Grzech nasz codzienny Dominik Dán 7,2

ocenił(a) na 835 tyg. temu Dominik Dán, współczesny (ur. 1955) słowacki autor powieści kryminalnych, dokumentujących w tle przemiany ustrojowe widziane oczami policjanta, musi być postacią wielce interesującą, gdyż pracuje jako detektyw wydziału kryminalnego słowackiej policji i jest konsultantem ds. kryminalnych ministra spraw wewnętrznych, a twórczością literacką zajmuje się po godzinach. Ponieważ starannie chroni swoją prywatność, nie bierze udziału w spotkaniach autorskich ani w innych działaniach marketingowych, nie udostępnia też swojego wizerunku. Tym samym mocno odstaje od innych autorów, również polskich, którzy na początku kariery pisarskiej udają tajemniczych – nie podają prawdziwego nazwiska, nie ujawniają twarzy, a potem nagle pojawiają się i na spotkaniach autorskich, i w mediach, a ich nazwisko, wizerunek i przeszłość z dnia na dzień stają się mniej tajne, co oznacza, że nigdy takie nie były. Skutkiem powyższego droga Dána do sukcesu literackiego jest trudniejsza, gdyż jego twórczość musi się bronić sama w starciu z konkurentami stosującymi na rynku wydawniczym marketing rodem z marketu spożywczego… A jednak się broni!
Kiedy poznałem pierwszą powieść Dominika Dána „Cela numer 17” będącą piątą* częścią serii „Naše mesto”, było to jak objawienie w świecie kryminalnej fikcji (z domieszką powieści więziennej). Postanowiłem więc od razu sięgnąć po pierwszą książkę cyklu, ale nie tutaj takie numery; nie w kraju Zulu Gula. Czekałem, czekałem, ale się nie doczekałem. Ani pierwszej w kolejności wydań oryginalnych, ani według wydarzeń świata przedstawionego. Nic dziwnego – trudno oczekiwać by w kraju nad Wisłą akurat rynek wydawniczy był wyspą normalności. Pierwszej powieści jak nie było, tak nie ma, za to wydano inne – na wyrywki. Rzucali rzutkami w tarczę z dorobkiem autora i wydawali w co prezes trafił?
Po szóstej** książce cyklu („Czerwony kapitan”),która również mnie zachwyciła, choć nie tak bardzo jak poprzednia, teraz sięgnąłem po siódmą*** odsłonę policyjnej opowieści „Naše mesto” czyli „Grzech nasz codzienny”. No i co? No i dziwna rzecz. Tłumacze się zmieniają (za każdym razem inny),a co jeden to lepszy! Żadnemu się nie chce nawet sięgnąć do czegokolwiek, by nie mylić pistoletu z rewolwerem. Tym razem jest jeszcze gorzej – na boksera, zabijakę, czy co tam było w oryginale, tłumaczka Małgorzata Brzozowska wymyśliła „bitnika”. Na usta cisną mi się słowa, przy których wstyd i żenada to eufemizmy. Przypomina mi się tłumacz google, który kiedyś Windows 98 tłumaczył jako „98 okienek”. Googlowy się poprawił, a spora część naszych żywych ani myśli. Rewolwer, pistolet, nabój czy pocisk, mm czy cal, co to dla nich za różnica? Aż dziw, że łyżki z widelcem nie mylą, choć to ten sam rodzaj babola.
O dziwo, pomimo słabego przekładu, książka wciąga i nie puszcza. Jest i klimat, niepowtarzalny i autentycznie pochodzący ze służb, i klasyczna intryga z pojedynczą zbrodnią w tle, i wielowątkowe śledztwo. Widać, mimo tłumaczenia, że pisał to gość ze służb, a dla polskiego czytelnika dodatkową atrakcją jest możliwość wczucia się w słowacką specyfikę, znacznie odmienną od naszej, choć w jakiś sposób zarazem uniwersalną dla wszystkich środowisk mundurowych. Wszystko to okraszone soczystym policyjnym humorem, oczywiście w słowackiej odmianie. Różni się to od większości kryminalnych powieści pisanych przez cywilów, a i nawet nie każdy ze służb, kto poszedł pod kapelusz, jest w stanie na powrót wczuć się w te niuanse.
No i na koniec refleksja, o której pisałem ostatnio i po lekturze książki Severskiego. Tendencja, by im wyżej w hierarchii, nie tylko służb, tym więcej było dupków, okazuje się niestety nie tylko polską specyfiką. A może stety... To trend, jak widać, ogólnoeuropejski, a może nawet ogólnozachodni. No, ale to nie wpływa na moją ocenę powieści. Super! – gorąco polecam.
* 17 według chronologii świata przedstawionego
** 08 według chronologii świata przedstawionego
*** 22 według chronologii świata przedstawionego
źródło: https://klub-aa.blogspot.com