice czterema”. „Wy mężczyźni uważacie się za dzielnych, ponieważ odlewacie się pod ścianą". „Robił wysiłki, by nie dać się ponieść ani gniewowi, ani nadmiernemu miłosierdziu, tym jego dwóm największym słabościom”. „Jedyną rzeczą, jakiej Garibaldo nie potrafił z życia pojąć, była śmierć”. „Usiłował mu wytłumaczyć, jeśli nie to, czym jest śmierć, to przynajmniej to, czym jest życie”. „ - Znamy się od 20 lat – powiedział Garibaldo - i jesteśmy zaręczeni od 15. Chcesz, żebyśmy się zestarzali, nie śpiąc razem? Był to temat, od którego Asmara uciekała i który ja płoszył. - Ja mam swoje zasady - mówiła - i uważaj, żebyś mnie nie obraził”. „ – Parafianie! – zawołał – moi ostatni parafianie, mówię wam jedynie to: nieomylność papieża nie jest już dogmatem i kto w to wierzy, jest ostatnim ciulem. Echo gór podjęło końcowe słowa i powtórzyło je dla większej pewności”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 2 lata temu
Jeździec polski Antonio Muñoz Molina
Jeździec polski
Antonio Muñoz Molina
od razu żeby było jasne: powieść nie ma nic wspólnego z Polską. Tytułowy jeździec to obraz Rembrandta (u nas znany jako "Lisowczyk"), którego tanią reprodukcję kupił jeden z protagonistów i która potem przewija się w narracji (prawdopodobnie jako symbol tyleż dzielnego co samotnego przeciwstawienia się przeciwieństwom losu, bo tak na ogół intepretowany jest obraz). Powieść która swego czasu (1991!) współtworzyła modną falę sensacyjno-erudycyjnych powieści o "odkrywaniu przeszłości", której najbardziej znanym reprezentantem był Umberto Eco. Tutaj w typowym hiszpańskim sosie, w którym nieuchronnie głównym składnikiem musi być wojna domowa. Epicka perspektywa (1874-1991), mnóstwo postaci, sporo wątków, tajemniczo, groźnie, symbolicznie, romantycznie, trochę powieść gotycka, trochę detektywistyczna, trochę saga rodzinna, trochę obyczajowa. W skrócie: młody hiszpański tłumacz w parlamencie brukselskim odkrywa przeszłość swojej rodziny. Oczywiście powieść jest słuszna politycznie, więc odkrywa tylko zbrodnie wstrętnej reakcji, faszystów i frankistów. Sprawnie napisane, powiedziałbym że to najwyższy europejski poziom konfekcji literackiej. Wciąga. W Hiszpanii współtworzyła falę, że "nie ma demokracji i pokoju społecznego bez rozliczenia się z przeszłością" (jako kontrapunkt dla rzekomego "paktu zapomnienia", którego zresztą nigdy nie było). Polecam jako fajną, intrygującą, dobrze napisaną powieść (tylko bez ambitnych oczekiwań, proszę). Da się przeczytać w jakiś 10 podróżach na trasie Kraków-Warszawa.
Kornel Tomaszewski - awatar Kornel Tomaszewski
ocenił na 6 3 lata temu
Głosy. Monologi Claudio Magris
Głosy. Monologi
Claudio Magris
Oniryczno-poetycko-metafizyczne cztery opowiadania włoskiego Autora, którego dotychczas znałem z wybitnego „Dunaju” – błyskotliwego eseju nt. ludzi i kultur, choć pośrednio związanych z tą aortą także i naszej części Europy. Tu też jest znakomicie, to literatura wysokiej próby. Autor (czasami może się upaja erudycją, ale jedną wadę każdy może mieć, zwłaszcza wybaczalną) nie zapomina, do czego mu najbliżej. Nie przypadkiem świat przedstawiony wydaje się cały zanurzony w typowo środkowoeuropejskiej melancholii, nawet jak w niektórych tekstach w ogóle nie ma jego (i mojej) ulubionej Mitteleuropy. „Nie urodził się ani nie żył w tej panońskiej atmosferze, dusznej i gęstej, w tej zadymionej knajpie, gdzie jedzenie jest paskudne, a alkohol jeszcze gorszy, lecz dobrze ci tam, bo na zewnątrz pada deszcz i wieje wiatr, a na dworze i w życiu pada i chłód przenika cię na wylot”. To kolejna moja lektura, gdzie