rozwiń zwiń

Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu.

Okładka książki Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu.
Edgar Allan Poe Wydawnictwo: Książka i Wiedza literatura piękna
152 str. 2 godz. 32 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The Gold Bug. The Pit and the Pendulum. The Purloined Letter. Business Man.
Data wydania:
1950-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1950-01-01
Liczba stron:
152
Czas czytania
2 godz. 32 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Stanisław Wyrzykowski
Średnia ocen

                7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu. w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu.

Średnia ocen
7,3 / 10
16 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1525
1500

Na półkach:

Szczerze mówiąc, sięgnąłem po ten zbiorek tylko dla genialnego opowiadania “Studnia i wahadło”. To mroczne arcydziełko dotyczy przeżyć, czy raczej “umierać” więźnia hiszpańskiej inkwizycji w początkach 19. wieku.

Tematycznie związane jest ono z ostatnio czytanymi “Ciemnościami kryjącymi ziemię”. Tam jednak nie było samych tortur, a głos mieli w zasadzie wyłącznie Sprawcy. Tutaj mamy tylko, czy raczej: aż, wewnętrzny monolog Ofiary - więźnia skazanego na wyrafinowaną śmierć w torturach, której oczekiwanie powiększa traumę do niebotycznych czyli piekielnych rozmiarów.

Ponadto o lekturze zdecydowała osoba tłumacza, czyli nieocenionego Bolesława Leśmiana (czy mieliśmy większego poetę?). Jego niepowtarzalne neologizmy na szczęście i tu są licznie obecne. Przekład absolutnie kongenialny. Szczególną jego wartością są archaizmy, jak najbardziej pasujące do czasów, których dotyczy ta przerażająca narracja.

To mistrzowsko klaustrofobiczny tekst, zapewne jeden z najlepszych w historii tego typu literatury. Więźnia poznajemy, gdy po procesie budzi się w lochu, którego ciemności - początkowo - nie rozjaśnia najmniejszy promyk światła.

Ma on bowiem wiedzieć, że znajduje się już w innym wymiarze, w zasadzie pozaegzystencjalnym, mimo że formalnie jeszcze żyje…. Nie wie jedynie, jak i kiedy zginie. “Piekielny geniusz, który tu uknuł swe pomysły, pilnie usunął możliwość śmierci nagłej i niespodziewanej” - żali się poniekąd samemu sobie narrator.

“Ofiary jej [inkwizycji] tyranii miały jeno do wyboru albo śmierć z najokrutniejszą agonią ciała, albo śmierć z najnieznośniejszymi torturami ducha. Zachowano mnie dla tej ostatniej”.

Tekst przynosi całkowite utożsamienie się z narratorem; to my sami jesteśmy w tym lochu, a nie tylko narrator skazany na okrutną śmierć, jak nie taką, to inną, bo oprawcy przygotowali jej alternatywne wersje, obserwując skazańca, a nawet podając mu pokarm i napitek, by nic, co ma się stać, nie dokonało się zbyt szybko.

“Czy przeznaczono mi śmierć głodową w tym podziemnym przybytku cieniów, czy też czeka mię, być może, los jeszcze okrutniejszy? Znałem zbyt dobrze zwyczaje mych sędziów, abym wątpił o tym, że rozwiązaniem zagadki ma być śmierć — i na domiar śmierć poprzedzona męczarnią wyszukaną. Rodzaj śmierci i jej godzina — oto wszystko, co mię dręczyło i pochłaniało myśli”.

“Śpieszno mi było do korzystania z mych oczu, ale nie śmiałem. Bałem się pierwszego spojrzenia po dookolnych przedmiotach, nie dlatego, że się obawiałem widoku rzeczy potwornych, jeno dlatego, żem się przeraził przypuszczeniem, iż nie zobaczę nic zgoła. Po upływie pewnego czasu z bezrozumną rozpaczą serca otworzyłem oczy znienacka. Sprawdziło się moje straszliwe przypuszczenie. Otaczała mnie ciemność nocy wiekuistej”.

Pierwszej pułapki - studni bez dna, udaje mu się uniknąć. “Śmierci pod postacią męki — wydarłem się jeno po to, aby stać się łupem czegoś, co — ukryte pod jeszcze inną postacią — przerastało śmierć samą”.

Bo gdy w lochu robi się jaśniej, bynajmniej nie robi się bezpieczniej. “Znów rzuciłem wzrok wzwyż — ponad siebie. To, com wówczas ujrzał, zmąciło mi myśli i znieruchomiało przerażeniem. Rozmachy wahadła o jard niemal zwiększyły się w średnicy, stąd bezpośrednio wynikała zarówno zwiększona szybkość. Główną wszakże przyczyną mego niepokoju była myśl, że wahadło znacznie się zniżyło. (...) Piędź po piędzi — źdźbło po źdźble — dokonywała stal stopniowego opadania, pochwytnego zaledwo w przerwach czasu, które mi się zdawały wiekami — i wciąż się opuszczało — wciąż niżej — wciąż niżej”.

“Bezrozumny, oszalały — siliłem się unieść z miejsca, by iść na spotkanie tej straszliwej, przepełnionej ruchem szablicy”.

“Ruch wahadła odbywał się w płaszczyźnie, która tworzyła kąt prosty z linią mego ciała. Postrzegłem, że półksiężyc umiejscowiono tak, aby przecinał okolice mego serca. Zawadzi o sukno mego ubrania — potem powróci i powtórzy swą czynność — jeszcze raz — i jeszcze. (...) Wciąż niżej — nieprzerwalnie — nieuchronnie niżej! Dyszałem ciężko i wiłem się wobec każdego drgnienia. Malałem kurczowo przy każdym rozkołysaniu. Oczy moje śledziły wahadło w jego locie wzwyż i w dół z zapalczywością ogłupiałej doszczętnie rozpaczy — w chwili jego opadania mrużyły się spazmatycznie, pomimo że śmierć byłaby ulgą”.

