Wzgórze Pana Boga

Okładka książki Wzgórze Pana Boga autora Mirosław Sośnicki, 8392007700
Okładka książki Wzgórze Pana Boga
Mirosław Sośnicki Wydawnictwo: MTM religia
208 str. 3 godz. 28 min.
Kategoria:
religia
Format:
papier
Data wydania:
2004-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2004-01-01
Liczba stron:
208
Czas czytania
3 godz. 28 min.
Język:
polski
ISBN:
8392007700
Średnia ocen

7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wzgórze Pana Boga w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wzgórze Pana Boga

Średnia ocen
7,2 / 10
13 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Wzgórze Pana Boga

Sortuj:
avatar
415
279

Na półkach:

Książka została wyszperana na jakimś festynie przy parafii i czekała sobie spokojnie na swoją kolej odrzucana, bo tematyka religijna jakoś nie bardzo mi odpowiadała. Myślałam,że będzie ckliwie i nierealnie a otrzymałam historię o tym jak można krok po kroku powierzać swoje życie Bogu. Jestem ciekawa jak taką książkę odbierze osoba niewierząca czy nie wyda jej się naiwna i przerysowana, mi dała nadzieję i pokazała ile jeszcze pracy przede mną :)

Książka została wyszperana na jakimś festynie przy parafii i czekała sobie spokojnie na swoją kolej odrzucana, bo tematyka religijna jakoś nie bardzo mi odpowiadała. Myślałam,że będzie ckliwie i nierealnie a otrzymałam historię o tym jak można krok po kroku powierzać swoje życie Bogu. Jestem ciekawa jak taką książkę odbierze osoba niewierząca czy nie wyda jej się naiwna i...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
857
58

Na półkach: ,

Książka jest pięknym obrazem życia z Bogiem, a dokładniej powrotu do niego. Uderzające i prawdziwe jest przesłanie tej historii. Dopiero kiedy życie nam się rozpada i zostajemy dotknięci przez los jesteśmy w stanie spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy i próbować go zmienić. Dlatego też zmieniajmy się kiedy jesteśmy szczęśliwi i życie układa nam się wspaniale, to jest sztuka.

Książka jest pięknym obrazem życia z Bogiem, a dokładniej powrotu do niego. Uderzające i prawdziwe jest przesłanie tej historii. Dopiero kiedy życie nam się rozpada i zostajemy dotknięci przez los jesteśmy w stanie spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy i próbować go zmienić. Dlatego też zmieniajmy się kiedy jesteśmy szczęśliwi i życie układa nam się wspaniale, to jest...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

30 użytkowników ma tytuł Wzgórze Pana Boga na półkach głównych
  • 15
  • 15
12 użytkowników ma tytuł Wzgórze Pana Boga na półkach dodatkowych
  • 5
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Wzgórze Pana Boga

