-
Artykuły
Crime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Wielkanoc z książką i nie tylko – czytelnicze oraz kreatywne pomysły na prezent
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Wielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Jon Frederickson i jego książka „Kłamstwa, którymi żyjemy”, czyli o poznaniu samych siebie oczami psychoterapeuty
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2026-03-17
2026-03-12
2026-02-25
2026-02-13
2026-02-17
2026-02-13
Wiatropiec – jak trafnie określa urządzenie Paweł Loroch – to sprzęt, który przez przypadek zawitał do mojej kuchni, jeszcze nim stało się o nim głośno. Użytkuję go już ponad dwa lata i niezmiennie zachwycam się jego licznymi funkcjami i możliwościami przyrządzania potraw. Cały czas też poszukuję nowych inspiracji kulinarnych, by nie „zawiało” nudą i monotonią. Poprzednia książka Lorocha bardzo mi się spodobała. Wypróbowałam wiele przepisów i większość z nich idealnie trafiła w moje kubki smakowe, więc kiedy zobaczyłam jego najnowszą publikację, nie wahałam się ani chwili i zamówiłam ją sobie w prezencie.
Czytałam wiele negatywnych opinii na temat tej publikacji i szczerze mówiąc, bardzo się zdziwiłam, że większość osób je piszących skupiła się przede wszystkim na oprawie graficznej. Przyznam, że pod tym względem też mi się nie podoba, bo najlepsze fotografie – nawet te nieostre – wychodzą spod ludzkiego palca na spuście migawki, a nie jako obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Książkę chciałam ze względu na zawarty w niej zbiór przepisów, a nie na wizualną oprawę. Pozwólcie więc, że skupię się na treści, a muszę przyznać, że jest jej sporo, co automatycznie daje smakoszowi szerokie pole do kulinarnych manewrów. Znajdziemy zarówno przepisy na leniwe śniadania, ekscytujące brunche, smakowite obiady, przekąski, desery, jak i na „nocne grzeszki”. Przepisów jest aż 100 więc z pewnością, każdy wybierze coś dla siebie.
Kilkanaście dań mam już „za sobą” i tak mi zasmakowały, że zagoszczą na stałe w kuchennym repertuarze. U Lorocha podoba mi się łączenie smaków, które czasem jest dość odważne, formy, bo znajdziemy w niej nawet i niezwykłe-zwykłe kanapki, czy jajka na kilkanaście sposobów. Przede wszystkim jednak cenię ogromną różnorodność. Dodatkowym plusem jest fakt, że większość dań „robi się sama”: szybko, sprawnie. To co ma być soczyste, rzeczywiście rozpływa się w ustach, a to, co chrupkie – pieści podniebienie.
Paweł Loroch wzbogacił publikację o wiedzę na temat działania wiatropieca oraz poradami, czym się kierować przy wyborze urządzenia. Wprowadził wspomnienia z kulinarnych grzeszków, własną definicją smakosza, samego smaku i jego mapy obejmującej różne zakątki świata. W sposób humorystyczny opisuje smakowe zagrożenia, czyli „mroczną stronę widelca”. Publikację ubarwił też swoimi autorskimi rysunkami rodem z komiksów, co sprawia, że korzystając z danego przepisu, można się po prostu szczerze uśmiechnąć.
Podsumowując, mimo niefortunnej oprawy graficznej, merytorycznie książka broni się sama. Jeśli szukacie inspiracji, by Wasz wiatropiec nie stał zakurzony – warto dać jej szansę.
„Niech moc wiatropieca jest z Tobą zawsze”.