fabuła służy jedynie za osnowę rozważań o człowieku i jego odwiecznym przeznaczeniu. Ceniąc sobie nade wszystko wyrafinowany styl, nie mogłem doznać zawodu. Zdania dłuższe tu niż życie człowieka, choć znowu nie aż tak skomplikowane… Tematy tu klasyczne: nasze mity, obsesje, lęki, a jeśli tak, to także i miłość, czy też to, co powszechnie przyjęło się za nią uznawać. „Miłość ma swoją gramatykę, ale nie zna trybów i czasów, jedynie formy czasownikowe, a raczej tylko jedną - bezokolicznik, kiedy się kocha, to na zawsze, i tyle. Jakakolwiek miłość jakiegokolwiek rodzaju. Nieprawda, że ci przechodzi, nic nie przechodzi i to właśnie jest niekiedy prawdziwym nieszczęściem, wleczesz ją za sobą, podobnie jak życie”. „Nie żałuję tego, kto zaraz wyciągnie kopyta, jak i nie zazdroszczę temu, kto dalej pcha swoją taczkę, nie obchodzi mnie też, do której grupy ja sam należę”. „Każdy epilog z reguły jest szczęśliwy, ponieważ jest epilogiem”. „Trochę się wstydziłem, bo zanim wyszedłem z morza, zachciało mi się sikać do wody, a to u nas jest grzechem, niewielkim, ale grzechem”. „Jest jeszcze jedenaste przykazanie, proszę pana, nakazujące czasami uderzyć człowieka, biada, kiedy wybierzemy zły moment, ale biada też, kiedy nie postąpimy zgodnie z tym przykazaniem, kiedy trzeba”. „Niech Bóg przeklnie słowa, które uruchamiają rzeczy większe niż one same, i to przeczy paskudne”. „Nie miała pojęcia, że pada ofiara oszustwa, ale przynajmniej nie wiedziała, że sama oszukuje, ja zaś wiedziałem, że oszukuję”. Najbardziej do mnie trafiły („Głosy”) zwierzenia człowieka na tyle zaburzonego, że jedyną interakcją z innymi jest słuchanie głosów kobiet, w których się zakochuje – w głosach, nie w kobietach - i to wyłącznie nagranych na tzw. telefoniczną sekretarkę (niektórzy z nas jeszcze pamiętają to przedpotopowe urządzenie). Gdy któraś akurat odbierze, choć dzwoni zawsze w ciągu dnia, gdy powinny być w pracy, natychmiast odkłada słuchawkę. „Tylko głosy się liczą. Więcej, tylko one istnieją. Ciała zdają się robić dużo hałasu i zajmować wiele miejsca”. „Głosy są wszędzie, rzeczywiste, cielesne, dochodzą zewsząd, atakują, uciszają się, udają, że milkną i nagle znów je słychać”. „Tutaj zaś wszyscy dzwonią bez przerwy, dzwonią, aby dręczyć, rozkazywać, gnębić, nie pozwolić nam oddychać, wąchać, dotykać, smakować, kochać”. „W biurze sam muszę odpowiadać na telefony, przełączać rozmowy, udzielać informacji, odbierać wiadomości, podnosić lewą ręką słuchawkę, podczas gdy w prawej trzymam drugą i z kimś rozmawiam, za chwilę dzwoni trzeci telefon, przytrzymuję słuchawkę między ramieniem a uchem, kolejne dzwonki, to nie do wytrzymania, głosy rozlegają się zewsząd, każdemu wydaje się, że jest najważniejszy, żąda, aby się zająć tylko nim, głosy aroganckie, zachłanne, skrzekliwe, otępiałe”. Świetne także ostatnie opowiadanie „Teraz chyba pan zrozumie”), będące wariacją na temat mitu orfickiego. Narratorką jest swoista współczesna Eurydyka, zwracająca się wprost do szefa wszystkich szefów, kogoś na kształt zarządzającego zaświatami, czyli „Przewodniczącego Fundacji”, utrzymującej to wszystko wkoło, czy - jak ktoś woli - także nad lub tez pod nami. Scenariusz mitu powtórzy się jak niegdyś…? „Pana nie widzę, panie Przewodniczący, nie wiem, gdzie pan jest i dlatego odwracam się chyba nie w tę stronę, co trzeba, i czasami nie słyszę pańskich słów”. „Bilet do raju kosztuje mało, wygody i atrakcje zapewnione, w niektórych wypadkach zniżki dla rodzin, zobaczycie, tam jest zupełnie inaczej, prawdziwe życie, które gdzie indziej nasze zakłamane i zepsute