„Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Dramat, mem, inspiracja?
Stanisław Wyspiański użył hucznej i szalonej imprezy w Bronowicach jak soczewki skupiającej wady i zalety Polaków. Użył ponad 120 lat temu. Dziś młodzież w szkołach się z „Weselem” męczy. Niektórzy tylko w szkolnych ławach lub na teatralnej widowni przechodzą swój „Damaszek” i potem, nie tyle oślepieni, ile oświeceni, już się od dramatu odczepić nie mogą. Wybrani z niektórych sami biorą się za bary ze spektaklem, próbują go odczytać po nowemu. Jeszcze inni, wybrani z wybranych spośród niektórych piszą o „Weselu”: analizują, habilitują, tłumaczą...
Dramat pisany na gorąco. Wesele stało się „Weselem”
Dwudziestego listopada minęło 121 lat od momentu, kiedy w wiejskim domu (nie „chacie” – to był solidny, duży dom kryty strzechą, ale bliżej mu było pewnie do dworku niż wiejskiej chaty z biednej Małopolski). Jadwiga Mikołajczykówna świętowała zaślubiny z Lucjanem Rydlem. Niespełna cztery miesiące później, ich wesele zmieniło się w „Wesele”, wywołując wzburzenie (wielu) i zachwyty (grupa chyba z początku mniej liczna). Jakżeby inaczej, skoro sporo zaproszonych na premierę gości, z Panną Młodą i Panem Młodym włącznie, mogło się na scenie rozpoznać, w dodatku nie zawsze identyfikując się z wypowiadanymi kwestiami. Jakże to tak! Ja nic takiego nie mówiłam! To zupełnie inaczej było!
Problemy ze zrozumieniem sztuki i z wielością jej scen, mieli także aktorzy. „Arcydzieło narodowe” – w marcu 1901 chyba tak nie sądzono. Dwadzieścia lat później Tadeusz Boy-Żeleński napisał w swojej „Plotce o «Weselu»...”, że wszyscy: aktorzy i publiczność dopiero uczyli się odbioru dramatu Wyspiańskiego. Pomógł w tym jeden z bohaterów: Dziennikarz, a więc Rudolf Starzewski zwany „Dolkiem”. On to, może dlatego, że w odróżnieniu od Lucjana Rydla, czy Gospodarza, a więc Włodzimierza Tetmajera nie był uwikłany w rodzinne koligacje, mógł zachować większy dystans i w swoich felietonach wyłapywał niuanse, tłumacząc krakowskiemu „towarzystwu” jak rozumieć to, co dzieje się na scenie.
Tłumaczył Dolek, tłumaczyli inni… Bohaterowie hucznego dramatu starzeli się i umierali, zmieniali się grający ich aktorzy, a samo „Wesele” wgryzało się – i w kulturę wysoką i w mowę potoczną. Po latach można zauważyć, że tekst napisany przez Wyspiańskiego na tyle mocno wpił się w rzeczywistość, że zarówno sam tytuł, jak i cytaty z niego pochodzące stały się wręcz memami; w tym pierwotnym, jeszcze przedinternetowym znaczeniu spopularyzowanym przez Richarda Dawkinsa. Według definicji Dawkinsa memy są „jednostkami informacji kulturowej, wzorami powielanymi w zbiorowej wyobraźni”. Zresztą te internetowe memy z „Weselem” w tle też można z łatwością znaleźć.
Czy będzie to film (niekoniecznie ekranizacja Andrzeja Wajdy), czy spektakl teatralny cytaty wracają jak mantry: „... miałeś chamie złoty róg…”, „... co tam Panie w polityce…”, czy „...słowa, słowa, słowa, słowa…”, „...chłop potęgą jest i basta…”. Pada w „kulturalnym” kontekście słowo: „wesele” – Wyspiański to pierwsze skojarzenie. Może dlatego, że wesela ogniskują, jak wspomniana wcześniej soczewka. To, co ledwo bulgotało, w czasie wesela nagle zaczyna kipieć.
Wojciech Smarzowski „weseli” po swojemu. Agata Duda-Gracz przypomina, że wesela dobrze się nie kończą
Filmowe „Wesela” Smarzowskiego, zarówno to z 2004 roku, jak i to najnowsze, z 2021, nie są oczywiście adaptacjami dramatu Wyspiańskiego. Mimo to, a może właśnie dlatego, wydają się bliższe temu, co wydarzyło się w krakowskim teatrze, niż niejedna współczesna interpretacja teatralna. Widzowie siedzący w kinie widzą samych siebie – niedaleko, na ekranie. Oczywiście, nie mówią tego, co aktorzy, nigdy tak nie mówili. Głupie posądzenia! Nawet tak nie myślą, a jeśli myślą – to nikomu nic do tego! Za to oba obrazy filmowe ogniskują nasze polskie wady i zalety. Fakt, że tych pierwszych dużo więcej…
Czy teatralne „Wesele we wsi Kamyk…” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz wchodzi w dialog z tym bronowickim? Na pozór wydaje się, że nie; u Wyspiańskiego jest melancholia, w inscenizacji z poznańskiego Teatru Nowego: trupy. Wesele na wsi jest jednak zwornikiem. Wesela ogniskują. To w Kamyku (też miało miejsce w rzeczywistości – we wsi Połaniec) skupiło tyle zła, że kończy się nie chocholim tańcem, ale danse macabre.
