Dan Simmons Roger Zelazny Clifford D. Simak Ray Bradbury Marek S. Huberath Ursula K. Le Guin Michael Bishop Robert Sheckley Michael Swanwick Alan Dean Foster John Varley R.A. Lafferty C. L. Moore
W trzecim tomie antologii klasycznej science fiction "Rakietowe szlaki" Lech Jęczmyk oraz Wojtek Sedeńko wybrali dla nas 13 opowiadań, w tym jedno polskie. Z tym ostatnim wyjątkiem zabrakło prozy innej niż anglojęzyczna: trochę szkoda. Słowiańskie (rosyjskie i zwłaszcza czeska) propozycje w tomie drugim były bardzo interesujące. Tym razem poziom również jest wysoki, chociaż chyba jednak bardziej nierówny, niż w poprzednich tomach. Chwalone przez redaktorów otwierające tom opowiadanie "Shambleau" autorstwa Catherine L. Moore jest moim zdaniem najzwyczajniej słabe. Zastanawiające, że to kobieta realizuje w nim topos samicy-pożeraczki mężczyzn, w którym odzwierciedla się pierwotny - męski przecież - lęk przed kobiecą seksualnością jako siłą destrukcyjną, wampiryczną, prowadzącą ku zgubie. Ciekawe jest również, że znajdziemy w "Rakietowych szlakach" inny, nieporównanie sprawniejszy literacko tekst poruszający ten sam temat (mowa o doskonałym "Umrzeć w Bangkoku" Dana Simmonsa, do którego jeszcze wrócę). Czy to jakieś echo podświadomych obaw selekcjonerów tekstów, czy też czysty przypadek, oto jest pytanie.
Drugi tekst, czyli "Bezgłośny pistolet" Finna O'Donovana (czyli Roberta Sheckleya) to poczciwa i sympatyczna ramotka, ale jednak ramotka. Typowa opowieść z dawnych lat, oparta na pomyśle konkretnego "wynalazku" i wierze w ludzką pomysłowość, dla której kosmos jest po prostu gotową do podbicia i skolonizowania, nieco większą wersją pogranicza, Dzikiego Zachodu.
"Alei potępienia" Rogera Zelaznego żadnemu starszemu miłośnikowi fantastyki przedstawiać nie trzeba. Absolutna klasyka. Młodsi z kolei zorientują się dzięki temu opowiadaniu, że Mad Max z jego samochodową postapokalipsą (wyraźnie widać, że tempo, energia i struktura fabularna najnowszej opowieści o Maksie Rockatanskym bardzo przypomina opowiadanie Zelaznego),ani tym bardziej "Metro 2033" z jego postnuklearnymi mutantami, nie wzięły się znikąd.
"Dzień przed rewolucją" Ursuli Le Guin poprzedzony jest dość osobliwym wstępem na temat wysokiego stopnia skomunizowania amerykańskich uniwersytetów oraz feminizmu autorki, który tutaj wydaje się być zarzutem (jakby to szef IPN recenzował). Sam tekst nie jest żadnym arcydziełem i w zasadzie nie ma tu elementów fantastycznych oprócz ulokowania akcji w fikcyjnym kraju. Mimo to, owa stonowana, pozbawiona fajerwerków fabularnych i stylistycznych opowieść starej rewolucjonistki, broni się przede wszystkim jako świadectwo charakterystycznego dla tamtej epoki (pierwodruk w 1974 roku) stanu umysłu oraz koncepcji politycznej, która dzisiaj wydaje się z jednej strony naiwna, z drugiej zaś w pewien sposób niezbędna.
"Powolne życie" Michaela Swanwicka to bardzo dobra "twarda" SF ze wszystkimi obowiązkowymi akcesoriami gatunku: obcą planetą (a konkretniej często eksploatowanym przez fantastów księżycem Saturna Tytanem),obcą inteligencją (tym razem w życzliwym wydaniu),naukowym sztafażem oraz emocjonującą operacją ratunkową.