Wiatropiec – jak trafnie określa urządzenie Paweł Loroch – to sprzęt, który przez przypadek zawitał do mojej kuchni, jeszcze nim stało się o nim głośno. Użytkuję go już ponad dwa lata i niezmiennie zachwycam się jego licznymi funkcjami i możliwościami przyrządzania potraw. Cały czas też poszukuję nowych inspiracji kulinarnych, by nie „zawiało” nudą i monotonią. Poprzednia...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-09
2026-02-04
Myślę, że każdemu zależy na tym, by jak najdłużej żyć w zdrowiu, cieszyć się samodzielnością i swobodą ruchów w pełnym zakresie. Ćwiczenia fizyczne to dla mnie nie tylko rzeźbienie sylwetki, ale przede wszystkim nawyk, który bezpośrednio wpływa na komfort życia. I to na tym aspekcie warto się skupić. Sprawność to dar, o który należy dbać, a z książką Rose Keeler-Schäffeler „Trening w domu. Ćwiczenia dla każdego” ma to być po prostu łatwiejsze i bardziej zrozumiałe.
Co mnie pozytywnie zaskoczyło? Przede wszystkim podejście autorki do strony wizualnej i edukacyjnej. Zdjęcia w książce to nie tylko ładne, motywujące obrazki – modele mają naniesiony „przekrój anatomiczny”. Dzięki temu dokładnie widzimy, które mięśnie powinny się aktywować przy danym ruchu. To genialne rozwiązanie dla osób ćwiczących samodzielnie, bo uzmysławia pracę ciała, której często „nie czujemy” na początku drogi. Łatwiej sobie zobrazować, gdzie konkretnie jest wysyłany impuls „pobudka, ćwiczymy!”.
To może zwiększyć efektywność ćwiczeń i bardziej mobilizować do działania.
Kolejnym plusem publikacji są proste, ale uświadamiające opisy:
- Korzyści i przeciwwskazania – kluczowe dla
bezpieczeństwa.
- Środki ostrożności – co robić, a czego unikać, by
sobie nie zaszkodzić.
- Wskazówki „Zrób to dobrze” – krótka instrukcja
poprawnej techniki.
Podoba mi się idea, że zacząć może każdy, niezależnie od wieku czy kondycji. Autorka promuje trening w domowym zaciszu, bez drogich karnetów na siłownię, straty czasu na dojazdy i restrykcyjne przestrzeganie godzin, pokazując, że za sprzęt mogą posłużyć butelki z wodą, krzesło czy nawet niewinnie zwinięty ręcznik. Zachęca do ćwiczeń wśród własnych czterech ścian, bo wtedy to my sami tworzymy plany i zasady, a i łatwiej jest wtedy wygospodarować czas, który jest najczęstszą wymówką przed podjęciem tego typu aktywności.
Mimo wielu zalet mam kilka uwag z perspektywy osoby, która dba o szczegóły techniczne. Autorka kładzie duży nacisk na stabilizację i bezpieczeństwo kręgosłupa, ale moim zdaniem poświęca zbyt mało uwagi oddechowi. W niektórych ćwiczeniach, jak choćby przy popularnych mostkach biodrowych czy nożycach, brakuje mi wyraźnego zaznaczenia, jak ważny jest głęboki oddech, jego kierunek i kontrola tłoczni brzusznej. Bez tego łatwo o błędy, jak chociażby robienie się „stożka” na brzuchu, czy zapadanie w lędźwiach, co dla osób dbających o mięśnie dna miednicy i stabilny core jest kluczowe.
Nie wszystkie ćwiczenia też trafiły w mój gust – słynne burpee to zdecydowanie nie moja bajka i uważam je za mało przydatne w treningu nastawionym na rzeźbę i harmonię, ale to już tylko i wyłącznie kwestia indywidualnych preferencji i własnych potrzeb.
Podsumowując, „Trening w domu” to solidna pozycja, szczególnie dla tych, którzy szukają motywacji do ruszenia się z kanapy i chcą zrozumieć, co dzieje się z ich ciałem podczas ruchu. To przewodnik po zdrowiu, choć warto uzupełnić go o własną uważność zarówno na swoje słabości i możliwości, jak i na oddech.
