Samuel R. Delany
Pora stanąć w obronie tej książki, skoro tak kiepsko jest oceniana przez czytelników, a jednak w 1967 roku zdobyła nagrodę Nebula. Sądzę, że „Einstein Intersection” spodobało się miłośnikom science fiction z dwóch powodów: po pierwsze widmo tajemnicy unoszące się nad światem przedstawionym oraz ciężka w interpretacji, niejednoznaczna końcówka, która nie jednego pokonała. Ja natomiast wiedziałem z wyprzedzeniem, że ostatnie 30 stron ma zrobić mi sieczkę z mózgu, dlatego z maksymalnym skupieniem i determinacją podszedłem do finałowych scen i wydaje mi się, że rozumiem, co Delany chciał przekazać. Na pewno sprawy nie ułatwia symboliczny wymiar tej historii, ponieważ jeśli się nie poznasz na symbolach to wyjdziesz z lektury sfrustrowany kompletnie surrealistycznym (tym samym niezrozumiałym bez klucza) zakończeniem.
Akcja powieści rozgrywa się w dalekiej przyszłości, w której ludzkości już nie ma, a Ziemię przejęli przybysze o humanoidalnej formie (to tym razem nie jest bzdura, to podobieństwo do człowieka, ale żeby zrozumieć dlaczego, musicie przeczytać książkę). Rozpoczynamy naszą przygodę na niewielkiej wsi. Jej mieszkańcy dzielą się na funkcjonalnych (pełnosprawnych) i niefunkcjonalnych (niepełnosprawnych, czy to z niedostatków fizycznych, umysłowych czy genetycznych). Funkcjonalni dzielą się na trzy płcie: Lo (mężczyźni),La (kobiety),Le (hermafrodyci). Niefunkcjonalnych traktuje się jak zwierzęta. Pewnego razu dziewczyna głównego bohatera Lobey’a zostaje zamordowana przez istotę niewiadomego pochodzenia, co skłania mężczyznę do podjęcia wędrówki za zbrodniarzem, który być może (jakimś cudem) przywróci ukochanej życie.
Na początku Delany rysuje przed nami kilka scenek rodzajowych i nakreśla sposób funkcjonowania tego społeczeństwa. Pojawiają się oczywiste pytania o pochodzenie przybyszów i losów ludzkości, a tym samym czujemy dezorientację związaną z tym, jak świat poza wioską obecnie wygląda. Wypełniają go bowiem zmutowane stworzenia oraz iście mityczne kreatury, jednocześnie od czasu do czasu napotykamy jakieś pozostałości po technologicznej cywilizacji człowieka. Uwielbiam klimaty dying earth (choć tu Ziemia nie umiera, ale chodzi mi w tym wypadku o bardzo odległą perspektywę czasową, w której jesteśmy pieśnią przeszłości) i Delany od początku zaprosił mnie do eksploracji tego świata, na równi z głównym bohaterem musimy się wiele nauczyć, poznać mnóstwo zasad funkcjonowania poza wioską, zrozumieć dokładnie motywy nami kierujące oraz odkryć ostateczny cel wędrówki (ponieważ nie są one do końca przejrzyste na początku powieści, gdyż pewne nadprzyrodzone elementy odgrywają istotną rolę w przebiegu wydarzeń). Po drodze napotkamy wskazówki odnośnie natury obcych oraz kim jest nasz antagonista.
Krótko tylko dodam, że styl Delany’ego naprawdę mi się podobał. Autor nie pisze na jedno kopytu, posługuje się prostymi zdaniami by nagle zaskoczyć jakimś zgrabniejszym ozdobnikiem, delikatnie łamie czwartą ścianę i w pewien sposób nawiązuje do przyszłych wydarzeń we wstawkach na początku rozdziałów. Nie powiem, żeby ten element jakoś szczególnie dodał wartości lekturze, ale ten meta-komentarz samego pisarza był czymś całkiem oryginalnym w powieści SF tamtych lat. W każdym razie Delany ma delikatne pióro i potrafi opisywać wydarzenia oraz miejsce akcji w sposób wystarczająco pogłębiony, abyśmy mogli poczuć się w świecie przedstawionym. Ostatnie ostrzeżenie przed wielkim finałem: to nie jest książka przygodowa o walce ze smokami. Jest to znacznie ciekawsza opowieści, której głębia ujawnia się dopiero na kilkunastu ostatnich stronach.