Jeśli Moore i Simmons eksploatują lęk przed kobiecą seksualnością, to Bradbury z kolei w "Małym mordercy" sięga po inną archetypową obawę: lęk przed dziećmi jako widomymi, żywymi oznakami naszej śmiertelności. Dzieci "symbolicznie" zabijają rodziców, lecz czasem robią to również zupełnie dosłownie. Chcą nas przecież zastąpić i zabrać, co im się należy. Nadnaturalnie inteligentne dziecko o złowrogich skłonnościach to fabularny samograj (vide choćby "Omen"),a Bradbury jak wiadomo świetnie się czuł w konwencji horroru i krótkiej formie, więc dostajemy całkiem przyzwoity kąsek.
"Kraina wielkich koni" to poetycka fantazja R. A. Lafferty'ego, "wyjaśniająca" fantastyczną konwencją skąd właściwie i dlaczego przywędrowali Romowie. Lubię tego pisarza, ale zamieszczone w pierwszym tomie "Rakietowych szlaków" opowiadanie "Najdłuższy obraz" jest moim zdaniem o klasę lepsze.
"Przyśpieszenie" Michaela Bishopa to wybitny tekst, znów wychodzący od pojedynczej zmiennej (z niewiadomych powodów wszyscy ludzie zostają wyrwani ze swoich środowisk i przeniesieni w najwyraźniej losowe miejsca na planecie, co powoduje rozpad dotychczasowych struktur społecznych) i obudowujący ją oraz prezentujący jej skutki dojrzałą psychologią. Bishopa zawsze czyta się z wielką przyjemnością, bo pisze mądrze i świetnie operuje stylem, choć jego krajobrazy bywają bardzo ponure.
Dalej mamy "Grotę tańczących jeleni" Clifforda Simaka. To ciekawa sprawa, jak percepcja literatury (podobnie jak gust kulinarny, czy muzyczny) zmienia się wraz z wiekiem. Gdy byłem dużo młodszy, teksty Simaka wydawały mi się mdłe, a cała ta jego pozbawiona wielkich dramatów sielankowo-prowincjonalna wizja rzeczywistości mało interesująca. Dzisiaj patrzę na jego pisarstwo inaczej, bardziej je doceniam, a "Grota...", opowiadająca spokojnie o konieczności tworzenia i samotności płynącej z nieśmiertelności to chyba jego najlepszy tekst, zdecydowanie wart lektury.
Kolejnym opowiadaniem jest tu niestety "Kara większa" Marka Huberatha. Piszę "niestety", bo ten płaski w gruncie rzeczy ideologiczny manifest (przy którym anarchokomunistyczne koncepty LeGuin wydają się być wcieleniem umiarkowania i subtelności) pasuje tutaj jak pięść do nosa. Owszem, jest to nieźle napisane, z pewnością lepiej niż opowiadanie Huberatha zamieszczone w poprzednim tomie, ale jakże przerażające zarazem. I nie chodzi mi o to, że pisarz sugestywnie odmalowuje przerażającą wizję zaświatów jako połączenia niemieckiego obozu zagłady, sali tortur i sowieckiego łagru, ponieważ to w końcu jest jego celem i cel ten został z literackiego punktu widzenia sprawnie zrealizowany. Problemem jest dla mnie coś innego: Huberath wydaje się traktować swoją absolutnie sadomasochistyczną koncepcję relacji człowieka z Bogiem ze śmiertelną powagą. On nie tyle pisze, co wygłasza kazanie, a jego moralizatorski zapał unosi go w ślepą uliczkę. Najbardziej zdumiewa mnie to, iż zdaje się on zupełnie nie dostrzegać, że jego aksjomaty, na których buduje fabułę i argumentację etyczną, spoczywają na podłożu jednoznacznie odstręczającej, potwornej metafizyki. Jego Bóg jest potworem, pierwotnym źródłem i paliwem wszelkiego zła, lecz autor z właściwą ludziom religijnym ślepotą na konsekwencje własnych założeń, zamyka na to oczy, projektując ową potworność na ludzi i demony. Nie można przyjmować sprzecznych ze sobą założeń. Nawet jeśli możliwość zła ulokowano w ludziach, to stało się tak z pełną świadomością konsekwencji takiego projektu u założonej w tej ontologii wszechwiedzącej istoty. Myślę, że warto byłoby zatem Huberathowi odpowiedzieć Schopenhauerem. "Stwórca stworzył bowiem nie tylko świat, ale również samą możliwość: powinien był ją więc tak urządzić, by dopuszczać świat lepszy". Tutaj teiści zwykle uciekają w argument o "niezbadanych wyrokach i niemożności zrozumienia boskiego planu przez słaby ludzki intelekt". Lecz jednak skoro nie rozumiemy Boga, skąd taka precyzja w przypisywaniu mu atrybutów i oczekiwań?
