Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz
Okładka książki Operacyjniak Adrian Ksycki, Michał Łańko
Ocena 7,1
Operacyjniak Adrian Ksycki, Michał Łańko

Na półkach: , ,

Zazwyczaj mam 'problem' z pisaniem raportów o powieściach true crime. Bo jakby nie patrzeć, opisują one prawdziwe wydarzenia. Są takim trochę fabularyzowanym reportażem czy biografią (bardzo upraszczam, ale uważam, że coś w tym jest). Nie inaczej było z "Operacyjniakiem". Ale książka bardzo mi się podobała.

W kryminałach, gdzie cała fabuła jest fikcją, często mamy do czynienia z policjantami, którzy są Supermenami i zawiłą sprawę morderstwa rozwiązują w mig. Zdarzają się też tacy, którzy nie wiadomo, co w policji robią. "Operacyjniak" pokazuje, że służba (nie praca - jak podkreśla M. Łańko) w policji to naprawdę ciężki kawałek chleba.

Na potrzeby książki autorzy wymyślili postać głównego bohatera, którym jest sierżant Robert Młodzian, ale wszystkie przytaczane wydarzenia są prawdziwe. Z jednej strony to niesamowicie ciekawe, z drugiej jednak - trochę straszne, że takie sprawy miały miejsce wcale nie tak dawno temu. Mowa tu m.in. o zabójstwie nastolatki czy rozpracowywaniu gangów narkotykowych.

Dzięki temu, że jeden z współautorów był kiedyś policjantem, o wszystkich procedurach i przebiegu pracy operacyjnych dowiadujemy się tak naprawdę z pierwszej ręki. Surowo i realistycznie, bez zbędnego ubarwiania. Nie zawsze jest tak ekscytująco, jak często czytamy w kryminałach, czasami niektóre sprawy wymagają ciężkiej i żmudnej 'orki' przez długi czas.

Działania prowadzone przez Młodziana i jego policyjnych kompanów przeplatane są wywiadami z byłymi operacyjniakami. Te 'wtrącenia' świetnie uzupełniają wiedzę na temat, którego dotyczy ta książka. Bo przecież tak naprawdę każdą powieść true crime można traktować jako fabularyzowane, ale jednak kompendium wiedzy na podejmowany w niej temat.

Zazwyczaj mam 'problem' z pisaniem raportów o powieściach true crime. Bo jakby nie patrzeć, opisują one prawdziwe wydarzenia. Są takim trochę fabularyzowanym reportażem czy biografią (bardzo upraszczam, ale uważam, że coś w tym jest). Nie inaczej było z "Operacyjniakiem". Ale książka bardzo mi się podobała.

W kryminałach, gdzie cała fabuła jest fikcją, często mamy do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Po lekturze tej książki mogę z pełnym przekonaniem napisać, że Max Czornyj jest zafascynowany śmiercią, o czym sam autor wspomina w posłowiu. Ale nie jest to zła fascynacja, co przy takim temacie na pewno brzmi dość dziwnie.

"Śmierciologia" to reportaż, który przygląda się zjawisku towarzyszącemu człowiekowi (i nie tylko) od zawsze, będącemu niejako częścią życia. Podejmuje tyle wątków i aspektów, że sam jestem w lekkim szoku, jak bardzo rozbudowany jest ten temat.

Zabrzmi to trochę sucho i bezdusznie, ale większości z nas śmierć kojarzy się po prostu z odejściem. Że bliskiej nam osoby już nie ma przy nas. Ale jak się okazuje, w wielu kulturach, głównie minionych wieków, ale też współcześnie - śmierć jest jedynie etapem przejściowym.

Autor w książce wspomina o rytuałach dotyczących przemijania doczesnego życia z każdego zakątka świata. Społeczeństwo inaczej podchodziło do śmierci w starożytności, średniowieczu, baroku. Inaczej w Afryce, obu Amerykach czy na terenach Indonezji i Indii.

Ale oprócz sfery kulturowej Czornyj serwuje nam całkiem przyziemne sprawy. Dowiedziałem się (lub odszukałem w pamięci) o wielu zjawiskach, których na przestrzeni epok bali się ludzie. Chodzi mi.in. o tafefobię - lęk przed pochowaniem żywcem, czy prajopawesę - obecny w hinduizmie 'rytuał' śmierci przez zagłodzenie.

Jestem wielkim fanem prozy Maxa Czornyja. Zwłaszcza jego kryminałów. Teraz już wiem, skąd u niego tyle brutalnych, ale także szczegółowych i dokładnych opisów sekcji zwłok. Rozumiem też, skąd i dlaczego pojawił się pomysł na Honoriusza Monda - skądinąd bardzo lubię tę postać...

Autor podejmuje jeszcze wiele tematów. Jestem naprawdę pełen podziwu dla jego researchu. A gdy w posłowiu wspomniał o tym, że ma jeszcze materiał na kolejne takie książki - wow, tytaniczna praca. Nie napisałem w tym raporcie o wszystkich zagadnieniach, bo rozrósłby się zbyt mocno. Po prostu odsyłam Was do lektury.

Chociaż jak to w przypadku reportażu - są tu fragmenty mniej lub bardziej ciekawe. Takie, które wręcz fascynują, ale też takie, przy których osoby z wrażliwym żołądkiem mogą nie wytrzymać. Wszystko podane jest jednak z odpowiednim dla autora, i znanym jego czytelnikom, stylu - czasem z humorem (nawet czarnym), czasem nawet z jakąś taką lekkością wyjętą wprost z minionych epok.

Po lekturze tej książki mogę z pełnym przekonaniem napisać, że Max Czornyj jest zafascynowany śmiercią, o czym sam autor wspomina w posłowiu. Ale nie jest to zła fascynacja, co przy takim temacie na pewno brzmi dość dziwnie.

"Śmierciologia" to reportaż, który przygląda się zjawisku towarzyszącemu człowiekowi (i nie tylko) od zawsze, będącemu niejako częścią życia....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

"Archipelag" to druga część przygód Małgorzaty 'Gerity' Podrzyckiej. Początkowo nie wiedziałem, że 'Przeprawa' będzie miała kontynuację, więc nie spieszyłem się z jej czytaniem. No ale tak się złożyło, że przeczytałem drugi tom praktycznie zaraz po pierwszym - czego zazwyczaj nie robię.

Przechodząc już do książki, oś fabuły skupia się na rozwiązaniu zagadki śmierci trzech ofiar. Jedną z nich jest ojciec Jakuba Borunia - naczelnika Gerity przed przenosinami policjantki do wydziału kryminalnego. W toku coraz bardziej rozgałęziającego się śledztwa Podrzycka wraz z Szenfeldem odkrywają coraz więcej interesujących faktów i mniej lub bardziej złożonych powiązań z życia ofiar. Okazuje się, że źródłem wszystkiego mogą być pewne tragiczne zdarzenia sprzed trzydziestu lat...

Pisałem już przy innej okazji o tym, że kryminały Marka Stelara są inne niż wszystkie. Ale ta inność podoba mi się. W "Archipelagu" jest, co prawda, mniej historii samych postaci, za to głównym bohaterem jest samo Świnoujście. Miasto położone na ponad czterdziestu wyspach połączonych mostami, które tworzą w jakimś sensie tytułowy archipelag.

Autor znów serwuje bardzo dużo retrospekcji. Nie w sensie takim, że jest to opowiadane, tylko takim, że konkretne wydarzenia mają istotny wpływ na to, kim człowiek staje się w późniejszych latach swojego życia. Podejmuje też ważny aspekt chorób neurodegeneracyjnych (Alzheimer) czy psychicznych i tego jak wpływają one na osoby nimi dotknięte, a także na ich najbliższych. I dlatego w przypadku tej książki, tytuł też można rozumieć na dwa sposoby - o pierwszym już wspomniałem, drugi zawarty jest w cytacie na drugim slajdzie.

Samą książkę, mimo dłuższych rozdziałów niż w "Przeprawie" czytało mi się dobrze i szybko. Głównie dlatego, że autor ma bardzo lekkie pióro. Wszystkie opisy czy dialogi są naturalne, niewymuszone. Mimo że to kryminał, nie brakuje też miejscami humoru. No i sama zagadka jest też bardziej rozbudowana, co w przypadku tak 'spokojnego' kryminału jest bardzo na plus.