“Wahadło w swym biegu już dotarło do mych piersi. Już przecięło sukno mej szaty. Już przebodło pod nią — koszulę. Jeszcze dwa przeloty — i uczułem ból ostry, przenikający wszystkie moje nerwy. Lecz wybiła godzina zbawienia”.

Tym razem narrator ocalał dzięki…. szczurom, które mu nieświadomie pomogły (BTW: osoby nieprzepadające za tymi inteligentnymi gryzoniami powinny się wstrzymać od lektury).

Niemniej stan jego ducha już na wyczerpaniu. “Zmiażdżyła mnie, śmiertelnie zmiażdżyła ta długotrwała agonia”.

“Oto nagle zaniesłyszałem. Zachowałem jednak przez czas pewien jeszcze zdolność widzenia, lecz jakże straszliwie zolbrzymioną!”. Bo widzi trzecią propozycję własnego końca oferowaną przez wymyślnych dręczycieli - choć wszak nie wielebnych - tu przecież działa “ramię świeckie” bogobojnych…

“Dość mi było odetchnąć, aby przywiać nozdrzom wypar rozgrzanego żelaza! Dławiący zaduch szerzył się w więzieniu! Coraz wnętrzniejszy żar trawił się w ślepiach, utkwionych w mej męce. Coraz możniejsza purpura utwierdzała się na powierzchni tych potwornych, krwawych malowideł! Zbrakło mi tchu! Dyszałem z trudnością!”.

“Nie mogłem wątpić o zamiarach mych katów — o! najnielitościwszych — o! najdemoniczniejszych na ziemi! Uskoczyłem daleko od rozżarzonego metalu — ku środkowi więzienia. Wobec grożącej mi zagłady w ogniu myśl o ochłodach studni skusiła mą duszę jak woń balsamu".

“- Bezrozumny! Jakże się stało, żem nie pojął, iż studnia jest niezbędna — i że tylko ta studnia uzasadnia obecność płonącego ognia, który mię oblega. Czyż mogłem się przeciwić jego żarom? A gdyby nawet tak się zdarzyło — czyż mogłem oprzeć się jego ciśnieniu? A teraz właśnie skośny czworobok zwężał się, zwężał z szybkością, która mi nie pozostawiała czasu do namysłu. Jego środek, położony na linii największej szerokości, przypadał właśnie na otchłań ziejącą. Chciałem się usunąć, lecz zwężające się mury nacierały na mnie nieodparcie”.

“Wreszcie nadeszła chwila, gdy poparzone i pokurczone ciało moje zaledwo mogło znaleźć niezbędny dla siebie kęs przestrzeni w chwili, gdy na ziemi więziennej starczyło zaledwo miejsca dla mej stopy. Poniechałem walki, lecz duch mój wyzionął całą swoją mękę w jednym, wielkim, długim, ostatecznym krzyku rozpaczy. Uczułem, że się chwieję nad brzegiem otchłani — odwróciłem oczy…”.

Po czym, niestety, zakończenie niczym w najlepszym - czyli najgorszym - hollywoodzkim blockbusterze, gdzie piechota morska bądź oddział kawalerii zawsze w ostatniej chwili przybywa na pomoc umęczonemu bohaterowi, który na koniec wraz z dziewczyną odjeżdża w zachodzące słońce…. Efektem: obniżenie punktacji o dwie wartości…

Tak, czy inaczej, to jedna z najlepszych rzeczy nieszczęsnego Poego, obok "Zagłady domu Usherów", "Beczki amontillado" i "Kruka", of course...

Szczerze mówiąc, sięgnąłem po ten zbiorek tylko dla genialnego opowiadania “Studnia i wahadło”. To mroczne arcydziełko dotyczy przeżyć, czy raczej “umierać” więźnia hiszpańskiej inkwizycji w początkach 19. wieku.

Tematycznie związane jest ono z ostatnio czytanymi “Ciemnościami kryjącymi ziemię”. Tam jednak nie było samych tortur, a głos mieli w zasadzie wyłącznie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

25 użytkowników ma tytuł Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu. na półkach głównych
  • 20
  • 5