Osobiście odczytuję to opowiadanie jako rodzaj okrutnej parodii, drwiny z zawieszonej w próżni, pozbawionej umocowania w humanistycznej etyce chrześcijańskiej mitologii oraz teistycznej koncepcji człowieczeństwa i boskości. Mój problem polega na tym, że to odczytanie najwyraźniej nie jest zgodne z intencją autora, który słowo za słowem buduje swą monstrualną wizję, zupełnie nie dostrzegając jej monstrualności. Z uwagi na to, co dzieje się w Polsce w chwili, gdy piszę ten tekst, opowiadanie nabiera niepokojącej aktualności, jako rodzaj zapisu stanu umysłu chrześcijańskich apologetów, demonstracja całkiem dla mnie surrealistycznego sposobu ich rozumowania: czuję się wśród nich znacznie bardziej obco, niż wśród wszystkich obcych opisywanych w tym tomie. Wizja piekła z jego niekończącym się masakrowaniem potępionych, rwaniem paznokci, łamaniem żeber, obdzieraniem ze skóry, gwałceniem, przypalaniem genitaliów, to dla mnie modelowe ucieleśnienie religijnej psychopatologii. Wiara, że jakakolwiek ludzka transgresja może uzasadnić tego typu konsekwencje, to dla mnie świadectwo kompletnej dewastacji intelektualnej i odrętwienia wyobraźni moralnej, jaką w umyśle inteligentnego przecież i ogólnie zrównoważonego człowieka jest w stanie spowodować religia. Antropomorfizacja płodów, przywożonych z nieznanych mi powodów (nie zostały ochrzczone?) do czyśćca-obozu w kawałkach, by zostać następnie przymusowo zszyte przez kobiety-aborcjonistki, to chyba najbardziej dobitny wyraz religijnie indukowanej psychozy, z jaką się dotychczas zetknąłem. Zdolność do akceptacji takiej wizji i pogodzenia jej z aksjomatem doskonale dobrego Boga znajduje się całkowicie poza moją zdolnością pojmowania. Reasumując, "Kara większa" to dla mnie perfekcyjny manifest antyreligijny, z większą siłą rażenia niż książki Dawkinsa, Dennetta, czy Harrisa, co pokazuje, jak bardzo mogą rozejść się intencje twórcy i odbiorcy oraz że literatura rodzi się na pograniczu dwóch umysłów.
