Od dawna najważniejsze jest dla mnie w książkach to, jak dana historia jest opowiadana, a fabuła wydaje mi się drugorzędna. Absolutnie też do mnie trafia dygresyjny styl Autora, czy porzucanie zaczętych wątków i powrót do nich po wielu stronicach – albo i nie. Od dłuższego bowiem czasu w literaturze ważniejsze jest dla mnie nie „co”, lecz „jak”.
Dlatego pierwsza moja rzecz Javiera Maríasa (jedna z jego pierwszych, 1989 r.) zasługuje na wysoką ocenę. Gdzieś przeczytałem, że był to „taki Sebald”, ale jednak to nie ten poziom, nie ta uważność, i nie ta empatia – choć Autor świetnie umie w wyrafinowane, złożone zdania, które lubię.
Tytuł to ironiczne nawiązanie do najważniejszego kolegium Uniwersytetu Oksfordzkiego (All Souls College), gdzie Autor – ewidentny anglofil - wykładał w latach 80. Ironiczne, bo książka nie tylko, a nawet jedynie w niewielkim stopniu, sprawom duszy poświęcona. Nie uległem pokusie całkowitego utożsamienia narratora z Maríasem, choć wiele tutaj oksfordzkich realiów, pytanie na ile przetworzonych, a na ile rzeczywistych.
Wśród wielu wątków tej nielinearnej opowieści, tradycyjnej fabuły w zasadzie pozbawionej, najmocniej do mnie przemówiły charakterystyki ludzi, których tam spotyka. A menażeria to wspaniała, jaką sobie tylko można wyobrazić w tym środowisku. Zbiorowy portret „ciała” naukowego z Oksfordu jest znakomicie złośliwy. Najlepszy jest opis tzw. wysokich kolacji w tymże gronie, gdzie nie sposób uniknąć, celowego zresztą, sąsiedztwa naukowca zanudzającego wywodami nt. swojej pracy naukowej.
Zresztą im wyżej w uczelnianej hierarchii, bynajmniej nie jest wiele lepiej pod każdym względem. Nie przypadkiem narratorowi udaje się zaprzyjaźnić tylko z jednym z nich (nb. gejem – co w szczęśliwej Anglii nigdy nie było odbierane tak, jak w naszym pięknym kraju).
Realistycznie pisze Autor o relacjach damsko-męskich, będąc uwikłanym w dziwaczny, nieprzesadnie zapewne satysfakcjonujący romans z jedną z wykładowczyń. „Więcej niż raz narażaliśmy się na to, że Edward Bayes, jej mąż, na własne oczy zobaczy ślady tego, o czym z pewnością wiedział i co starał się lekceważyć albo w ogóle zapomnieć. (…) Musiała sprawdzić, czy jej osobista wieczność, ustanowiona i utrzymywana podczas tych chwil spędzonych w moim towarzystwie, nie rozmazała jej makijażu, sprawdzić, czy twarz nie płonęła rumieńcem (...), czy z jej twarzy zniknął wyraz zadowolenia”.
Szuka zatem pocieszenia w lokalnych pubach, co prowokuje go do smętnie trafnych refleksji: „Możliwa różnorodność zachowań jest znikoma, zaskoczenie jest udawane, przedsięwzięte kroki są niezmienna procedurą, wszystko jest dziecięce: zbliżanie, spełnianie, oddalanie się; pełnia, walka, wątpliwości; pewność, zazdrość, opuszczenie, śmiech; wszystko nuży, zanim jeszcze się zacznie”.
Mowy o seksie i zaplątanych wielokątnie relacjach zresztą tutaj wiele, bo cóż może bardziej ciekawić posuniętych w wieku starych uczelnianych kocurów. Jedna sprawa, dotycząca nb. „flamy” narratora, wstrząsająca i z tragicznym finałem („ -Ale nie jestem pewna, Tom, może tez być Twoje. I wiem, co odpowiedział mój ojciec: wystarczy ta wątpliwość, żeby nie mogło być moje i nie będzie”).