Inne książki autora

Edgar Allan Poe
Edgar Allan Poe
Poeta i powieściopisarz amerykański, pracował jako krytyk i redaktor. Przedstawiciel romantyzmu w literaturze amerykańskiej. W jego twórczości dominowały wątki fantastyki i horroru. Zapoczątkował gatunek noweli kryminalnej (Zabójstwo przy Rue Morgue, Złoty żuk). Stworzył także pierwszą w literaturze postać detektywa – C. Auguste Dupina, który rozwiązuje zagadki kryminalne stosując metody dedukcji. Jego prozę charakteryzował silny psychologizm postaci (prekursorski względem późniejszej psychoanalizy) oraz surrealistyczne, skrajnie brutalne opisy makabry, przywołujące na myśl stany epileptyczne czy upojenie alkoholowe. W twórczości Edgara Allana Poe odnaleźć można postawy choroby wieku – neurozy, świadomości dualizmu świata czy też bólu istnienia, które pod koniec XIX wieku stały się sztandarowymi pojęciami nowych nurtów sztuki: dekadentyzmu, ekspresjonizmu oraz symbolizmu. Poe inspirował zarówno Baudelaire'a, Huysmansa, Dostojewskiego, Meyrinka, de Quinceya, Bierce'a, Lovecrafta jak i całą rzeszę poetów surrealistycznych. Stephane Mallarme określił jego poemat Ulallume jako odbiegające od schematów swojej epoki arcydzieło poezji. Za jego przykładem szło wielu twórców, również polskich, np. Stefan Grabiński. Edgarami nazwano po nim nagrody przyznawane przez organizację Mystery Writers of America.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Kain i Abel Albert Paris Gütersloh
Kain i Abel
Albert Paris Gütersloh
Mocno wywrotowy apokryf, odwracający do góry nogami mit Kaina i Abla. Pierwsze zabójstwo w historii świata znajduje tu wręcz racjonalne uzasadnienie – kto ważniejszy: Bóg czy ojciec; stałość czy zmiana…? W tej niełatwej formalnie przypowieści z 1924 r. austriacki pisarz, aktor, scenograf, reżyser i malarz (1887-1973, do obejrzenia w sieci jego niezwykłe obrazy z nurtu realizmu fantastycznego) porwał się na nie byle jaką dekonstrukcję Księgi i swoistą "rehabilitację" Kaina. Abel nie tylko "wymyśla” nieznanego sobie Stwórcę, ale w dodatku składa mu w ofierze dary natury należne ludziom. "Mniemał – serce jego tak mniemało - że nad tymi oczami na pewno jest jeszcze jakieś oko zawsze widzące”. A co na to jego prawdziwi rodzice? "Tylko Adam i Ewa przeczuwali, kogo Abel szukał każdego siódmego dnia przez cały dzień”. Bo już dawno, dla dobra swych dzieci czyli ludzkości, zdecydowali zachować w tajemnicy "rajski przebyt”, złamanie najwyższego zakazu oraz wiecznie wygnanie w świat i ból. Można rozumieć motywacje Pierwszych Rodziców. "Niechaj zginie wraz z nimi, rodzicami, wieść o rajskim życiu! Iżby one, wiedząc, nie były nieszczęśliwe w tym bytowaniu pełnym cierpienia, synowie i córki wygnanej pary (…) Ani w dobrym, ani w złym nie powinni oni, ludzie, łacno popadający w stronniczość, wiedzieć o Bogu, którego łacno można błędnie zrozumieć”. Stąd nauki ojca (jego własnego). "– Nie ma nikogo prócz nas. Słyszysz, Ablu? Już raz ci to mówiłem: ani na wyżynach ani w głębinach, ani w lasach, ani na otwartych przestrzeniach nie ma istot równym nam czy zgoła od nas doskonalszych. Niczyją miarą nie jest bezgraniczne niebo i żadnego przybysza progiem – nieboskłon. Jesteśmy sami – i bez przyczyny sami. I z zewnątrz nie spadnie ci odpowiedź, jak na przykład tynk ze ściany chaty albo jak śnieg z dachu”. Ale kto w młodości wierzy ojcu bezgranicznie, zwłaszcza gdy Bóg sam zaczął mówić do Abla? Zatrwożona Ewa informuje o tym Adama, który wyjaśnia to jej i sobie w najbardziej sensowny sposób: "Stwórca zazdrości nam miłości naszych dzieci, których nie przewidział, i chce, iżby tylko Jego kochały”. Wskutek boskich podszeptów relacje między braćmi drastycznie się pogarszają. Abel: "Lew spoczywał u moich stóp i nie było w nim żadnego okrucieństwa. Wąż spoczywał na mojej piersi i nie przeląkłem się a on mnie nie ukąsił”. A na to Kain: "Udusiłem węża, co przyszedł do mnie, kiedy leżałem jeszcze w kołysce (…), rozerwałem lwu, co uciekł z płomienistej góry, ryczącą paszczę na dwoje. Ty śniłeś o tym. czego nie ma, ja zaś czyniłem wedle natury mojej i zwierząt”. Kain: „Nie wierz głosom snów. Czyżbyś zapomniał, co rozkazał Adam nasz ojciec? Żeby słuchać tylko jego głosu, być posłusznym tylko temu, co nakazuje on, który jest naszym jedynym panem. (...) Czuję, że wyrządzasz ból ojcu i krzywdę matce. Spójrz, ja drżę, a nigdy jeszcze nie drżałem!”. Abel: ”Kocham ojca i matkę więcej niż siebie samego. Ale jeszcze więcej kocham Nieznanego, Niewypowiedzianego, Jego, którego chcę Ci pokazać i odkryć, prawdziwego Pana, którym nie jest Adam, lecz ociec Adama i nas wszystkich. Nie lękaj się przeto i chodź”!. I dochodzi, do czego miało dojść…. "- Zdradzona jest nasza tajemnica, przemówił straszny pan do naszych dzieci. Daremne było nasze milczenie. Teraz mów ty i zapytaj go, gdzie jest Abel, który poszedł z nim” – zwraca się przeczuwająca najgorsze Ewa do Adama. Kain odpowiada z brutalnością, a może tylko z nabytą świadomością: "Jeśli prawdą jest, co słyszałem, mamy wszak mieszkać w grobach i przyzwyczajać się do śmierci od młodości. Byłoby lepiej od razu się nawzajem pozabijać”. I od tego czasu się zabijamy…... Adam nieopatrznie zapewnił Kaina, że Abel kłamie, mówiąc o jakimś