Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny

Okładka książki Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny
Anna BikontJoanna Szczęsna Wydawnictwo: Prószyński i S-ka biografia, autobiografia, pamiętnik
248 str. 4 godz. 8 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
1997-06-24
Data 1. wyd. pol.:
1997-01-01
Liczba stron:
248
Czas czytania
4 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
8373375716
Średnia ocen

                7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny

Średnia ocen
7,3 / 10
96 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
68
63

Na półkach:

Biografia pisana z zachowaną chronologią faktograficzną, z referencyjnymi wierszami, fotografiami , tym schematem kompendium ale jednak podskórnie wyczuwa się inną konwencję, w lekkim intencjonalnym rozedrgani u na rzecz pochyłu do snucia mieszaną techniką, tą reporterską i po trosze techniką fabularyzacji. I w tym jeszcze siła słowa publicystycznego autorskiego duetu: oszczędnego, precyzyjnego jak w wierszach Szymborskiej.
Skrojono ten tekst-dokument rozdziałami o tytułach zwierających esencjonalne zdarzenia tego wyjątkowego życia, bo ten spis tytułów stanowi już sam w sobie jego biogram.
Publikacja jest drugą tych autorek edycją wzbogaconą, w rok śmierci noblistki w wydawnictwie Znak, aby wpisać się na listę biografów noblistki w miejscu pierwszym, zanim nie zacznie się licznie zapełniać, wszak błyskotliwość intelektualna tej poezji niejednego pokusi aby na nowo odkrywać to życie, aby znaleźć niechby po części : jak, skąd, dlaczego.
Jak ułożyć biografię osoby nobilitowanej, która w tej materii milczy, odrzuca każdą zachętę do odsłony swojego życia zasłaniając się własną osobliwą argumentacją, że mówienie o sobie zuboża, okrada „zasoby wewnętrzne” jedyny walor jaki się w sekrecie nosi. Niełatwo poskładać strzępy informacji z relacji przyjaciół, znajomych, z dossier noblistki ( dokument filmowy Larsa Helandera, Katarzyny Kolendy-Zalewskiej, kroniki filmowe, fotografie medialne… ), z jej spuścizny literackiej, z dedukcji, charakterystycznej dla osobowości Anny Bikont wyrobionej profilem zawodowym… bez konfrontacji z osobą, której to wszytko dotyczy.
Ale autorki poszły na całość własną taktyką, napisały w zarysie to co się zdobyło i dały do przeczytania ( skorygowania) Szymborskiej, bardzo taktownie, ona wreszcie padła ofiarą tego podstępu.

