Dzieła. 7, Mit, magia, religia

Okładka książki Dzieła. 7, Mit, magia, religia autora Bronisław Malinowski, 8301011726
Okładka książki Dzieła. 7, Mit, magia, religia
Bronisław Malinowski Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)
541 str. 9 godz. 1 min.
Kategoria:
nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)
Format:
papier
Data wydania:
1990-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1990-01-01
Liczba stron:
541
Czas czytania
9 godz. 1 min.
Język:
polski
ISBN:
83-01-01172-6
Średnia ocen

7,4 7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dzieła. 7, Mit, magia, religia w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dzieła. 7, Mit, magia, religia

Średnia ocen
7,4 / 10
27 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dzieła. 7, Mit, magia, religia

Poznaj innych czytelników

117 użytkowników ma tytuł Dzieła. 7, Mit, magia, religia na półkach głównych
  • 73
  • 42
  • 2
14 użytkowników ma tytuł Dzieła. 7, Mit, magia, religia na półkach dodatkowych
  • 7
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Dzieła. 7, Mit, magia, religia

Inne książki autora

Bronisław Malinowski
Bronisław Malinowski
Najbardziej znany polski antropolog, który jednak po studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim wyemigrował do Anglii. Odbył dwie podróże na Wyspy Trobriandzkie, dzięki którym sformułował nową metodę badań terenowych. Twórca szkoły antropologicznej zwanej funkcjonalizmem.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Symbole przemiany. Analiza preludium do schizofrenii Carl Gustav Jung
Symbole przemiany. Analiza preludium do schizofrenii
Carl Gustav Jung
Zaczyna się bardzo niemrawo. Przebijamy się przez setki przykładów z tekstów religijnych, wierszy, utworów, opisów rzeźb i obrazów, jak to u Junga, i dopiero w pobliżu połowy książki klaruje się sedno: libido jako energia psychiczna (życiowa),(a nie czysto seksualna) błąd Freuda, psychologiczna symbolika kazirodztwa, związek libido z wiarą, sztuką i wewnętrznym rozwojem, potrzeba odcięcia uczuciowej pępowiny od rodziców, początki schizofrenii. Wolałbym przeczytać ten tom przed "Aionem". I jak zwykle przypominam niezaznajomionym z twórczością Junga, aby zaczęli od "Człowiek i jego symbole", "O rozwoju osobowości" oraz "Typy psychologiczne". --------------------------------------------------- „Mit jest bowiem tym, o czym jeden z Ojców Kościoła powiada: „W co wszędzie, zawsze i wszyscy wierzą” (Wincenty z Lerin),a zatem człowiek, który – jak mu się wydaje – żyje bez mitu lub poza mitem, jest wyjątkiem. Ba, jest to człowiek wręcz wykorzeniony, który nie ma prawdziwej więzi ani z przeszłością, z życiem przodków (które zawsze żyje w nim),ani z istniejącym w danym czasie społeczeństwem ludzkim”. „W mgnieniu oka uprzytamniamy sobie, że tu, na tym miejscu, gdzie się teraz znajdujemy, gdzie jesteśmy czymś zajęci, gdzie dokądś pędzimy, już dwa tysiące lat temu kwitło życie, trwała podobna krzątanina, choć w nieco innej formie, że ludźmi targały podobne namiętności, mimo że i oni przekonani byli o wyjątkowości swego bytu”. „(…) Wgląd tego rodzaju powiada nam bowiem, że podstawowe konflikty targające człowiekiem są zawsze takie same – niezależnie od miejsca i czasu. To, co przepełniało Greków dreszczem, jest ciągle jeszcze prawdziwe, ale my będziemy się mogli o tym przekonać dopiero wtedy, gdy wyrzekniemy się podłego złudzenia późniejszych czasów, które każą nam mniemać, że jesteśmy inni – na przykład bardziej moralni – niż Starożytni. Po prostu udało nam się zapomnieć, że z ludźmi Antyku wiąże nas nierozerwalna więź. W ten sposób staje przed nami otworem droga do zrozumienia ducha Starożytności – droga, której wcześniej nie znaliśmy – droga wewnętrznego współodczuwania z jednej strony, z drugiej zaś droga intelektualnego zrozumienia. Przedzierając się przez zawalone gruzem fundamenty własnej duszy, poznajemy żywy sens kultury antycznej i właśnie w ten sposób zdobywamy ów stały punkt znajdujący się