Wdech – czuję siłę.
Wydech – zostawiam za sobą to, co mnie obciążało.
Myślę, że każdemu zależy na tym, by jak najdłużej żyć w zdrowiu, cieszyć się samodzielnością i swobodą ruchów w pełnym zakresie. Ćwiczenia fizyczne to dla mnie nie tylko rzeźbienie sylwetki, ale przede wszystkim nawyk, który bezpośrednio wpływa na komfort życia. I to na tym aspekcie warto się skupić. Sprawność to dar, o który należy dbać, a z książką Rose Keeler-Schäffeler...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-23
Zawsze z wielką chęcią sięgam po nieznane mi nazwiska. Ciekawią mnie pod względem samego pomysłu, tego czy będzie „świeży” czy jednak da się wyczuć wpływy „wielkich i znanych”. Uważam, że od czasu do czasu warto przewietrzyć swoją biblioteczkę. Zawsze zaistnieje wtedy szansa, że odkryje się kolejnego autora, na którego książki będzie warto czekać. Tym razem swoją powieścią zdołał mnie zainteresować Artur Pacuła.
Oksana zaczęła pracę w Ministerstwie Kultury w Kijowie. Była zakochana w dziełach sztuki i wykonywała pracę z wielkim zaangażowaniem. Z czasem okazało się, że zbyt wielkim. Do jej zadań należało między innymi odnajdowanie zaginionych w czasie wojennych zawieruch zbiorów mających dużą wartość dla narodu ukraińskiego. Przypadkiem trafiła na ślad zaginionego Skarbu Michałkowskiego i zaczęła starania, by go odzyskać. Nie wszystkim się to spodobało. Tajemnicze, wysoko postawione osoby postarały się, żeby na dziewczynę padły ciężkie oskarżenia o oszustwa i kradzieże eksponatów. By dokonać jej aresztowania, postawiono na nogi całą policję, nie tylko kijowską. Dziewczyna musiała uciekać.
Czy Oksana wraz z garstką wiernych przyjaciół zdoła się wybronić przed oskarżeniem?
Kto postawił na niej krzyżyk i chce wyeliminować z gry?
Gdzie jest ukryty Skarb Michałkowski?
Szukanie odpowiedzi na te pytania ułatwia sama konstrukcja powieści, która już na samym początku przyjemnie mnie zaskoczyła wartką akcją. Dynamiczne tempo podkręcały króciutkie, czasem i nawet kilkuakapitowe rozdziały. Dzięki nim przez fabułę się płynęło, a książkę czytało się lekko i z przyjemnością. Podobała mi się kreacja bohaterów, a przede wszystkim szczegółowy opis miejsc akcji: piękno i zabytki Kijowa, Lwowa czy Odessy. Niektóre miejsca aż chciałoby się zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w wyobraźni. To zasługa plastycznego języka, dzięki któremu autor zapewnił czytelnikom wielowymiarową rozrywkę.
Artur Pacuła stworzył swoisty miks gatunkowy. Każdy znajdzie coś dla siebie: są i ciekawe, bardzo liczne historyczne odniesienia, są pościgi i brawurowe ucieczki, poszukiwania ukrytego skarbu rodem z filmów z serii Indiany Jonesa, subtelny wątek romansowy, a nawet i nienarzucający się kryminalny aspekt. To wszystko sprawia, że „Siedem kilogramów złota” czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem od samego początku aż do ostatniego zdania. Na plus zaliczam też styl autora. Jest prosty, ale nie prostacki, nie żongluje zapychaczami, wszystko ma swoje miejsce i kontekst, nawet można było się uśmiechnąć czytając inteligentnie dialogi naszpikowane ironicznym humorem. Jednak poza czystą rozrywką, lektura niesie ze sobą sporą dawkę wiedzy. Przede wszystkim można się było dowiedzieć o Muzeum Dzieduszyckich we Lwowie, o Skarbie Michałowskim, który miał wielką wartość zarówno historyczną, jak i artystyczną. Zaginął lub został wywieziony do ZSRR w 1940 roku po zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną. Co się z nim tak naprawdę stało? Może wcale nie zostało wywiezione tylko ktoś zdołał je ukryć i ochronić przed wywózką? Artur Pacuła w literacki sposób przedstawił jedną z alternatyw.