Na koniec dwie rzeczy które trochę mnie mierżą. Pierwsza dotyczy zgodności fabularnej. W "Przeprawie" dowiadujemy się, że wypadek Gerity i jej brata Krzyśka miał miejsce prawie trzydzieści lat temu, natomiast w "Archipelagu" jest zdanie, w którym Podrzycka wspomina o wypadku sprzed dwudziestu lat.
Druga rzecz to już jest stricte subiektywne odczucie na temat bohaterki. Gerita czasami wydaje mi się zbyt zazdrosna o Szenfelda. Choć z drugiej strony można to złożyć na karb jej wcześniejszych doświadczeń i reputacji komisarza.

"Archipelag" to druga część przygód Małgorzaty 'Gerity' Podrzyckiej. Początkowo nie wiedziałem, że 'Przeprawa' będzie miała kontynuację, więc nie spieszyłem się z jej czytaniem. No ale tak się złożyło, że przeczytałem drugi tom praktycznie zaraz po pierwszym - czego zazwyczaj nie robię.

Przechodząc już do książki, oś fabuły skupia się na rozwiązaniu zagadki śmierci trzech...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kryminał kojarzy mi się przede wszystkim z trupem. Jednym bądź kilkoma. Ze sprawcą, którego policja musi złapać, ale który przez większość powieści umiejętnie jej umyka. I zagadką, która kręci się wokół mordercy właśnie.

Kryminały Marka Stelara to zupełnie coś innego. Owszem, tutaj także dostajemy jakieś ciało, ale odnoszę wrażenie, że najważniejszą osią fabuły nie jest wcale rozwiązanie zagadki sprawcy czynu, a historia głównej postaci. Albo inaczej: nie zachodzi tu zwyczajny związek ofiara-śledczy, tylko istnieje ścisłe powiązanie między głównym bohaterem a sprawą, którą musi rozwiązać.

W "Przeprawie" poznajemy aspirant Małgorzatę 'Geritę' Podrzycką, która wraca do rodzinnego Świnoujścia po wielu latach służby w Szczecinie. Policjantka dzieli swoje życie tak naprawdę między pracę a opiekę nad niepełnosprawnym starszym bratem Krzyśkiem, który uległ poważnemu wypadkowi w dzieciństwie.

I właśnie sprawa wypadku, w którym Podrzycka również brała udział, jest głównym powodem jej powrotu do Świnoujścia. Gerita, mimo że sama w tamtym czasie była małą dziewczynką, wie o wypadku całkiem sporo, ale nie wie wszystkiego. Usilnie stara się zrozumieć, dlaczego wraz z bratem znaleźli się wtedy w tamtym miejscu i co było tak naprawdę przyczyną tragedii. Problem w tym, że ktoś nie chce, aby Podrzycka do sprawy wracała...

Bardzo dobra to była lektura. Nigdy siebie o to nie podejrzewałem, ale coraz bardziej podobają mi się kryminały, gdzie przeszłość śledczego czy ogólnie głównego bohatera, jest powiązana ze sprawą, którą musi rozwiązać. Choć wiadomo - musi to być dobrze podane. A Marek Stelar robi to znakomicie. Nie musi być stale powiększającego się stosu trupów i arcyinteligentnego sprawcy, który dla policji jest niemal nieuchwytny. U tego autora nie to jest najważniejsze. I bardzo to lubię.

Książkę czyta się błyskawicznie, przede wszystkim dlatego, że oprócz śledztwa toczy się po prostu normalne życie. Bohaterowie, czy to Podrzycka, czy komisarz Paweł Szenfeld, który dla Gerity staje się coraz bliższy, to zwyczajni ludzie z zaletami i wadami - jak każdy z nas. Nie kryształowi śledczy pełni cnót, którzy byliby mało wiarygodni.

Na koniec - znów włączył mi się trochę tryb szkolny - a mianowicie: tytuł książki można, według mnie, rozumieć na dwa sposoby.
Pierwszy - "Przeprawa" to jedne z kilku miejsc w Świnoujściu, w którym można przemieścić się z jednej wyspy na drugą i miejsce wypadku.
Drugi - "Przeprawa" jako droga, którą musi przebyć aspirant Podrzycka, aby zrozumieć, co stało się niemal trzydzieści lat temu i przepracować traumę z przeszłości.

Kryminał kojarzy mi się przede wszystkim z trupem. Jednym bądź kilkoma. Ze sprawcą, którego policja musi złapać, ale który przez większość powieści umiejętnie jej umyka. I zagadką, która kręci się wokół mordercy właśnie.

Kryminały Marka Stelara to zupełnie coś innego. Owszem, tutaj także dostajemy jakieś ciało, ale odnoszę wrażenie, że najważniejszą osią fabuły nie jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Grzegorz Mirosław popełnił książkę, która zostanie ze mną na długo. Na bardzo długo...
Kryminały, których akcja dzieje się w górach, czytam zawsze z zapartym tchem. Ale 'Oszast' to coś więcej niż tylko kryminał. To opowieść o dzikiej krainie w samym sercu Beskidu Żywieckiego, wokół której krążą mroczne legendy. Ale czy w każdej legendzie nie znajdziemy czasem ziarnka prawdy?

'Oszast' zaczyna się w sposób bardzo niepokojący. Zakrwawiony i 'zdezorientowany mężczyzna zostaje nad ranem odnaleziony na drodze przez swojego kuzyna, do którego miał dojechać poprzedniego wieczoru wraz z rodziną. Tylko że... jego żona i półroczna córka zniknęły, a w bagażniku policjantka Anna Kocoń odnajduje zwłoki.

Sprawa przechodzi w ręce kryminalnych, a ów mężczyzna - Jan Stelmach, zostaje głównym podejrzanym. I o zabójstwo, i o uprowadzenie swojej rodziny. A może opowieść o żonie i córce to tylko bajeczka dla policji? Sprawę muszą rozstrzygnąć komisarz Jarosław Weber, prokurator Paulina Wyderny i aspirant Anna Kocoń, która ze względu na to, że doskonale zna te tereny, zostaje przydzielona do zespołu. A wszystkie tropy prowadzą do oszastu...

'Oszast' to była jedna z tych książek, które pochłania się jednym tchem. Fabuła, co prawda rozkręca się powoli, ale kiedy już wejdzie na odpowiednie obroty, nie da się od niej oderwać. Zagadka kryminalna jest ważna, oczywiście, ale największy niepokój budzi ta niezbadana beskidzka puszcza.

Fragmenty odnoszące się do tego, co dzieje się w oszaście, przypominają opisy jak z horroru. Drzewa oplatające ludzi, którzy się tam wybierają, opowieści miejscowych górali o „diobłach”, legenda o znikających ludziach. Wszystkie opisy tej krainy, także te, które opowiadają o akcji poszukiwawczej rodziny Stelmacha czy pościgu za prawdopodobnym sprawcą, wywołują nie tylko dreszcze na całym ciele, ale budzą też jakiś pierwotny lęk, którego trudno się pozbyć.

I choć główni bohaterowie byli nieco sztampowi, to w ogóle mi to nie przeszkadzało. Bo cała atmosfera książki zrobiła taką robotę, że nawet początkowa bucowatość Webera i traktowanie z wyższością zwykłej dzielnicowej, którą jest Anka, nie wpłynęła w jakikolwiek sposób na mój odbiór 'Oszastu'.

Każdy rozdział poprzedzony jest też pewnego rodzaju prologiem, który opowiada o czasach wielkiego głodu i zarazy w Galicji w czasie zaboru austriackiego. Długo zastanawiałem się, jaki ma to związek z fabułą książki. Ale kiedy wszystkie puzzle wskoczyły na swoje miejsce, autor odkrył przerażającą „tradycję”, którą zapoczątkowały tamte wydarzenia. Czy jest to „fakt autentyczny”? Chyba nie chcę tego sprawdzać... Mimo wszystko, mam nadzieję, że autor utrwalił ją współcześnie tylko na potrzeby fabuły.

Zakończenie książki sugeruje, że będzie ciąg dalszy tej historii. Być może się mylę, ale jeśli nie, to z niecierpliwością czekam, bo jak najszybciej chcę znów poczuć to, co przeżyłem podczas czytania 'Oszastu'.