Inne książki autora

Mirosław Sośnicki
Mirosław Sośnicki
Mirosław Sośnicki, autor powieści: "Wzgórze Pana Boga", "Astrachowka", "Miłość, tylko miłość", sztuk teatralnych, scenariuszy filmowych. Mieszka w Jugowicach w Górach Sowich.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Odejścia Maciej Bielawski
Odejścia
Maciej Bielawski
Społeczeństwo jest pełne „eksów” – osób, które wyszły ze swojej tożsamościowej (niemalże) roli - rozwiedzionych, wdowców i wdów, matek rezygnujących z opieki nad dziećmi, osób porzucających karierę polityczną, byłych więźniów, byłych alkoholików, osób odczuwających dysonans ze swoją płcią, wreszcie byłych księży i zakonnic… Problem odchodzenia jest powszechny i wspólny wielu ludziom, stanowiąc doświadczenie na pewien sposób uczłowieczające i uczące pokory, zanurzające człowieka w humusie skomplikowanych ludzkich dziejów. Każdy może się spotkać z odejściem, to zjawisko mogące się przydarzyć każdemu osobiście… wydarza się ono bardzo często, zanim dana osoba je sobie w pełni uświadomi, wymyka się kontroli i zrozumieniu; stanowi pewien wymiar tajemnicy człowieka. W życiu zdarzają się po prostu chwile, w których człowiek, aby pozostać wierny samemu sobie, musi coś zmienić. Jeśli czuje, że nie potrafi, nie jest szczęśliwy, jeśli stale nie zadaje sobie pytania o swoje osobiste „szczęście” w tym, co robi… kryzys w końcu na pewno się pojawi. Będzie trzeba stanąć w obronie samego siebie. Obok doświadczeń „odchodzących” zwykle przechodzi się bokiem, aż zaczynają dogłębnie dotyczyć nas samych. Wtedy z zakamarków pamięci wydobywają się osoby, słowa i historie. Trudne jest z kolei odchodzenie najbliższych, w co z kolei często nadmiernie można się zaangażować – walcząc z nimi, przekonując czy inaczej – wewnętrznie obwiniając samą jakąś instytucję (niewłaściwą, bezduszną, nieprzyjazną). Czasem wydaje się wręcz, że odchodzą Ci, co powinni zostać, a zostają Ci, którzy odejść powinni… Helen Rose Ebaugh wskazuje cztery etapy procesu odejścia: 1) wątpliwości; 2) szukanie alternatyw; 3) moment zwrotny) i 4) zostanie „eksem”. Wątpliwości mogą trwać tygodniami i prowadzić do szybkiego odejścia lub ciągną się w człowieku nawet dziesiątki lat. Pojawiają się w wyniku boleśnie przeżywanego rozdźwięku między głoszonymi ideałami a rzeczywistością. Staje się on z czasem coraz większy; zaczyna mu towarzyszyć wewnętrzne rozdarcie, zrozpaczenie, zmęczenie… Co ciekawe, często nie przeczą one idealizowaniu swojej możliwej sytuacji (gdyby się pozostało) już po odejściu! Szukanie alternatyw pojawia się, gdy w głębi zaczyna człowiekowi świtać idea odejścia. Ośmiela się on zmierzyć, przynajmniej wewnętrznie, z obowiązującymi w swojej instytucji „absolutami” i „świętymi krowami”, z takimi pojęciami jak „na zawsze” i „nigdy”. Pojawiają się drobne gesty kontestujące określony porządek (kwestionowanie stroju, porządku dnia, reguł pisanych i niepisanych…). To moment starań o zrozumienie i usłyszenie, którego często nie sposób uzyskać… a to często od takich rozmów wszystko zależy. Jeśli utwierdzi się w przekonaniu, że „to nie jest moje miejsce”, wewnętrznie już się tak naprawdę odeszło; czeka się jedynie na odpowiedni moment. Punkt zwrotny to często proste wydarzenie – mały konflikt, ostra wymiana zdań, zmiana stanowisk w obrębie wspólnoty – i osobie zamierzającej odejść przelewa się (a może ujawnia?) czara wątpliwości, słabnących więzi i kryzysu swojej roli. Często działa się wówczas jak w transie, nie rozumiejąc co się czyni; w chwili odejścia ma się poczucie zawieszenia, poruszania się w pustce, czemu towarzyszy lęk – jest to jednak doświadczenie wolności, często uczucie ulgi, które są silniejsze niż obawy. Czas przekonania, że odejście było konieczne, dopiero jednak przyjdzie (po pewnych turbulencjach)… Badania pokazują, że ludzie często odchodzą „na wariata”, nieprzygotowani wewnętrznie na skutki tego gestu. Zostanie „eksem” oznacza okres budowania nowych mostów ze światem, nawiązywania nowych kontaktów, odmiennego funkcjonowania w świecie; to szukanie nowej pracy, mieszkania, wybieranie stroju… rodzą się nowe idee na swój temat, o świecie czy Bogu. Nowa (?) tożsamość wykrystalizuje się dopiero po pewnym czasie, uwzględniając włożony duży wysiłek wewnętrzny. W końcu dochodzi się do pewnej syntezy, w której uznaje się, że jest się tym, kim się jest (za co jest się wdzięcznym),także dzięki temu, kim się było. „Eks” po odejściu zderza się z całym szeregiem nowych problemów, nowej rzeczywistości. Doświadczenia zdobyte na jednym statku, niekoniecznie przydają się na drugim, czy na lądzie… Psychicznie jest to doświadczenie ciężkie – pamięć podpowiada zdarzenia z przeszłości, może podważa samą decyzję, wyobraźnia rozwija marzenia i fantazje dotyczące wydarzeń, które wydarzyłyby się zapewne, gdyby się zostało… dla sumienia to też przestrzeń wyrzutów i poczucia winy. Pobyt w stanie duchownym niejako stawia człowieka w obliczu oryginalnej świadomości egzystencjalnej, przedstawia inny, bo dość idealistyczny system wartości i dążeń życiowych niż to, co postrzegane jest społecznie jako „bezpieczna norma”. Jednym z najważniejszych problemów jest jednak poczucie czy kryzys „ontologicznej niepewności” – życie staje się naznaczone lękami egzystencjalnymi, nierozwiązanymi problemami, stłumionymi uczuciami, człowiekowi wydaje się, że jest nieprzystosowany czy wyobcowany z siebie… co może wydawać się przykładowo „eks-duchownemu” sytuacją „z woli Boga” i „w Bogu”, tak jakby tego właśnie chciał Bóg. Ma to wydźwięk szczególnie silny w tych, którzy w czasie swojego powołania wiele chowali „pod dywan” swojej duchowości i swojego powołania – odrzucając swoje potrzeby, marzenia i to, co najbardziej swoje, w to miejsce utożsamiając się ze wspólnotą kościelną, instytucją, stając się „urzędnikiem” czy „funkcjonariuszem” Boga. Jeśli towarzyszy temu tradycyjna „mistyka cierpienia” nakazująca odesłać każdą trudność czy wątpliwość do Jezusa umierającego na Krzyżu, z którym ma się przecież przywilej współcierpieć dla zbawienia świata… jeśli im gorzej, tym lepiej… to jest to z pewnością znak, że coś jest nie tak z naszym życiem wewnętrznym czy powołaniem. Wyjście z tego schematu jest bolesne i trudne, najłatwiejszą odpowiedzią zdaje się zaś ucieczka czy wewnętrzny cynizm („mistyk wystygł, powstał cynik”). Przekonanie, że zostało się szczególnie wybranym i powołanym przez Boga; że na autentyczny głos Boga się odpowiedziało, staje się przestrzenią trudnego wewnętrznego kryzysu. Poczucie niedotrzymania ślubów, zaprzepaszczenie duchowego potencjału, porażka przed Bogiem… dla szczególnie wrażliwych sumień są to problemy do przepracowywania przez całe życie. Nie jest łatwo też w przestrzeni społecznej – o ile „eks”alkoholik może się cieszyć powszechnym uznaniem o tyle, że pokonał swój nałóg, o tyle eksksiądz czy ekszakonnica często mogą czuć się społecznie niepożądani, napiętnowani czy zdegradowani; to cała seria krępujących sytuacji, trudnych relacji, poczucia obcości i nieprzystosowania. Takie „potępienie” pociągać za sobą może odmowę dialogu, ekskomunikę, skazanie na milczenie, izolację… wygnanie uniemożliwiające spokojne życie w swoim dotychczasowym otoczeniu. Kapłanów, którzy odeszli ze stanu duchownego, jest na świecie (szacunkowo) ponad 100 tysięcy… a zjawisko to stale się nasila. Najliczniej odchodzą młodzi, tęskniący za kobietami i ich miłością, ale zarazem patrzący idealistycznie na swoje kapłaństwo. Inna grupa to proboszczowie, starsi i ustawieni, doświadczeni życiowo i zawodowo, często mający już dzieci z kobietą – mocno rozgoryczeni podwójnym życiem, wybierający stabilizację w rodzinie… Głównym powodem rezygnacji jest brak akceptacji obligatoryjnego celibatu, który nadzoruje podległość (posłuszeństwo) Kościołowi i władzy biskupiej. Wśród powodów rezygnacji i porzucenia kapłaństwa, wybijają się szczególnie trzy. Pierwszym jest depresja wynikająca z samotniczego życia i z poczucia wieloletniego osamotnienia, często połączona z problemem alkoholowym, zaniżonym