Zwykle biografia odpryskiem odmalowuje tła: polityczno-historyczne, artystyczne, społeczne, egzystencjonalne… jakby scenografie na scenie życia na której gra swoją rolę osoba opisywana. Tak i w danym przypadku jak w panoptikum w zamyśle autorek jest rzut na Zakopane, Kórnik wielkopolski, Toruń i Kraków, każdy w innym czasie historycznym. Zakopane w przełomie wieku XIX i XX wieku kiedy było magnesem dla elit artystyczno-naukowych, i tych wszystkich o wątłym zdrowiu ściąganych dla zapobiegliwości w górskie klimaty. Tak i Wincenty Szymborski z wykształcenia administrator, przeprowadza się w bezpieczne zakopiańskie rewiry (podatny na gruźlice), znajduje pracę jako zarządca u pryncypała hrabiego Zamoyskiego, tam też wieku 47 lat spotyka miłość życia. Późnożeństwo jest domeną jej klanu rodzinnego ( dziadek po stronie miecza).
Kiedy po latach Szymborska z sentymentu notorycznie odwiedza Zakopane, nieraz spojrzy na restauracyjkę w Kuźnicach gdzie stał jej rodzinny dom , na dwór Władysława Zamoyskiego właściciela dóbr tatrzańskich w przełomie wieków u którego pracował przez 30 lat jej ojciec ( w ich domu był kult Zamoyskiego) , lub na willę zakopiańską kolegi jej ojca Franciszka Kosińskiego, albo z przypadku właziła do knajpy Kir, której właściciel w ramach wdzięczności pokoleniowej dziękował za odsprzedaż przez jej ojca jego dziadkowi grunt, na którym wyrósł ten rodzinny biznes. Miejsca naznaczone jej sagą rodzinną, niektóre mające status historyczny.
Niezatarte były uroki wielkopolszczyzny, odbierane jeszcze niepełną świadomością, ( była małym dzieckiem) gdzie przyszła na świat, te swojskie sielskie klimaty i plenery; jezioro, las, łąki.
I pierwszy jej w byt w formule życia mieszczańskiego w Toruniu, do piątego roku życia, który już wyłapywał co nieco.
A potem Kraków przedwojenny i w awersie powojenny. Czym on się różnił dla lat adolescencji i młodzieńczości. Jak bardzo wciska się zakreślona przez autorki aura życia inteligencji ziemiańskiej w Krakowie w dekadzie przedwojennej, wypisz wymaluj klisza zbytkowego statusu zachodniego w drugiej połowie XX wieku. W afirmacji subkulturowej była pogoń za wzorcami z kina i idololatrią, za modą łamiącą konwenanse (żaboty, gorsety do lamusa) jak sukienki do kolan z paskiem dla ekspresji seksapilu, był lans i szpan w manifestacji pozycji w hierarchii społecznej ( bryczki z zaprzęgiem pary koni i automobile, apartamenty wielopokojowe z imitacją łazienek, aneks z wanną…).Były spacery w parku Jordana z obfitością atrakcji na łonie natury, na Błoniach, po Plantach nawet dziedziniec Wawelu był miejscem dziecięcych igraszek. Były prywatne elementarne szkoły z wysokim poziomem edukacji, katolickie licea z dyscypliną ubioru niejako logo przynależności, Zamiast kawiarni cukiernie z delicjami ( Splendide, Maurizio, Piasecki…) lodami. Nie było w umysłach dorastających świadomości zagrożenia ( kiedy nazizm w sąsiedztwie wzbierał w siły a psychoza wojny weszła tuz przed jej wybuchem), była radość i swawola i uciecha z byle czego.
Gdy się wnika wizualizacją w tamto międzywojenne krakowskie życie, ujmuje rzecz, ze ten okres w świadomości wykreował się fałszywie, a był ł to okres dostatku i standardu dla warstwy średniej jak na owe czasy, radości dziecięco-młodzieńczej, okres kina, idoli, wszelkich zabaw w każdej scenerii, były banalizm marzeń jak dzisiaj : bycie gwiazdą, kobietą wampem, lub innym typem gwiazdorstwa lub fanfaronady jak obecnie celebryctwo.
Wojenny Kraków to okres cezury, życie w niepewności , w ostrożności w konspiracji. Tajne komplety, robienie czegokolwiek dla egzystencji najlepiej w dziedzinie nie zagrożonej wywózką, unikanie miejsc publicznych kiedy czas łapanek, rewizji, obław. I te rojenia o wolności które było jak chimera, kiedy codzienność dostarczała dowody na brak nadziei. I w tej aurze iluzji, po pięciu latach skradł się drugi totalitaryzm wypychając ten bardziej krwiożerczy, i rozlewał się inną taktyką i obietnicą.
Kraków powojenny to lizanie ran, głód na kulturę ( poranek literacki w Starym Teatrze tuż po wyzwoleniu z recytacją wierszy Miłosza, Przybosia, Adama Włodka…), euforia pokoju i inna świadomość polityczna, inna egzystencja.
Świat literacki dostał w prezencie kamienicę na Krupniczej 22, literaci bez dachu nad głową ale z zapałem i weną, zapełnili ten gmach w kohabitacji, a dyskretne oko dyktatu władzy miało wejrzenie na całość zarodka krakowskiej inteligencji twórczej.
Tam też, po mariażu z Adamem Włodkiem z Radziwiłłowskiej przeniosła się Szymborska, do męża, który zajmował poddasze oficyny. To on był pierwszym czytelnikiem jej wierszy, pierwszym jej mentorem i korektorem , połączyła ich wspólna pasja i zapewne podobny stosunek do spraw egzystencjonalnych , w awersji do sybarytyzmu. A atrakcyjna Szymborska mimo staropanieństwa wszak miała 26 lat, wpadała w oko niejednemu. Czy tylko to złudne zauroczenie poniosło ich do ołtarza, bo ten związek okazał się krótkotrwały, zaledwie pięć lat. Czy prawdziwą jest argumentacja Szymborskiej, że „Adam był taki naturalny i a kobieta przy nim nie musiała niczego udawać”, aczkolwiek wybrzmiewa ona jej dyplomacją.