Grzegorz Mirosław popełnił książkę, która zostanie ze mną na długo. Na bardzo długo...
Kryminały, których akcja dzieje się w górach, czytam zawsze z zapartym tchem. Ale 'Oszast' to coś więcej niż tylko kryminał. To opowieść o dzikiej krainie w samym sercu Beskidu Żywieckiego, wokół której krążą mroczne legendy. Ale czy w każdej legendzie nie znajdziemy czasem ziarnka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Wielu z Was zapewne czytało biblię literatury grozy, czyli „Draculę” Brama Stokera. A jeśli nie czytaliście, to na pewno oglądaliście jedną z dziesiątek ekranizacji inspirowanych tą powieścią.
Jeśli lubicie ten klimat, to „Pragnienie” Mariny Yuszczuk powinno się Wam spodobać, bo vibe „Draculi”, jest tutaj bardzo mocno wyczuwalny. Choć może nie w całości, ale o tym za chwilę.

Na całe szczęście nie jest to powieść o współczesnym obrazie wampira, który znany jest m.in. z sagi „Zmierzch”, bo taki kompletnie do mnie nie przemawia. Ale nie jest to też taka typowa groza jak u Stokera, którym autorka mocno się inspirowała.

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwszą - XIX-wieczną i drugą - współczesną. Obie napisane są w formie pamiętnika. Taka forma narracji bardzo dobrze oddaje klimat całej powieści. Ale prawie całkowity brak dialogów spowalnia nieco tempo. Mimo wszystko czytało mi się dobrze, choć nie wszystkie elementy fabuły przypadły mi do gustu. Ale od początku.

Oto 'Maria' - wampirzyca z Europy dociera do nowo powstałej osady, która w późniejszych latach ma zostać stolicą Argentyny i musi się w niej odnaleźć. Kobieta - choć w tym przypadku pewnie nie jest to do końca adekwatne słowo - jest ostatnią z rodu wytępionego w Europie przez Kościół. Sieje postrach na ulicach miasta, a dzięki zarazie może praktycznie bez końca delektować się swoim przysmakiem.

Ale oprócz przypadkowych ofiar, wybiera sobie również takie, z którymi nawiązuje głębszą, a nawet erotyczną relację. Tak było i w przypadku Justiny, czy Francisca. I właśnie ta druga postać spowodowała u mnie pewną konsternację. Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły, ale pewne działania mężczyzny przeczyły, według mnie, logice - zważając na to, co wydarzyło się wcześniej.

Alma - współcześnie żyjąca pisarka - zrządzeniem losu otrzymuje klucz do grobowca, w którym 'pochowana' jest wampirzyca. Choć na początku sama nie wie, co w nim się znajduje, ulega ciekawości i 'budzi' Marię. I tu mam kolejny zgrzyt. Między Almą a Marią rodzi się quasi-romantyczna relacja, ale dlaczego? Wydarzenia, które to poprzedzają powinny doprowadzić do zupełnie czegoś innego. W tej części jest też więcej rozterek obyczajowych niż horroru.

W ogóle też nie bardzo rozumiem 'erotyzowania' pewnych zjawisk związanych z wampirami. Choć nie wiem, czy użyłem dobrego słowa do opisania mojej myśli. Dla mnie wampir to wampir. Lubi pić krew, boi się i jednocześnie nienawidzi słońca, śpi w trumnie i potrafi zamienić się w nietoperza. Po co dokładać jeszcze jakieś wzbudzanie pożądania, etc. Fakt, że w „Draculi” też taki wątek wystąpił, ale był on mocno poboczny jedynie dla wzmocnienia grozy. Odniosłem wrażenie, że w „Pragnieniu” jest on nie mniej ważny niż sam wampiryzm.

PS.
Zwykle opis wydawcy sprawdzam dopiero po skończeniu książki. Tym razem naszły mnie dwie refleksje:
1. Albo do końca nie uchwyciłem, o czym dokładnie jest fabuła.
2. Albo opis wydawcy przedstawia książkę nieco inaczej niż jej faktyczny przebieg.

Wielu z Was zapewne czytało biblię literatury grozy, czyli „Draculę” Brama Stokera. A jeśli nie czytaliście, to na pewno oglądaliście jedną z dziesiątek ekranizacji inspirowanych tą powieścią.
Jeśli lubicie ten klimat, to „Pragnienie” Mariny Yuszczuk powinno się Wam spodobać, bo vibe „Draculi”, jest tutaj bardzo mocno wyczuwalny. Choć może nie w całości, ale o tym za...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Hmmm... Mam mały problem z tą książką. Bynajmniej nie z powodu fabuły, bo ta jest - jak do tej pory - najlepsza z całej serii, ale z powodu całego tła dla niej. Nie przeszkadza mi polityka w beletrystyce, ale jest to dość delikatny temat. Osobiście nie lubię, kiedy autor (zamierzenie bądź nie) odnosi się do aktualnej sytuacji politycznej, a czytając 'Bagno', chcąc nie chcąc, trudno nie doszukać się pewnych analogii.

Od razu uprzedzę, żeby nie było niedomówień (nie odnoszę się tylko do tej książki, ale ogólnie): przy okazji beletrystyki poglądy autora są dla mnie nieistotne — sięgam po książki ze względu na fabułę, a nie światopogląd pisarza. Odniesienia do aktualnej polityki potrafią jednak wybić mnie z lektury, bo automatycznie przesuwają uwagę z opowiadanej historii na jej kontekst pozaliteracki.

Dobra, przechodzę już do książki - choć o polityce jeszcze kilka zdań będzie, skoro jest tłem całych wydarzeń.

Autor ponownie zaczyna mocną sceną. Charakterystyczny element w twórczości pana Piotrowskiego, ustawiający tak naprawdę atmosferę całej powieści. Do tego sprawca wymykający się schematom. Doskonale orientujący się w przeszłości nie tylko Brudnego, ale także wielu ważnych polityków. Sam uznający się za ich sędziego i kata.

A komisarz? Staje przed moralnym dylematem: czy zacząć taplać się w bagnie, jakim jest polityka - bo to od strony rządowej przyszła prośba o pomoc - czy pozwolić działać mordercy, którego, choć nie chce się do tego przyznać, w duchu nawet popiera. Zważywszy na to, kim była jego pierwsza ofiara. Szczerze powiedziawszy, sam trochę sprawcy kibicowałem, co tylko pokazuje, że autor bardzo wiarygodnie przedstawił motywy, które nim kierowały.

Nie bez kozery napisałem wcześniej, że mimo politycznego wątku, była to - jak do tej pory - najlepsza przeczytana przeze mnie książka o Brudnym. Akcja trzyma w napięciu praktycznie przez cały czas, a grzechy ofiar Sędziego - które sam wymienia - są wręcz obrzydliwe, co tylko sprawia, że ciężko odłożyć książkę, bo chce się wiedzieć więcej. Dodatkowo sposoby wykonywania wyroków przez samozwańczego kata przypominające te z kodeksu Hammurabiego. Miodzio...

Jeszcze kilka zdań o polityce. Wiecie już, dlaczego nie przepadam, kiedy autor podejmuje ten temat - jeśli odnosi się on do tej aktualnej. Ale jedną rzecz trzeba panu Piotrowskiemu oddać: bardzo trafnie zdiagnozował to, co obecna klasa polityczna robi z Polakami. Posłużę się cytatem:

'Od lat napuszczani na siebie przez klasę polityczną obywatele byli gotowi odejść od stołu wigilijnego albo napluć drugiej osobie w twarz tylko dlatego, że głosuje na inną partię'.

Hmmm... Mam mały problem z tą książką. Bynajmniej nie z powodu fabuły, bo ta jest - jak do tej pory - najlepsza z całej serii, ale z powodu całego tła dla niej. Nie przeszkadza mi polityka w beletrystyce, ale jest to dość delikatny temat. Osobiście nie lubię, kiedy autor (zamierzenie bądź nie) odnosi się do aktualnej sytuacji politycznej, a czytając 'Bagno', chcąc nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Na początek szczere wyznanie. Nie znam twórczości Camilli Läckberg, więc nigdy też nie obiło mi się o uszy nazwisko Henrika Fexeusa. Ale kiedy przeczytałem blurb tej książki - wiedziałem, że muszę mieć ją w swoich rękach, bo to może być coś zdecydowanie dla mnie.

W moim osobistym rankingu kryminały i thrillery skandynawskie dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza - wciąga od pierwszej strony. Druga - rozkręca się powoli. 'Zwierzę ofiarne' to powieść należąca do tej drugiej. Ale to, co dzieje się od połowy książki, całkowicie rekompensuje niemrawy początek.