poczuciem wartości własnej osoby i przydatności zawodowej. Drugim jest chęć i potrzeba posiadania własnej rodziny - co ciekawe w badaniach socjologicznych prof. Józefa Baniaka wynika, że taką potrzebę zgłasza 53,7% przebadanych księży. Wszyscy oni zgłaszają silny kryzys własnej tożsamości kapłańskiej, a także o kłopotach w przestrzeganiu ślubu abstynencji seksualnej; inaczej mówiąc, przyznają się do bardziej lub mniej trwałych związków emocjonalnych i seksualnych z kobietami. Trzecim istotnym powodem są konflikty między badanymi kapłanami a władzami kościelnymi – w diecezjach i zakonach. Księża Ci odczuwają silną potrzebę wolności osobistej i nie chcą poddać się bezwzględnemu posłuszeństwu biskupowi czy władzy zakonnej. Z tego powodu porzuca stan duchowny niemal 1/3 ogółu rezygnujących z kapłaństwa. Powodami odejścia i rezygnacji są też uświadomienie sobie niedojrzałości własnego powołania, nietrafionych motywacji; traumatyczne doświadczenia w instytucji kościelnej; poczucie chęci wolności pozainstytucjonalnej; wypalenie w swoim duszpasterskim dziele; zatargi ideologiczne z władzą kościelną na polu dyscypliny czy doktryny; powody psychologiczne; zerwanie więzów przyjaźni; wyczerpanie czy przepracowanie; rozpoznanie, że jest się nieszczęśliwym; reformy Kościoła burzące poczucie stałości; zwątpienie czy utrata wiary; drobne międzyludzkie skandale; trudności w nieustannym zderzaniu „zdrowego rozsądku” z nieintuicyjnością wielu instytucji; niepoczuwanie się do możliwości reprezentowania i utożsamiania się z „linią” Kościoła; miłość do innego człowieka (choć to się zdaje już raczej powodem towarzyszącym; jest on wtedy pierwszą dobrą duszą, podającą przyjazną dłoń, proponującą wspólną drogę, wspólnotę serc… ale decyzja podjęta jest wcześniej). Wreszcie, powodem odejścia kapłana może być przecież sam Bóg! Dlaczego odszedł sam autor książki? „Bo w pewnym momencie miarka się przebrała i miałem dosyć; bo od zawsze wiedziałem, że tak się stanie; bo chciałem zobaczyć, jak to jest, gdy zdarzy się to, co nigdy nie powinno się było zdarzyć; bo zwątpiłem w sensowność przynależności do kleru i nie mogłem pozostawać dłużej ani jego członkiem, ani reprezentantem; bo nie mogłem być wewnątrz, gdy tylu było na zewnątrz; bo się zakochałem; bo musiałem podjąć drogę w nieznane; bo chciałem się zniszczyć; bo chciałem się ocalić; bo chciałem naprawdę spotkać Boga; bo nie potrafiłem dłużej odgrywać pewnej roli; bo skapitulowałem przed Bogiem, który wtargnął w moje życie w sposób zupełnie nieprzewidziany; bo wcześniej odeszli niemalże wszyscy, którzy byli mi bliscy; bo chciałem znaleźć się tam, gdzie byli oni i gdzie zawsze było moje prawdziwe miejsce, to znaczy na marginesie; bo nie lubiłem siebie w roli jednego z funkcjonariuszy Boga; bo nie mogłem patrzeć sobie w twarz, myśląc, że jestem jak oni; bo bałem się, że pewnego dnia stanę się jak oni; bo nie wiedziałem, co ludziom powiedzieć, gdy mnie pytali myśląc, że wiem; bo moim zadaniem było szukanie i droga; bo chciałem powiedzieć, że obecna forma kościelnej instytucji nie funkcjonuje i nie wystarcza, chcąc to powiedzieć także Bogu” – i odszedł dla tysięcy innych przyczyn, które będzie się starał zrozumieć, jak długo będzie trzeba… Odejścia są często przestrzenią wielokrotnego rozczarowania: Kościołem (jako instytucją i ludźmi niedoskonałymi, grzesznością, głupotą, próżnością czy nudą) albo samym sobą (doświadcza się znużenia, własnej niedoskonałości, głupoty, ograniczeń, wad, grzeszności… co jedynie może kryć maska fałszywej pokory, a potem cynizm, hipokryzja). Ciężko w tym świetle sprostać wyśrubowanym oczekiwaniom społeczeństwa, które szuka ludzi autentycznie idealnych (???)