Jakby znikąd spadł przywilej i łaska pomieszkiwać obok: Andrzejewskiego, Gałczyńskiego, Szaniawskiego, Różewicza, Kisielewskiego, Słomczyńskiego,… którzy wkrótce staną się trzonem elity literackiej. Twórczy umysł nie schlebia próżności i nudzie, to małe mieszkanko Szymborskiej i Włodka stało otworem dla wszystkich: odbywały się notorycznie herbatki, spotkania, konkursy, gry literackie, zabawy w żywe obrazy lub scenki rodzajowe. Nie przeszkadzały toalety wspólne na korytarzach, dochodzące zapachy ze stołówki, jakiś rozkwit grzyba ściennego, a sam budynek bez dozoru i remontu marniał i i chylił się ku stanowi nieużyteczności.
Ale domeną Krupniczej 22 było życie towarzyskie, śmiano się i bawiono jakby odrabiano stracony czas. Byli młodzi i kreatywni, wizja rodziny była zmyta wizją własnej samorealizacji i dzieła. Gdzieś tam w tle skończył się pluralizm partyjny (PPS z PPR), nowa ideologia wchodziła siłą indoktrynacji wszędzie, wstawiając swoje reguły w życiu codziennym.

Z butami wszedł stalinizm, okres fanatyzmu i apoteozy jego ideologią, nikt nie dostrzegał patologii i toksyny tego systemu, wręcz on tak lepko ściągał ku sobie akolitów. Szymborska za przykładem mężem weszła w grono partii, stała się członkiem i agitatorką w swoich wierszach. Dla nich, młodego małżeństwa zmiana zasad egzystencjonalnych : zmiana własności prywatnej na rzecz własności ogółu, odgórny tryb zarządzania wszystkim, plany rozwoju bez racjonalizmu a pełne utopii, były bez znaczenia i wydźwięku. Faworyzowali kult władzy bez głębszej analizy historycznej, nawet ten socrealizm w aspekcie kultury (wszystko w imię ideologii), nie był aż taką przeszkodą. Jeszcze nie widziano skutków tej ekspansji, trzeźwość myślenia zacierana była propagandą i demagogią. Kiedy doszło do pierwszych spięć a potem odwilży, oczy się przecierały, świadomość stanu rzeczy wracała z impetem.
Zagrożeniem dla autokracji była zawsze inteligencja, jej siła werbalna i publicystyczna. Dlatego rzucono całą metodologie agenturalną na Krupniczą, donosy stały się narzędziem kontroli i wyrazem lojalności, czysty ideologicznie życiorys był walorem. Podpisy elity literackiej ( Szymborska ) pod petycją w wyrazie potępienia kościoła w sfingowanej aferze kleru krakowskiego w 1953 roku, był świadectwem posłuszeństwo i dyscypliny.
Stalinizm był apogeum indoktrynacji i despotyzmu i dyktatury, po odwilży, z roku na rok ten potencjał spadał, nonkonformizm zataczał szersze kręgi, skutkiem czego Szymborska zrzekła się członkostwa, w Solidarności z Kołakowskim jako jedna z 12-stu powiększyła listę bezpartyjnych literatów, manifestując sprzeciw wobec systemowi. Tym samym stała się figurantką, inwigilowaną.

Dumą Krakowa po wojnie w kontekście publicystyki były: „Życie Literackie” i „ Tygodnik Powszechny” tygodniki z nakładem ogólnokrajowym oba o profilu kulturalno- społecznym, pierwszy skłaniał się ku publicystyki literackiej drugi w nurcie religijnym, aczkolwiek nie do końca.
Pierwszy był miejscem angażu Szymborskiej spędziła w redakcji 15 lat, w funkcji szefa działu poezji, potem prowadząc rubrykę Poczty Literackiej, gdzie humorem i ironią zajęła się interpretacją nadesłanej amatorszczyzny w wierszu i próbkach prozy. Naczelnym redaktorem był Machejek, a jego stylizacja pisania nazwana jako machejkizmem, przybrała stygmat pustej frazeologii, bełkotu komunistycznego w podtekście agitacji, stylizacji wybitnie tendencyjnej przy braku treści logicznej.
W początkach demokracji i w 1900 roku pismo musiało pędem następstw zakończyć swoją żywotność i zatrzeć zły ślad po sobie.

Zycie w aglomeracja Krakowskiej, jako pokłosie dyktatu komunizmu nie było łatwe, w kontekście rezydowania na przekładzie Szymborskiej z jednej klaustrofobii przechodziło siew drugą. Po 15-stu latach zamętu na Krupniczej otrzymała przy rogu 18-tego Stycznia i Nowowiejskiej fabrykat komunizmu, ciasny nieegzystencjalny metraż, z osobną kuchnia i łazienką, jako symptomat progresu.
I tak to była nobilitacja gdzie głód mieszkaniowy osiągał szczyt, a rodziny pokoleniowe ocierały się o siebie w jednym wspólnym mieszkaniu. Po Noblu zdobyła się na większy rozmach w postaci mieszkania dwupokojowego, a i tak powściągliwy wobec zasobów jakimi już dysponowała, widać, ze materializm nie był jej po drodze. Ale poszła dalej za luksusem w jej mniemaniu , aby sprostać po- noblowskiej pańszczyźnie zatrudniła sekretarza, młodego, chłonnego na wiedzę humanistyczną studenta, który pełnił swoje obowiązki aż do jej odejścia.