Bogu… "Oszczercę matki, wzgardziciela ojca, tego kłamcę Abla, ja słusznie zabiłem” - konkluduje zatem Kain. "Krzyk wzbił się ku niebu, długi i przenikliwy, jak gdyby wszystko życie uleciało wraz z tym strasznym dźwiękiem”. Zawsze lubiłem parafrazy tekstów kultury, to i satysfakcja z tej lektury spora. Niemniej czytanie tej krótkiej (74 strony) nowelki bynajmniej nie idzie szybko i wymaga pewnego wysiłku. Narracja starannie i udanie stylizowana tu na starotestamentową. I tylko pytanie, jak te opowiadanie Gütersloha (wymienianego jednym tchem z Brochem i Musilem) przyjęto w mieszczańsko-kołtuńskiej ojczyźnie Autora, która w pełni zasłużyła sobie na kogoś takiego, jak Thomas Bernhard. Ech, znakomita była cała ta seria „z jednorożcem” Państwowego Instytutu Wydawniczego. Świetne tłumaczenie Eddy Werfel, żony Romana (kto wie, ten wie), która w przeciwieństwie do niego wyjechała z Peerelii po 1968, widząc, co się wyprawia.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 1 rok temu
Bandyci Rodriguez Łukasz Gołębiewski
Bandyci Rodriguez
Łukasz Gołębiewski
https://alison-2.blogspot.com/2019/05/bandyci-rodriguez-ukasz-goebiewski.html Łukasz Gołębiewski jest dziennikarzem, krytykiem literackmi, redaktorem i wydawcą „Magazynu Literackiego Książki” i „Biblioteki analiz”, a także autorem wielu książek. Biorąc pod uwagę jego liczne zajęcia i podróże, nasuwa się pytanie, kiedy ten człowiek znajduje czas na odpoczynek. Jego książka "Bandyci Rodriguez" zdaje się odzwierciedlać jego życie. Jest szybko, dynamicznie, trudno znaleźć moment, by zaczerpnąć choćby jeden oddech... Lata dziewięćdziesiąte. Meksykiem rządzi bezprawie, nędza i alkohol. Para bliźniaków, Rosita i Ricardo, przemierzają kraj, okradając banki i mordując. Wychowywani bez ojca i matki, marzą wyłącznie o spektakularnej śmierci, na temat której powstaną pieśni, i o wstępie do Raju dla bandytów... Powieść Gołębiewskiego zaskakuje od pierwszych stron. Śledzimy zaledwie kilka dni z życia rodzeństwa wychowanego przez ulicę. Wydaje się, że to jedynie moment, jednak każdy dzień tej dwójki zdaje się być bardziej intensywny niż lata życia przeciętnego mieszkańca Meksyku. Rodzeństwo Rodriguez nie rabuje dla zysku. Wszystko, o co naprawdę walczą, to życie według samodzielnie wyznaczonych reguł. Uporządkowane i podporządkowane życie zwykłego człowieka jawi się im niczym najgorsze więzienie. Wolą żyć krótko, ale intensywnie, niczego nie żałując, z nadzieją, że z czasem staną się legendą. Bliźniacy nie znają współczucia i nie mają skrupułów. Nieustannie przekraczają granice, zdają się nie rozumieć różnicy między złem a dobrem, moralnością i grzechem. Choć tak okrutni, na swój sposób bardzo pociągający. Jest coś niesamowicie intrygującego w tej parze, żyjącej tak, jakby jutro nie miało nastąpić. I choć może samemu nie chciałoby się od razu chwycić za rewolwer, trudno nie przyznać im racji, że współczesny człowiek coraz częściej egzystuje, ale nie żyje, przestrzega wszelkich reguł i zasad, jednak często zasypia z poczuciem, że zmarnował kolejny dzień jakże cennego życia. W pewnym sensie łatwo więc utożsamić się z nieposkromionymi, którzy być może nie doczekają starości, jednak niemal fizycznie odczuwają każdą sekundę swojego szalonego życia. Dobrym pomysłem jest przedstawienie historii z perspektywy dwóch osób, Rosity i Ricardo. Dzięki temu czytelnik ma szansę poznać dwa, często rozbieżne punkty widzenia. Bo choć bliźniaki trzymają się razem, każdy z nich jest inny i co zabawne, często również błędnie interpretuje zachowania drugiego. "Bandyci Rodriguez" to bardzo świeża i zaskakująca opowieść. Pełna akcji, ciekawych zwrotów zdarzeń, ale i skłaniająca do przemyśleń. Podobno książka porównywana jest do "W drodze" Jacka Kerouaca oraz "Bonnie i Clyde" Arthura Penna. Co prawda można doszukać się tu pewnych podobieństw, jednak w moim przekonaniu opowieść Gołębiewskiego jest niepowtwarzalna i zupełnie unikatowa. Polecam ją wszystkim, którzy z entuzjazmem przyjmują literackie eksperymenty. Warto.
alison2 - awatar alison2
ocenił na 7 6 lat temu
Piąte: Nie zabijaj Alicja Róg
Piąte: Nie zabijaj
Alicja Róg
Widząc wymowny tytuł Alicji Róg „Piąte nie zabijaj” i dodatkowo czytając pierwsze słowa na samym wstępie można pomyśleć sobie, że pewnie będzie grzecznie, pouczająco i zbyt religijnie… Nic bardziej mylnego… Czułam gdzieś podświadomie, że będzie nieprzyjemnie, źle i niejednokrotnie odrażająco… Tak w sensie pozytywnym rzecz jasna… bo to wszystko miało oczywiście dodatkowy plus i wzbudzało pożądane zaciekawienie... „Jeśli na świecie jest choć odrobina zła, możesz być przekonany, że nikt nie pozostanie dobry…” Klara żyje w świecie pełnym nieczułości, niezrozumienia i znieczulicy…Zamknięta w swojej szalonej przestrzeni, niepewna i chora musi znosić towarzystwo niewalczącej z alkoholizmem matki i wiecznie niewyżytej psycholog…Wszystko to co dzieje się wokół jej życia wywołuje w niej coraz większą odrazę do świata i wzbudza chęć zmienienia go na lepszy… Pozbycia się tego co ją męczy, dołuje i ogranicza… Spotkanie z nową intrygującą znajomą i pewna jej propozycja nie do odrzucenia sprawia, że Klara przechodzi wewnętrzną metamorfozę, staje się silna i przepełniona