Pierwsze strony nie zwalają z nóg. Ot - David Lund nie pamięta nic ze swojego dzieciństwa, ale żyje normalnie. I nagle dostaje tajemniczego maila od nieznajomej kobiety, która ma mu do przekazania informacje o jego przeszłości, choć bardzo szczątkowe. O wszystkim dowiadują się wpływowi ludzie w Sztokholmie, którzy są gotowi zrobić wszystko, żeby David nie odzyskał pamięci.

No i właśnie ten początek nie porwał mnie jakoś bardzo. Ale za to to, co zaczęło się dziać od momentu, kiedy David spotyka się z Pauliną Mentzer - ową tajemniczą kobietą - to już zupełnie inna historia. Mężczyzna z pomocą swoich przyjaciół postanawia „odzyskać” swoje dzieciństwo. Sprowadza jednak na nich niebezpieczeństwo, gdyż tajemnicze „Towarzystwo” nie chce odkrycia prawdy.

Akcja zaczyna się gmatwać, pojawiają się kolejne wątki. Człowiek, który był przy Davidzie „od zawsze” okazuje się kimś zupełnie innym, a najbliższym Lunda przytrafiają się tragiczne „wypadki”. Na dodatek mężczyźnie wracają szczątki wspomnień, które mrożą krew w żyłach. To wszystko dzieje się w takim tempie, że nie da się odłożyć książki, nie czytając kolejnego rozdziału.

No i zakończenie. Kompletnie nie trafiłem! Przez niemal całą książkę myślałem, że powodem tych wszystkich zdarzeń jest zlecenie komendanta policji. Praktycznie wszystkie poszlaki wskazywały na niego! Dopiero w ostatnim rozdziale, kiedy zleceniobiorca rozmawia z „Napoleonem”, okazuje się, że to zupełnie ktoś inny. Pytanie tylko - kto? Już nie mogę się doczekać, aż wezmę do ręki kolejny tom.

Słów kilka jeszcze o książce ze strony innej niż fabularna. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, ale w czasie teraźniejszym, co jest dość rzadkie, ale bardzo mi się podobało. Oddało całą atmosferę tej książki. Wtrącenia z przeszłości, opowiadanie z perspektywy Davida, nakreślają całkowity obraz obecnych zdarzeń, ale też budzą niepokój związany z tym, co tak naprawdę się działo w jego domu.

Henrik Fexeus stworzył znakomity thriller, którego nie da się „ot tak” odłożyć w trakcie czytania. Dla mnie to o zdecydowanie jedna z tych książek, które „z jednej strony chcesz jak najszybciej przeczytać, ale z drugiej strony - nie chcesz kończyć czytać”.

Bardzo, bardzo polecam!

Na początek szczere wyznanie. Nie znam twórczości Camilli Läckberg, więc nigdy też nie obiło mi się o uszy nazwisko Henrika Fexeusa. Ale kiedy przeczytałem blurb tej książki - wiedziałem, że muszę mieć ją w swoich rękach, bo to może być coś zdecydowanie dla mnie.

W moim osobistym rankingu kryminały i thrillery skandynawskie dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza - wciąga...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Książka zaczyna się bardzo dobrze, bo od odnalezienia poćwiartowanych zwłok. I szczerze myślałem, że cała fabuła będzie kręcić się wokół tego wydarzenia. Tym bardziej mając na uwadze opis na tylnej okładce. Tyle, że ten blurb nijak miał się do wydarzeń z powieści...

'Kredziarz' to powieść osadzona w dwóch osiach czasowych. Narrator - Ed Adams - wspomina wydarzenia sprzed trzydziestu lat. Tyle, że te wspomnienia są jakieś takie bardzo wyrywkowe. Odniosłem wrażenie, że te fragmenty łączą tylko bohaterowie, czyli przede wszystkim piątka 12-letnich przyjaciół: Ed, Gav, Mickey, Hoppo i Nicky, którzy są świadkami lub uczestnikami kilku dziwnych i makabrycznych zdarzeń w mieście.

Te współczesne wydarzenia są trochę bardziej zrozumiałe, bo każdy rozdział jest kontynuacją poprzedniego. Ed próbuje dojść do tego, skąd - po 3 dekadach - on i jego przyjaciele dostali liściki z kredowym ludzikiem. Chociaż... W międzyczasie ginie Mickey, który wcześniej go odwiedza, okazuje się, że zarówno matka jak i współlokatorka, która okazała się przyrodnią siostrą Nicky nie do końca są z nim szczere. Bardzo pogmatwane to wszystko.

To, że te współczesne wydarzenia były w miarę logiczne, nie zmienia faktu, że nie bardzo wiem o czym ta książka była. Plot twistów było sporo, ale - poza jednym - były wrzucane na chybił-trafił, przynajmniej dla mnie. Ale wina może leżeć też po mojej stronie, bo w narracji mocno „zalatywało” mi Stephenem Kingiem, a ja za Kingiem, mówiąc dyplomatycznie, nie przepadam...

Możnaby powiedzieć, że zakończenie mnie zaskoczyło, ale ostatecznie nie dowiedziałem się kto tym tytułowym kredziarzem był. Ed, który chował u siebie pudełko z kredami? Pan Halloran, po którego śmierci wszystkie dziwne zdarzenia w Anderbury ustały? Bo przecież nie Chloe, która urodziła się po wydarzeniach z 1986 roku...

A właśnie - jeszcze jeden props. Za pana Hallorana właśnie. Bo ta postać faktycznie roztaczała taką tajemniczą aurę, że trochę żałowałem, że nie była zaakcentowana jeszcze mocniej. Całościowo jednak - liczyłem na mocny thriller z elementami horroru - dostałem thriller, który tylko momentami wywoływał u mnie lekki niepokój, a częściej pytanie „o co tu chodzi?” w kontekście „nie do końca rozumiem, dlaczego to się tu znalazło”.

Książka zaczyna się bardzo dobrze, bo od odnalezienia poćwiartowanych zwłok. I szczerze myślałem, że cała fabuła będzie kręcić się wokół tego wydarzenia. Tym bardziej mając na uwadze opis na tylnej okładce. Tyle, że ten blurb nijak miał się do wydarzeń z powieści...

'Kredziarz' to powieść osadzona w dwóch osiach czasowych. Narrator - Ed Adams - wspomina wydarzenia sprzed...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Tę książkę wziąłem „przez przypadek” z półki w Empiku. Lubię kryminał skandynawski, a skoro zobaczyłem nazwisko, którego wcześniej nie znałem - po przeczytaniu opisu - stwierdziłem, że warto po nią sięgnąć. Autorka, choć z pochodzenia jest Finką, to od lat mieszka na Islandii (wiedza z Wikipedii), więc jej twórczość z pewnością do kryminału skandynawskiego można zaliczyć.

I nie zawiodłem się. 'Hildur' to osadzony w islandzkim klimacie kryminał nordic noir, który wciąga od pierwszej strony, choć wcale nie opisem brutalnej zbrodni, a nawiązaniem do miejscowych podań i legend.

Fabuła książki prowadzona jest bardzo dobrze. Sprawnie, bez zbędnych opisów czy dialogów. Bardzo lubię taką narrację, która powoduje, że przez cały czas czytania książki szukam sprawcy wśród już poznanych postaci. Rämö umiejętnie pobudza czytelnika do prowadzenia swojego własnego śledztwa. Bardzo podobały mi się też rozdziały, które były niejako pamiętnikiem sprawcy. Wprowadzały dodatkowy element tajemniczości.

Zauważyłem, że przedstawiciele kryminału skandynawskiego dużo uwagi poświęcają swoim bohaterom - nie tylko tym głównym. Rämö także stosuje rozbudowane opisy postaci. Fajny zabieg, ale według mnie trzeba z nim uważać, bo łatwo przedobrzyć. W tym przypadku jednak opisy są wtrącane w taki sposób, że po prostu łatwiej poznajemy bohaterów - dzięki temu można się z nimi w jakimś stopniu utożsamiać.