Znakomity, wybitnie empatyczny, jest portret 90-letniego uniwersyteckiego woźnego, nieco zagubionego w czasie, który wchodzących do gmachu wykładowców witał nazwiskami naukowców sprzed lat, nawet sprzed wojny.
„Nie wiedział, w którym dniu swego życia znajduje się w danej chwili, do tego stopnia, że nikt nie potrafił z wyprzedzeniem odgadnąć, jaką wybrał datę, a już na pewno nie to, co ten wybór determinuje”.
„Codziennie znajdował się w innym roku, podróżował w czasie w przód i wstecz wedle własnego uznania, czy może należałoby powiedzieć, że bez udziału własnej woli”.
„Nazwisko, jakim się do mnie zwracał, stanowiło jedyną wskazówkę pozwalającą zorientować się, w jakiej dekadzie przebywa Will, podróżnik w czasie”.
„Dla niego byłem członkiem wydziału należącym do przeszłości, choć zawsze tym samym w ramach jednego okresu, który wybierał codziennie jego duch, aby w nim zamieszkać. I nigdy się nie mylił”.
„Zastanawiałem się, czy jego umiejętności przemieszczania się w czasie nie obejmują przypadkiem również i przyszłości (..) i czy przebywając w latach dziewięćdziesiątych, nie pozdrawiał kogoś, kto jeszcze nie przyjechał do Oksfordu i kto być może, gdziekolwiek jest, jeszcze nie wie, iż przyjdzie mu żyć w tym niegościnnym i zakonserwowanym we własnym sosie mieście”.
Z przyjemnością czytałem znakomite fragmenty o tamtejszych antykwariatach (placówek dziś w zaniku, wobec naturalnej śmierci starszych książek). „Dla pasjonatów antykwariaty są zakurzonym i tajemnym rajem Anglii, odwiedzanym przez najbardziej dystyngowanych kawalerów królestwa”.
Zaimponował mi niezwykły wywód o śmieciach jako dowodach na istnienie:
„Worek i kubeł są dowodami na to, że ten dzień istniał i dopełnił się, i był odrobinę odmienny od poprzedniego i następnego, choć zarazem taki sam, i że ten dzień jest łącznikiem pomiędzy wczoraj i jutro”.
„Worek i kubeł to jedyny zapis, jedyne potwierdzenie przemijania tego człowieka, jedyne d z i e ł o, które naprawdę stworzył. To nić życia, jego zegar. Za każdym razem, kiedy człowiek zbliża się do kubła i coś wyrzuca, ponownie widzi i nawiązuje kontakt z rzeczami, które wyrzucił kilka godzin wcześniej, i to właśnie daje mu poczucie ciągłości”.
„Kiedy kubeł się przelewa, dzieło jest skończone, a wtedy, ale tylko wtedy, jego zawartość staje się bezużyteczna".
W ramach intertekstualnej gry z czytelnikiem Marias wzmiankuje o Redondzie, wyspie z archipelagu Antyli, której królem sam wszak został.
To teraz czas na „Czarne plecy czasu” (podobno nie gorsza)….
Tłumaczenie niezawodnego Wojciecha Charchalisa.
Podczas lektury wielokrotnie przychodziła mi na myśl znakomita książka jednego z najlepszych dziś polskich pisarzy Wita Szostaka „Sto dni bez słońca”. Tematyka niemal ta sama: pobyt twórcy (polskiego) w uniwersytecie na irlandzkich wyspach „Finneganach” (sic!). Ten wspaniały pamflet na środowisko akademickie nie ustępuje dziełu Mariasa… (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/sto-dni-bez-slonca/opinia/73191270)
Inne cytaty:
„W Anglii nieznajomi nie rozmawiają ze sobą, nawet w pociągach, czy podczas długiego oczekiwania”.