Kolejny tekst, zatytułowany "Polacy to ludzie łagodni" jest mojej opinii kuriozalną grafomanią (niestety Alana Deana Fostera raczej nie stać na wiele więcej, przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo),a jedyne uzasadnienie publikacji tego opowiadanka dostrzegam w polskich kompleksach i polskim głodzie uznania płynącego z "wielkiego świata". Ach jakże jesteśmy wspaniali, mądrzy i dobrzy, niechże ktoś wreszcie to zauważy! Czasem przypominamy mi psa, który rozpaczliwie oczekuje na jakikolwiek dowód sympatii swego pana, by mieć pretekst do radosnych podrygiwań. Tudzież osiołka ze "Shreka", który podskakując krzyczy "Ja! Ja! Wybierz mnie!". Ta historyjka, choć bardzo marna, tak fabularnie, jak literacko, idealnie współgra z owym polskim przekonaniem o własnej wspaniałości i wyjątkowości, podszytym urazą, że nikt ich nie dostrzega i skrywanym lękiem, że może to jednak w gruncie rzeczy jesteśmy tylko prowincjonalnym narodem wśród setek innych, zamieszkujących zatłoczoną planetę. "Polacy..." to historia alternatywna (nie bez przyczyny uwielbiamy tę konwencję: jest to próba zaleczenia dysonansu poznawczego),będąca sarmackim odpowiednikiem wizji świata, w którym nigdy nie upadło Imperium Rzymskie, czy Trzecia Rzesza (najpopularniejsze wersje). Tu różnica jest taka, że nad podziw trwała okazuje się Polska sarmacko-szlachecka. To taka Tysiącletnia Rzeczpospolita, chciałoby się powiedzieć - wspaniała, mądra, potężna i z wyżyn swej szlachetności panująca nad światem. Oczywiście proponowane przez Fostera uzasadnienia rzekomych przewag monarchii elekcyjnej nad innymi formami ustrojowymi są zupełnie pozbawione sensu dla każdego, kto rozumie, iż rozwiązania ustrojowe, instytucjonalne i społeczne szlacheckiej Rzeczpospolitej były przestarzałe już w XVII wieku, a niezdolność do modernizacji doprowadziła ją do upadku. W gruncie rzeczy wspaniałość jest tutaj wyjaśniona głównie tytułem: Polacy są predestynowani do rządów nad światem, ponieważ to "ludzie łagodni". Nie mam pojęcia skąd Fosterowi wzięła się taka wizja: może spotkał jakiegoś łagodnego Polaka i wziął to za naszą cechę narodową. Takie detale jak literacka i fabularna mierność tekstu nie mają jednak znaczenia, skoro pisarz łechce naszą próżność i megalomanię. Można to traktować jedynie jako ciekawostkę, na którą uwagę zwrócić powinien obecny minister kultury, pan profesor Gliński - może pomogłaby mu w promowaniu pozytywnego wizerunku Polski i Polaków za granicą. Najbardziej śmieszy mnie jednak redaktorski komentarz do tekstu Fostera: "Wszystkie te (tzn. pisarza - BB) zasługi bledną jednak przy zaprezentowanym w tym tomie opowiadaniu, jedynym w dziejach fantastyki opowiadaniu zachodniego autora, w którym pozytywnymi bohaterami są Polacy".
Oj, nie kocha nas ten Zachód zgniły, uparcie nie kocha! A tyle dla niego, niewdzięcznika, zrobiliśmy!