Na pewno na duży plus jest sporo odniesień do islandzkich legend. Myślę, że niewielu Polaków może pochwalić się większą wiedzą na temat tej wyspy, a tutaj możemy poznać chociaż jej namiastkę. Choć tamtejsze nazwy mogą powodować lekkie trudności w wymowie 😅

Tę książkę wziąłem „przez przypadek” z półki w Empiku. Lubię kryminał skandynawski, a skoro zobaczyłem nazwisko, którego wcześniej nie znałem - po przeczytaniu opisu - stwierdziłem, że warto po nią sięgnąć. Autorka, choć z pochodzenia jest Finką, to od lat mieszka na Islandii (wiedza z Wikipedii), więc jej twórczość z pewnością do kryminału skandynawskiego można...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

'Cudze dziecko' to moje pierwsze spotkanie z piórem Daniela Hursta. Fun fact jest taki, że kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym pisarzu, myślałem, że to Polak 🤭
Ale wracając do książki - spotkanie można uznać za udane. Nie bardzo dobre, ale udane.

Dlaczego „tylko” udane? Z jednego - ale bardzo ważnego - powodu. Fabuły. To nie tak, że widziałem tam jakieś dziury czy nieścisłości, ale sam fakt zamiany noworodków przez jedną z matek w noc po porodzie - dla mnie - trąci z lekka abstrakcją.

Ale trzeba oddać autorowi, że mimo dość absurdalnego głównego wątku wszystko, co dzieje się w książce, bardzo dobrze się z nim klei. Jade, która na oddziale porodowym niespodziewanie spotyka Avril - kobietę, która kilka lat temu zniszczyła jej życie - obmyśla okrutny plan zemsty. Plan, który może udać się dlatego, że Jade wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś.

Ale właśnie z powodu tego, co zrobiła, kobieta nie może pozbyć się lęku i obaw przed odkryciem prawdy. Co jednak spowodowało, że posunęła się do aż tak drastycznego czynu? Autor wyjaśnia to dzięki wtrąceniom Jade, która wspomina wydarzenia sprzed siedmiu lat, które całkowicie zmieniły życie obu kobiet.

Autor potrafi budować napięcie. Mniej więcej do dwóch trzecich książki akcja rozwija się raczej spokojnie. Oczywiście, sytuacje, które przytrafiały się czy to Jade czy Avril mocno skupiały uwagę, zwłaszcza tej pierwszej - to przecież ona była prowodyrką wszystkich późniejszych zdarzeń.

Fabuła dość mocno przyspiesza w momencie, w którym Avril odkrywa prawdę. Całą książkę czyta się  szybko, ale od tej chwili historia pędzi jak szalona. A końcówka książki totalnie mnie zaskoczyła - bo pozornie wszystko się wyjaśniło, a jednak autor zaserwował plot twist, którego w ogóle się nie spodziewałem.

Narracja jest pierwszoosobowa i prowadzona zamiennie z perspektywy dwóch głównych bohaterek, co jest idealnym rozwiązaniem w thrillerze psychologicznym. Dzięki temu można lepiej poznać motywacje obu kobiet i dobrze wczuć się w emocje, które nimi targają. A czegoś takiego nie odda narrator trzecioosobowy.

I choć - jak wspomniałem na początku - cała fabuła oparta jest na dość absurdalnym założeniu, to autor wybronił się tym, że potrafił wokół niego utkać historię o lęku, depresji i zemście. I jeszcze o karmie. Bo przecież karma zawsze wraca, prawda?

'Cudze dziecko' to moje pierwsze spotkanie z piórem Daniela Hursta. Fun fact jest taki, że kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym pisarzu, myślałem, że to Polak 🤭
Ale wracając do książki - spotkanie można uznać za udane. Nie bardzo dobre, ale udane.

Dlaczego „tylko” udane? Z jednego - ale bardzo ważnego - powodu. Fabuły. To nie tak, że widziałem tam jakieś dziury czy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Oh Matilde... Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę pod wielkim wrażeniem powieści obyczajowej to bym mu odpowiedział, że chyba sobie żartuje. 'Matilde' R.A. Olka to nie jest moje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem, ale po raz pierwszy zostanie mi po niej coś więcej niż tylko odhaczona lektura.

Ta książka to nie tylko zwykła obyczajówka. To także literatura wojenna, bo cała główna część książki dzieje się w przededniu i w czasie II wojny światowej. A nawet podpiąłbym ją też pod literaturę piękną. 'Matilde' roztacza wokół siebie jakąś taką szczególną, niesamowitą aurę. Ostatni raz coś takiego czułem po lekturze 'Mariny' Carlosa Ruiza Zafóna.

R.A. Olek opisuje tu życie tytułowej Matilde, choć wszystko zaczyna się... później - bo w Kłodzku w roku 1970. Dopiero w trakcie rozmowy młodej dziewczyny z byłym milicjantem przenosimy się do Breslau w przeddzień wybuchu II wojny światowej, a więc do końcówki lat .30 XX wieku.

I właśnie Breslau jest -według mnie - tak samo równorzędnym bohaterem tej powieści jak Matilde Berg. Autor opisuje to miasto jako tętniące życiem miejsce, które jednak powoli przesiąka atmosferą panującą w całej III Rzeszy, czego dowodem była m.in. Kristallnacht, niezwykle obrazowo opisana przez R.A. Olka.

Sama Matilde również jest przesiąknięta ideologią, co budzi wściekłość jej ojca Hermanna Berga - szanowanego w mieście bankiera. Nie bez wpływu na to pozostaje fakt, że wybrankiem jej serca jest Hans Neumann, syn piekarza i członek Hitlerjugend, a więc ktoś - według Berga - niegodny serca Matilde.

Kolejne karty książki to przejmująca opowieść o tęsknocie, cierpieniu i rozczarowaniu. O tym, jak wojenna pożoga potrafi zmienić człowieka i zupełnie przewartościować jego życie. Świat opisywany przez R.A. Olka jest niezwykle namacalny. Podczas czytania, tego co dzieje się zarówno w Breslau jak i w innych miejscach, miałem wrażenie, jakbym stał obok i wszystkiemu się przyglądał. Chłonąłem atmosferę całym sobą.

Jeszcze półtora roku temu od razu wziąłbym do ręki drugi tom. Jednak od jakiegoś czasu lubię sobie zrobić przerwę między kolejnymi częściami tej samej serii. Ale coś czuję, że w tym przypadku będzie ona krótsza niż zazwyczaj.

Oh Matilde... Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę pod wielkim wrażeniem powieści obyczajowej to bym mu odpowiedział, że chyba sobie żartuje. 'Matilde' R.A. Olka to nie jest moje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem, ale po raz pierwszy zostanie mi po niej coś więcej niż tylko odhaczona lektura.

Ta książka to nie tylko zwykła obyczajówka. To także literatura wojenna, bo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Są takie kryminały, które walą trupem w czytelnika od pierwszej strony. Są też takie, które rozkręcają się powoli - choć mogłoby się wydawać inaczej — to nie zwłoki są w centrum wydarzeń. 'Rumor' Roberta Małeckiego należy do tej drugiej kategorii. I choć zasadniczo — co kilka razy już podkreślałem — jestem zdecydowanym fanem tych pierwszych, to książka, której dotyczy ten raport, wywarła na mnie duże wrażenie.

'Rumor' to dopiero druga — po 'Zmorze' — książka autora, którą przeczytałem, ale pomimo mojego skromnego dorobku mogę powiedzieć, że pomału staje się jego fanem.

Ale przechodząc już do książki. Fabuła zaczyna się od znalezienia szczątków na działce przynależnej do teścia Andrzeja Rumowskiego. I choć mężczyzna wie, do kogo należą i dlaczego się tam znalazły, czytelnik nie dowiaduje się tego — przynajmniej nie od razu. Bardzo dobry manewr autora, żeby wodzić za nos, bo przecież każdy chce wiedzieć, jakie jest rozwiązanie.

A kim jest Andrzej Rumowski, „Rumor”? To człowiek bez przeszłości, podrzutek do domu dziecka, którego jedyną rodziną była zmarła przed rokiem żona Ilona i teść z postępującą demencją. Człowiek na wskroś samotny. Jedynym jego przyjacielem jest pies Kamper.

Kompletnym jego przeciwieństwem jest Marcin Zgonowicz — podcaster-celebryta. Przyjaciel Rumora, który tak naprawdę nigdy nim nie był. Choć jest tak samo współwinny zbrodni, robi wszystko, żeby go z nią nie powiązać, obwiniając najpierw żonę Rumowskiego, a następnie jego teścia.