„W Anglii, jak powszechnie wiadomo, na innych ludzi niemal się nie patrzy, albo patrzy się w sposób tak zamaskowany, że zawsze pojawiają się wątpliwości, czy człowiek rzeczywiście patrzy na to, na co zdaje się patrzeć, tak matowe potrafią zrobić się oczy podczas tej naturalnej czynności”.
„Wszystko w niej było ekspansywne, przesadne, była stworzeniem nerwowym, była jednym z tych stworzeń, dla których nie został wymyślony czas, dla których samo poczucie czasu i jego upływu jest zniewagą”.
„Życie to jedyny rękopis. Życie ciągle jest średniowieczne”.
„Śmierć nie odbiera nam tylko naszego własnego życia, ale też życie innych ludzi”.
„Szkoda, że studenci, biedne, nierozgarnięte dzieci, zapominają dziewięćdziesiąt pięć procent cudów, których słuchają, i nasze wspaniałe odkrycia zachwycają ich tylko przez kilka minut, mniej więcej do końca zajęć”.
„Pani Alabaster (...) uśmiechała się jednym z tych angielskich uśmiechów, jakie widuje się w kinach na ustach sławnych w tej nacji dusicieli w chwili wyboru nowej ofiary. (…) Pan Alabaster (…) był również uśmiechnięty, lecz jego uśmiech przypominał raczej uśmiech anonimowej ofiary dusiciela dokładnie na chwilę przed uświadomieniem sobie, że nią będzie”.
„Już ponad wiek temu przestano wychowywać dzieci tak, aby stały się dorosłymi. Obecni dorośli zostali wychowani – zostaliśmy wychowani – tak, by ciągle być dziećmi. Żeby emocjonować się zawodami sportowymi i być zazdrosnymi o cokolwiek. Żeby żyć w ciągłym niepokoju i chcieć wszystkiego. Żeby obawiać się i złościć. Żeby być tchórzliwymi. Żeby koncentrować się na sobie samych”.
„Kochankowie służą do tego, co synowie, przede wszystkim do wysłuchania historii”.
„Angielska wiosna jest szczególnie przygnębiająca dla kogoś, kto już jest przygnębiony”.
PS Fatalna pomyłka wydawcy, gdy mowa o brytyjskim wywiadzie MI5 - tutaj określonym jako „M15” (na dole str. 115 – może stąd błąd?).Niektórzy naukowcy z książki, co nie jest tu żadną tajemnicą, służyli mu pomocą. Pewnie służą i dziś…
Opinia
Czy listy miłosne mogą być tekstami pozbawionymi porządku wewnętrznego i elementarnej logiki, krótko mówiąc: strumieniem świadomości?– pyta po lekturze lekko zdezorientowany czytelnik, czyli np. ja.
Czemu nie - odpowie z zaświatów Antonio Tabucchi - skoro miłość to stan zaburzenia umysłu, w którym precyzja czy konstrukcja wywodu nie tylko mogą, ale i powinni ulegać poważnym zaburzeniom. Normalne wypowiedzi zostawmy ludziom normalnym - zdaje się mówić Autor, skazując czytających na samodzielne próby rozwiązania przemyślnych rebusów w książce niemającej nic wspólnego z romansidłem.
Wiele powie taki cytat: ”Po pierwsze, są to historie pozbawione logiki. Mówiąc między nami, chętnie bym spotkał tego, kto wynalazł logikę, już ja bym się z nim policzył. I bez rymów, przede wszystkim bez rymów, historie, w których jedno nie pasuje do drugiego, kawałek do innego kawałka, i efekt jest taki jak w życiu, nie podporządkowanym rymom, każde życie ma swój własny akcent, odmienny od cudzego akcentu”.
Na tę niezbyt obszerną opowieść (6. przeczytaną przez mnie tego Autora, jednego z moich ulubionych) składa się 18 listów miłosnych, niestety autorem tylko jednego jest kobieta. Mnóstwo tu miłosnych wywodów, zawodów i wzwodów.