Koniec narzekań, ponieważ dwa ostatnie teksty tomu to prawdziwa uczta i mistrzostwo. Wspomniane wyżej "Umrzeć w Bangkoku" Simmonsa to znakomicie napisany biologiczno-seksualny horror w stylu Cronenberga. Z kolei "Naciśnij Enter" Johna Varleya to zdecydowanie jedno z najsłynniejszych opowiadań w historii science fiction. Przenikliwa, zwłaszcza z perspektywy czasu, opowieść o rozrastającej się globalnej sieci, jej narastającej władzy nad ludźmi oraz tym, co może nadejść z pęków światłowodów (choć tutaj są to jeszcze przewody miedziane). Co ciekawe, oba te ostatnie teksty korespondują ze sobą przez kluczowe fabularnie wątki amerykańskiej traumy Wietnamu. Więcej, wydają się one wchodzić ze sobą w dziwny, przejmujący dialog na temat życia. W pierwszym z nich śmierć i zło ma pierwotne, biologiczne, organiczne i na swój sposób prymitywne oblicze. Simmons sugestywną i naturalistycznie brutalną prozą ogrywa atawistyczne lęki: przed kastracją i okaleczeniem narządów płciowych, krwawieniem, wampirami, żyjącymi w ciemnościach i w wilgoci rzeczami oślizgłymi i drapieżnymi, mackami, jadowitymi istotami pasożytującymi na człowieku. Varley przesuwa się w drugą stronę spektrum i straszy śmiercią i bólem zadawanymi przez istotę równie straszną i niezrozumiałą, lecz wytworzoną przez technologię, która miała nas przecież chronić przed tym, co czai się w mroku. Zamiast macek są kable, zamiast oczu ekrany, zamiast chłepczących krew przyssawek, wygotowująca gałki oczne kuchenka mikrofalowa, zamiast ołtarza, klawiatura. Sztuczna inteligencja jest tu równie potężna, odległa i niezrozumiała, jak Wielcy Przedwieczni Lovecrafta. Z obu tych tekstów wyłania się głębokie przerażenie istotą życia, w którym nie ma ucieczki przed grozą ani w biologię, ani w technologię. Tak czy inaczej, coś wypełznie, skoczy i nas dopadnie.
To jednak jeszcze nie wszystko. Wart pochwały jest zamykający tom tekst Wojtka Sedeńki "Krótka historia science fiction: szkic drugi". Świetnie, klarownie i kompetentnie zaprezentowana ewolucja gatunku, podejmująca narrację tam, gdzie skończył się szkic pierwszy (w tomie drugim "Rakietowych szlaków"). Doskonałe wprowadzenie zwłaszcza dla ludzi nie orientujących się zbyt dobrze meandrach historii sf.
Co jeszcze? Tradycyjnie niedoróbki redakcyjne i translatorskie. W oko wpadły mi zwłaszcza dwie: w "Alei Potepienia" możemy przeczytać polecenie "okrążenia naokoło", a z notki biograficznej Lafferty'ego wynika, że żył 8 lat. Zdolna bestia.
Nie jest doskonale, ale te kilka znakomitych tekstów wynagradza wpadki z nawiązką. Poza tym warto zwrócić uwagę na ważną kwestię: również słabe teksty mogą dać do myślenia, nawet jeśli niekoniecznie o tym (i w sposób),do czego chcieli nas nakłonić ich autorzy.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Rakietowe Szlaki tom 4: Antologia klasycznej SF
Mam nieodparte wrażenie, że im większy numer na okładce, tym coraz gorsze teksty wybrane do danego tomu.
Może inni czytają antologie nie koniecznie od samego początku, ale dla mnie to książka jak każda inna. Więc zaczynam od strony 1 a kończę na ostatniej. Dlatego za wybór pierwszego opowiadania na sam początek (stanowiący jakby reprezentację dla całego tomu),wysłałbym redaktora co najmniej do kamieniołomu. Dlaczego? Tylko z pierwszym tekstem męczyłem się chyba miesiąc, a to tylko pierwsze 75 stron. Czemu zamiast Donaldsona nie można było wybrać jako pierwszy opowiadanie Le Guin? Je czytało się tak, jakby tekst sam spływał do głowy z kartek i nie można było przerwać aż do końca (niestety tylko tego opowiadania).
W każdym razie mam obawy przed tomem kolejnym, czy dam radę go przeczytać, mając takie doświadczenia z poprzednich.
Mam nieodparte wrażenie, że im większy numer na okładce, tym coraz gorsze teksty wybrane do danego tomu.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoże inni czytają antologie nie koniecznie od samego początku, ale dla mnie to książka jak każda inna. Więc zaczynam od strony 1 a kończę na ostatniej. Dlatego za wybór pierwszego opowiadania na sam początek (stanowiący jakby reprezentację dla całego tomu),wysłałbym...