Wracając do książki. Gdy z powodu kilku niezrozumiałych — według policji — ruchów Andrzeja pętla wokół niego się zaciska, bohater podejmuje desperacką próbę ucieczki, która momentami wygląda jak gra z organami ścigania. I od tego momentu napięcie w książce narasta i nie puszcza aż do końca.

Ale tutaj nastąpił też u mnie pewien zgrzyt, który „urwał” tę jedną gwiazdkę z oceny. Bo Rumor w tej grze zachowuje się trochę jak człowiek doświadczony w ucieczce przed funkcjonariuszami, jakby robił to nie pierwszy raz. A przecież to tylko „zwykły” mechanik. Ale to może po prostu ja się czepiam.

Wątków w tej książce jest dużo, mieszają się ze sobą, ale czytelnik nie powinien mieć wrażenia chaosu, bo to wszystko bardzo logicznie się ze sobą spina. Oprócz tego najważniejszego — dotyczącego ucieczki Rumora — jest jeszcze jeden istotny. A mianowicie Ryszard Kobrzyn — były gangster, obecnie przedsiębiorca. Ojciec zaginionego przed dwudziestu laty Mikołaja.

Myślałem na początku, że to będzie po prostu istotny, ale jednak poboczny wątek. Z czasem z postaci drugoplanowej Kobrzyn staje się — obok Rumowskiego i Zgonowicza — bohaterem pierwszoplanowym. Bo kiedy dowiaduje się prawdy, to jego pościg, aby pomścić syna, staje się równie ekscytujący jak poznanie dalszych losów Rumora.

Ale ta książka to nie tylko kryminalna zagadka. To także przestroga przed tym, żeby nie wierzyć wszystkiemu, co słyszy się w mediach, bo najczęściej kreują one rzeczywistość tak, aby dobrze się sprzedawała. Zwłaszcza w sprawach, których „szary” Kowalski nie ma narzędzi do rzetelnej weryfikacji.

Są takie kryminały, które walą trupem w czytelnika od pierwszej strony. Są też takie, które rozkręcają się powoli - choć mogłoby się wydawać inaczej — to nie zwłoki są w centrum wydarzeń. 'Rumor' Roberta Małeckiego należy do tej drugiej kategorii. I choć zasadniczo — co kilka razy już podkreślałem — jestem zdecydowanym fanem tych pierwszych, to książka, której dotyczy ten...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

No panie Jakubie, żeś mi pan zaimponował...
Zacznę od tego, że na lubimyczytać.pl ta książka sklasyfikowana jest jako kryminał/thriller. Ja bym jednak poszedł bardziej w kierunku horroru. Chociaż... Są tu elementy jednego i drugiego gatunku, więc na potrzeby tej recenzji stworzę nowy - horror kryminalny.

Książka od początku wprowadza atmosferę rodem z najlepszych filmów grozy. Mąż i ojcie, pod wpływem dziwnych głosów w swojej głowie, morduje swoją żonę i dwójkę dzieci, a po tym, jak zostaje skazany - dom w którym mieszkała rodzina stoi opuszczony przez 30 lat...

Sprawa domu wraca, gdy do podcastera Jacka Gadowskiego dzwoni tajemniczy Karol. I w tym miejscu akcja książki rozkręca się na dobre. Każda kolejna scena związana z opuszczonym budynkiem jest straszniejsza od poprzedniej. Autor doskonale wprowadza czytelnika w cały ten klimat domu, który według plotek okolicznych mieszkańców jest nawiedzony. Dodatkowy dreszczyk wywołuje to, że jak tylko Gadowski chce rozmawiać o sprawie, wszyscy, którzy mogą coś na ten temat wiedzieć, nabierają wody w usta.

No ale nazwałem tę książkę horrorem kryminalnym. No bo wątkiem kryminalnym też autor czytelnika uraczył. Mowa tu o tym, że równo w trzydziestą rocznicę pierwszego zabójstwa, w domu dochodzi do kolejnej zbrodni... I choć Jacek jest „tylko” podcasterem, postanawia sam ją wyjaśnić.

Czytałem już wiele książek, w których - oprócz policyjnego - ktoś niepowiązany ze służbami prowadził własne śledztwo. 'Dom zła' na ich tle wyróżnia się tym, że oprócz tej horrowej i kryminalnej otoczki toczy się normalne życie. Autor umiejętnie potrafi wszystko ze sobą połączyć. Te „przeskoki” czy „chwile oddechu” bardzo mi się podobały, bo nie były one oderwane od fabuły. Dzięki temu książkę bardzo dobrze się czytało.

Na słowa uznania zasługują też dialogi. Są naturalne, wynikają z fabuły. Bez zbędnych pojęć terminologii czy sztuczności, które mogłyby sprawić czytelnikowi problem. Zresztą, mi taka sztuczność czy rozmowy „na siłę” zawsze psują przyjemność z lektury. Także duże ukłony w stronę autora.

Co jeszcze bardzo zagrało?
Coraz to nowe wątki i zwroty akcji, które w pewnym momencie zaczęły pojawiać się dość często, ale wszystkie były logiczne i wynikały z toczącej się akcji.
Czytając zakończenie, siedziałem jak na szpilkach, a sprawca okazał się dla mnie niemałym zaskoczeniem.

Ah, bym zapomniał - to już tak poza recenzją. Słyszeliście kiedyś porównanie „jak z kozich cycków kastaniety”? Ja przyznam, że spotkałem się z nim pierwszy raz i bardzo mi się spodobało.

No panie Jakubie, żeś mi pan zaimponował...
Zacznę od tego, że na lubimyczytać.pl ta książka sklasyfikowana jest jako kryminał/thriller. Ja bym jednak poszedł bardziej w kierunku horroru. Chociaż... Są tu elementy jednego i drugiego gatunku, więc na potrzeby tej recenzji stworzę nowy - horror kryminalny.

Książka od początku wprowadza atmosferę rodem z najlepszych filmów...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Systematycznie, zgodnie z obietnicą daną sobie i autorowi, nadrabiam serię o Igorze Brudnym. I choć, według mnie, 'Zaraza' nie jest książką na 5/5, to - mimo wszystko - ciężko mi znaleźć słabe strony tej powieści. Zastanawiam się, czy jakiekolwiek książki autora w ogóle takie mają. Choć póki co, poza tą serią, po nic innego jeszcze nie sięgnąłem.

Nie czytam serii na bieżąco - mimo tragicznego zakończenia 'Cheruba' wiedziałem, że będą dalsze części (bo przecież wszystkie mam na półce). Zastanawiałem się jednak, jak autor utka tę opowieść w momencie, gdy praktycznie cały zespół inspektora Czarnieckiego nie żyje, a on sam definitywnie przeszedł na emeryturę.

Ale w zamian za tych, których już nie ma, pojawiają się nowi bohaterowie, którzy wcale nie są gorsi od poprzednich pod względem złożoności czy charakteru. Przede wszystkim mam tu na myśli komisarza Artura Kłosa i prokuratora Karola Magierę.

Ten pierwszy, zajmujący w pewnym sensie miejsce inspektora, jest jego kompletnym przeciwieństwem. Moralnie wątpliwy, karierowicz, wobec którego pojawiają się podejrzenia o związki z gangami - i to nie takie, jakie powinny występować na linii przestępca–policjant. Nie daje się lubić od początku i z czasem wcale się to nie zmienia.

Natomiast prokurator Magiera z początku sprawia bardzo podobne wrażenie jak Kłos. Z czasem jednak trochę zyskuje - przede wszystkim wtedy, gdy wyjawia Julce Zawadzkiej motywy swojego postępowania. Nie ulega jednak wątpliwości, że patrzy przede wszystkim na własne korzyści.

A skoro już o Julce mowa - po tym, co spotkało Brudnego i z czym musi się w związku z tym mierzyć, mam wrażenie, że jest jej „więcej” niż w poprzednich częściach. Jest to jak najbardziej na plus, bo gdyby nie ona, to gdzie byłby teraz Igor, który po miesiącach spędzonych w śpiączce znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości?

No ale najważniejsza w kryminale jest fabuła. A ta jest ciekawa i złożona. Wiele pozornie niezwiązanych ze sobą wątków łączy się w zaskakujący sposób. Choć zawsze staram się wytypować sprawcę, zanim autor go ujawni, czasem mi się to nie udaje — i tutaj również poniosłem fiasko, mimo że miałem swoje typy.