pewnością, że to ona może posiadać wielką moc, aby bez żadnych skrupułów walczyć i usuwać całe zło, które ją dotyka i osłabia… dając tym samym sobie olbrzymią satysfakcję, ale przede wszystkim czerpać z takich rozwiązań słodką wewnętrzną przyjemność… Tak więc zaczyna się dość intensywny etap sprzątania i niesamowita frajda z dokonanych porządków… Właściwie to historia, która jest bardzo smutna i sprzyja pogłębieniu żalu a nawet depresji… Życie potrafi dobrze skopać po tyłu i to kilka razy pod rząd, dlatego czasem wydaję się, że najlepiej i najłatwiej byłoby samemu stanąć przeciwko tym wszystkim krzywdom i jak dzielny wojownik wymierzyć sprawiedliwość… Obiektywnie jednak patrząc na finał poczynań Klary Mars myślę, że nie jest to najlepsze rozwiązanie… Dlaczego?? Doczytajcie… I jeszcze to piąte przykazanie…Stworzone po to, aby je przestrzegać… Ponoć…
spirit - awatar spirit
ocenił na 6 11 lat temu
Łosoś norwesko-chiński Michał Krupa
Łosoś norwesko-chiński
Michał Krupa
Pierwsza książka Michała Krupy „Cześć, mam na imię Michał” poruszała społecznie bardzo ważne kwestie: uzależnienia i degradacji człowieka. Książka była napisana delikatnie, sprawiając wrażenie rozmowy podczas terapii lub zapisów pod jej wpływem. Można było oczekiwać, że autor w kolejnych książkach będzie kontynuował ten swój sposób pisania, ale ku memu zaskoczeniu stało się inaczej. Z jednej strony dobrze, a z drugiej nie za bardzo. „Łosoś norwesko – chiński” nosi piętno pośpiechu w pisaniu. Na szczęście nie wpływa to negatywnie na przekaz. Pierwsze, co może nas uderzyć w jego książce to obnażanie narodowej ignorancji: od pisarzy przez język po stosunki międzyludzkie. Wprawną ręką przerysowuje bohaterów, uwypukla ich negatywne cechy, przez co stają się groteskowi, a ich zachowania zmuszają nas (nawet jeśli bardzo się staramy zachować powagę) do śmiechu. Głównym bohaterem jest Maciej Prus: przeciętny polski samiec po studiach pseudo – ścisłych (czyli takich, w których więcej trzeba intuicji niż wiedzy konkretnej). Wszystkie postaci wkraczające w akcję zadają mu podstawowe pytanie: Potomek tego Prusa?”. Oczywiście okazuje się, że nic poza nazwiskiem nie wiedzą o TYM sławnym Prusie. Coś ktoś ze szkoły pamięta, ale nie do końca to jest to. Z podobnymi sytuacjami i ja mam do czynienia. Lepiej wykształceni pytają się czy jesteśmy potomkami generała Sikorskiego. Zawsze muszę tłumaczyć, że on miał córkę, więc nazwisko po nim nie przetrwało. Mniej wykształceni pytają się, czy mam Radka w rodzinie. No mam, ale to nie ten słynny, o którym myślicie. Czyli takie paradoksy są jak najbardziej prawdopodobne. Przygoda zaczyna się od kryzysu wieku średniego. czterdziestoletni bohater postanawia spisać filozoficzne refleksje na temat własnego życia. Pisanie oczywiście idzie mu bardzo nieudolnie, a z pomocą przychodzi zawsze kumpel Filip wyciągający Macieja ze stanów zwątpienia i zawieszenia twórczego polegającego na niemocy napisania pierwszych zdań. Wiadomo, że one są najważniejsze: od nich zależy czy ewentualny czytelnik będzie zainteresowany całością. Ta świadomość zabija wszelką moc kreatywną potencjalnego pisarza. Po wielu mękach i próbach Filip ratuje przyjaciela z opresji: kupuje mu tygodniowe wczasy w Ruchanku Dolnym, w którym znajduje się osobliwy hotel stworzony w celach wzajemnej erotycznej konsumpcji. Nie brakuje tam luksusów, a usytuowanie w Puszczy Noteckiej sprawia wrażenie odcięcia od codzienności. I tym jest dla wielu odwiedzających. Wyjazd w to miejsce staje się początkiem wielkich przygód w stylu „Kronik Jakuba Wędrowycza” Pilipiuka. Szybko i przypadkowo nawiązana łóżkowa znajomość wrzucą Macieja w wir wydarzeń. Stanie się celem dla trzech wywiadów. W całej akcji bohater (mimo zagrożenia życia) skupia się na pięknej agentce Agacie, która staje się dla niego niezdobytym obiektem seksualnym. Kobiety dla niego spełniają jedynie funkcję erotyczną, przez co muszą być ładne. Reszta się nie liczy. Często jednak odkrywa, że kobiety z jego grupy wiekowej są już brzydkie (jakby nie widział wpływającego czasu na swoim ciele). Całość sprawia wrażenie przerysowanego i ujętego w ramy powieści „Trzeciego szympansa” Jareda Diamonda. Do tego Jakubiak z polskiego wywiadu jest piękną karykaturą wszystkich „super facetów”, w których wcielił się Schwarzenegger: taki troszkę „Arni” z „13 posterunku”. Książka lekka, przyjemna i śmieszna, a do tego przesycona nieprawdopodobnymi zdarzeniami, starciami, ucieczkami, pościgami, przelewem krwi i niszczeniem wszystkiego, co stanie na drodze. Na szczęście wszystko ma swój szczęśliwy koniec. Ze względu na krwawe sceny i sporą dawkę erotyki polecam wszystkim pełnoletnim.
AnnaSikorska - awatar AnnaSikorska
oceniła na 7 8 lat temu
Homo Polonicus Marek Nowakowski
Homo Polonicus
Marek Nowakowski