Liczący ponad 500 stron czwarty tom "Rakietowych szlaków", który ukazał się w 2012 roku przyniósł 12 tekstów, z czego dziesięć autorstwa Amerykanów (Donaldson, Leiber, Sheckley, Bishop, Lafferty, Simak, Bradbury, Ellison, Varley oraz LeGuin - jedyna kobieta w tym gronie),jedno Rosjanina (Siniakin) i jedno polskie (Ziemkiewicz).
Cztery najbardziej ambitne intelektualnie, a zarazem najwybitniejsze literacko opowiadania i nowele to "Statek cieni" Fritza Leibera, (Ship of Shadows, 1969) "Samuraj i wierzby" Michaela Bishopa (The Samurai and the Willows, 1976),"Samotność" Ursuli K. Le Guin (Solitude, 1994) oraz "Moczary bitników" Johna Varleya (Bitnik Bayou, 1980). Co ciekawe, wszystkie prezentują także bardzo podobną tematykę: jest to błyskotliwa fantastyka socjologiczna, malująca krajobrazy społeczności ludzkich zrujnowanych potwornym kataklizmem (wspołcześni twórcy "postapo" mogliby się sporo od mistrzów nauczyć) i przetworzonych na nowych zasadach, w oparciu o nowe reguły. Wszystkie cechuje szacunek do najlepszych tradycji science fiction: humanizm otwarty na możliwe ścieżki ewolucji ludzkości, antropologiczna dociekliwość, gotowość do zrozumienia inności i rozmaitych warianów indywidualnej i zbiorowej realizacji człowieczeństwa, świadomość powiązania między społeczną aksjologią i obyczajowością a materialnymi warunkami życia, imponująca wyobraźnia ograniczona jedynie intelektualną uczciwością.
Pełna recenzja:
https://bartoszbol.wordpress.com/2017/04/14/poczworna-postapokalipsa-rakietowe-szlaki-tom-4/
Liczący ponad 500 stron czwarty tom "Rakietowych szlaków", który ukazał się w 2012 roku przyniósł 12 tekstów, z czego dziesięć autorstwa Amerykanów (Donaldson, Leiber, Sheckley, Bishop, Lafferty, Simak, Bradbury, Ellison, Varley oraz LeGuin - jedyna kobieta w tym gronie),jedno Rosjanina (Siniakin) i jedno polskie (Ziemkiewicz).
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCztery najbardziej ambitne intelektualnie,...
Czwarty tom antologii perełek opowiadań z szeroko pojętej SF.
Jest to chyba najbardziej wyrównany tom, z przeważającą ilością dłuższych opowiadań, ale bez niczego wybitnego (opowiadania które na długo kojarzyło nam się z tym tomem)
Wszystko rozpoczyna Stephen R. Donaldson i "Miłośnik zwierząt"
Zmodyfikowany fizycznie glina wyrusza do rezerwatu zwierząt, prowadzić śledztwo i wyjaśnić zagadkę dużej ilości zgonów wśród klientów wybierających się tam na polowanie...
Ciekawe, dobrze napisane.
Następnym opowiadaniem jest psychodeliczne "Statek cieni" Fritza Leibera.
Trochę rozgadane i momentami odrobinkę przynudnawe ale zapada w pamięci.
Robert Sheckley "Duch V"
Świetne, humorystyczne opowiadanie o powracających horrorach z dzieciństwa, nawet takich, na które nie działają tajne zaklęcia i pistolet na wodę!
Clifford D. Simak "Rzecz w kamieniu"
Chyba najlepsze opowiadanie w zbiorze.
Klimatyczne, przypominające trochę 'Grota Tańczących Jeleni' z poprzedniego tomu.
Znowu mamy góry i lekko nostalgiczny nastrój. Doświadczony przez życie mężczyzna odkrywa tytułową Rzecz w kamieniu...