„Siedem kilogramów złota” polecam każdemu, kto lubi zagłębić się w historycznych zawirowaniach, które są zgrabnie wplecione w fabułę oraz dynamiczną i podróżniczą akcję.
Zawsze z wielką chęcią sięgam po nieznane mi nazwiska. Ciekawią mnie pod względem samego pomysłu, tego czy będzie „świeży” czy jednak da się wyczuć wpływy „wielkich i znanych”. Uważam, że od czasu do czasu warto przewietrzyć swoją biblioteczkę. Zawsze zaistnieje wtedy szansa, że odkryje się kolejnego autora, na którego książki będzie warto czekać. Tym razem swoją powieścią ...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-16
2026-01-12
Są książki, które zapierają dech już po pierwszych rozdziałach, są takie, w których trzeba się przyzwyczaić albo do specyficznej narracji, albo do dziwaczności bohaterów. Trafia się jednak i na takie lektury, które, mimo iż nie przypadną do gustu, zostają w głowie na dłużej i tworzą ciekawe pole do analiz i dyskusji. Przykładem takiej powieści jest dla mnie „Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista.
Zima. Szwedzkie osiedle lat 80. W Blackebergu mieszka Oskar wraz z mamą. Nie ma łatwego życia: w szkole jest prześladowany i nie ma przyjaciół. Ucieka w świat fantazji i zbiera informacje o seryjnych mordercach. Pewnego dnia do sąsiedniego mieszkania wprowadza się ojciec z córką. Eli zawsze spotyka się z Oskarem na huśtawkach i tylko po zmroku. Chłopiec jest nią zafascynowany i czuje, że ona go doskonale rozumie, jak nikt wcześniej. Tymczasem przypadkowa osoba odnajduje w pobliskim lesie zwłoki chłopca. Najbardziej zadziwia fakt, że nie było w nich ani jednej kropli krwi.
Czy zwykłe osiedle zaczęło skrywać niezwykłą tajemnicę?
Czy przyjaźń Oskara i Eli jest rzeczywiście tak niewinna?
Zaparzenie sobie wielkiego kubasa rozgrzewającej herbaty przed rozpoczęciem i w trakcie tej lektury powinno być obowiązkowe. Jest w niej dużo lodu, śniegu, skandynawskiego, przejmującego do szpiku kości chłodu i mroku. Takiego mroku, którego nie jest w stanie rozproszyć światło dnia. To ciemna aura, która przykleja się do bohaterów i staje się ich drugą skórą.
John Ajvide Lindqvist pod fabularnym płaszczykiem niby prostej historii o relacji prześladowanego i gnębionego przez rówieśników chłopca z wampirem Eli podjął trudny temat samotności, wykluczenia, toksycznych relacji, alkoholizmu, znęcania się, ukrywanych agresji, żądz i tego, co człowiek jest w stanie zrobić, by zaspokoić potrzebę akceptacji, bliskości lub by po prostu przetrwać. Opowieść ma ciekawy i niepokojący klimat: ciężki, duszny i surowy. Czuć szarość betonowego osiedla i ponurą beznadzieję Blackebergu. Odczuwa się przejmujący smutek nie tylko w powodów relacji Oskara z otoczeniem, ale również przez miejscowych pijaczków. Oni występują na drugim planie, ale nie są tylko tłem; pokazują, że dorosłość w tym świecie jest równie jałowa i pusta, co dzieciństwo Oskara. To potęguje duszny klimat i doprowadza do ciekawych rozważań.