Podaję w jakiej kolejności czytałem bo jestem debiliem i pomyliłem wydania choć myślę że nie ma to większego znaczenia. Homo Polonicus - dzień z życia typa co handluje bimbrem z ruskimi przeplatany myślotokiem i obawami o przyszłość. Dla mnie spoko, jest przaśnie mimo wielkopaństwa, czasami wywody odlatują zbyt daleko - mi to nie przeszkadzało ale nie nastawiajcie się na wartką akcję.  Dwa dni z aniołem - ło panie, co za bitwa kontrastów i charakterów, może i przerysowane ale jakie dobre, wódka included. Stygmatycy - znów kontrast, stare vs młode pokolenie, mimo prostackiego humoru który autor i tak potrafi podać z klasą jest to cholernie przygnebiające i smutne opowiadanie, przynajmniej według mnie. Także alkohol się przelewa. Strzały w motelu george - no i tu mi zgrzyta - ja bym to wyjebał z tej książki - pasuje do reszty jak kwiatek do kożucha. Jeśli ktoś lubi kryminały czy sensacje w formie odstającej od tego co jest na półkach w empiku to proszę bardzo, doceniam ale do mnie to nie trafia, zbyt poetyckie i za mało brutalne. Podsumowując pan Nowakowski tutaj ma bardzo kwiecisty język, przedstawia rodzaj pisania pozwalającego sobie na kilka stron rozwleczenia, dygresji czy odejścia od głównego wątku bez konsekwencji zirytowania czy zanudzenia czytelnika - talent rzadko widoczny w obecnych czasach. Mimo ze jeszcze nie wiem czy to styl który mi się podoba (bardzo dobry humor pierwszych trzech opowiadaniach, moja ulubiona epoka do obsrywania i wytykania wad, dużo chlania i pijackich wywodów) to dam mu szansę jak znajdę jeszcze cos interesującego od niego. Rzuciło mi się w oczy ze autor ma preferencje do opisywania seksu z kobietami rubensowskiej urody, prawdopodobnie to kolejna warstwa satyry ale jest to na tyle niespotykane i oryginalne (co doceniam niezmiernie) ze na pewno zapamiętam na przyszłość.  Ocena obniżona przez opowiadanie strzały w hotelu george.
knifers - awatar knifers
ocenił na 7 4 miesiące temu
Okno Marika Krajniewska
Okno
Marika Krajniewska
(...) The burning desire to live and roam free It shines in the dark And it grows within me You're holding my hand but you don't understand So where I am going, you won't be in the end I'm dreaming in colours of getting the chance Dreaming of tryn'a the perfect romance In search of the door, to open your mind In search of the cure of mankind... (...) Cześć!!! Usiadłem przy Oknie. Tuż po pracy, z kawą w dłoni. Miałem czas, swoje małe minutki, aby odpocząć i zrelaksować się. Jednakże lektura tej małej książeczki przeniosła mnie gdzieś dalek. Przeniosła w inny świat. Dzięki Marice Krajniewskiej poczułem wiele smaków, zobaczyłem to, co niewidoczne, byłem tam, gdzie nigdy wcześniej. I odkryłem wiele skrywanych, malutkich aspektów życia codziennego, które w szaleństwie szybkich dni są prawie niezauważalne... Wręcz ulotne. OKNO ( Wydawnictwo Papierowy motyl ) Każdy z nas ma swoje okno, poprzez które ogląda świat, prowadzi rozmowy, cierpi, uśmiecha się... Po prostu żyje. Okno zwyczajne, lecz niezwyczajne, bo każdy widzi coś innego, coś czego nikt inny nie może zobaczyć. Taki też jest zbiór króciutkich opowiadań spod dłoni Mariki Krajniewskiej. Każde opowiadanie uzewnętrznia cząstkę ludzkiej duszy, ból istnienia, radość, tęsknotę, skryte pragnienia, rozdarcie. Przeczytałem ten tomik na jednym wdechu, kawa dawno wystygła, mój świat na te trzydzieści minut intensywnego czytania, zniknął. Wiecie co? Zamurowało mnie. Jak zawsze mam dużo do powiedzenia, tak teraz mogę tylko rzec... ech... Po skończeniu ostatniego opowiadania (mówiąc szczerze BLISKO to najlepsze opko z całego tomiku) spojrzałem przed siebie, na okno i zatraciłem się w rozmyśleniach. Próbowałem zobaczyć swoje ja, swój wiatr, cząsteczki skrytych esensji duszy. (...) Bo wraz ze zmianami przychodziła nadzieja, że i w ludziach, którzy mnie otaczają, również nastąpi przemiana. (...) OKNO zabiera nas w podróż po kruchych krawędziach, popękanych ścianach naszych marzeń i pragnień. Każde opowiadanie opowiada historię człowieka patrzącego przez swoje okno. Kalejdoskop smaków, krajobraz uczcić... Niczego tutaj nie zabrakło. Czuję melancholię. Czasami ( rzadko bo rzadko) popadam w taki stan, kiedy ciężar świata przyciska mnie do ziemi. Po lekturze OKNA, miałem tak samo. Czy było warto ponownie wpaść w stan zawieszenia? Z całą pewnością, tak. Czasami potrzeba oderwać się od ustalonego nurtu, zadumać nad swoim życiem, spróbować czegoś wielkiego, dręczącego, czegoś co wchodzi w kość i nie chce wyjść. OKNO to wymagająca lektura. Nie ma tutaj miejsca na obowiązki domowe między jednym a drugim opowiadaniem. Nie można odłożyć tego tomiku "na potem". Trzeba go chłonąć, sycić się wartościami, dumać. Po prostu być. Nie będę i nie chcę pisać o każdym z opowiadań. Musicie sami, na własnej skórze przekonać się o wyjątkowości każdego z nich. Chciałbym jednak powiedzieć kilka słów o BLISKO (ostatnie opowiadanie). Jaki pierwiastek samotności jest w każdym człowieku? Jak mocno ten pierwiastek oddziaływuje na nasze życie? Co zrobić, żeby puste dni, brak akceptacji, brak bliskości w jakiś sposób zapełnić? Bohaterce tego opowiadania udało się. Znalazła zamiennik, coś co ja uszczęśliwia. Po tym opowiadaniu dopadła mnie właśnie melancholia. Bo, czy rzeczy które robimy, a nie są zgodne z jakimiś standardami życia, muszą być dobrze widziane przez innych? Czy nasze własne pragnienie uśmiechu, bliskości musi zależeć od ogółu? Marika Krajniewska pokazała swój niezaprzeczalny talent. Jej styl, energia, warsztat kuszą i zapraszają. Ponownie zostałem porwany przez jej niezaprzeczalny gust i postrzeganie świata. Dziękuję autorce za egzemplarz OKNA do recenzji. To była przyjemność. (...) Miłość - mówił - zawsze musi iść w parze z wiarą. Bez wiary miłość umiera. (...) I jeszcze coś. Czytając OKNO z tyłu głowy słyszałem pewną piosenkę. Znałem ją, ale nie mogłem przypomnieć sobie zespołu ani wokalistki. Udało mi się. Ta piosenka jest kwintesencją OKNA. Tak czuję, tak myślę... Miłego słuchania. Within Temptation - Utopia Miłego dnia.