… a przynajmniej chce widzieć ich… inaczej. Jak bardzo można się jednak oszukiwać „dla dobra wiernych”? Jest też jednak inne rozczarowanie – rozczarowanie Bogiem. Upada pewien jego wpojony obraz; upada też poczucie bliskości Boga, w czego miejsce może wejść poczucie „grzechu odejścia” – a to może pociągnąć za sobą zawalenie się gmachu wiary, niwecząc projekt całego życia. Czasami odchodzący wyraźnie mówią, że zwątpili w Boga lub w Kościół, a potem okazuje się, że wielkie filozoficzne wywody o zwątpieniu były jedynie zasłoną dla „prostego” faktu, że się zakochali. Inni mówią, że po prostu się zakochali, jednak skwapliwie ukrywają mrok swojego zwątpienia, który od dawna mieszkał w ich sercu. Jeszcze inni odchodzą, nie mówiąc nic - ani sobie ani innym. Jakie działania i jakie stanowisko prezentuje wspólnota Kościoła wobec „eksów”? Czy potrafi ich zrozumieć i przyjąć, czy raczej pozostawia na pograniczu? Czy ułatwia odejście czy stawia przeszkody i granice? Czy podejmuje próby zrozumienia czy walki? Skupia się na wewnętrznym uporządkowaniu czy formalno-prawnym porządkowaniu spraw po „eksie”? Tworzy czy likwiduje poradnictwo i wsparcie dla odchodzących? Jak wielka jest dysproporcja między „troską o powołania” a stosunkiem do „problemu odejść”? Dyskusji o odejściach często niestety nie prowadzi się wcale – temat lepiej przemilczeć, a w Kościele przemodlić – najlepiej grupowo – naznaczając tego, który odszedł, zadość czyniąc niejako za niego/nią… „Eks” jest wtedy w pewien sposób napiętnowany mechanizmem obronnym „pozostających” – jeśli opuszcza statek uznawany za najdoskonalszy, to jego odejście podważa i relatywizuje ich rację bytu (zadając pytania o słuszność i bohaterskość tych, którzy zostają…); odejście wszak jest też milczącym oskarżeniem wobec tych, którym się wydaje, że mają już wszystko, że są bezpieczni, że wszystko wiedzą. „Eksów” uznawać się może za niewartych zaufania, ich dzieła za co najmniej podejrzane i może niebezpieczne. Są godni pożałowania, winni, a ich historie bolesne i trudne. Życie zakonne czy kapłańskie opiera się na pewnym mimesis – naśladowaniu wzorców myślenia i postępowania, tworzących pewien ideał życia i świętości. Istnieją specjalne reguły, pouczenia i pewna wspólna kultura. Odchodząc, system ten powoli się rozpada. Kryzys wiary jest tu jednakże szansą, by pracowicie zbudować swoją wiarę od nowa. Nie jest już ona wtedy wiarą recytowaną, dopasowaną do odgrywanej roli. Staje się autentyczną i osobistą inaczej. Może dla takich ludzi zwątpienie i odejście jest jedyną szansą na autentyczną przygodę duchową, łaską od kochającego Boga. Odchodzący nie są jednak skazani na porażkę, winę i napiętnowani; nie stają się też automatycznie wrogami czy przeciwnikami Boga – ich życiowe losy są też przecież przestrzenią spotkania z Nim, realizacją Jego planu. Droga poszukiwań religijnych i szukanie Boga nie kończą się wraz z odejściem ze stanu duchownego. Odejście też równoprawnie (jak wejście) jest pewnym misterium wiary, które pozostaje do końca niewytłumaczalne; może być przestrzenią świętą, przed którą „trzeba zdjąć buty”. Odejście, podobnie jak wstąpienie, miesza wolę człowieka z czymś, co ją przerasta (Bogiem, który uwodzi?). Odejście może być przeżywane jako wtargnięcie Boga w życie człowieka, wtargnięcie, które przeorganizowuje całkowicie sposób życia i myślenia. Może to być jedna z form „szczęśliwej winy”, która otwiera serce na Boga. On, dopuszczając odejście, jest przecież Panem i władcą wszystkiego, co dzieje się na świecie – z powołaniami do Jego służby włącznie. Jego drogi są odmienne od dróg człowieka, nawet jeżeli wzdłuż nich stoją drogowskazy opatrzone imprimatur. Kluczowe jest tu dialogowanie z dobrem – przechodzenia z płaszczyzny winy do płaszczyzny, w której wciąż można w sobie zobaczyć dobro. Niezachowanie ślubu to przecież lekcja prawdziwej pokory; kryzys posługi w taki sposób to znak i szansa na posługę na sposób odmienny; zamknięcie jednej drogi to wszak otwarcie innych… By tak spojrzeć na siebie (z miłością),trzeba wpuścić między siebie i instytucję samego Boga. Czy On nie jest większy od wszystkiego?
Miłosz Kozikowski - awatar Miłosz Kozikowski
ocenił na65 dni temu

Cytaty z książki Wzgórze Pana Boga

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Wzgórze Pana Boga