poza właściwą nam sferą – punkt wyjścia, skąd możemy rozpocząć proces obiektywnego pojmowania prądów Starożytności”. „Dla indywiduum zajmującego postawę typową dla współczesności jest nie do pomyślenia, by sen zsyłał jakiś istniejący niezależnie od nas bóg, czy też by sen proroczo przepowiadał przyszłość. Jeśli jednak owo starożytne ujęcie przełożymy na język psychologii, wówczas otrzyma ono bardziej zrozumiałą formę, to znaczy: marzenie senne powstaje z nieznanej nam części duszy i zajmuje się przygotowaniem nadchodzącego dnia i związanych z nim wydarzeń. Dawna wiara powiada, że do śniącego przemawia językiem symbolicznym bóstwo lub demon, a wykładacz snów musi przetłumaczyć tę zagadkową mowę. Jeśli zechcemy ująć to bardziej współcześnie, powiemy, że marzenie senne jest serią obrazów z pozoru paradoksalnych i nonsensownych, zawiera ono jednak materiał myślowy, który – o ile tylko zostanie przetłumaczony – zdradzi jasny sens”. „Język tworzony jest przez myślenie i [język] tworzy myślenie” Piotr Abelard „W tym miejscu można wysunąć zarzut, że skłonności dzieci do mitologizowania zaszczepiło im wychowanie. Ale zarzut ten jest zbyteczny, bo czyż ludzie kiedykolwiek oderwali się od mitu? Każdy człowiek miał oczy i wszystkie zmysły, by spostrzec, że świat jest martwy, zimny i nieskończony, nigdy jeszcze nie widział Boga, nigdy też nie musiał wnioskować o jego istnieniu pod presją świadectwa własnych zmysłów. Wręcz przeciwnie, człowiek musiał odczuć nader silną potrzebę wewnętrzną, która można wyjaśnić jedynie na podstawie irracjonalnej siły instynktu, aby wydać z siebie owe religijne treści wiary, których absurdalność podkreślał już Tertulian. A zatem owszem, można ukrywać przed dzieckiem treści dawnych mitów, niepodobna jednak zabronić mu odczuwania potrzeby mitologii, nie mówiąc już o możliwości odebrania mu zdolności do tworzenia jej. Można powiedzieć, że gdyby się udało za jednym zamachem wyplenić ze świata wszystkie tradycje, to następne pokolenie na nowo zaczęłoby tworzyć całą mitologię i historię religii. Tylko niewielu indywiduom udaje się w epoce buty intelektualnej odrzucić bagaż mitologii; zbiorowość nigdy się jednak od niej nie uwolni. Całe Oświecenie na nic się tu nie zda – co najwyżej zniszczy formę przejawu, która i tak przemija, nigdy jednak nie wyrwie z korzeniami twórczego popędu”. „Na podstawie różnorodnych doświadczeń wiemy, że jeśli ktoś chętnie opowiada swe fantazje lub marzenia senne, to bardzo często chodzi tu nie tylko o pilne, lecz również aktualne nader przykre problemy osobiste”. „Chrześcijaństwo dzięki wiekowej pracy edukacyjnej do tego stopnia okiełznało zwierzęcą popędowość Starożytności i następujących po niej wieków barbarzyństwa, że można było uwolnić duży potencjał sił popędowych i wykorzystać go do wzniesienia zrębów cywilizacji. Skutki tego procesu wychowania ujawniły się zrazu w fundamentalnej zmianie postawy, czyli w ucieczce od świata i dążeniu do zaświatów – obie te cechy znamionują pierwsze wieki chrześcijaństwa. W epoce tej poszukiwano tego, co wewnętrzne, abstrakcji duchowej. Od natury stroniono. Przywołam w tym miejscu wspomniany przez Bruckhardta fragment z Wyznań św. Augustyna: „Oto ludzie wędrują, aby podziwiać szczyty gór, wysoko wzniesione morza, szeroko rozlane rzeki. Ocean otaczający ziemie, obroty gwiazd. A obok siebie samych obojętnie przechodzą””. „Za sprawą przemieszczenia centrum uwagi ze świata wewnętrznego na świat zewnętrzny poznanie natury nieskończenie się pogłębiło w porównaniu z dawniejszym stanem wiedzy, lecz wprost proporcjonalnie do tego obniżył się poziom poznania i znajomości świata wewnętrznego. Zainteresowanie religijne, które w normalnym stanie rzeczy powinno być czynnikiem najsilniejszym, przeto i decydującym, odwróciło się od świata wewnętrznego, a formy dogmatyczne istnieją w naszym dzisiejszym świecie jedynie na zasadzie dziwacznych, niezrozumiałych przeżytków, i są łatwym łupem dla krytykanctwa wszelkiej maści. Nawet psychologia