Autorki bardzo sugestywni podsyłają odbiorcy obraz tamtych czasów w aspekcie kultury. Dominowała telewizja, jedno-programowa ale znakomite seriale: Colombo, Niewolnica Izaura, Dynastia…wymiatały z ulic tłumy. Szymborska sama nie lubiła snobistycznego teatru, zachwycała się tym czym zwyczajny szary człowiek z krwi i kości , dobrym kinem, dobrą pop muzyką ( Ella Fitzgerald), książką każdego rodzaju i wcale nie w afirmacji literatury pięknej, wakacjami w górach po sezonie, wypadem za granicę ale nie fanaberyjnym zwiedzaniem muzeów i architektury minionych epok danej kultury. Lubiła się fotografować przy egzotycznych nazwach miejsc, zbierała pocztówki ale nie dla snobistycznej kolekcji, ale dla obdarowywania nimi w zmodyfikowanej formie w postaci wyklejanek, wszystkim swoim znajomym.
Te nowe czasy w konkurencji wolnorynkowej, pozwalały korzystać ze wszystkich dóbr, ale wszelkie dobra materialne, przepych, inwestycje, pomnażanie kapitału… to całe powinowactwo kapitalizmu nie było jej domeną, jak w każdym niemal środowiska artystycznym, gdzie sztuka ( w danym przypadku poezja) jest sensem i apriori.

Anna Bikont i Joanna Szczęsna w tej biografii sprytnie uciekają od źródeł determinacji takiego wariantu kobiecego życia, gdzie macierzyństwo zostało odrzucone z wyboru ( albo było niemożliwe o czym nie wiadomo). Co więcej sprawy serca, potraktowano w sposób oględny o ile nie zdawkowy.
Jak sama poetka mówi w jej życiu było wiele miłości, a wymienia się tylko jej małżeństwo i konkubinat. W rzeczy samej ten wyrzut „wiele miłości” też jest pretensjonalny, bo nie sposób aby w środowisku literackim, tak hermetycznym i plotkarskim jak na Krupniczej, nie zauważono flirtu atrakcyjnej i inteligentnej kobiety. W tej kwestii wiele się przemilcza, nie docieka się osobliwości kobiecej, która z natury predysponowana jest do prokreacji i macierzyństwa. Gdzie prawda , a gdzie maska w tej materii.
Idąc tą drogą analizy, sugestia kieruje w dzieciństwo gdzie są wszystkie zaczyny decyzyjności dorosłości. Jej „histeryczna miłość do ojca” pewnie coś stygmatyzuje, zapewne kamuflowana pretensja matki ( jej zgoda na małżeństwo wynikała ze strachu przed staropanieństwem z racji braku populacji męskiej po wojnie ) do losu, gdzie związek z jej strony wynikał bardziej z rozsądku i wygodnictwa niż z namiętności, rola ojca jako rodzica dojrzałego pod każdym względem i rodzica zbyt parenetycznego, poniekąd co skutkowało zaszczepem miłości do literatury. Szymborska nie wzbrania się za każdym razem aby wejść w takie rewiry tematyczne, sięgające esencji każdego życia jakby była to niedotykalna sfera tabu.
Co wskazują jej wiersze, gdzie ponoć jest całe jej życie i myśli. Autorki nie podejmują tego wyzwania, zachowując stricto zasady w preparacji biografii jako dokumentu.