Ponadto bardzo podobało mi się przybliżenie historii wielu postaci pobocznych, ale dla fabuły niezwykle istotnych. Ach, i bym zapomniał - poznajemy też aspiranta Mściwoja Kruszwicę, zdolnego policjanta, roztaczającego wokół siebie pewną aurę, który jako jedyny - oprócz Julki i Igora - wydaje się mieć kręgosłup moralny. Swoją drogą, autora nieźle poniosła wyobraźnia przy wyborze imienia.

Ale 'Zaraza' to nie tylko zagadka kryminalna. To również smutny obraz młodych dziewczyn próbujących wyrwać się z biedniejszych regionów do większego miasta. Smutny dlatego, że zamiast lepszego życia trafiają w ręce ludzi, którzy zgotowują im piekło na ziemi. To także powieść o zgniliźnie, jaka toczyła i nadal toczy ludzi u władzy - zarówno dziś, jak i w czasach słusznie minionych.

Tak już na marginesie - osobiście bardzo podobało mi się „zdiagnozowanie” przez autora, w jednym z rozdziałów, całej klasy politycznej. Obserwując politykę - czy to polską, czy zagraniczną - trudno choć w minimalnym stopniu nie przyznać panu Piotrowskiemu racji.

Systematycznie, zgodnie z obietnicą daną sobie i autorowi, nadrabiam serię o Igorze Brudnym. I choć, według mnie, 'Zaraza' nie jest książką na 5/5, to - mimo wszystko - ciężko mi znaleźć słabe strony tej powieści. Zastanawiam się, czy jakiekolwiek książki autora w ogóle takie mają. Choć póki co, poza tą serią, po nic innego jeszcze nie sięgnąłem.

Nie czytam serii na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dziwna to była książka. Niby horror, ale jakoś nie bardzo poczułem grozę. Nie była to zła powieść, bardzo dobrze się ją czytało, ale jeśli sięgam po horror, to jednak chciałbym się bać. Albo chociaż poczuć mniejszy czy większy niepokój. Tutaj - poza pojedynczymi fragmantami - tego nie było.

Ale jak już wspomniałem, książka sama w sobie zła nie była. Bardzo podobała mi się atmosfera miejsca. Szpital psychiatryczny wyłącznie dla kobiet, gdzieś pośród pól Nebraski, odcięty od świata... To mogło wzbudzić ponurą atmosferę i zacząłem sobie dużo po tej książce obiecywać.
Alle specjalizacja placówki już wywołała we mnie uczucie pt. „trochę to dziwne” - terapeutki miały przygotować pacjentki do tego, żeby potrafiły być gospodyniami domowymi.

Początek był dla mnie trochę chaotyczny. Nie do końca poukładane było to wszystko. Charlotte Turner, która zeznawała na policji opisywała swoje odczucia w specyficzny sposób. Nie wiadomo, co było tylko halucynacją, a co prawdziwymi wydarzeniami. Perspektywa zmienia się dopiero wtedy, gdy kobieta traci przytomność.

I tutaj następuje pewien zwrot, bo okazuje się, że Charlotte Turner to tak naprawdę Morgan Bright. Kobieta, która wymyśliła postać chorej gospodyni domowej, żeby dostać się do szpitala ponieważ chciała poznać prawdę o śmierci swojej siostry, która przebywała tu kilka lat wcześniej. To akurat bardzo mi się podobało. Bo Charlotte tak mocno przeniknęła w Morgan, że czasem ciężko było rozpoznać, z którą osobowością na się do czynienia.

Książka podzielona jest na kilka części, które dają czytelnikowi cały obraz zdarzeń. Pierwsza z nich to opowieść z perspektywy Charlotte, druga - z perspektywy Morgan. Interesujące jest to, że odczucia 'obu' kobiet na temat tych samych zdarzeń są zupełnie inne. Kolejne części to przesłuchanie kobiety po ucieczce ze szpitala oraz transkrypcja wiadomości wymienianych przez Morgan ze swoją siostrą. Ta ostatnia odsłania nam powód dlaczego Hadleigh znalazła się w Hollyhock.

Chociaż wyodrębniłbym jeszcze jedną część. Chodzi o moment, gdy Charlotte/Morgan zostaje przeniesiona do, rzekomo nieistniejącej, części szpitala. I dopiero tutaj poczułem jakąś namiastkę horroru. Bo choć nadal narracja prowadzona jest z perspektywy Morgan, to osobowości zaczynają się mieszać, prowadzą ze sobą „pojedynek” o to, która jest bardziej dominującą - ta wymyślona czy ta prawdziwa. Tutaj zaczyna być faktycznie lekko niepokojąco.

W całej książce są sceny, które faktycznie mogą przyprawiać o dreszcze - jak niektóre formy 'terapii', ale dużo jest też takich, które mimo tego, że opisy mogą u innych czytelników sprawić, że wlos się jeży, to na mnie nie zrobiły jakiegoś wielkiego wrażenia. Podobnie miałem przy kilku podejściach do twórczości Stephens Kinga. Muszę przyznać, że w przypadku 'Odkupienia Morgan Bright' większe emocji wywołałaby u mnie ekranizacja książki.

Dziwna to była książka. Niby horror, ale jakoś nie bardzo poczułem grozę. Nie była to zła powieść, bardzo dobrze się ją czytało, ale jeśli sięgam po horror, to jednak chciałbym się bać. Albo chociaż poczuć mniejszy czy większy niepokój. Tutaj - poza pojedynczymi fragmantami - tego nie było.

Ale jak już wspomniałem, książka sama w sobie zła nie była. Bardzo podobała mi się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Szczerze przyznam, że trudno mi tę powieść sklasyfikować. Czy jest to thriller? Kryminał? Kryminał z elementami thrillera? A może thriller z elementami kryminału? To akurat w tym wszystkim jest najmniej istotne. A to dlatego, że jest ona tak po prostu — bardzo dobra.

'Ptasznik' skupia się na historii głównego bohatera Heinricha Vogla — pół-Polaka, pół-Niemca. Człowieka po przejściach, odsiadującego kilka lat temu wyrok, który dostał za zadanie odkrycie zagadki śmierci swojego ojca, którego nienawidzi. Powieść zaczyna się dość nietypowo — bo właśnie od przedstawienia głównej postaci, z czym ja spotkałem się chyba po raz pierwszy.

Sama fabuła pozbawiona jest szalonego tempa czy zaskakujących plot twistów, ale dzięki tematowi, z jakim musi zmierzyć się Vogel, trzyma w napięciu niemal do samego końca. A gdy w sprawę angażuje się najpierw CBŚP, a potem nawet ABW, w głowie czytelnika powstaje jeszcze więcej pytań.

Dodatkowego smaczku całej książce dodaje fakt, że w sprawę coraz bardziej angażuje się oficer CBŚP Iwona Banach, którą to zaczynają łączyć z Voglem coraz bardziej osobiste relacje. I to dzięki jej pośredniej i bezpośredniej pomocy Heinrich dochodzi do pewnych zaskakujących faktów z życia swojej rodziny.

Co prawda, zakończenie nie było może zbyt szokujące, bo okazało się, że cała intryga miała dość trywialne pobudki. To jednak cała powieść bardzo mi się podobała. Nie w każdym thrillerze czy kryminale trup musi ścielić się gęsto, czy krew lać się strumieniami, żeby czytało się go z zapartym tchem i czekało na więcej.

Szczerze przyznam, że trudno mi tę powieść sklasyfikować. Czy jest to thriller? Kryminał? Kryminał z elementami thrillera? A może thriller z elementami kryminału? To akurat w tym wszystkim jest najmniej istotne. A to dlatego, że jest ona tak po prostu — bardzo dobra.

'Ptasznik' skupia się na historii głównego bohatera Heinricha Vogla — pół-Polaka, pół-Niemca. Człowieka po...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Thrillery psychologiczne od Maxa Czornyja są… chore. Nie potrafię znaleźć innego słowa na określenie tego, co dzieje się w powieściach wychodzących spod pióra tego autora w tym gatunku. Ale żeby nie było — bardzo lubię te historie, po prostu za każdym razem zostawiają mnie z pytaniem: „że co?”.

Nie inaczej było przy lekturze 'Sezonu drugiego'. Choć przyznam, że z początku ta książka wydawała mi się trochę nudna — aż do pierwszego plot twistu. A te autor opanował doskonale. Ale najpierw kilka rzeczy o samej konstrukcji książki.