współczesna tylko z największym wysiłkiem może dopominać się o prawo duszy do istnienia, tylko z największym mozołem może przedstawiać wiarygodne dowody na potwierdzenie tego, że dusza jest formą bytu, że posiada dające się zbadać właściwości, a zatem może być przedmiotem nauki empirycznej; psychologia współczesna dwoi się i troi, by wykazać, że dusza nie wegetuje na garnuszku świata zewnętrznego, lecz że również posiada autonomiczne wnętrze, że nie przedstawia li tylko świadomości „ja”, lecz zasadniczo jest bytem, co do którego istnienia można wnosić nie wprost. Nastawieniu takiemu mit, to znaczy dogmat kościelny, jawi się jako zbiór wypowiedzi absurdalnych, ponieważ nieprawdopodobnych. Racjonalizm współczesny ma żyłkę oświeceniową, zachowuje się zatem tak, jak gdyby jego tendencje obrazoburcze przyczyniły się wręcz do poprawienia stanu moralności. Ludzie zadowalają się dziś powszechnie niezbyt inteligentnym ujęciem, które każe im wierzyć, iż wypowiedź dogmatyczna oznacza konkretną niemożliwość, ale prawie nikomu nie przyjdzie do głowy, że może ona stanowić symboliczny wyraz pewnej treści ideowej. Bo przecież nie podobna tak od razu powiedzieć, na czym polega ta idea, to zaś, czego „ja” nie wie, po prostu nie istnieje. Dlatego ta oświecona głupota nie uznaje nieświadomego bytu psychicznego”. „Już teraz możemy powiedzieć na podstawie materiału, jaki mamy tu do dyspozycji, że naszym zdaniem w wypadku tej ofiary niewątpliwie chodzi o zerwanie więzi z matką, czyli o wyrzeczenie się wszystkich więzi i ograniczeń, jakie dusza z okresu dzieciństwa przeniosła w wiek dorosły”. „Wybornie i zbawiennie dla siebie postępujesz, jeśli… w dalszym ciągu zdążasz ku doskonałości ducha, której nierozsądnie jest tylko życzyć sobie, skoro od ciebie zależy jej osiągnięcie. Nie trzeb wznosić rąk ku niebu ani błagać stróża świątyni, by pozwolił nam zbliżyć się do samego ucha posągu – jak gdybyśmy mogli być wtedy łatwiej wysłuchani przez bóstwo: Bóg jest w pobliżu ciebie, jest On z tobą, jest w tobie samym. Powiadam ci, Lucyliuszu: przebywa w nas święty duch, który widzi i pilnuje wszystkich naszych złych i dobrych uczynków. Nikt zaiste nie może być mężem prawym bez Boga. A czyż zdoła ktoś wznieść się bez pomocy Boga ponad przypadek? On ci to daje wzniosłe i szlachetne rady. W każdym prawym człowieku «Bóg jakiś mieszka, choć wcale nie mamy pewności, jaki»” Seneka „Nasze rozumowanie pokazuje, że wprowadzonemu przez Freuda terminowi „libido” bynajmniej nie brak konotacji seksualnych, ale że wyłącznie i jednostronnie seksualną definicję tego pojęcia należy odrzucić. Appetitus i compulsio to cechy wszystkich popędów i automatyzmów. Tak jak nie można dosłownie traktować metafor seksualnych na poziomie językowym, tak też nie należy w ten sposób traktować odpowiednich analogii w procesach popędowych, symptomach i marzeniach sennych. Seksualna teoria automatyzmów psychicznych to przesąd, którego nie sposób utrzymać. Już sam prosty fakt, że ogółu zjawisk psychicznych nie podobna wywodzić z j e d n e g o popędu, zabrania nam definiowania libido w sposób jednostronny”. „Refleksja ta prowadzi nas do pojęcia libido, które rozszerza się, przechodząc w pojęcie z a m i e r z e n i a w ogóle. Jak pokazuje przytoczony wcześniej cytat z pracy Freuda, tak naprawdę zbyt mało wiemy o naturze instynktów ludzkich i ich dynamice psychicznej. Byśmy mogli zaryzykować i przyznać pierwszeństwo jakiemuś jednemu popędowi. Zachowalibyśmy się zatem ostrożniej, gdybyśmy mówiąc o libido, rozumieli przez to pewną wartość energetyczną, która może się przejawiać w dowolnej dziedzinie – na przykład władzy, głodu, nienawiści, seksualności, religii itd. – a mimo to nie musi ono być jakimś specyficznym popędem, jak trafnie mówi Schopenhauer: „Wola jako rzecz sama w sobie różni się całkowicie od swego przejawu i jest zupełnie wolna od wszystkich jego form, w które wchodzi dopiero, kiedy się pojawia, które dotyczą więc tylko jej przedmiotowości, a jej samej są zaś obce””.