społeczeństwo zdążyło już zniszczyć”. „Tutaj nie wolno mieć nam zegarków ani kalendarzy, zabierają je nam przy wejściu, wszystko się dzieje teraz i nigdy”. „Wszyscy rozkoszują się własną nadwrażliwością i wzruszają na widok cierpień innych, których niechcący zranili”. „Świat jest hotelem na godziny”. „Nie, nie przyszedł, aby mnie uratować, lecz aby uratować siebie samego”. „Jak miałam mu powiedzieć, że tu w środku, z wyjątkiem o wiele słabszego światła, jest tak samo, jak na zewnątrz”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 1 rok temu
Zaćmienie John Banville
Zaćmienie
John Banville
Akcja powieście toczy się w czasie, kiedy Słońce przesłonił księżyc, skutkiem czego Ziemię w niektórych rejonach w środku dnia zalała ciemność, noc za dnia. Główny bohater, aktor, po pięćdziesiątce (no i co? każdy w każdym wieku może przechodzić kryzys istnienia i poddaje w wątpliwość swoje osiągnięcia) przechodzi głęboki kryzys, czuje się zupełnie niezdolny kontynuować swoje dotychczasowe życie. Właściwie nie wiadomo dlaczego, on sam jakby też nie wiedział lub nie chciał wiedzieć. Wraca do swojego rodzinnego domu, dziś opuszczonego jak on, pozostawieni na łasce losu i wystawieni na działanie czynników zewnętrznych, gdzie główną rolę gra czas. Alex oddaje się rozmyślaniom i refleksjom, zagłębia w swoich myślach, wydaje się, że marnotrawi dni i tygodnie. Wspomina czasy dzieciństwa, rodziców, poddaje wszystko ostrożnej analizie. Dawne chwile i przeżycia wywoływane są pobytem w domu, który postanawia odzyskać, domu, w którym każdy zapach, przedmiot to erupcja przemyśleń związanych intensywnymi, dawno przeżytymi chwilami. Wszystko jest jednak bardzo wyważone, opanowane, dominuje wyciszenie i niemy spokój. Całość opanowana jest nastrojem głębokiej zadumy, refleksji, rozliczania się z przeszłością, mierzeniem się z nią. Pomimo tej nostalgii, głębokiego smutku, poczucia klęski i straty czytelnik daje się nieść narracji. Nieść się to mało, Banville swoim niezrównanym stylem uwodzi niepostrzeżenie już od pierwszej strony. Podążając za narratorem nie zważa na cel, zamiary, idzie ślepo zapatrzony w głównego bohatera poznaje go na nowo razem z nim przeżywając, podążając krok za nim jak niewidomy trzymający się ramienia osoby idącej o krok przed nią. Ślepo oddaje się w jego ręce by pozwolić odczuć niemal fizycznie ostateczne zamknięcie historii. Banville to utytułowały i zasłużony pisarz irlandzki, jego przystępny, a jednocześnie wyrafinowane styl urzeka i oczarowuje. Ma on niezwykłą umiejętność budowania nastroju, jakby otulania swoją opowieścią. Książka w materialnej formie papieru zadrukowanego farbą, ujętego w prostokątny mały przedmiot, raz otwarta jak dym, lekko, niespiesznie wyłania się, gromadzi, by pozostawić swój zapach na skórze, włosach, ubraniu. To słowa, zdania, związki frazeologiczne, porównania, finezyjnie ujmowane opisy, które można smakować i smakować i wciąż być ich głodnym. Zgrabnie ujęta całość, absolutnie nie przegadana (czego nie znoszę), dokładnie taka, jaka miała być. Polskie wydanie starannie wydane, żadnych literówek ani niedopatrzeń edycyjnych, bo i tłumaczenie nie byle kogo. Kawał dobrej literatury, której warto poświęcić czas.
czytulinka - awatar czytulinka
oceniła na 10 11 lat temu

Cytaty z książki Robi się coraz później. Powieść w formie listów

Więcej
Antonio Tabucchi Robi się coraz później. Powieść w formie listów Zobacz więcej
Antonio Tabucchi Robi się coraz później. Powieść w formie listów Zobacz więcej
Antonio Tabucchi Robi się coraz później. Powieść w formie listów Zobacz więcej
Więcej