Autorki omijają podszepty jakie idą z życia Szymborskiej .
Być może znajomość z Adamem Włodkiem, gdzie ona jak i on w profesjach takich samych, o podobnej mentalności, gdzie umysły twórcze dla lepszej ekspresji potrzebują wzajemnego pasożytniczego żeru z symbiozy bliskiej relacji, została sfinalizowana małżeństwem z racji niezbyt oczywistych, ale na pewno zakończyło się fiaskiem bo uczucie Szymborskiej bezpowrotnie wygasło. Bo na tym polu bez żadnego żaru i oplotu, jest zgoda na przyjaźń bez zazdrości z Włodkiem, jest przyjaźń z jego następną partnerką, Ewą Lipską, nic więc nie przeszkadza w takich relacjach, i nic nie popycha do piołunu i żalu.
Jej konkubinat w wieku już ustabilizowanym i przemyślanym, ze słynnym literatem krakowskim Kornelem Filipowiczem, wskazuje na podobny schemat relacji. To samo środowisko zawodowe, autorytet i afekt. I dopóki w tym świecie serce drga, związek żyje.
Filipowicz, od młodości zwracał uwagę Szymborskiej, gdzie w tym środowisku literackim jej spojrzenie wyłapywało męską aparycję: wysoki, przystojny, modnie ubrany, miał nadto tą wartość dodaną po UJ (biologia) i o wrażliwości łaknącej pożywnego pokarmu ( sztuka-pisarstwo), był obiektem zainteresowania wielu kobiet. Jego żona wybitna awangardowa rzeźbiarka, malarka Maria Jarema ( wdg jej projektu stoi rzeźba Fortepian Chopina przy Franciszkańskiej 52 w Krakowie w scenerii Plant ) zmarła nieoczekiwanie w 1958 roku. Był wdowcem po konsolacji, los a na pewno sugestywne zabiegi, połączyły dwie pokrewne dusze. Ona zaangażowana była w sposób nawet ostentacyjny w cały świat partnera, co dowodzi jej emocji.

Zasób faktograficzny, liczne odniesienia do wierszy, opinie znajomych i świata literackiego, są wystarczającym aby stanowić punkt wyjścia, fundament do własnej eksplikacji w aspekcie genezy; co w sobie niosła ta osobowość, że jej dzieło zadziwiło świat. Bo w tejże biografii nie ma odpowiedzi, niechby z przekory aby czytelnik doszedł sam do własnej konkluzji.
Była pierwszą polska noblistką w dziedzinie poezji ( bo Miłosz pisał także prozę), noblistką wiersza białego. Wszak była zwyczajną, bez preferencji charakterologicznej pośrodku miedzy ekstrawertykiem a introwertykiem bo lubiła towarzystwo i odskocznię w samotność, W sposobie bycia i konsumpcji życie była pewna równowaga i szczerość, bo jeśli podróże to nie za wszelka cenę zwiedzanie, jeśli książka to nie tylko ta ambitna ale każdego rodzaju, jeżeli rozrywka kulturalna to łatwe w odbiorze kino niż refleksyjny teatr, jeżeli pasja kolekcjonerstwa to nie snobizm drogich antyków tylko zwyczajność bibelotu, kiczowate gadżety, widokówki.
Ceniła przyjaźń jako substytut wsparcia, którego brakło z racji pokrętności losu i bezdzietności, skromność, przeciętność, normalność i dyskrecję, jako relikt metody wychowawczej ojca.
Stała z boku wobec świata i jego dziejów, jak spekulujący w myślach spektator, aby coś wyłapać i utrwalić. Brak rodziny dzietnej nie wybudzał w niej prozaicznych aktywności jak chociażby np. pogoń za pieniądzem aby wyścielić przyszłość potomstwu, czy fascynacji kulinarnych, zabiegania domowego…
No więc gdzie szukać w tej zwyczajności geniuszu pisarstwa i jego symptomatu.
Nic nie rodzi się z próżnego dzbana, samoistnie, dziedzictwo talentu i predyspozycji jest niemałym wkładem w sukces ale niewystarczającym nieraz w proporcji zbyt małym. Musi być pasja i zacięcie i rozkosz z robienia czegoś co się upodobało. Szymborską uwiodła matematyczna zabawa ze słowem , to „wyciąganie ze słownika tych odpowiednich …‘’ aby celnie stworzyć impresje, przekaz, aforyzm…i co jeszcze. A w tej zabawie słowem wariacja zestawień nie zna limitu i ten atrybut zabawy kosz , do którego wrzuca się co zapisano, aż do momentu kiedy na biurku zostanie ten ocalony skrawek z intuicji. Miniaturki w prozie były zbyt opisowe, rymy same w sobie się przejadły, a faktem jest że nie dla rymu tworzy się wariacje słowną ale dla przekazu myśli i i dla myślenia.
Z drugiej strony nie łatwo zrobić konstrukcje takich zestawień, „rodników”, metafor schludnym, oszczędnym słowem, które poruszą ludzką wrażliwość bez przymusu i sugestii, im bardzie trudne tym bardziej ekscytujące.
Tak jak Schultz w prozie poetyckiej, pod opisem malował metafizykę i mistycyzm rzeczywistości całą paletą barw- słów i metaforyzacją, tak Szymborska pod lakonizmem ujmuje prawdy w wierszach, które tak łatwo nie trzymają się w świadomości a kiedy wpadną w innej oprawie siedzą tronnie w jej zaułkach.
To czytelnictwo od dzieciństwa najpierw delikatnie zaraża (Konopnicka, Verne’a ), im większe tym bardzie wchodzi w krew, Szymborska mając 14 lat przeczytała Dostojewskiego, mniej lub bardziej rozumiejąc meritum treści, potem szokujący Mann i Montaigne i Proust… Pod wrażeniem chce się pisać tak jak oni, dyskretnie, do szuflady, tylko obawa czy aby to na sprzedaż. Nieraz los tak pokieruje, że wpada się w środowisko jakże kongruentne z pasją, w którym jest weryfikacja i wzorzec i tendencje i szlif.
W jakiej materii pisać staje się dylematem. Jej wiersze o doświadczeniu wojny padły w rywalizacji z ikonami tej tematyki : Różewiczem, Herbertem. Więc może po prostu o wszystkim, tudzież o nowym systemie który daje ślepą gwarancją pokoju. O wszystkim , „sprawach małych” których szarość życia nie dostrzega, i „tych wielkich ale z dystansu”, i swojej nowej wizji z przemyślenia.
Konieczne jest to całe nienazwane akcesorium: przenikliwość intelektu, mądrość, asocjacja, wnikliwa percepcja które płynie w genach. I jeszcze zmysł selekcji, wyczucie z idące ze szlifu warsztatu pisarskiego.