Graven - awatar Graven
ocenił na74 lata temu
Wzory kultury Ruth Benedict
Wzory kultury
Ruth Benedict
Czytało mi się gorzej niż "Chryzantemę i miecz". Myślę że częściowo to wina tłumaczenia, mam wydanie PWN, z roku 1966, w tłumaczeniu Jerzego Prokopiuka. Zdarzały się zdania, których sensu nie umiałam zrozumieć, to trudna książka i z pewnością czasem wynikało to z luk w wiedzy, ale kilkakrotnie doszłam do tego, co uniemożliwiło mi zrozumienie i był to na przykład postęp zamiast podstępu, albo pomylone przyimki (jakim cudem?). To oczywiście może być sprawa korekty nie tłumaczenia, ale również sam styl Ruth Benedict jest tu dużo słabszy niż w "Chryzantemie", on też mógł tak mocno ewoluować, ale niezbyt to się zgadza z biografią uczonej, osoby od zawsze ukierunkowanej literacko. (Warto tu jednak zaznaczyć, że wszystkie fragmenty poetyckie, pieśni czy modlitwy przetłumaczyła znakomicie Zofia Kierszys.) Druga przyczyna to fakt, że odbieram tę pracę jako mniej zwartą, rozdziały o kompletnie różnych kulturach są interesujące na sposób ciekawostek, mnie bardziej pociągają wnioski ogólne które można z nich wyciągnąć, a tych jest niewiele i mają one kształt dziś już pewnych truizmów. To wydanie zawiera solidny i rzeczowy wstęp, właściwie pozbawiony (z drobnymi wyjątkami) naleciałości politycznych, najbardziej interesujący, jednak z perspektywy kulturowej (może wręcz antropologicznej),czyli sposobu pisania o intymnych związkach międzyludzkich. Zacytuję tu zdanie o współpracy Benedict i Edwarda Sapira: "Łączący ich stosunek personalny stanowił funkcje wspólnoty intelektualnych i estetycznych zainteresowań oraz doświadczeń, był przy tym wolny od cech żenującej osobistej intymności (...)" Autorka wstępu (Antonina Kłoskowska) podobnie "dziwnie" traktuje seksualność Benedict, poświęca jej życiorysowi rozdzialik, pisze o wyobcowaniu, ale już nie o związku z Margaret Mead. Trochę to zabawne, trochę straszne, ale przede wszystkim interesujące. Trzon książki stanowią trzy rozdziały opisujące kultury Indian: Kwakiutlów i Zuni, oraz melanezyjskiego plemienia Dobu. Kultury bardzo od siebie różne i tak charakterystyczne, że Benedict każdą z nich przypisuje do innego wzorca kulturowego (dionizyjskiego dla Kwakiutlów, apolińskiego dla Zuni i dobuańskiego ;) dla Dobu). Mnie najbardziej interesowały uniwersalne, albo niemal uniwersalne cechy społeczności ludzkich. Ale je w sumie Benedict wymienia dwie: animizm i egzogamiczne ograniczenia małżeńskie. W rezultacie może najciekawsze były fragmenty, w których Ruth Benedict postuluje odpowiednią perspektywę w patrzeniu na problemy (jej) współczesne. Nie zawsze są to problemy (przynajmniej w całej swej rozciągłości) również współczesne nam. Ale niektóre z pewnością. "Zależność jednostek w naszej cywilizacji od współzawodnictwa ekonomicznego traktujemy jako dowód, że jest to pierwotna motywacja natury ludzkiej." "(...)rywalizacja jest marnotrawstwem(...) Jest tyranią, od której, -jeśli raz zadomowi się w jakiejś kulturze -nie można się uwolnić." "Im więcej dóbr gromadzi społeczeństwo, tym większymi żetonami posługują się ludzie." - to zdanie zyskuje odpowiednią perspektywę, gdy mamy za sobą opowieść o zwyczaju Kwakiutlów palenia miedziaków albo o Dobu i ich transakcjach kula. "Jest