Docieramy do zakończenia gdzie Delany gubi czytelników. I nic dziwnego, to nie ich wina, ale też nie wina autora, ponieważ te uczucie zagubienia jest częścią uroku. Czytelnicy narzekają na natłoczenie motywów mitologicznych, odniesień do popkultury i tego, że jest to wszystko wymieszane i dezorientujące, myśląc chyba, że Delany zrobił to kompletnie bez żadnego celu narracyjnego. Powód tego zabiegu jest bardzo prosty, wyłożony w pierwszym zdaniu opisu okładkowego: „Opuszczona przez ludzi Ziemię zasiedliła humanoidalna rasa, usiłująca upodobnić się do swych poprzedników i przeżyć ich historię na nową”. W jaki sposób mogli czerpać wiedzę o ludzkości? Z urywków informacji, które po nas pozostały: z informacji prasowych, dokumentacji, opracowań humanistycznych, książek, tekstów piosenek, jednym słowem fragmentów kultury, bez pełnego zrozumienia ich rzeczywistego znaczenia. Dlatego mówią o Beatlesach, Orfeuszu, Elvisie jako bogu czy rock’n’rollu jako niebie. Nie do końca rozumieją konteksty, ale bardzo chcą nas naśladować z powodu fascynacji. I dlatego bohaterowie przywołują różne postacie historyczne i fikcyjne.
Cała kultura człowieka przekształciła się w mit, który wpływał na zachowanie kompletnie odmiennej rasy przybyszów. Czym są mity? Według autora są to schematy rzeczywistości, które odtwarzamy na nowo, pełne utartych ścieżek postępowania, które nieświadomie przyjmujemy za własne i właściwe. Archetypy wpływają na nas, jednak pozostają NIEZMIENNE w swoim przesłaniu, choć ich geneza sięga czasów kompletnie różnych od tych dzisiejszych. Nowe epoki tworzące nowe cywilizacje wymagają zupełnie nowej mitologii.
W kontekście powieści arcywróg Dziecko Śmierci stoi na straży starej mitologii, Zielonooki „kreuje z niczego” nowe opowieści, natomiast melodia wygrywana na flecie-toporze przez Lobey’a sięga głęboko w serca współczesnych ludzi, nadając znaczenia tematom leżących w bliskiej orbicie ich codziennych potrzeb.
Nie da się tego prosto wytłumaczyć, ale z pewnością jest to opowieść o ewolucji/zmienności mitologii i archetypów, które podświadomie stanowią niewidzialny ciężar na naszych barkach i determinują nasze poczynania, tak jak to miało miejsce w przypadku nowych władców Ziemi chcących bezmyślnie podążać za tymi opowieściami, mimo że się to kompletnie nie sprawdzało, ponieważ byli zbyt różni od swoich ludzkich poprzedników (nie tylko w ujęciu czasowym, ale również w wymiarze fizycznym).
Wyjaśnienie, czym jest „Einstein Intersection” bardzo mi się podobało. Oczywiście nie jest to twarde science, to coś jak kot schrödingera – pewna ilustracja idei będącej jakby połączeniem limitu naszego pojmowania wszechświata i dopuszczeniem istnienia zmiennych nieograniczonych przez fizykę tego czterowymiarowego uniwersum (jakoś gdy czytałem te wyjaśnienia Delany’ego myślałem o spontanicznej kreacji cząstek wirtualnych w procesie kwantowych fluktuacji). W każdym razie jest to miejsce, gdzie dzieją się cudownie nieoczekiwane rzeczy.
Sądzę, że całkowita wartość książki jest większa niż suma ich składowych. Jest tu coś oryginalnego, coś nieokreślonego w pełni (a to ważna cecha, gdy wychodzisz poza mainstreamową literaturę fantastyczną opierającej się na dosłownym opisywaniu tego, co widzą bohaterowie),jest w niej coś niebanalnego i intrygującego, co sprawiło, że przeczytałem końcówkę na wyrywki dwa razy. Książka nie ma zbyt wiele konwencjonalnie rozumianej akcji, ale ciągle dostarcza nam jakieś pole do interpretacji, jakąś cząstkę informacji, którą możemy popchnąć nasze zrozumienie tego świata, coś, co przybliży nas do głębszego zrozumienia symboliki, jaką zaserwował nam Delany. A jest mnóstwo do interpretowania w tych ostatnich stronach.