Czy przyjaźń chłopca i Eli jest prawdziwa, szczera czy raczej toksyczna?
Kto tak naprawdę jest postacią tragiczną: dzieci czy Håkan?
Eli manipuluje ludźmi, by przeżyć, Oskar zaś balansuje na krawędzi. Jego fascynacja przemocą, zemstą budzi niepokój i kojarzy mi się z dorastającym psychopatą. Mimo iż jest prześladowany, nie wzbudził mojej sympatii ani zrozumienia. Eli pojawia się w jego życiu w momencie, w którym chłopak emocjonalnie dojrzał do wejścia w mrok.
Czy nietypowa przyjaźń dała mu siłę do mierzenia się z rzeczywistością, czy tylko został wykorzystany i zmanipulowany?
Tytuł „Pozwól mi wejść” też można zinterpretować na kilka sposobów. W klasycznym znaczeniu wampir nie może samodzielnie przekroczyć progu domu, musi zostać wyraźnie zaproszony. Bez tego stwór – w tym przypadku Eli – jest bezsilny i na nic nie ma wpływu. Po skończeniu lektury, tytuł uważam jednak za symbolizujący zaproszenie do swojego codziennego życia czystego zła, mroku i przemocy, który z czasem doprowadzą do demoralizacji i upadku. Może to być też rodzaj rozpaczliwego wołania o pomoc osoby, która czuje się tak bardzo nieakceptowana i samotna, że jest gotowa przekroczyć wszelkie granice, by to zmienić.
Lindqvist nie maluje laurki o przyjaźni mimo różnic na przytulnym, szwedzkim osiedlu. To jest brutalna, czasami odstręczająca i brudna historia, z której według mnie przebija walka o przetrwanie. Zamknęłam książkę, odłożyłam ją na półkę i mimo iż nie chce wyjść mi z głowy, wiem, że nigdy już do niej nie wrócę.
Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl oraz dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.
Są książki, które zapierają dech już po pierwszych rozdziałach, są takie, w których trzeba się przyzwyczaić albo do specyficznej narracji, albo do dziwaczności bohaterów. Trafia się jednak i na takie lektury, które, mimo iż nie przypadną do gustu, zostają w głowie na dłużej i tworzą ciekawe pole do analiz i dyskusji. Przykładem takiej powieści jest dla mnie „Pozwól mi...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-01
Sylwestrowa noc niektórym kojarzy się z szampańską zabawą do samego, białego rana. Innym z niepotrzebnie generowanym hałasem, sztucznie napompowaną wielką fetą, która tak na dobrą sprawę nigdy niczego nie zmienia. Co bardziej zapobiegliwi o północy wypowiadają marzenia lub postanowienia, by ich życie zmieniło tor na ten lepszy, milszy, przyjemniejszy. Czy rzeczywiście słowa wypowiadane w tym odrobinę magicznym czasie mają moc sprawczą? O tym na własnej skórze przekonali się bohaterowie najnowszego thrillera Mieczysława Gorzki.