Reżyserka nie lubi porównań ani do Smarzowskiego, ani do Wyspiańskiego. Odżegnywanie się od krakowskiego dramaturga samo w sobie jednak tworzy kontekst. To pokazuje, jak głęboko to, co się wydarzyło ponad 120 lat temu na scenie krakowskiego teatru, oddziałuje na sposób myślenia ludzkich umysłów pomiędzy Odrą a Bugiem. „Wesele” Agaty Dudy-Gracz pokazuje istotę zła.
Może wesela coś odsłaniają, może Wyspiański to zaobserwował i pokazał – jeszcze łagodnie, a po nim pokazywano coraz ostrzej i dosadniej. Szalona atmosfera, czas, w którym puszczają kulturowe hamulce. Weselnicy są widoczni jak na dłoni – w blasku scenicznych reflektorów bądź w świetle odbitym od kręcącej się pod sufitem lustrzanej kuli. W „Weselu we wsi Kamyk…” widzowie nie tylko obserwują siebie na scenie i wyłapują elementy swoich zachowań, czy projekcje myśli (tak, tak – trzeba mieć tylko odwagę zajrzeć głębiej w siebie). Są wciągani do spektaklu jak pod lupę.
Jan Klata żegna się „Weselem”, Marcin Liber wyprawia poprawiny.
„Wesele” w Starym Teatrze w Krakowie w 2017 roku kontekstów poza dramatycznych miało co niemiara. Jan Klata żegnał się nim z krakowską sceną; miało to oczywiście wpływ na odbiór tego, co działo się na scenie. Niemniej Wyspiański grany w Krakowie (cóż z tego, że nie w „Słowackim”!) zawsze będzie miał inny ciężar gatunkowy. Mimo tego, że Bronowice to już teraz miasto, a nie wieś, mimo tego, że zamiast strzechy na „Rydlówce” jest nowy dach, mimo tego, że wiek minął. Ruch na scenie, pot ściekający po skroniach autorów, hałasująca muzyka (o ile w przypadku metalowej kapeli „hałas” nie jest eufemizmem). No i słowa, słowa, słowa, słowa arcydramatu zredukowane do „small talku”. Stały się memami, są z nami codziennie i, mimo że ważne, spowszedniały.
U Marcina Libera ruchu jest jeszcze więcej. Okazało się, że treści też. Na tyle dużo, że starczyło na Teatr Polski w Bydgoszczy i „Poprawiny” w Polskim Teatrze Tańca w Poznaniu. W „Poprawinach” Marcin Liber tworzy całą listę „Wesel” na polskich scenach i ekranach. Czyta je po swojemu, ale do inspiracji się przyznaje.
Odczytań Stanisława Wyspiańskiego tylko w ostatnim dziesięcioleciu było naprawdę wiele. Za chwilę (tekst powstaje dwudziestego piątego listopada) kolejne podejście Wojtka Klemma w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Kolejne, ponieważ „Wesele” gościło już na wałbrzyskiej scenie – dwa lata temu, potem była (i jest!) pandemia, która zmieniła świat. Czy zmieniła sam spektakl?
Sporo interpretacji, odczytań, inspiracji – ekranowych i scenicznych. Można się pogubić. Doskonałym przewodnikiem, który sprowadza odbiorców do źródeł, do weselnych, czy też „Weselnych” pierwocin jest książka:
„Panny z «Wesela». Siostry Mikołajczykówny i ich świat”
Monika Śliwińska (zaznajomiona z Wyspiańskim jak mało kto, w końcu jest autorką biografii artysty „Dopóki starczy życia”) opisuje świat trzech sióstr: Anny, Jadwigi i Marii, czyli oddając głos Stanisławowi Wyspiańskiemu: Gospodyni, Panny Młodej i Marysi. „Opisuje świat” to słowa, które najbardziej precyzyjnie oddają treść „Panien z «Wesela»...”. Opis jest bardzo dokładny, wielowymiarowy, pełen odniesień i nawiązań. Sama bronowicka impreza jest tu tylko mgnieniem, podobnie jak to, co w teatrze wydarzyło się cztery miesiące później.
Po przeczytaniu, rozhulane postacie z Wyspiańskiego z roli na poły posągowych, na poły widmowych (jak bardzo absurdalnie by to nie brzmiało) figur pojawiających się w rozlicznych scenach i znikających chwilę później, stają się realnymi ludźmi: piszącymi, mówiącymi… Żyjącymi nie tylko podczas stu kilkudziesięciu minut spektaklu, ale wpisanymi w dziewiętnasty i dwudziesty wiek, dwie światowe wojny, ludzkie radości i nieszczęścia. Po lekturze tego, co napisała Monika Śliwińska, można nieco pompatycznie i nieco obrazoburczo zarazem rzec: słowo stało się ciałem.
A dlaczego „Wesele”? Ponieważ cały czas jest obecne, cały czas siedzi w nas i cały czas inspiruje choćby do odżegnywania się od porównań. I kiedy inny dramat, grany na scenie w Krakowie, właśnie w Teatrze Słowackiego jest „niezalecany” trudno pozbyć się wrażenia, że widma wracają by potańcować „raz dokoła, raz dokoła”. Złoty róg nie zagra, bo nie tyle został zgubiony ile rzucony z całej siły w krzaki poszybował utrzymując piękną parabolę lotu...Leć, rogu, leć!
Autor: Remigiusz Koziński
komentarze [9]
Moja ulubiona szkolna lektura.Przyznam jednak że żadna inscenizacja którą widziałem nie przypadła mi do gustu. Czytając "Wesele" w mojej wyobraźni rozgrywa się zupełnie inny dramat niż te które miałem okazje oglądać.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam