Na zachód od Alice Springs

Okładka książki Na zachód od Alice Springs autora Robyn Davidson, 8385661662
Okładka książki Na zachód od Alice Springs
Robyn Davidson Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Seria: Obieżyświat literatura podróżnicza
224 str. 3 godz. 44 min.
Kategoria:
literatura podróżnicza
Format:
papier
Seria:
Obieżyświat
Tytuł oryginału:
Tracks
Data wydania:
1994-11-17
Data 1. wyd. pol.:
1994-11-17
Liczba stron:
224
Czas czytania
3 godz. 44 min.
Język:
polski
ISBN:
8385661662
Tłumacz:
Danuta Górska
Średnia ocen

7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Na zachód od Alice Springs w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Na zachód od Alice Springs

Średnia ocen
7,1 / 10
72 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Na zachód od Alice Springs

avatar
14
12

Na półkach:

Kiedyś zachwycił mnie film, później postanowiłam sięgnąć po książkę. Teraz po latach wracam do niej i na nowo odkrywam piękno australijskiej pustyni.

"Na zachód od Alice Springs" to autobiograficzna opowieść 27-letniej Robyn Davidson o jej podróży przez australijską pustynię aż do wybrzeża Oceanu Indyjskiego, łącznie 2.700 km. W wyprawie towarzyszyły jej pies oraz cztery wielbłądy, które sama wytresowała i przygotowała do drogi. Autorka szczegółowo opisuje etapy swojej podróży - od dwuletnich przygotowań aż po wielomiesięczną wędrówkę. To książka o poszukiwaniu celu w życiu pełnym monotonii i utartych schematów społecznych, z których brak odwagi nie pozwala się wyrwać. Ten cel autorka zdecydowanie odnalazła. Jak sama mówi "najtrudniejsza część każdego przedsięwzięcia to zrobić pierwszy krok, podjąć pierwszą decyzję". Za tym krokiem rozpoczyna się Podróż.

Kiedyś zachwycił mnie film, później postanowiłam sięgnąć po książkę. Teraz po latach wracam do niej i na nowo odkrywam piękno australijskiej pustyni.

"Na zachód od Alice Springs" to autobiograficzna opowieść 27-letniej Robyn Davidson o jej podróży przez australijską pustynię aż do wybrzeża Oceanu Indyjskiego, łącznie 2.700 km. W wyprawie towarzyszyły jej pies oraz cztery...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
915
838

Na półkach: ,

Niebanalna opowieść zwyczajnej dziewczyny, Robyn, która w 1977 roku wyruszyła w pieszą podróż przez pół kontynentu, z Alice Springs przez pustynne i niezamieszkałe tereny środkowej Australii aż do Oceanu Indyjskiego. Towarzyszyły jej jedynie wielbłądy, które sama musiała okiełznać i ukochany pies Diggity. Jej celem było nie tylko sprawdzenie siebie, ale też poznanie Aborygenów i zwrócenie uwagi świata na uwłaczające ich godności traktowanie przez rząd australijski.
Pierwsza połowa książki skupia się właściwie na 2 letnich przygotowaniach do wyprawy, która wtedy jeszcze jawiła się w bardzo niewyraźnych kształtach z dużym prawdopodobieństwem zaniechania tych planów. Na szczęście, dzięki wsparciu National Geographic wędrówka doszła do skutku. Autorka nie poszczędziła nam swoich osobistych przemyśleń i odczuć zmieniających ją wraz z upływem czasu i przebytych mil. Trud wędrówki i samotność rekompensowało odczucie wolności i przynależność do otaczającego świata. Tego typu przedsięwzięcia nie pozostały bez wpływu na osobowość co z łatwością można zauważyć w sposobie zachowania Robyn. Z czasem nabiera ona coraz większego dystansu do siebie, a wcześniejsze narzekactwo zastępuje działanie.
Książka jest objętościowo dosyć nieduża jak na taki ogrom czasu i przeżyć, ale rozumiem, że autorka podzieliła się z nami tym, co uważała za stosowne.
Doskwierają mi tutaj jednak dwie rzeczy: pierwsza to jej negatywny stosunek do National Geographic, dzięki któremu ta wyprawa w ogóle doszła do skutku, a druga to fakt, że pisała to wszystko w swoim londyńskim mieszkaniu… Ona, Australijka, tak kochająca swój kraj i ludzi, zachłyśnięta przestrzenią i wolnością, zostawiła to wszystko i przeniosła się do starej, konserwatywnej Anglii, do Londynu, zawalonego tłumami ludzi i z ograniczoną budynkami przestrzenią.
Mimo tego chętnie sięgnę po film nakręcony na podstawie tej powieści. Reasumując, pozycja warta przeczytania a jej puenta zawiera się w słowach samej autorki:
‘Każdy może zrobić wszystko, co sobie postanowił- zmienić pracę, przeprowadzić się do nowego mieszkania, rozwieść z mężem lub zona; każdy naprawdę może zmienić i kontrolować własne życie a ten proces, to działanie samo w sobie jest nagrodą’.

Niebanalna opowieść zwyczajnej dziewczyny, Robyn, która w 1977 roku wyruszyła w pieszą podróż przez pół kontynentu, z Alice Springs przez pustynne i niezamieszkałe tereny środkowej Australii aż do Oceanu Indyjskiego. Towarzyszyły jej jedynie wielbłądy, które sama musiała okiełznać i ukochany pies Diggity. Jej celem było nie tylko sprawdzenie siebie, ale też poznanie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
179
159

Na półkach: , , , ,

>> Recenzja z ciekawymi dodatkami na blogu kwyrloczka.pl <<

SZYBKO, SZYBKO ZANIM ZAPOMNĘ

Czas ucieka a tu tyły i tyły, zacznę się chyba nazywać człowiekiem tyłem… nie mylić z tyłkiem. Zanim zapomnę co miałam do powiedzenia o tej – nie wiem jak to określić – relacji, reportażu, bo nie powieści chyba, zabieram się za robotę. A robota ta będzie niełatwa, bo i historia miała swoje wzloty i upadki.

NA ZACHÓD OD ALICE SPRINGS

Moja przygoda z Robyn Davidson i jej wielbłądami zaczęła się na samym początku blogowej przygody. Konkretnie: od cudownego filmu nakręconego na podstawie tej historii.

http://kwyrloczka.pl/2017/08/05/davidson-robyn-na-zachod-od-alice-springs/

Do biblioteki jednak nie musiałam się udawać. Mój niezastąpiony małżonek szarpnął się i za jakieś – 90,00NieWiemDokładnieNiePamiętam – kupił dla mnie opowieść o wielbłądziej damie. Niestety… przepłacił. Nie o to chodzi, że mam mu za złe, bardzo to było z jego strony kochane, skąd też miał wiedzieć co zastanie w środku i czy to zastane wnętrze warte jest swojej ceny. Niestety nie jest. I chociaż chwilami się broni, nadal nie jest.

CZEGO SIĘ NIE SPODZIEWAĆ

Biorąc w ręce, trochę jak magiczną relikwię, spodziewam się czegoś czym ta książka kompletnie nie jest. Spodziewałam się wielkiej i niebezpiecznej podróży wgłąb ludzkiej duszy. Spodziewałam się wyprawy w poszukiwaniu… no właśnie, czego? Swojego miejsca na ziemi, Boga, spokoju, czegoś metafizycznego co taka wyprawa powinna przecież nieść. Niestety, zawiodłam się srodze. Zamiast wzniosłych idei otrzymałam opis perypetii wyjątkowo zmierzłej baby, której nawet nie sposób lubić. Do tego, choć sama temu zaprzecza, feministki, ekologa, obrońcy uciśnionych i jakiejś formy hipisa połączonego z wielbłądzim dżokejem. Z całego mistycyzmu pozostało jedynie odarcie z człowieczeństwa okraszone niewielką acz zauważalną dozą hipokryzji.

FEMINIZM

Wiecie już pewnie, że nic mnie tak nie wkurza jak feminizm. Mam alergie na wszelkie, nawet najdrobniejsze jego przejawy. Wyznające go – chciałam napisać „Panie”, ale to się nie godzi, napiszę więc istoty – trułabym azotoksem, czy innym DDT. Możecie się obrażać do woli, ale feminizmowi mówię kategoryczne i stanowcze – NIE! Pani Davidson swojego feminizmu się wypiera, oburza nawet na różnej maści feministyczne organizacje, które przypięły się (niechciane) do jej wyprawy, gloryfikując ją jako wielkie dzieło swojego gatunku. Z drugiej jednak strony krytykuje męski szowinizm, wszelkie przejawy narzuconej na kobiety roli społecznej. Macierzyństwo zamienia na matkowanie psu i wielbłądom. Z tej też przyczyny, z chęci ucieczki od narzuconych przez złe społeczeństwo norm ucieka na pustynię, a tak naprawdę, do małych wiosek, w których znienawidzone normy są jeszcze bardziej widoczne i uwypuklone. Tak naprawdę sama podróż przez pustynię jest jedynie niewielkim fragmentem, jakby obowiązkowym wtrąceniem w zupełnie inne treści.

EKOLOGIA I OBRONA RDZENNYCH MIESZKAŃCÓW

Małe, bardzo małe mamy pojęcie jak podła może być polityka, wielki biznes i interesy klasy rządzącej. Tam gdzie pieniądze lub chociaż niewielki cień nadziei na ich zdobycie, zaraz pojawia się okrucieństwo, wywłaszczenie rdzennych mieszkańców, budowa rezerwatów oraz niszczenie naturalnego środowiska. Nie inaczej w Australii. Skoszarowani w dzielnice biedy i obozy Aborygeni zmuszeni są do koegzystencji ze światem, którego ani nie rozumieją, ani nie chcą. Wygnani z własnych ziem stłoczeni w getta wiodą smutne życie bez perspektyw. Z odgórnie narzuconą administracją, szkolnictwem i medycyną, ale już nie pracą. Biali udają, że Aborygenów asymilują, a tak naprawdę trzymają ich z dala od siebie podsycając rasizm i obopólną nienawiść.
To wszystko wynika z książki. Brzmi jednak podręcznikowo i sztucznie, zbyt dużo utyskiwania na los biednych Aborygenów, a tak niewiele pozytywów z nimi związanych. Edi- to za mało. Był on kwintesencją rdzennego mieszkańca Australii i nie wyglądał wcale na rozczarowanego państwowym programem ochrony. Żył, bo żyć trzeba i robił to z niebywałą godnością. Do licznych fragmentów opisujących życie autochtonów, we wspomnianych obozach, autorka dodała nawet podziękowania i przypisy pochodzące z innych zaangażowanych w ten temat książek, sądzę więc, że jej zamiarem było dobitne unaocznienie wszelkiego zła, którego na Aborygenach dopuścił się biały człowiek.

HIPISKA

Pani Davidson nie jest niczym innym jak wędrującą, obrażoną na społeczeństwo hipiską. Tak naprawdę jej wyprawa wcale nie była niebezpiecznym, morderczym przedsięwzięciem (to parafraza jej własnych słów). Całą drogę, w spacerowym tempie, dreptała sobie od farmy do farmy, od stacji do stacji gdzie zawsze ugościli ją jacyś przemili, zakuci w społeczne okowy ludzie. Ludzie, którzy często odejmowali sobie od ust aby nakarmić ją i wielbłądy. Ludzie, u których bawiła tygodniami, siedząc przy ognisku i zajmując się kompletnie niczym, a jedynie prowadząc dysputy o problemach jątrzących świat, czyli zasadniczo pociskając pierdoły, jedząc ich ofiarowane z dobroci serca jedzenie, korzystając z ich wody, łóżek, samochodów. Zadziwiające ile dobrych ludzi ta zrzędliwa istota, której nic nie odpowiadało, która non stop marudziła, jęczała i złościła się, spotkała w swojej drodze na zachód od Alice Springs, w drodze nad morze.

WIELBŁĄDZI DŻOKEJ

Zulejka, Bub, Duckey i Goliat to najjaśniejsze punkty całej opowieści. Wszystko co z nimi związane było niesamowite i ciekawe. Wielbłąd jest zwierzęciem o niezwykłej osobowości, jest to jednak osobowość trudna, nieprzewidywalna, która wymaga z jednej strony pieszczot, a z drugiej konkretnego, naprawdę konkretnego lania. Żałuję, że autorka nie poświęciła dużo więcej przestrzeni w książce swoim ukochanym podopiecznym. Skupiała się głównie na praktycznych elementach takich jak to czy są zdrowe, czy nie obcierają je siodła, czy mają co jeść, jak je spętać na noc. Pani Davidson tak bardzo była zapatrzona w swoją osobę, że zapomniała podzielić się z czytelnikiem pięknem krajobrazu, gwieździstego nieba, wielbłądziej natury.

Na zachód od Alice Springs to raczej praktyczno – rozsądny podręcznik w temacie wypraw z wielbłądami. To strasznie mnie zawiodło, chociaż sama mam praktyczno – rozsądna naturę. Jest kilka momentów, w których można doszukać się zachwytu nad Boskim stworzeniem, ale to myśli tylko na chwilę spuszczone ze smyczy, szybko przywołane do porządku, do praktycznej strony wyprawy. Do codziennego wstawania, plejady obowiązków, herbaty i jedzenia, pakowania i rozpakowywania, marszu, odpoczynku, rutyny i nudy.

ODARCIE Z CZŁOWIECZEŃSTWA

Mamy tu chyba do czynienia z tezą główną i założeniem całości. Skoro autorka wyruszyła na wyprawę zniesmaczona normami narzucanymi przez społeczeństwo, normy te w czasie podróży odrzuciła. Chodziła goła, brudna i śmierdząca. Kiedy wyszły podpaski wędrowała z krwią miesięczną cieknącą po udzie. Niesmaczne, owszem. Z jednej strony odrzucała dobrodziejstwa czy przeszkody ludzkości, a z drugiej w obecności innych, wskakiwała w ubranie i radośnie korzystała ze zdobyczy znienawidzonej cywilizacji – łóżek, pryszniców i samochodów. Brakuje mi konsekwencji, wszystko to chaotycznie się przeplata; raz załamana, raz podekscytowana i szczęśliwa, zmów marudna i zła, narzekająca na wszystko i wszystkich, pisząca listy i rozentuzjazmowana. Nie ogarniam tej kobiety. Poszła na żywioł i zamiast o tym właśnie pisać – o tym chaosie kobiecej duszy – sili się na hołdowanie lewicowym ideałom, starając się nimi tłumaczyć własne „chciejstwa”.

CZY POLECAM?

No właśnie nie wiem. Nierówna ta książka, momentami nużąca. Bohaterka denerwująca. Dobrze zapowiada się na początku i nieznacznie rehabilituje na końcu, kiedy wreszcie przestaje zrzędzić i zaczyna choć trochę dostrzegać piękno otaczającego ją świata i szczęście z zaznanej wolności. Nie przestaje mnie Ona zadziwiać. Kobieta, która ukochała wolność i przestrzeń, tak dobitnie zaznała całego ich ogromu, jak sama opowiada, pisze tę książkę w maleńkim Londyńskim mieszkaniu. Jak po czymś takim można żyć w maleńkiej klateczce wielkiego miasta, jak powtórnie uwięziony ptak? Niezrozumiałe to i dziwne.

Trzeba jednak oddać Pani Robyn Davidson, że dokonała czegoś niesamowitego, czegoś co przeszło do historii, co zostało udokumentowane przez National Geographic. Ponieważ sama nie chciała pisać tej książki, nie powinno się jej do tego zmuszać. Czemu nie chciała pisać? Myślę, że wiedziała, wiedziała, że wyprawa straci wtedy swoją duszę, tajemniczość, piękno domysłów i niedopowiedzeń. Po całym przedsięwzięciu powinien pozostać jedynie album ze zdjęciami i to on miał opowiadać historię z wyprawy na zachód od Alice Springs.

>> Recenzja z ciekawymi dodatkami na blogu kwyrloczka.pl <<

SZYBKO, SZYBKO ZANIM ZAPOMNĘ

Czas ucieka a tu tyły i tyły, zacznę się chyba nazywać człowiekiem tyłem… nie mylić z tyłkiem. Zanim zapomnę co miałam do powiedzenia o tej – nie wiem jak to określić – relacji, reportażu, bo nie powieści chyba, zabieram się za robotę. A robota ta będzie niełatwa, bo i historia miała...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

339 użytkowników ma tytuł Na zachód od Alice Springs na półkach głównych
  • 229
  • 107
  • 3
27 użytkowników ma tytuł Na zachód od Alice Springs na półkach dodatkowych
  • 13
  • 4
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Na zachód od Alice Springs

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Okrutny szlak Gay Salisbury
Okrutny szlak
Gay Salisbury Laney Salisbury
Ziemia na grobach ofiar ostatniej epidemii jeszcze nie zdążyła się dobrze uleżeć, gdy w 1925 roku kolejna zaraza, tym razem błonica, nawiedziła miasto Nome na Alasce. Pierwsze zachorowania zaczęły pojawiać się wkrótce po odpłynięciu ostatniego statku, zapadła decyzja o dostarczeniuSerum. Liczący 1085 km odcinek trasy obliczony na niemal dwa tygodnie miały przebyć psie zaprzęgi. 20 maszerów ze 150 psami zaprzęgowymi podjęło się próby przewiezienia serum. To właśnie styczniowa sztafeta uskuteczniona przy pizgającym wietrze i okrutnym mrozie (odczuwalna wynosiła -65),przeszła do historii i zapisała się w popkulturze. Przez wiele lat na piedestale był Balto, kilka lat temu do masowej świadomości dostał się Togo. Wydany w 2005 roku nakładem wydawnictwa @swiatksiazki “Okrutny szlak” to opowieść o tamtej zimie osadzona w kontekście, którego latami brakowało, np. historią miasteczka Nome, specyfiki jego położenia i funkcjonowania. Książka nie stroni od naturalizmu, więc rzetelne ostrzeżenie dla wrażliwych - są śmierci dzieci, zbijanie maleńkich trumienek, ludzka bezradność w obliczu epidemii, oraz opis przebiegu błonicy. Są też śmierci piesków, bo sama sztafeta o ludzkie życie nie obyła się bez ofiar w psach. Całość trzyma w napięciu niczym thriller. Niestety, autorzy wychwalają głównie osiągnięcia poganiaczy - poniekąd słusznie, bo ta praca wymagała wiedzy, sprawności, poświęcenia i odrobiny szaleństwa. Ale mocno marginalizuje mi to rolę psów. A gdyby nie one, nie tylko sama sztafeta z surowicą by się nie powiodła - łączność między Alaskimi miasteczkami, czy miejscami wydobycia złota byłaby niemożliwa, albo przynajmniej mocno utrudniona. Salisbury zwracają też uwagę na jeden ze smutnych, acz charakterystycznych dla tamtych czasów aspektów - stosunkowo najmniej wiemy o tubylczych poganiaczach, którzy pokonali przecież niemal 2/3 (!) tej trasy. Niestety, niewielu reporterów i producentów filmowych chciało słuchać ich opowieści, a przecież rdzenni mieszkańcy Alaski mówili tym samym językiem co Seppala czy Kaasen, więc jedyną barierą komunikacyjną był stosunek do nich. Wielu uczestników sztafety o życie odeszło, zanim zreflektowano się, by wysłuchać również ich historii.
Delvardian - awatar Delvardian
ocenił na92 lata temu
Okrążmy świat raz jeszcze. Ruszamy po przygodę, część I Tadeusz Perkitny
Okrążmy świat raz jeszcze. Ruszamy po przygodę, część I
Tadeusz Perkitny
Prawie sto lat temu dwóch młodych absolwentów poznańskiego uniwersytetu wyruszyło w podróż dookoła świata. Bez lotów, rezerwacji w hotelach, GPS-ów, translatorów i kart kredytowych. Na koszty życia i przemieszczania się musieli zarobić. Dzięki temu poznali i widzieli więcej i mieli czas to przemyśleć. Nocowali nierzadko „pod chmurką” czy w międzypokładzie czwartej klasy. Ale za to stykali się z prawdziwym życiem tych na dole drabiny społecznej, którzy okazali im wiele pomocy i sympatii. Kierunek nietypowy – od północy, poprzez zachód i południowy zachód. Z mnóstwem spotkań z rodakami, z których najciekawsze miały miejsce w … Brazylii. Lasy i morze, step (pampa) i góry, zima w Skandynawii i upał w Dakarze. Wszystkiego po trochu. I dużo przygód, odwagi i wytrzymałości oraz odporności na przeciwieństwa losu. Styl opowieści jest niezbyt literacki, ale za to bardziej gawędziarski. Humor ironiczny, nawet tam, gdzie pewne figury występują w nadmiarze. Ciekawostką jest słownictwo, częściowo archaiczne, np. słowo „kumoter”, dziś kompletnie nigdzie nie stosowane. Za to wszystko przebija fabuła – pełna przygód i zmienności „okoliczności przyrody” i ludzkiego losu. Do tego niszczy stereotypy. Bohaterowie (autor i jego przyjaciel) są z Wielkopolski, ale podróż nie posiada ani planu (brak organizacji) ani celów ekonomiczno-zarobkowych. Wręcz przeciwnie – młodzi ludzie wykazują się fantazją, romantyzmem i niesamowitą pomysłowością oraz humorem. Nic ich nie zniechęca ani nie deprymuje. Żadna praca im nie straszna, by zrealizować swoje marzenie. Na nikogo nie patrzą z góry, nawet, jeśli stosują słowa, których dziś nie wypada używać („Murzyn”),a które 100 lat temu nie miały żadnego negatywnego zabarwienia. Do tego fascynujące opisy trzech krajów północnej Europy, ówczesnej afrykańskiej kolonii jednego z nich oraz trzech państw Ameryki Południowej. Bardzo ciekawe są porównania emigrantów z Polski i półwyspu iberyjskiego oraz opisy naszych rodaków w Brazylii i Argentynie. Jednym słowem geograficzno-przygodowa gratka retro o prawdziwych podróżnikach, pełnych zapału, o szerokim spojrzeniu i horyzontach. Przeczytane w ramach czerwcowego wyzwania – książka z motywem podróży.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na81 rok temu
Zielone piekło Raymond Maufrais
Zielone piekło
Raymond Maufrais
OCENA - 6/10 DOBRA Mam mieszane uczucia po zapoznaniu się z lekturą „ZIELONEGO PIEKŁA” i zastanawiam się dlaczego tak wysoko jest oceniana ta pozycja na LC. Książka jest zdecydowanie nierówna przez to mniej fascynująca. Zwłaszcza pierwsza część (licząca ponad 200 stron),w której autor w formie reportażu poświęca wyprawie do Mato Grosso. Te relacja nie była ciekawa z małym wyjątkiem kiedy autor przebywał w wiosce Indian Karaja. Ten fragment szczególnie przykuł moją uwagę i był bardzo interesujący. Pozostała cześć to opisy przygotowań i planowanie do wyprawy, potrzebny ekwipunek, z kim autor się z nią wybiera oraz spostrzeżenia z obserwacji dzikiej przyrody, fauny i flory. Maufrais Raymond był francuskim podróżnikiem, odkrywcą który żył krótko lecz intensywnie, jego największą pasją oraz marzeniami były podróże w odległe dzikie pełne niebezpieczeństw miejsca. Marząc o wielkich przygodach szczególnie w odkrywaniu nieznanych terenów w lipcu 1946 roku pojechał do Brazylii wziąć udział w ekspedycji do serca Mato Grosso, o której po części wspomniałem już wyżej. Planami autora było przemierzenie dzikiej niedostępnej amazońskiej puszczy oraz wyruszenie śladami Indian Xavente, zwanych też „Zabójcami z Mato Grosso”. Wyprawa ta nie przyniosła jednak rozgłosu oraz wielkiego sukcesu właśnie za sprawą Indian, którzy stanęli podróżnikom na drodze, ostrzeliwując ich z łuków, zmuszając ostatecznie do odwrotu i rezygnacji z planów eksploracji tych terenów. Aby przenieść się do Mato Grosso oraz poczuć prawdziwy zew przygody polecam inną książkę o wiele bardziej interesującą z większymi walorami poznawczymi, a mianowicie opowieść Tony Halika „ Z KAMERĄ I STRZELBĄ PRZEZ MATO GROSSO”. Natomiast druga część relacji „ZIELONEGO PIEKŁA” napisana w formię dziennika z podróży nabrała wreszcie rozpędu i była bardzo ciekawa, z pazurem a dotyczyła ona obszaru Gujany Francuskiej, gdzie Maufrais przedzierając się samotnie przez dżunglę chciał dotrzeć do gór Tumuc - Humac i wydrzeć ich tajemnicę. Autor wierzył w swoją gwiazdę i szczęście i był przekonany że mu się powiedzie, stało się inaczej, zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach i nigdy nie wyjaśniono co się z nim naprawdę stało. Mimo mojej niższej oceny, polecam zapoznać się z tą relacją, bo czytać zawsze warto. Pozdrawiam. Jack_
Jack_ Mc_sky - awatar Jack_ Mc_sky
ocenił na61 rok temu
Czerwona Azalia Anchee Min
Czerwona Azalia
Anchee Min
Zupełnie nie pamiętałam, że Czerwona Azalia to książka z wątkami autobiograficznymi, a do tego, że zaczyna się tak grubo. Po raz pierwszy czytałam ją bardzo dawno temu i później tak sobie stała na półce. Przyszedł jednak czas, żeby poszła do kogoś innego, zarządziłam więc pożegnalny reread pamiętając jedynie, że bardzo mi się podobała i chwytała za serce. Tym razem miałam podobne odczucia, jak za pierwszym razem. Anchee Min pisze bardzo ładnie, na dodatek jeszcze są te autobiograficzne wątki. Ale od początku. Autorka wykorzystuje prawdziwe wydarzenia ze swojego życia, żeby osadzić opowieść w czasach Rewolucji Kulturowej w Chinach. To lata ‘60 i ‘70. Ona była młoda, a Chiny mielił okrutny reżim Mao. Przypuszczam, że opisy tego, jak wyglądało jej dzieciństwo i młodość na farmie są w gruncie rzeczy prawdziwe. 🌹 Komunistyczna rzeczywistość Autorka wywodzi się z rodziny inteligentów, w tamtych czasach dyskryminowanej. Ona, jako najstarsza z rodzeństwa musiała się najbardziej starać. Nie było łatwo, bo sześciolatka opiekująca się pięcioletnią siostrą i trzyletnim bratem nie ma łatwego życia. Odbierała ich z przedszkola, gotowała im, ogarniała dom i kładła ich spać…. Później nie było lepiej. Trafiła na farmę (coś a’la nasze PGRy) niedaleko morza, z nieurodzajną, zasoloną ziemią, było gorąco i nic nie chciało rosnąć. Mimo to indoktrynacja trzymała się w niej silnie i dziewczyna wciąż wierzyła w ustrój i partię. Spędziła tam kilka ciężkich lat, aż zdarzył się cud i została wybrana do roli Czerwonej Azalii – filmu o bohaterach komunizmu. 🌹 Czerwona Azalia W międzyczasie dziewczyna dojrzewa emocjonalnie, zaczyna potrzebować czegoś więcej niż myśli przewodnich Mao. Targają nią emocje, które nie mają szans ujścia w imię oddania partii. Wtedy opadają jej ideologiczne klapki z oczu. Nie da się żyć tylko dla kraju, szczególnie, że strach przed władzą i jej pożądanie wyzwala z ludzi najgorsze emocje i czyni z nich bezwzględnych okrutników. Życie na farmie przypomina poruszanie się w labiryncie ze żmijami. Nie lepiej jest zresztą później, gdy trafia na kurs aktorski. Tam także ideologia i pożądanie władzy tworzy z ludzi potwory. A ona musi sobie z nimi jakoś radzić. Wszędzie znajdą się ludzie-bestie, silniejsi, które czerpią przyjemność z niszczenia i łamania innych w imię chorych ambicji. Nie trzeba było dużo żeby im podpaść. Wystarczyło nieodpowiednie spojrzenie. W świecie, gdzie wszyscy mają źle, możliwość sprawienia, żeby inni mieli jeszcze gorzej, jest kusząca. Wszędzie znajdzie się też miejsce dla miłości mimo wszystko, która pokonuje wszelkie trudności. 🌹 Przerażająca siła indoktrynacji Czerwona Azalia jest trudną historią, bo czuć w niej prawdę. Zapewne nie wszystko w książce faktycznie się wydarzyło. Przypuszczam, że autorka wypełniła kamienie milowe swojej biografii fikcją, m.in. historią romansu z inną kobietą, czy Zwierzchnikiem odpowiedzialnym za produkcję filmowe. Choć być może nawet faktycznie jest to prawda, bo zasadniczo wszystko brzmi wiarygodnie. Nie ma to jednak znaczenia, bo kupuję tę historię w całości, nawet jeśli pewne szczegóły nie miały miejsca. Najbardziej w tej książce uderzyły mnie brutalne realia życia. Straszne to wszystko było. Straszny okres w Chinach, przerażająca siła indoktrynacji, kompletnie bezsensowne postępowanie władzy i oczywiście nierówności ogromne. Bieda, głód i rządy silniejszego. Warto było wrócić do tej historii, bo niesie ze sobą wiele emocji.
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na83 miesiące temu
Przysięga. Chirurg na wojnie Khassan Baiev
Przysięga. Chirurg na wojnie
Khassan Baiev
„Moim jedynym orężem był skalpel, a moją jedyną misją – ratowanie życia, bez względu na to, w jakim mundurze biło serce pacjenta”. Te słowa mogłyby stanowić motto całego życia i dramatycznej walki, jaką opisuje Khassan Baiev w swojej wstrząsającej autobiografii „Przysięga. Chirurg na wojnie”. Moja ocena to mocne 8/10 – to jedna z najmocniejszych lekcji humanitaryzmu, jakie kiedykolwiek przelano na papier, rzucająca wyzwanie naszemu pojmowaniu etyki w czasach absolutnego barbarzyństwa. Książka przenosi nas w sam środek piekła czeczeńskich wojen lat 90. Khassan Baiev, młody i utalentowany chirurg plastyczny szkolony w Moskwie, porzuca bezpieczną karierę, by wrócić do rodzinnego Ałchan-Kała. Tam, w prymitywnych warunkach, często bez prądu, bieżącej wody i podstawowych środków znieczulających, staje się jedynym ratunkiem dla tysięcy ludzi. Baiev nie wybiera stron – operuje rosyjskich poborowych, czeczeńskich bojowników (w tym słynnych dowódców polowych) oraz bezbronną ludność cywilną. Ta bezstronność, wynikająca wprost z przysięgi Hipokratesa, czyni go celem dla obu stron konfliktu, stawiając go wielokrotnie przed lufami karabinów. Mocną stroną tej relacji jest jej bezwzględny autentyzm. Baiev opisuje operacje wykonywane przy świetle latarek, amputacje przeprowadzane piłą do metalu i rozpacz, gdy z braku leków musi decydować, kogo ratować, a komu pozwolić odejść. To nie jest tylko zapis medyczny; to panorama upadku cywilizacji, gdzie jedynym stałym punktem pozostaje moralny kompas chirurga. Zamiast budować narrację na politycznych analizach, Baiev stawia na indywidualne świadectwo. Napięcie w książce wynika z ekstremalnego dysonansu między misją ratowania życia a wszechobecną technologią zadawania śmierci. Autor świetnie pokazuje, jak wojna odziera ludzi z człowieczeństwa, zamieniając sąsiadów we wrogów, i jak trudno w takim świecie pozostać wiernym swoim ideałom. Styl Baieva jest surowy, niemal reporterski, co paradoksalnie wzmacnia emocjonalny ładunek opowieści – fakty są tu tak drastyczne, że nie potrzebują literackich upiększeń. Najważniejsze wnioski i rady płynące z tej lektury to: Wierność zasadom kosztuje: Baiev udowadnia, że bycie przyzwoitym człowiekiem w nieludzkich czasach wymaga heroizmu większego niż ten na polu bitwy. Cierpienie nie ma narodowości: Najważniejszą lekcją jest spojrzenie na drugiego człowieka przez pryzmat jego bólu, a nie przynależności do armii czy grupy etnicznej. Pasja daje siłę do przetrwania: Miłość do zawodu i poczucie obowiązku pozwoliły autorowi przetrwać traumy, które złamałyby niejednego człowieka. Książka otrzymuje wysoką notę za niesamowity ładunek prawdy i odwagę cywilną autora. To lektura, która zostaje w czytelniku na lata, zmuszając do rewizji własnych wartości. Brakujące dwa punkty wynikają jedynie z faktu, że dla wrażliwszych czytelników drastyczność opisów medycznych może być barierą nie do przejścia. Ponadto, momentami widać, że autor bardziej skupia się na faktach niż na psychologicznym pogłębieniu własnych przeżyć, co pozostawia pewien niedosyt w sferze introspekcji. „Przysięga” to monument wystawiony ludzkiemu duchowi. Khassan Baiev napisał książkę, która jest krzykiem o pokój i dowodem na to, że skalpel może być potężniejszy niż karabin, jeśli dzierży go człowiek o wielkim sercu.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na81 miesiąc temu

Cytaty z książki Na zachód od Alice Springs

Więcej
Robyn Davidson Na zachód od Alice Springs Zobacz więcej
Robyn Davidson Na zachód od Alice Springs Zobacz więcej
Robyn Davidson Na zachód od Alice Springs Zobacz więcej
Więcej