W latach 60, latach Nowej Fali, czytelnicy oczekiwali nowych, nieoczywistych pomysłów, które zachęcą ich do eksploracji, do rozmawiania o interpretacjach między sobą, miłośnikami science fiction. Dziś mało rozmawiamy o książkach, a jeszcze mniej próbujemy zrozumieć rzeczy wymykające się naszemu zrozumieniu. Łatwiej jest powiedzieć, że bełkot, stracić kilka godzin życia i przejść bezrefleksyjnie do następnej książki. Nie twierdzę, że Samuel Delany napisał arcydzieło, ale z pewnością napisał intrygującą książkę.
------------
Średnia ocena na portalu wynika wyłącznie z braku zrozumienia końcówki, która jest rzeczywiście trudna w ugryzieniu. Widać to po opiniach, w których mitologiczne i popkulturowe odniesienia są traktowane jako nietrafiona decyzja autora odnośnie formy, a nie wynikające bezpośrednio z fabularnych ram historii.
Książkę można przeczytać w 1 dzień (150 stron). Czy zapamiętam tą opowieść na dłużej? Być może nie, ale na pewno skłoniła mnie do zapoznania się z bardziej znaną twórczością Samuela R. Delany (która notabene też jest słabo oceniana, a więc chcę się przekonać, czy i tam dostrzegę jakieś interesujące mnie smaczki).
OPINIE i DYSKUSJE o książce Pierścień wokół Słońca
Dobra ramotka z czasów s-f, kiedy morze pomysłów zaprezentowanych w powieści było innowatorskie i stanowiło powiew świeżości w gatunku. Współcześni autorzy czerpią z tych pomysłów pełnymi garściami i często z gorszym skutkiem.
Sama fabuła i postaci rozpisane w sposób klasyczny dla tamtych czasów, czyli sporo oczywistej ekspozycji w dialogach i narracji, dosyć sztampowo, obowiązkowy wątek miłosny, ale czyta się szybko i bezboleśnie.
Dobra ramotka z czasów s-f, kiedy morze pomysłów zaprezentowanych w powieści było innowatorskie i stanowiło powiew świeżości w gatunku. Współcześni autorzy czerpią z tych pomysłów pełnymi garściami i często z gorszym skutkiem.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSama fabuła i postaci rozpisane w sposób klasyczny dla tamtych czasów, czyli sporo oczywistej ekspozycji w dialogach i narracji, dosyć sztampowo,...
Powieść zdecydowanie warta polecenia - oryginalna fabuła, bardzo przystępna narracja, wciągająca przygoda - wszystko to składa się na kawał naprawdę dobrej literatury.
Powieść zdecydowanie warta polecenia - oryginalna fabuła, bardzo przystępna narracja, wciągająca przygoda - wszystko to składa się na kawał naprawdę dobrej literatury.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka mało znana a zupełnie niezła, ma swoje wady ale i zalety. Mamy tu kogel-mogel rozmaitych pomysłów. Od Marksowskiego Kapitału i Szklanych domów Żeromskiego przy okazji krytyki ówczesnego społeczeństwa i kierunków rozwoju konsumpcyjnej cywilizacji poprzez równoległe rzeczywistości, pomysły później spopularyzowane przez Dänikena, mutantów, telepatię po androidy, bladerunnerowe AI i nieśmiałe rozważania na temat galaktycznych cywilizacji. Biorąc pod uwagę, że powieść powstała we wczesnych latach pięćdziesiątych, to należy uchylić kapelusza przed pomysłowością. Niestety rzecz dziś trąci myszką, sama fabuła jest dość siermiężna a postacie niespecjalnie pogłębione. Wszystko to typowe dla tamtych czasów i nie ma co rozdzierać szat.
W sumie obowiązku nie ma ale można przeczytać. Przyjemna lektura na jedno popołudnie.