Bardzo ciekawa jest koncepcja reality show. Kto z nas nie widział chociaż jednego odcinka Big Brothera czy Baru? A jeśli ktoś z Was należy do młodszego pokolenia, to na pewno o tych programach słyszał. Ta powieść to w sumie połączenie Big Brothera z Simsami. Ale też trochę z Truman Show czy serią horrorów 'Piła'.

Mimo że książka ma tytuł 'Sezon drugi', akcja dzieje się naprzemiennie z pierwszym sezonem. W jednym i drugim przypadku bohaterami reality show jest para, która na oczach widzów ma udawać małżeństwo. Ale — tak jak wspomniałem na początku — dopóki nie doszło do pierwszego plot twistu, niewiele się działo, bo też nie za bardzo widziałem związek między dwoma sezonami show.

Kiedy Czornyj serwuje pierwszy zwrot akcji, w końcu zaczyna się coś dziać. I od tego momentu w poczynania uczestników (i czytelników przy okazji) wkrada się coraz więcej niepokoju. Co jest prawdziwe, a co wyreżyserowane? Co kierowało producentami, że akurat wybrali te konkretne osoby? Dlaczego bohaterowie show widzą bliskie im osoby, które zmarły dawno temu?

Być może to znów moja nadinterpretacja, ale 'Sezon drugi' opowiada historię o tym, do czego potrafią posunąć się ludzie dla wielkich zysków i jak bardzo — z własnej woli — ograniczają swoją wolność czy obnażają intymność, mając w perspektywie wielomilionową wygraną.
Tylko co wtedy, jeśli któraś z osób odpowiedzialnych za program postanawia przekroczyć już i tak za daleko przesuniętą granicę?

Thrillery psychologiczne od Maxa Czornyja są… chore. Nie potrafię znaleźć innego słowa na określenie tego, co dzieje się w powieściach wychodzących spod pióra tego autora w tym gatunku. Ale żeby nie było — bardzo lubię te historie, po prostu za każdym razem zostawiają mnie z pytaniem: „że co?”.

Nie inaczej było przy lekturze 'Sezonu drugiego'. Choć przyznam, że z początku...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jasny gwint! Do któregoś momentu myślałem, że będzie to najsłabsza książka Piotra Kościelnego, jaką do tej pory czytałem. Ale po ostatniej stronie nie jestem już tego taki pewien. Choć fakt faktem — nie wszystko mi się w tej powieści podobało.

Zacznę od słabszych stron, choć jest ich niewiele, biorąc pod uwagę grubość 'Skóry'. Pierwsza dotyczy niektórych dialogów między policjantami i opisu ich pracy na miejscu zbrodni. Odniosłem wrażenie, że pojedyncze rozmowy są nieco sztuczne, a niżsi rangą funkcjonariusze mało kompetentni — jakby trzeba było prowadzić ich za rękę.

Druga rzecz to fakt, że prowadzący śledztwo komisarz Majchrzak na początku typował podejrzanych na chybił-trafił, a podczas przesłuchań cechował się nadmierną brutalnością. Nie znam prawdziwych, „pozaksiążkowych” realiów pracy w policji, ale takie przedstawienie sprawy wydało mi się jednocześnie trochę karykaturalne i wyolbrzymione.

Mimo tego, ostatecznie powieść oceniam dość wysoko, bo cała główna oś fabularna jest rewelacyjna. Nieuchwytny morderca, bawiący się z policją w kotka i myszkę, zawsze o krok przed nimi. Sprawa na tyle skomplikowana, że trzeba było szukać posiłków wśród najlepszych w innych jednostkach.

Nie do końca jasne motywy sprawcy, które koniec końców okazały się prozaiczne. Podsuwanie mylnych tropów na miejscach zbrodni, przez co policja nie mogła odnaleźć prawdziwej motywacji mordercy. Coraz bardziej drastyczne opisy dokonywanych zabójstw. Sprawca, który za każdym razem pozostawia ofiary jako element inscenizacji.

A gdy wreszcie policji udaje się wytypować głównego podejrzanego, autor tak umiejętnie prowadzi fabułę, że czytelnik do samego końca nie jest pewien, czy to strzał w dziesiątkę, czy jednak ślepak. Bo choć poszlaki są mocne, to twardych dowodów brak.

Sam złapałem się na tym, że oprócz głównego podejrzanego miałem też kilka innych typów — w tym jeden dość absurdalny. Ale to tylko potwierdza kunszt autora, bo właśnie o to, według mnie, chodzi: żeby czytelnik niemal do końca siedział jak na szpilkach, czekając na rozwiązanie.

I choć ostatecznie sprawcą okazał się ten, wobec którego w pewnym momencie zacząłem nabierać podejrzeń, to cały ostatni rozdział i tak był dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak brutalny i krwawy. Choć z drugiej strony mam wrażenie, że zakończenia książek Kościelnego są pisane w taki sposób, że spokojnie można by dopisać jeszcze co najmniej jeden rozdział.

Jasny gwint! Do któregoś momentu myślałem, że będzie to najsłabsza książka Piotra Kościelnego, jaką do tej pory czytałem. Ale po ostatniej stronie nie jestem już tego taki pewien. Choć fakt faktem — nie wszystko mi się w tej powieści podobało.

Zacznę od słabszych stron, choć jest ich niewiele, biorąc pod uwagę grubość 'Skóry'. Pierwsza dotyczy niektórych dialogów między...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Czytałem wiele książek, w których narrator był pierwszoosobowy. Albo takich, w których fabuła opowiadana była z dwóch różnych perspektyw. Ale jeszcze nigdy nie trafiłem na taką, w której narracja prowadzona byłaby w taki sposób jak w 'Odcieniach przemocy'. W tej powieści autor używa języka bardzo prostego, zdawkowego, czasem wręcz „rynsztokowego”. I nie jest to zarzut (o tym później).

Bo o ile świat widziany oczami miejscowego typa spod ciemnej gwiazdy, opisany w taki sposób, nie wywołuje dysonansu, to pokazanie, że w równie prostacki sposób otaczającą rzeczywistość może postrzegać policjant, jest zabiegiem bardzo ciekawym. Autor w ten sposób pokazuje, że oba światy — policyjny i przestępczy — są ze sobą ściśle powiązane, a niekiedy nawet się przenikają.

Doskonale widać to w momentach, gdy Grot niejednokrotnie musi naginać procedury lub postępować nie do końca zgodnie z prawem, a Bursztyn, mimo — łagodnie rzecz ujmując — niechęci do policji, próbuje pomóc, choć głównie na własną rękę, w odnalezieniu zabójcy ukochanej kobiety.
Sama intryga również została dobrze ułożona. Śledztwo, początkowo skierowane na znalezienie zabójcy, z czasem się rozwarstwia, co pokazuje, że całe to środowisko to naczynia połączone.

Bohaterowie-narratorzy są także bardzo wyraziści. To prości ludzie, niepozbawieni wad. Grot nie potrafi do końca ułożyć sobie życia prywatnego, natomiast Bursztyn to drobny diler narkotykowy, który nie stroni od agresji. Nie można powiedzieć, że łatwo się z nimi utożsamiać czy ich polubić — zwłaszcza w przypadku Bursztyna — ale ich charakterystyka mocno zapada w pamięć.

Tyle dobrego. Teraz trochę o wadach.
O ile sam pomysł na prowadzenie narracji jest bardzo oryginalny i ogólnie dobrze poprowadzony, to nie do końca odpowiadało mi skakanie po datach. Zabrakło mi albo wyraźniejszej chronologii między obiema relacjami, albo tego, by były one prowadzone równolegle.

Druga rzecz dotyczy rozwiązania zagadki śmierci Karli oraz zakończenia z perspektywy Bursztyna. To pierwsze nie wywołało we mnie okrzyku „wow”. Natomiast sposób, w jaki skończył Bursztyn, nie był dla mnie do końca zrozumiały.

Czytałem wiele książek, w których narrator był pierwszoosobowy. Albo takich, w których fabuła opowiadana była z dwóch różnych perspektyw. Ale jeszcze nigdy nie trafiłem na taką, w której narracja prowadzona byłaby w taki sposób jak w 'Odcieniach przemocy'. W tej powieści autor używa języka bardzo prostego, zdawkowego, czasem wręcz „rynsztokowego”. I nie jest to zarzut (o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to