Michael Bishop "Samuraj i wierzby"
Powolne, psychologiczne wręcz, bardzo dobre opowiadanie o mentalnym 'samuraju bez szabli' w mocno zmienionej i zdewastowanej wręcz ziemi.
R.A. Lafferty "Matka Euremy"
Żartobliwe, wczesnolemowskie wręcz opowiadanie o tym co tak na prawdę jest matką postępu i wynalazków wszelakich.
Ursula K. Le Guin "Samotność"
Nigdy nie podobały mi się opowiadania autorki. Wszystkie które do tej pory czytałem były po prostu dla mnie nudne.
"Samotność' jednak bardzo przypadła mi do gustu. Zaliczył bym ją nawet do najlepszych tekstów w zbiorze.
Bardzo ciekawe i świetnie napisane opowiadanie socjologiczno-etnologiczne. Grupa badaczy (a właściwie - matka z dwojgiem dzieci) stara się zbadać społeczność pewnej planety.
Ray Bradbury "Poczwarki"
Jedno z mniej ciekawych opowiadań w zbiorze. Lekko powiewające grozą. Grupa naukowców bada ciało człowieka, które posiada wszelkie oznaki przeistoczenia się w kokon...
Harlan Ellison "Zabójca światów"
Bardzo ciekawe opowiadanie o człowieku trudniącym się podbijaniem planet na zamówienie. Czy jednak tylko o pieniądze mu chodzi?
Siergiej Siniakin "Mnich na skraju ziemi"
Mocne opowiadanie, o zgnębionym i zniszczonym przez reżim komunistyczny naukowcu, który odkrył przypadkiem coś, czego odkryć był nie powinien. Zapada w pamięci.
Rafał A. Ziemkiewicz "Szosa na Zaleszczyki"
Zaskakujące political fiction z mocno nadprzyrodzonym dnem.
Autor głównie znęca się nad wadami demokracji, oraz mechanizmami 'urabiania hołoty'. Ciekawe.
John Varley "Moczary Bitników"
Hmm... Najdziwniejsze opowiadanie w zbiorze.
Mamy mocno zmieniony świat. Sposób relacji międzyludzkich i obyczaje zostały postawione na głowie. Jednocześnie trudno powiedzieć czy są to zmiany na lepsze, czy na gorszę. Na pewno jest inaczej. Po pierwszym oburzeniu wywołanym przez szok i różnice między naszymi światami, dochodzimy do wniosku, że wszak mamy do czynienia z odrobinę jedynie większymi zmianami, niż onegdaj, w historii ludzkości już zachodziły.
Czy są to zmiany posunięte już za daleko? Oczami człowieka starego świata - zawsze takie będą.
Brak chyba trochę jaśniejszej puenty autora. Sami możemy różne rzeczy z niego wyciągać, ale fajnie byłoby się dowiedzieć co sam autor miał na myśli.
Jakbym miał ułożyć opowiadania w kolejności od najlepszego, do najgorszego było by to chyba:
'Rzecz w kamieniu', 'Samotność', 'Duch V', 'Zabójca światów', 'Mnich na skraju ziemi', 'Samuraj i wierzby', 'Szosa na Zaleszczyki', 'Miłośnik zwierząt', 'Statek cieni', 'Moczary Bitników', 'Matka Euremy', 'Poczwarka'
Polecam
Czwarty tom antologii perełek opowiadań z szeroko pojętej SF.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest to chyba najbardziej wyrównany tom, z przeważającą ilością dłuższych opowiadań, ale bez niczego wybitnego (opowiadania które na długo kojarzyło nam się z tym tomem)
Wszystko rozpoczyna Stephen R. Donaldson i "Miłośnik zwierząt"
Zmodyfikowany fizycznie glina wyrusza do rezerwatu zwierząt, prowadzić śledztwo...