Lektura - koniecznie powolna - skrywa pełną nostalgii niemożność spotkania dwojga ludzi. Jest piekielnie trudna z braku tradycyjnej fabuły, jak i z wgryzania się w kolejne listy, wszystkie erudycyjne, niektóre do siebie podobne, wszystkie o miłości, najczęściej takiej, jaka się przydarza w życiu, czyli utraconej, często z własnej winy, głupoty czy błędu….
Dominują tu wspomnienia tego, co bezpowrotnie minęło, czemu towarzyszy silne poczucie straty, nawet samego siebie, a nie tylko Tamtej... Niektóre listy narrator - raczej nie zawsze ten sam, choć to też nieoczywiste - pisze do swej nieżyjącej już miłości, inne - po 40 lat od rozstania. Być może chodzi nawet o fikcję absolutną, wymysły narratora. A propos: zmyślony nie jest ostatni gest Atropos…
Jak zwykle u Tabucchiego, mnóstwo tu intertekstualnych odniesień – jedno nawet takie: „Och, Afryko wędrowca Kapuścińskiego, wspaniałego luandczyka, och Afryko”.
Cytaty
….Potraktowałem tę czynność fizjologiczną jako powód do zatrzymania się w miejscu, gdzie żaden powód nie skłaniał mnie do tego, bym się zatrzymał. …
….Sądziłeś, że to ty myślisz, a to myśl myśli ciebie, ty zaś jesteś jedynie myślany. …
….Wierz mi, nie ma brzegów, jest tylko rzeka. …
….Fiołkowym kwiatem, mokrym od śliny, wytarłem Pani najtajniejszy fiołek….
….Miłości moja, wybacz mi, jeśli nazywam cię jeszcze tak, jak nazywałem cię wtedy, po tylu latach nie wiem już, jak mam cię nazywać. Jak zwracać się do ukochanej kobiety, która powiedziała nam cześć, do jutra, i którą porzuciło się, nie zostawiając nawet listu z wyjaśnieniem….
…. „Anthropos” (…) w moim przypadku znaczy samotnego mężczyznę, przypadek banalny aż do śmieszności, skoro nawet gazety, urzędy stanu cywilnego, gminy i władze, używają wyrażenia stan wolny….
….Pomyślał: jaka piękna jest geografia kobiety i jaka łatwa, jeśli tylko się ją zna i kocha….
….Przypomniałem sobie jeszcze konkurs na stanowisko w Ministerstwie Łączności; aby go wygrać, trzeba było znać na pamięć nazwy wszystkich rzek w kraju, nawet małych strumyków. …
….Ideałem byłoby, gdyby wszyscy, ale naprawdę wszyscy, mieli właściwy wiek we właściwym momencie, we właściwym miejscu, w którym zdarza nam się spotkać w tym kawałeczku wszechświata. …
….W pewnym momencie pomyślałem, że prawdziwym obłędem jest zwyczajność, nie sądzisz? …
….Wróciłem do domu, gdzie nie było nikogo, kto by na mnie nie czekał, i gdzie nie czekałem już na nikogo. …
….Jak można opowiedzieć życie, które przybrało pozór śmierci, ukrywając się przed życiem. …
….I powiedziałbym ci jeszcze, że czekam na ciebie, chociaż nie czeka się na kogoś, kto nie może powrócić, bo aby być z powrotem tym, kim był, musiałby być tym, kim był, a to przecież niemożliwe….
PS Jak to, moja społeczności LC? Zaprawdę, jam pierwszym opiniującym?
Czy listy miłosne mogą być tekstami pozbawionymi porządku wewnętrznego i elementarnej logiki, krótko mówiąc: strumieniem świadomości?– pyta po lekturze lekko zdezorientowany czytelnik, czyli np. ja.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzemu nie - odpowie z zaświatów Antonio Tabucchi - skoro miłość to stan zaburzenia umysłu, w którym precyzja czy konstrukcja wywodu nie tylko mogą, ale i powinni ulegać...