Czy koneksje przetarły drogę do Nobla ?. Czy to zasługa talentu szwedzkiego tłumacza Bodegarda, czy marketing Leonarda Neugera dyrektora Instytutu Slawistyki na Uniwersytecie Szwedzkim, czy świetne tłumaczenia Karla Dedeciusa, które zaowocowały przyznaniem Szymborskiej Nagrody Goethego?
Jest regułą, ze najpierw ta drugorzędna pod względem prestiżu nagroda wysyła sygnał w świat o walorze dzieła, Tokarczuk za znakomite Bieguni przyznano The Man Booker International Prize, w przypadku Szymborskiej zadziałał ten sam schemat, Nobel po Nagrodzie Goethego wisiał w powietrzu.
W sentencji w laudacji pogrzebowej „zostawiła sporo do myślenia” zawiera się sens życia i dorobek.

Biografia pisana z zachowaną chronologią faktograficzną, z referencyjnymi wierszami, fotografiami , tym schematem kompendium ale jednak podskórnie wyczuwa się inną konwencję, w lekkim intencjonalnym rozedrgani u na rzecz pochyłu do snucia mieszaną techniką, tą reporterską i po trosze techniką fabularyzacji. I w tym jeszcze siła słowa publicystycznego autorskiego duetu: ...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

240 użytkowników ma tytuł Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny na półkach głównych
  • 135
  • 100
  • 5
55 użytkowników ma tytuł Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny na półkach dodatkowych
  • 38
  • 6
  • 4
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny

Inne książki autora

Joanna Szczęsna
Joanna Szczęsna
Polska dziennikarka, reportażystka, działaczka solidarnościowa i pisarka. Rodowita łodzianka. Studiowała na Uniwersytecie Łódzkim, jednak studia ukończyła na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (polonistyka). Jeszcze w czasie studiów zaczęła pracować w Rozgłośni Harcerskiej. Przez 4 lata aktywnie działała w Komitecie Obrony Robotników (KOR), by później przejść do NSZZ "Solidarność". Jedna z nielicznych już osób, które od samego początku są związane z "Gazetą Wyborczą". Odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Uhonorowana odznaką Zasłużony Działacz Kultury. Wybrane publikacje: "Epitafia, czyli uroki roztaczane przez niektóre zwłoki" (z Anną Bikont, Prószyński i S-ka, 1998), "Limeryki, czyli o plugawości i promienistych szczytach nonsensu" (z Anną Bikont, Prószyński i S-ka, 1998), "Żyj pozytywnie. Poradnik dla każdego" (Wydawnictwo Printex, 2002), "Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu" (z Anną Bikont, Prószyński i S-ka, 2006), "Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej" (z Anną Bikont, Wydawnictwo Znak, 2012).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Już nic nie muszę Stefania Grodzieńska
Już nic nie muszę
Stefania Grodzieńska
Stefania Grodzieńska (1914-2010), kobieta wielu zawodów, m. in. tancerka, aktorka, pisarka satyryczna, konferansjerka, będąc już w mocno starszym wieku, odpowiada na pytania Beaty Kęczkowskiej. Robi to z lekkością, dowcipnie, ciepło i ciekawie. Opowiada o swoim dzieciństwie i bogatej karierze na przestrzeni 80 lat; o życiu rodzinnym, mężu, też artyście Jerzym Jurandocie oraz córce Joannie. Wspomina kontakty przyjacielskie, koleżeńskie i zawodowe z największymi polskimi artystami scen teatralnych i kabaretowych oraz sławnymi pisarzami, m.in. bardzo ciepłą relację z Janem Brzechwą. Przypomina zmieniające się warunki pracy w różnych latach oraz przytacza mnóstwo zabawnych, skrzących się humorem, anegdot ze sfer artystycznych. Książka zawiera też próbki talentu Stefanii Grodzieńskiej w postaci tekstów satyrycznych, nieprzeparcie śmiesznych, wznoszących się na wysoki poziom absurdu i abstrakcji. O ile nie do końca trafiły do mnie opowiastki o karpiu w wannie i małym dziecku to podobała mi się niezwykle niemal magiczna historyjka o radiu i śmiałam się głośno z „Przygody w samolocie” (s. 79-81) czy tekstu „Małżeństwo i szosa” (s. 107-108). Cudowny jest także system selekcji narzeczonych w „Mężu dla naszej córki” (s. 58-64). Cenię Artystkę dodatkowo za zwracanie uwagi na błędy językowe, szczególnie czynionych przez ludzi pióra i tych, których język jest narzędziem w życiu zawodowym oraz jej zagorzałe poparcie dla stosowania feminatywów. Mam nadzieję, że udało się Stefanii Grodzieńskiej zrealizować pragnienie „żeby do ostatniej chwili dla moich kochanych był ze mnie choć najmniejszy pożytek. Więc chcę umrzeć zdrowo. O to proszę” (s. 89) Spędziłam dużo przyjemnych chwil na spacerach z audiobookiem w wykonaniu Blanki Kutyłowskiej, chociaż z początku trudno mi było przyzwyczaić się do jej głosu i interpretacji. Ale im dalej, tym było lepiej. Warto też wziąć do ręki wersję papierową książki ze względu na zamieszczone w niej zdjęcia. Polecam.
Mikila - awatar Mikila
oceniła na 6 1 rok temu
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej Barbara Łopieńska
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej
Barbara Łopieńska
Rozmowy o książkach, tych z dedykacjami i tych bez dedykacji, tych skazanych na zesłanie do piwnicy i tych z nocnego stolika, poezji i prozie, fascynacjach literackich i nawykach czytelniczych, ulubionych księgarniach i ulubionych kawiarniach, sporze o Manna i Prousta, także o tym, że „w pewnym wieku człowiek już wie, czego szuka - szuka potwierdzenia i pogłębienia swoich spostrzeżeń.” Książka wielu wzruszeń, nie tylko dlatego, że większość z rozmówców, również autorka, odeszła już z doczesności do wieczności, również dlatego, że bohaterowie nie gonią za wydawniczymi nowościami, cenią klasyków i ponadczasowe wartości. Paweł Hertz, 1918-2001, pisarz, tłumacz i wydawca, zachwala poufny dziennik Bretończyka: „Mam jeszcze pod ręką „Pamiętniki zza grobu” Chateaubrianda. Czytam sobie, po kilka rozdziałów, i za każdym razem jest to olśniewające.” Marian Brandys, 1912-1998, prozaik i reportażysta, autor spostrzeżenia „nie jest trudno odróżnić dobrą literaturę od złej, dużo trudniej jest odróżnić dobrą literaturę od pozornie dobrej” rozmowę kończy