Remek – architekt, Darek – policjant, Albert – psycholog. Dwóch ostatnich wiąże przeszłość, bo znają się od dzieciństwa. Remek w zaistniałym układzie znalazł się przez niespodziewany i zawiły splot okoliczności. Każdy z nich chciał radykalnie zmienić swoje życie, a spowodował tylko chaos i zamieszanie. Na powierzchnię wypłynęły urazy, konsekwencje niewłaściwych decyzji, traumy, które nigdy nie są w stanie się zabliźnić. Przez jedno wydarzenie dobrze sprawdzony schemat się rozsypuje, a na życie bohaterów zaczyna mieć wpływ demoniczna siła ujawniająca prawdziwą naturę każdego z nich. W roku zmian spadają z ich twarzy maski i z hukiem rozbijają się o samo dno…
Mieczysław Gorzka wciąż potrafi mnie zaskoczyć. Nie zawsze niestety w 100% pozytywnie. Jego najnowszy thriller do pewnego momentu pochłonął mnie bez reszty. Z przerażeniem wchodziłam w świat przemocy Alberta Tureckiego, Dariusza Pikula i Remigiusza Stańczyka. To właśnie wokół nich krąży cała fabuła spisana na ponad 600 stronach. Dłonie cierpią, bo niewygodnie jest trzymać takiego grubaska przez dłuższy czas. Jednak to jest najmniejszym z problemów, bo chwilami umysł również cierpiał i przeżywał nie do końca udaną czytelniczą ucztę. Trudno było mi się zabrać za napisanie recenzji i odnieść się do odczuć zarówno w trakcie, jak i po zakończeniu lektury. Niektóre fragmenty dotyczące życia jednego z bohaterów były dla mnie często niesmaczne, odrzucające, z zupełnie niepotrzebnymi detalami. Gdybym aż tak głęboko chciała wejść w temat patologii, wykorzystywania seksualnego i dewiacji to wybrałabym literaturę typu true crime, a nie thriller jednego z ulubionych polskich autorów. Nadmiar – to słowo doskonale oddaje moje odczucia po lekturze. Za dużo w tym barszczu zarówno dziwactw bohaterów, zbędnych opisów, jak i wydarzeń, które sprawiły, że stali się tacy, a nie inni.
Nie spoglądając tylko na minusy, przyznaję, że fabuła nieubłaganie parła do przodu, niczym lokomotywa ciągnąca ciężki skład. Atmosfera z rozdziału na rozdział była coraz to bardziej mroczna, nieznośna i niepokojąca. Podobało mi się też samo zakończenie. Doceniam więc zamysł i sam pomysł, ale już nie realizację.
Klimatem lektura wpisała się wręcz idealnie w okres, w którym ją czytałam. „Rok zmian” był więc i dla mnie znamiennym tytułem, bo przygodę z nim rozpoczęłam właśnie w sylwestrową noc. Ja jednak nie robię żadnych postanowień, więc oby mój rok był spokojniejszy niż bohaterów, których poznałam.
Sylwestrowa noc niektórym kojarzy się z szampańską zabawą do samego, białego rana. Innym z niepotrzebnie generowanym hałasem, sztucznie napompowaną wielką fetą, która tak na dobrą sprawę nigdy niczego nie zmienia. Co bardziej zapobiegliwi o północy wypowiadają marzenia lub postanowienia, by ich życie zmieniło tor na ten lepszy, milszy, przyjemniejszy. Czy rzeczywiście słowa...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-30
Publikacja zainteresowała mnie nie dlatego, by osiągnąć efekt płaskiego brzucha, raczej byłam ciekawa, w jaki sposób autorka podeszła do tematu odchudzania i ćwiczeń. Niestety w społeczeństwie wciąż istnieje przekonanie, że im bardziej płaski brzuch i smukła sylwetka, tym bardziej człowiek spełnia celebryckie kanony piękna, zwiększa poziom atrakcyjności i jest „cool”. O tym, że jest się zdrowszym i sprawniejszym, już mało kto pamięta. Temat spadku z wagi znam z autopsji, ponieważ byłam na redukcji i po wielu miesiącach udało mi się osiągnąć satysfakcjonujące i co ważne stałe rezultaty (przynajmniej jak na razie).
Czy gdybym wcześniej sięgnęła po ten tytuł, moja droga byłaby łatwiejsza?