7/10
Książka mało znana a zupełnie niezła, ma swoje wady ale i zalety. Mamy tu kogel-mogel rozmaitych pomysłów. Od Marksowskiego Kapitału i Szklanych domów Żeromskiego przy okazji krytyki ówczesnego społeczeństwa i kierunków rozwoju konsumpcyjnej cywilizacji poprzez równoległe rzeczywistości, pomysły później spopularyzowane przez Dänikena, mutantów, telepatię po androidy,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo cóż po przeczytaniu tej książki muszę z całą stanowczością krzyknąć PLAGIAT! Panie Pratchett, Panie Baxter bardzo, bardzo nieładnie! Jeśli ktoś czytał Długą ziemię to od razu powie to samo, autorzy bezwstydnie ukradli i rozwinęli (czywiście po swojemu, w końcu nie są to pierwsi lepsi z łapanki pisarze) pomysł Simaka na wielość Ziem krążących wokół słonca. Pisarze wykorzystali ten sam pomysł, mało tego wynikające z tego plusy i minusy również zerżneli od Simaka. Jednak koniec końców Simak bardziej rozbudował i o wiele lepiej poprowadził swoją powieść. Temat Simaka jest o wiele bardziej skomplikowany a reperkusje znaczące dla jego ludzkości. Autor bierze się za bary z naprawdę dużą ilością ciężkich tematów : podróże w miedzyczasie, nieśmiertelność, roboty, mutanty, wojna, utopia - ach czego tu nie ma! Jak zwykle u Simaka jego twórczość cechuje rozbuchany optymizm i chęć zakończenia powieść jak najbardziej happy endowo - ale trzeba przyznać, że jest to urocza rysa w jego pisarstwa. Polecam to bardzo dobry autor i wydaje się, że dobry człowiek.
No cóż po przeczytaniu tej książki muszę z całą stanowczością krzyknąć PLAGIAT! Panie Pratchett, Panie Baxter bardzo, bardzo nieładnie! Jeśli ktoś czytał Długą ziemię to od razu powie to samo, autorzy bezwstydnie ukradli i rozwinęli (czywiście po swojemu, w końcu nie są to pierwsi lepsi z łapanki pisarze) pomysł Simaka na wielość Ziem krążących wokół słonca. Pisarze...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJestem bardzo miło zaskoczony niniejszą pozycją.
Kapitalna powieść mistrza science-fiction - Simaka, przywodząca na myśl najwybitniejsze dzieła pisarzy z jego pokolenia.
Wartka akcja, wiarygodni bohaterowie, oraz poruszany temat - to nie lada gratka dla miłośnika fantastyki.
Kolejna pozycja obok której nie powinno przechodzić się obojętnie.
Polecam!
Jestem bardzo miło zaskoczony niniejszą pozycją.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKapitalna powieść mistrza science-fiction - Simaka, przywodząca na myśl najwybitniejsze dzieła pisarzy z jego pokolenia.
Wartka akcja, wiarygodni bohaterowie, oraz poruszany temat - to nie lada gratka dla miłośnika fantastyki.
Kolejna pozycja obok której nie powinno przechodzić się obojętnie.
Polecam!
"Pierścień wokół słońca" łączy w sobie prostotę charakterystyczną dla prozy gatunkowej z okresu, w którym powstała i swego rodzaju naiwny optymizm - ślepą wiarę w szybki rozwój technologii i postęp naukowy. Sednem opowieści jest jednak tytułowy "pierścień" - czym jest nie zdradzę - i w tej kwestii liczne koncepcje Simaka - przypominam, jest to nowela z 1953 - były niezwykle nowatorskie i odcisnęły piętno na twórczości wielu pisarzy w późniejszym okresie (przywołam tutaj - oczywiście - Stephena Kinga i Terry'ego Pratchetta).
Jest też drugie dno. Opowieść o człowieku, który próbuje odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie rozdartym przez ślepy konsumpcjonizm, szukającym własnej definicji szczęścia, próbującym określić swoją tożsamość, niezależnie od tego kim chcą inni by był.
We prozie science-fiction wczesnego okresu rozwoju gatunku wciąż tkwi ten urok, prostota i nutka nostalgii, która sprawia, że niezwykle przyjemnie wraca się do autorów takich jak Simak. "Pierścień wokół słońca" nie jest kamieniem milowym w historii tej literatury (chociaż wpływ na jej rozwój miała niewątpliwy). Spisana jest stylem dość ascetycznym, ale eleganckim. Postać protagonisty jest niezwykle wiarygodna - mimo jego domniemanej proweniencji - a dialogi żywe i naturalne.