jednakże rzeczą oczywistą, że nie istnieje współzależność między jakąkolwiek "złą" skłonnością a anormalnością w sensie absolutnym." I nie trzeba szukać miedzy kulturami, starczy w historii: polujący na czarownice purytańscy duchowni Nowej Anglii "z punktu widzenia współczesnej psychiatrii należą do kategorii ludzi psychicznie chorych". Nigdy nie przyszło by to do głowy im współczesnym. "Wojna nie jest wyrazem instynktu wojowniczości. Wojowniczość jest tak drobnym szczegółem w wyposażeniu duchowym człowieka, że może nie znaleźć żadnego wyrazu w stosunkach międzyplemiennych". Franz Boas (mentor Benedict) określił funkcje poznawcze antropologii jako źródło intelektualnego wyzwolenia spod wyłącznego determinizmu jedynej, własnej cywilizacji. Benedict pisze raczej o tym, że wyzwolić się nie można, ale poszerzyć zdolność rozumienia człowieka na pewno tak: "dominujące cechy naszej cywilizacji trzeba zbadać ze szczególna wnikliwością. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że mają one charakter przymusowy, i to nie proporcjonalnie do podstawowej i istotnej roli, jaką odgrywają w zachowaniu ludzkim, lecz raczej w tym stopniu, w jakim rozwinęły się nadmiernie w naszej cywilizacji i w jakim tylko ją cechują." Oczywiście jednostka nie żyje w żadnej opozycji do swojej kultury. Czerpie z niej i jest przez nią kształtowana, dlatego: "Tylko nieuchronne opóźnienie kulturowe każe nam upierać się, że to co, co stare, trzeba ponownie odkryć w tym co nowe, że nie ma innego wyjścia, jak tylko odnaleźć dawną pewność i stałość w nowej plastyczności."
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na87 lat temu
Człowiek i sacrum Roger Caillois
Człowiek i sacrum
Roger Caillois
Za książkę zabrałem się pod wpływem ,,Ćwiczeń z podziwu'' Ciorana, którego to zbioru jeden esej poświęcony jest Caillois. To bardzo ciekawy człowiek i z pewnością wracał będę do jego myśli. Wrócić z pewnością jeszcze kiedyś muszę do ,,Człowieka i sacrum''. Książka niewielka i raczej szybka w czytaniu, choć mnie tematyka większości rozdziałów zniechęciła, tak że, zachęcony jednak mocno przedmową do któregoś z kolei wydania, przeczytałem tylko ostatni rozdział oraz jeden z apendyksów, ten poświęcony wojnie. Ostatni rozdział jest swego rodzaju podsumowaniem i (nieco spóźnioną z perspektywy linearnego czytelnika, co sam Autor przyznaje) próbą nakreślenia najgłębszych podstaw i popędów kształtujących parę sacrum-profanum. I jest to próba, która bardzo mocno mnie wypróbowała i z pewnością zmieniła — wcześniej nigdy chyba jeszcze w ten sposób o tym związku nie myślałem. Niby banalna opozycja, ale Caillois odkrywa tu raczej coś, co nazwałbym roboczo synergią przeciwieństw, coś jak ying-yang (choć bez opozycji męskości-żeńskości). Ta para to podstawowa postawa i głęboki popęd, które czynią człowieka i są jego losem. Muszę zaznaczyć, że — jeśli dobrze zrozumiałem ostatnią przedmowę — od wymowy tego rozdziału Autor w późniejszych czasach już się chyba trochę oddalił, a na pewno kala się w przedmowie za pośpieszne wnioski i zbyt mocną i tracącą niuanse ekspozycję. Dodatek o wojnie porównywanej (i kontrastowanej) ze świętem uczynił zaś ze mnie w połowie pacyfistę. Autorowi wojna w naturalny dla jego koncepcji sposób kojarzy się szczególnie ze świętami