Andrzej Konefał - awatar Andrzej Konefał
ocenił na 10 3 lata temu
Empire Marek Nowakowski
Empire
Marek Nowakowski
To trzecia opinia z cyklu “W ramach kondolencji”, po śmierci pisarza. Przypominam, że ciekawostki o autorze zawarłem w opinii „Psich głów”, więc nie będę ich powtarzał. Teraz mamy do czynienia z opowiadaniem, którego akcja dzieje się na peryferiach Warszawy, w latach pożogi wojennej, gdy Niemców już nie ma, a w ruinach okazałego hotelu „Empire” stacjonuje dowództwo sowieckie. Tzn., że osiagnąwszy wiek emerytalny /w 2000 r – 65 lat/ Nowakowski czuł potrzebę cofnięcia się do pierwszych lat powojennych, do lat jego dojrzewania, do tamtej rzeczywistości, która stała się inspiracją jego pisarskiej drogi, do wspomnienia jak to się zaczęło. Refleksje na ten temat dołączył do omawianego opowiadania opatrując tytułem „Tak się zaczynało” i od nich NALEŻY ZACZĄĆ lekturę, by zrozumieć decyzję pisarza o napisaniu tego opowiadania, jak i specyfikę tamtej rzeczywistości, która sprzyjała chęci ucieczki w krainę ułudy. W wyimaginowanej, cudownej i sentymentalnej podróży ojca i syna nie chce uczestniczyć matka, która kiedyś uciekła dla ukochanego z domu i została tancerka egzotyczną, a dzisiaj utraciwszy zdolność snucia marzeń, gardzi mężem, a podróże odbywa realne, do swoich miejskich kochanków. Nowakowski w „Tak się zaczynało” pisze: /str.135-6/ „Jedni śpiewali „Katiuszę”, inni „Marsz Mokotowa”. Jeszcze inni pieśń ruskich urków „Murkę”, inni naszą „Czarną Mańkę”. Hymn chłopców od „Bohuna” z Gór Świętokrzyskich zderzał się z „Oką” Kościuszkowców”. A bohaterzy opowiadania przemianowują knajpę „Pod Wiaduktem” na „Pod Akweduktem” i z jednej strony „uciekają” do świata starożytnego Rzymu, a z drugiej tworzą mity na temat niezwykłych swoich przeżyć i osiągnięć. Sens takiego postępowania wyłuszcza ojciec-iluzjonista w mowie dziękczynnej do współuczestnika, profesora historii: /str.92/ „To tylko dzięki panu przecież jesteśmy chwilami w innym, piękniejszym świecie. To pan jest demiurgiem tych uskrzydlających biesiad „Pod Akweduktem”. Pan otwiera przed nami te wspaniałe księgi i czytamy z nich spragnieni, tak bardzo spragnieni. Pijemy z krynicy żródlanej wody i omijamy te wszystkie brudne bajora, pełne zarazy, bakterii i gnijącego ścierwa. ZAPOMINAMY O PRZYKREJ CODZIENNOŚCI. UCIEKAMY OD CODZIENNOŚCI. Pan daje nam siłę. Naprawdę!” /podkr.moje/ I to opowiadanie jest właśnie o tym; o ucieczce choć na chwilę od otaczającej rzeczywistości pierwszych lat powojennych, gdy trwała wojna domowa i szalał terror okresu stalinowskiego. Ze swojej strony dodam, że w okresie tym przybyło nadspodziewanie dużo filatelistów, numizmatyków i szachistów. Każda forma „ucieczki” była jakąś terapią. A jak ta „podróż” się zakończyła muszą Państwo sprawdzić sami. PS Zapomniałem o uwadze autora, że STAROŚĆ ZACZYNA SIĘ OD BUTÓW. A dlaczego? p.str.10
Wojciech Gołębiewski - awatar Wojciech Gołębiewski
ocenił na 8 11 lat temu
Traktor albo błąd w sztuce Juhasia Kalada
Traktor albo błąd w sztuce
Juhasia Kalada
"Traktor" wpadłam przypadkiem, szukając książek z nieznanych mi literacko rejonów. Opis książki był co prawda średnio zachęcający — jak się okazało, niezbyt zgodny z prawdą! — ale skusiła mnie jej długość i okładka utrzymana w estetyce profilu emo nastolatki na MySpace około 2006 roku. Nowelka ma formę szkatułkową. Studentka Żenia powraca na stancję. Współlokatorka, Ira, postanawia opowiedzieć jej o swoich nieudanych miłosnych przygodach z czasu nieobecności. Po wysłuchaniu opowieści, Żenia proponuje pomszczenie złamanego serca Iry. Nie będzie to jednak zemsta na konkretnym mężczyźnie, a na płci przeciwnej w ogóle. Narzędziem zemsty nie stanie się zaś plotka czy rękoczyn, a literatura. Żenia i Ira siadają więc do napisania opowiadania o żałosnym podrywaczu... "Traktor" pozytywnie mnie zaskoczył. Prozę Kalady świetnie się czyta — jest lekka, zabawna, utrzymana w bardzo gawędziarskim stylu. Zarówno fragmenty obyczajowe o Żeni i Irze, jak i próbka ich twórczości mają w sobie coś świeżego. Autorka wykorzystuje elementy metafikcyjne, motywy z różnych gatunków (jak romans i horror), dodaje do tego garść absurdu. Brzmi to, jak mieszanka wybuchowa, ale efekt jest naprawdę sympatyczny. Pod względem treściowym "Traktor" się nie zestarzał. Ba, teraz mamy nawet nazwę na relacje w nim opisane —situationship. Pozytywnie zakręcona proza.
PaniKiczcock - awatar PaniKiczcock
ocenił na 7 1 rok temu
Mól Władisław Todorow
Mól
Władisław Todorow