Z pewnością sięgnę po kolejne książki Simaka, a "Pierścień wokół słońca" polecam!
"Pierścień wokół słońca" łączy w sobie prostotę charakterystyczną dla prozy gatunkowej z okresu, w którym powstała i swego rodzaju naiwny optymizm - ślepą wiarę w szybki rozwój technologii i postęp naukowy. Sednem opowieści jest jednak tytułowy "pierścień" - czym jest nie zdradzę - i w tej kwestii liczne koncepcje Simaka - przypominam, jest to nowela z 1953 - były niezwykle...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWydawać by się mogło, że największą ambicją Simaka jest ciągłe zaskakiwanie czytelnika. Niestety, nie jest to dla czytelnika najszczęśliwsza wiadomość.
„Pierścień wokół Słońca” Clifforda Simaka to przez wielu miłośników gatunku powieść uznana za działo kanoniczne. Szlachetny i niemal wzorcowy przykład realizacji założeń konwencji. Ja jednak z przykrością muszę stwierdzić, że dzieło to pożarł już robak czasu lub przynajmniej nieźle je nadgryzł.
Udany początek nie zapowiada galopady cudowności, zbyt późno tłumaczonych przez kolejne nieco nerwowe ruchy fabuły. Dostajemy do rąk ciekawą wizję świata zalewanego przez „cudowne” towary niewiadomego pochodzenia – tajemnicza korporacja handluje śmiesznie tanimi samochodami, które nigdy się nie psują, maszynkami do golenia, które nigdy nie stępi najtwardszy nawet zarost, domami, które same generują energię potrzebną w ich eksploatacji.
Klienci są zachwyceni, gdy płacąc grosze (czyli centy) radykalnie polepszają swoją egzystencję. Jednak gospodarka kapitalistyczna znosi to wszystko dużo gorzej – plajtują dostawcy energii, producenci maszynek do golenia i fabryki „normalnych” samochodów. Zaczyna się robić nerwowo na starej dobrej Ziemi…
Bohaterem Autor czyni pisarza, który nie dość, że dostaje zlecenie opisania całego tego wariactwa, to jeszcze sam zdaje się być zamieszany w wydarzenia, których sens zaczyna powoli odkrywać.
Mutanci, androidy, rozszczepione jaźnie, niezwykłe wynalazki, podróże w kierunku równoległych światów, telepatia – za dużo grzybów w jednym barszczu czyni „Pierścień wokół Słońca” dziełem ciężkostrawnym, pozbawionym lekkości. Przelewa się przez czytelnicze ręce jak wielki worek wypełniony półpłynną zawartością.
Co najgorsze, Simak stara się zaskakiwać czytelnika niemalże w każdym rozdziale. Udaje mu się to znakomicie, ale dość szybko bywa przerażająco nudne i, paradoksalnie, przewidywalne. Co i rusz odsłania tajemnice, machinacje na skalę kosmiczną, które szybko kwitujemy wzruszeniem ramion. Za dużo królików z jednego kapelusza czyni tę książkę po prostu męczącą.
Szkoda, wielka szkoda…
Wydawać by się mogło, że największą ambicją Simaka jest ciągłe zaskakiwanie czytelnika. Niestety, nie jest to dla czytelnika najszczęśliwsza wiadomość.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Pierścień wokół Słońca” Clifforda Simaka to przez wielu miłośników gatunku powieść uznana za działo kanoniczne. Szlachetny i niemal wzorcowy przykład realizacji założeń konwencji. Ja jednak z przykrością muszę stwierdzić,...
naprawdę niesamowita. nie dość że fabuła jest niespotykana to jeszcze sam sposób pisania. świetne pióro. polecam gorąco. Na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę i dodam Simaka do ulubionych autorów. już szukam następnych pozycji do przeczytania.
naprawdę niesamowita. nie dość że fabuła jest niespotykana to jeszcze sam sposób pisania. świetne pióro. polecam gorąco. Na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę i dodam Simaka do ulubionych autorów. już szukam następnych pozycji do przeczytania.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to