z czasów przedpaństwowych, sprzed powstania zhierarchizowanych, wysoce ustrukturyzowanych cywilizacji (sprzed rewolucji neolitycznej, może nie aż tak jak u Eliadego, ale ta zmiana też jest ważna u Caillois). W połowie, tak, i sobie samemu się dziwię, bo jeszcze niedawno byłem pacyfistą w pełni, jak Russell, ale teraz patrzę już na wojny inaczej (przyznaję, łatwo mi tak patrzeć dobrych kilka dziesięcioleci i kilkaset kilometrów od bomb i frontu). Wojna jest jednak gorączką, autoimmunologiczną może, wyniszczająca i okropną, ale jest to reakcja na coś głębokiego i jeszcze bardziej niszczącego. Do tej pory byłem skłonny przyznać, że są wojny ceną, jaką płacimy za technikę, laickość i wysoką organizację społeczeństw, ale ceną, z płacenia której da się zrezygnować (wyrosnąć?). Teraz widzę wojny bardziej jako nieuchronną konsekwencję, bezwarunkowy odruch człowieka na wtłoczenie go w młyńskie tryby (młyńskie, tak, nomen omen, bo zaczęło się to chyba wraz z rewolucją neolityczną). I więcej, jest to reakcja o cechach leczniczych! Uświadamia nam ona to, że społeczne konstrukcje są niczym i że człowiek otwarty na sacrum (czyli przeżywający swe życie szczerze, w znaczeniu, jakie podkreślał Ortega y Gasset) musi te konstrukcje porzucić. Ich idolatria jest wystarczająco zła nawet bez wojen, które to w ujęciu Caillois stają się prawie (okropnymi, tego nie kwestionuję) znakami ,,wrong way'' - i ,,wrong'' dotyczy zasadniczego kierunku okresu pokoju! (O kierunku można mówić tylko w odniesieniu do pokoju, wojna bowiem jest zatraceniem kierunków, co też daje szansę na obranie nowego, lepszego.) Ryzykując nadmiar, podkreślę: nie o to się rozchodzi, że mamy wojny, bo nie wyciągamy wniosków z wojen wcześniejszych (czego przykładem byłaby może postawa mocarstw po I wojnie światowej i późniejszy wzrost odwetowych nastrojów u Niemców, może, nie znam się). Chodzi raczej o dużo starsze (i nieświadome) decyzje, które skierowały ludzkość na drogę prowadzącą niby naprzód, ale na kikutach — kikutach cielesnych, ale i gorzej jeszcze krwawiących kikutach myśli! Daję 9/10 za to co przeczytałem, z nadzieją, że w tej nieprzeczytanej reszcie będzie dla mnie coś podobnie ważnego, kiedyś, gdy do tej książki wrócę. PS Wojna w wyższym sensie, jako ścieranie się przeciwieństw, jako sama zasada genezy dostępnych nam światów, była przez Heraklita podnoszona do czegoś boskiego, do Boga samego. Wojny i pokoje jako przeciwieństwa są konieczne, naturalne i nawet twórcze. Obecnie prowadzone wojny nie są jednak twórczym przeciwieństwem pokoju, są tylko jego odmianą. Wojowanie satelitą i dronem nie jest takie inne od wojowania netfliksem. Może nawet jest to lepsze, bo mniej obłudne... I na koniec Heidegger, jeszcze przed rewolucją cyfrową, choć jakby ją antycypując: ,,poprzez środki techniki szykowany jest atak na życie i istotę człowieka, atak, w porównaniu z którym niewiele znaczy wybuch bomby wodorowej. Bowiem właśnie gdy bomby wodorowe nie wybuchną i życie człowieka na Ziemi przetrwa, wraz z epoką atomową nadciągnie przerażające przeobrażenie świata.''
Wojciech Kryszak - awatar Wojciech Kryszak
ocenił na92 lata temu

Cytaty z książki Dzieła. 7, Mit, magia, religia

Więcej
Bronisław Malinowski Dzieła. 7, Mit, magia, religia Zobacz więcej
Więcej