„Mól” – tytuł, który może znaczyć wiele, albo nic. Jest to pseudonim głównego bohatera i to on podpowiada nam najwłaściwszą interpretację tytułu powieści. „Przypomnijcie sobie, jak latają mole. Właściwie nie latają, tylko chaotycznie się miotają na różne strony. Jeśli spróbujecie nakreślić tor ich lotu, otrzymacie dziwaczną plątaninę. Moje życie można by zobrazować w podobny sposób, a właściwie każde życie.” Poznajemy go w dniu, gdy opuszcza po 20 latach więzienie. Odsiadywał w nim karę za zabójstwo, którego, trzeba dodać, nie popełnił. Jego wspólnik, Karaluch, czeka na sposobność, by wydobyć z Mola informację, gdzie ukrył ukradziony jubilerowi diament, który nigdy nie został odnaleziony. Organizuje więc jego porwanie prosto z ulicy i podaje mu podstępem truciznę. I tak rozpoczyna się szalona, nocna wędrówka po Sofii. W poszukiwaniu diamentu, w poszukiwaniu ukochanej, w potrzebie spojrzenia na grób dziecka, którego Mól nigdy nie zdążył poznać, w wyścigu ze śmiercią, która fosforyzująco buzuje w jego żyłach… Dodajmy jeszcze, że Mól w więzieniu doczekał końca wojny i świat, który go wita w latach 60-tych, uśmiecha się do niego ironicznie nieznanym mu jeszcze, komunistycznym uśmiechem. To zupełnie nowa dla niego rzeczywistość. Powiedzieć, że to „jazda bez trzymanki”, szaleństwo i chaos, to jeszcze nic nie powiedzieć. „Mól” stanowi bardzo zgrabne połączenie wielu gatunków, zachowujące przy tym idealne proporcje między komedią pomyłek, sensacją, powieścią noir, odrobiną surrealizmu, groteski i sarkastycznego, szwejkowskiego humoru. Czyta się to znakomicie. Nie sposób nie dać się wciągnąć w tę gorączkę sofijskiej nocy, galopadę pełną niespodzianek i nieprawdopodobnych przypadków. Czujemy się trochę jak w szalonym śnie pijaka, nie mając pojęcia z czym za chwilę się zderzymy. Jest to także rodzaj swoistej powieści drogi, kiedy to zwykle bohater spotyka kolekcję niezwykle charakterystycznych postaci, najczęściej dziwnych lub dziwacznych, czasami symbolicznych, przerysowanych, o cechach zaznaczonych mocną, wyrazistą kreską. Tutaj są one groteskowe, niczym ze zwariowanego teatru, podkreślają też surrealizm komunistycznej Bułgarii. Pijani studenci na izbie przyjęć szpitala cytujący Dantego i opowiadający z życia wzięte, absurdalne dowcipy, zalotna „grubokoścista baba z wolem” – to pielęgniarka, jeden z mundurowych o zwalistej posturze, o którym bohater mówi: „Rozmiary i budowa tego człowieka sprawiały, że wyglądał, jakby nie został urodzony, tylko zmontowany. Miałem przed sobą jakieś zdumiewające skrzyżowanie biologii i metalurgii – blaszane spojrzenie, uszy z porowatego żeliwa, walcowaty korpus, szczęka jak kopara, skóra barwy ołowiowo-cynkowej, klatka piersiowa jak kontener, wyboista gęba, kanciasty nos, chropawe gruzły policzków i żużel pod pazurami.” Są też postaci dramatyczne, poruszające sumienie bohatera, jak ojciec Todor, zrazu wyglądający, jak „Demoniczny kościelny, jakby wyjęty z bajki braci Grimm, o sylwetce przypominającej zdeformowany świecznik, wykuty przez złośliwego i ułomnego geniusza.” Niewiele bowiem trzeba, by śmiech zamarł nam na ustach, a otoczenie przybrało złowrogi wygląd. Wszyscy bowiem w mroku tej dziwnej nocy, oświetlanej z rzadka słabym blaskiem latarni lub księżycowej poświaty, robią wrażenie nierzeczywistych. Bohaterowi zaś wydaje się, że idzie „tunelem prowadzącym do jakiegoś nieziemskiego blasku”. Tymczasem historia diamentu, zdrady i zemsty przybiera kolejne, zaskakujące oblicza i zupełnie już nie wiadomo, komu nasz, wzięty w dwa ognie, Mól może wierzyć. Zupełnie nieznany mi wcześniej bułgarski pisarz wprawił mnie w zdumienie swoją powieścią, która zaskakuje, bawi i zachwyca obrazami. Nie znajduję dla niej żadnego porównania. Jest osobna, doskonała i prawdę mówiąc – bardzo filmowa. Zawiera wręcz gotowe do nakręcenia sceny, a także idealnie skomponowane kadry. Fragment w szpitalu, łączący pijacki dowcip, dramatyczną nowinę o niechybnej śmierci, siermiężne otoczenie i groteskową postać „uwodzicielskiej” pielęgniarki… Fragment w przyciemnionym wnętrzu knajpy, na które blask rzuca tandetna, obracająca się kula ze szkiełek, gdzie Ada na scenie nostalgicznie śpiewa, a za chwilę rozlega się jej przeraźliwy krzyk… Fragment rozmowy-spowiedzi w cerkwi, podniosły i dramatyczny… No i oczywiście ten pościg za Molem przez sofijskie ulice, niczym z dobrej slapstickowej komedii… Te obrazy rozgrywają się przed naszymi oczami, bardzo plastycznie, z całą dramaturgią i końcowym suspensem, z rozpisaniem na role i odpowiednią choreografią, bardzo tutaj ważną. Film został zresztą w 2008 roku nakręcony. Podobno nie zyskał poklasku i oceny były mocno średnie. Nie widziałam go, ale z pewnością nie zawiniła tutaj powieść, na której oparto scenariusz. Jest ona bowiem znakomita, świeża, zaskakująca i niesamowicie eklektyczna, co nie zawsze się udaje. Najczęściej wrzucanie do jednego worka wielu tak różnych elementów rodzi chaos, tutaj zaś mamy po prostu świetną zabawę w klimacie noir z sensacyjnym rozwinięciem, wątkiem romantycznej miłości i dramatem człowieka bez wyjścia. I to jest spójne. I to wciąga. Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 9 2 lata temu

Cytaty z książki Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu.

Więcej
Edgar Allan Poe Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu. Zobacz więcej
Edgar Allan Poe Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu. Zobacz więcej
Edgar Allan Poe Złoty żuk. Studnia i wahadło. Skradziony list. Człowiek interesu. Zobacz więcej
Więcej