Najnowsze artykuły
ArtykułyOd królewskich dworów do Hollywood
LubimyCzytać1
ArtykułyCrime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać2
ArtykułyWielkanoc z książką i nie tylko – czytelnicze oraz kreatywne pomysły na prezent
LubimyCzytać4
ArtykułyWielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać2
Popularne wyszukiwania
Polecamy
Zbigniew Prostak

Pisze książki: fantasy, science fiction, czasopisma
Urodzony: 21.11.1930
Urodzony w Przemyślu w 1930 roku uczęszczał do Oficerskiej Szkoły Wojsk Inżynierskich. Wydał około 30 opowiadań oraz dwie powieści. Jego utwory dotyczą przeważnie fantastyki naukowej.
6,1/10średnia ocena książek autora
432 przeczytało książki autora
309 chce przeczytać książki autora
1fan autora
Zostań fanem autoraSprawdź, czy Twoi znajomi też czytają książki autora - dołącz do nas
Książki i czasopisma
- Wszystkie
- Książki
- Czasopisma
Miesięcznik Fantastyka, nr 53 (2/1987)
Cykl: Fantastyka (tom 53)
5,9 z 7 ocen
17 czytelników 0 opinii
1987
Najnowsze opinie o książkach autora
Kontakt Zbigniew Prostak 
5,7

To bardzo dziwny zbiór opowiadań, złożony zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi i zwyczajowym zasadom. Najlepsze opowiadania, dysponujące odrobiną humoru, znalazły się na początku, natomiast im dalej, tym gorzej, w związku z czym stopniowo rośnie irytacja i spada ocena. A już zupełnym kuriozum jest nadanie zbiorowi tytułu od opowiadania najkrótszego i chyba najgorszego z całej dostępnej puli...
Jak powiedziałem - początek jest całkiem przyzwoity. "Ręka" opowiada o kosmonaucie, który po kolizji z obcą sondą gdzieś na obrzeżach Układu Słonecznego budzi się nad jeziorkiem, stworzonym specjalnie dla niego, żeby mu się nie nudziło podczas czekania na ziemski statek ratunkowy. "Chronoeksperyment" jest dość klasyczną dla tamtej epoki, ale i zgrabnie napisaną historyjką o próbie zajrzenia w daleką przeszłość. Podobny temat podejmuje "Mag", ładnie wpasowujący się w legendę o panu Twardowskim. Dobrze się też czyta "Fałszywy sputnik", humoreska z cyklu przygód Romana Kraba, polskiego kosmonauty z epoki bliskodystansowych lotów układowych. Ale już następna z tego cyklu "Boja" denerwuje brakiem puenty (no jest na oceanie ogromna boja obcego pochodzenia, tylko co z tego?).
Dalej jest jeszcze gorzej. "Pijany glob" stawia pod znakiem zapytania inteligencję załogi (trudno uznać opisany skład atmosfery za praktycznie identyczny z ziemskim nawet laikowi),"Nieznane" - o wyprawie ratunkowej w poszukiwaniu dwóch zaginionych statków - to czysta socjalistyczna grafomania, z zaskakująco złymi dialogami, "On" jest praktycznie bez sensu (objawia się planeta-bóg, po to, żeby... się objawić),"Spotkanie z prorokiem" jest chybioną, urwaną humoreską ściśle opartą na proroctwie Ezechiela, "Spotkanie" jest fatalnie błahą historyjką o zetknięciu się przypadkowego faceta z jakimiś badaczami Ziemi (nie za bardzo wiadomo, jaka idea przyświecała autorowi w chwili pracy twórczej),zaś tytułowy "Kontakt" jest - nie przymierzając - zupełnie bezsensownym bełkotem.
Gdzieś pośrodku trafia się jeszcze króciutka, całkiem znośna "Ostatnia pieśń" o umierającym globie, a całość zamyka "Żądło", trochę bzdurne i z kaleką psychologią postaci, ale czytające się nawet wartko. Do finału. Bo tam znów - brak puenty. Problem był i problem się zmył. Sam z siebie.
Nie jest więc prosto wystawić ocenę przy takiej książce...
Planeta zielonych widm Zbigniew Prostak 
6,0

Autor „Planety zielonych widm” popełnił przynajmniej dwa błędy, które momentalnie wpychają jego powieść w jałowe obszary konwencji. Przed pierwszym z nich przestrzegał Stanisław Lem, który zalecał natychmiast przerwać lekturę, gdy trafimy na bohaterów legitymizującymi się krótkimi, jedno lub dwusylabowymi nazwiskami. Prostak (to nazwisko autora, nie inwektywa) chrzci swoje postacie następująco: Dar, Kir, Mir, Nils, Tor…
Drugi błąd to męczące na dłuższą metę przywiązanie fabuły do jednego głównego wątku, eliminacja wątków pobocznych, brak głębi fabularnej. Czytamy tak naprawdę jedno obszerne opowiadanie rozpisane na niemal 200 stron.
Błąd bonusowy – poczucie humoru autora, który w stresującej sytuacji każe jednemu z bohaterów wygłosić suchy żart stulecia: „Mnie oprócz smoczka nic nie uspokoi.” Boki zrywać… Dodajmy do tego irytujące zdrabnianie wyrazów, za sprawą czego poważni astronauci brzmią nieziemsko infantylnie.
Stereotypowe rozwiązania są podstawowym budulcem tej książki. Mamy więc załogę Ziemian zmuszoną do awaryjnego lądowania na obcej planecie, mamy Obcych dysponujących niezwykłą techniką. Nasi stają się zakładnikami tubylców, którzy knują coś, do czego nie chcą się zrazu przyznać. Brzmi znajomo, a przynajmniej powinno, gdyż całą powieść czyta się pod dyktando oczywistych wizji.
I choć Prostak raz miał okazję, by tekst przenieść na mniej przewidywalne terytorium, autorowi nie udaje się zejść z kursu, który obrał na samym początku powieści.
Przynajmniej raz napięcie gwałtownie rośnie – Ziemianie mają piętrzące się wątpliwości dotyczące zamiarów mieszkańców planety Saar, wybucha bunt, ale to niebezpieczeństwo niejednoznaczności zostaje szybko ugaszone. Pokój międzygwiezdny zostaje uratowany, a wiara w rozum, człowieka i innych myślących istot w przestrzeni kosmicznej, zostaje dobitnie potwierdzona.
Finał brzmi tak optymistycznie, tak idealistycznie i dobrodusznie, że podskórnie wyczuwamy tutaj jakiś fałsz. A wspomniana wyżej nieczysto brzmiąca nuta w aseptycznej prozie Prostaka to echo niewykorzystanej szansy na całkiem przyzwoitą książkę, która być może ukazała się jakiejś alternatywnej rzeczywistości.



