Na samym początku zaznaczę, że bardzo mi się spodobało racjonalne podejście autorki do tematu. Nie obiecuje cudów. Nie twierdzi, że będzie łatwo. Nie kusi szybkimi i łatwymi efektami. Wręcz przeciwnie – podkreśla, że zrzucenie wagi to ciężka, mozolna i żmudna praca przede wszystkim nad samym sobą, to nieustająca walka z niewłaściwymi nawykami, ale za to w nagrodę czekają lepsze wyniki badań, mniejsza ilość dolegliwości, większy komfort życia i bardziej pozytywne postrzeganie siebie. Ukazuje, że między ludźmi jest olbrzymia różnorodność i nigdy nie będzie się wyglądać jak ulubiona gwiazda filmu czy ikona muzyki. Można się wzorować na ich stylu życia: nawykach żywieniowych czy sportowych, ale różnica w budowie, genetyce, uwarunkowaniach sprawia, że nigdy tego nie osiągniemy. Najważniejsze jest więc to, by nie porównywać się z innymi, zaakceptować swój wygląd, polubić samego siebie i wyznaczać sobie jak najbardziej realne cele. To punkt wyjścia do wszystkiego, nie tylko do redukcji i efektu „płaskiego brzucha”, ale dobrego samopoczucia.
„Zaakceptuj to, kim jesteś, i polub siebie. Popraw to, co możesz, za pomocą zdrowej diety i odpowiednio dobranego treningu, ale nie rób nic na siłę i nie stawiaj sobie nierealnych celów. Dbaj o swoje ciało, by było mocne i zdrowe. Nie stresuj się wiecznie tym, jak wyglądasz. To najlepsze, co możesz dla siebie zrobić”.
Z poradnika Agaty Lewandowskiej dowiemy się między innymi o tym, dlaczego w naszym ciele gromadzi się tkanka tłuszczowa, czy warto rygorystycznie liczyć kalorie i znać swoje zapotrzebowanie. Znajdziemy rady i wskazówki jak planować i dobrze bilansować posiłki. Z rozdziału poświęconego treningowi mięśni brzucha dowiemy się nie tylko o jego budowie, ale są tam też opisane ćwiczenia wzmacniające cały core. Takie, które angażują wiele grup mięśniowych jednocześnie, przez co spala się więcej kalorii, wzmacnia większe partie ciała, rozkręca metabolizm. Dzięki tego typu ćwiczeniom trening szybciej przynosi wymierne i zauważalne efekty, bo niestety tkanka tłuszczowa nie spala się miejscowo. W końcowych rozdziałach publikacji znajdują się przepisy na sycące śniadania, przekąski, które można zabrać do pracy, pełne wartościowych składników odżywczych obiady i delikatne kolacje. Wszystkie są proste i szybkie w wykonaniu.
Myślę, że warto pamiętać o dwóch rzeczach: aktywność fizyczna – nawet zwykły spacer – jest ważna dla zachowania zdrowego ciała i ducha, i że można jeść zdrowo, wcale się nie odchudzając.
Agata Lewandowska jest doświadczoną dietetyczką i to czuć w przekazywanych treściach. To nie są czcze pogaduszki i niepoparte niczym rozważania. Wszystko to, o czym napisała, ma sens i naprawdę działa. Tylko od nas zależy, czy będziemy sobie te porady brali do serca, czy znów odłożymy coś „na później”. Poradnik może realnie pomóc w odzyskaniu zdrowia, ale najważniejsze jest zachowanie umiaru, zdrowego rozsądku, słuchanie swojego organizmu, bo on naprawdę potrafi bezbłędnie nas poinformować, czego potrzebuje, tylko my czasem w natłoku codziennych obowiązków tego nie słyszymy i nie zauważamy.
No i, co według mnie jest kluczowe – nie zgubmy w tym wszystkim samych siebie.
Publikacja zainteresowała mnie nie dlatego, by osiągnąć efekt płaskiego brzucha, raczej byłam ciekawa, w jaki sposób autorka podeszła do tematu odchudzania i ćwiczeń. Niestety w społeczeństwie wciąż istnieje przekonanie, że im bardziej płaski brzuch i smukła sylwetka, tym bardziej człowiek spełnia celebryckie kanony piękna, zwiększa poziom atrakcyjności i jest „cool”. O...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to