żartobliwym tonem: „Na grypę najlepszy jest Prus.” W rozmowie „Warsztat musi być czynny” Ryszard Kapuściński, 1932-2007, polski reportażysta publicysta i fotograf, autor uwielbianego przeze mnie zwrotu „szarża na szkatułę”, do odszukania w powieści „Cesarz”, podkreśla znaczenie literatury nasyconej głęboką refleksją. „Ważna na świecie literatura jest nasycona refleksją, rozważaniem, zamyśleniem. Bo na świecie są dwa typy czytelnika: czytelnik literatury masowej - przedłużenia serialu telewizyjnego, który jak nie może z przyczyn technicznych oglądać serialu, sięga po książkę - i czytelnik wysmakowany, wdzięczny, którego bawi refleksja nad światem.” Książka wydana w roku 1998.
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na 8 1 rok temu
Nowe lektury nadobowiązkowe 1997-2002 Wisława Szymborska
Nowe lektury nadobowiązkowe 1997-2002
Wisława Szymborska
Lakoniczność - ujmująca całą rzecz samą w sobie – należy do najtrudniejszych wyzwań w sztuce pisania. Szymborska posiadła ją w stopniu doskonałym, o czym w jej prozie świadczy ten pozornie skromny zbiorek. Po lekturze czegoś tak wspaniałego aż się odechciewa przystępować do pisania recenzji jakiejkolwiek książki. Ale z drugiej strony, skoro grafomania polega na przymusie pisania czegokolwiek, to z lubością sam siebie nieco pognębię… Być może nie jest przesadnie trudno sporządzać opinie nt. przeczytanych książek, streszczać fabułę, wymieniać ich wady i zalety, cytować pyszniejsze fragmenty, a nawet zdobywać się na uogólnione stwierdzenia plasujące daną pozycję w jakimś tam kontekście kulturowym. Ale oddać jakąś lekturę, zwłaszcza nieoczywistą w przypadku noblistki, w pełnym dobrotliwej ironii króciutkim a brylantowym mini-eseju, czemu towarzyszy odwołanie się do własnej olbrzymiej wiedzy, oczytania, inteligencji, wreszcie życiowego doświadczenia – to potrafią jedynie Wielcy. No i do tego styl, czyli człowiek… Najważniejszy cytat z tej książki w 100 proc. oddaje moje upodobania czytelnicze: „Nie wiem, skąd się wzięło idiotyczne przekonanie, że na urlopy trzeba brać książki ‘lekkie’. Ależ przeciwnie: te ‘lekkie’ czyta się – jeżeli w ogóle się coś czyta – przed zaśnięciem, po pracy zawodowej i domowej, kiedy trudno już o skupienie, jakiego wymagają książki wybitniejsze”. Ponadto Wisława z pewnością byłaby członkiem Klubu Wiedzy Zbytecznej, założonego przez mojego ulubionego Jana Gondowicza. Np. gdy pisze o neandertalczykach, nie omieszka poinformować nieświadomego tego faktu piszącego to homo sapiens, że nazwa doliny Neandertal pochodzi od 17- wiecznego poety Josepha Neumanna, który przybrał przydomek Neander (grecki odpowiednik jego nazwiska). Dowiedziałem się też tutaj niemiłego faktu dla tak miłującej Innych wspólnoty, że wśród internowanych w Szwajcarii polskich żołnierzy po kampanii francuskiej w 1940 r. wprowadzono „paragraf aryjski”, czyli wyodrębniono do jednej grupy tych żydowskiego pochodzenia. Znając zbiorowe podejście swych rodaków do sprawy, nie sądzę, aby była to robota Szwajcarów – oni i tak od początku świata tak czy inaczej nie znoszą wszystkich cudzoziemców…. Z wybitną intelektualną pasją Autorka znęca się nad najgorszym gatunkiem filmowego kiczu, czyli melodramatem : „Bohaterka zawsze kładzie się spać zawsze w pełnym makijażu i z tymże, nierozmazanym, się budzi”. „Kiedy przychodzi pora na poważną rozmowę z mężem czy kochankiem, zawsze siada przed lustrem i czesze włosy”. „Kiedy kobieta oświadcza ukochanemu, że zostanie ojcem, mężczyzna przyjmuje tę wiadomość z tak niebywałym zdumieniem, jakby nikt go wcześniej nie uprzedził, skąd się biorą dzieci”. I jeszcze cytat jakże miły, jako miłośnikowi CK Monarchii, nt. mitycznej już wtedy, acz historycznej Lodomerii, czyli części łacińskiej nazwy dawnego ruskiego (dziś powiedzielibyśmy: ukraińskiego - nie rosyjskiego, na Boginię!!) Księstwa Halicko-Włodzimierskiego (jego była od XII do XIV wieku Lubelszczyzna, Chełmszczyzna, Podlasie i Galicja). „Była to prowincja-widmo. Nikomu nie udało się określić jej granic i wyodrębnić jej administracyjnie. Prawdopodobnie nawet i sami cesarze nie mieli pojęcia, jaki obszar ta kraina zajmuje”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 2 lata temu
Wyznania gorszycielki Irena Krzywicka
Wyznania gorszycielki
Irena Krzywicka
Irena Krzywicka (1899-1994) przyszła na świat w Jenisiejsku w rodzinie polskich Żydów, zesłanych na Syberię za działalność socjalistyczną. Ojciec zmarł na gruźlicę niedługo po powrocie do Polski, matka, zwana przez nią Maminkiem, była aż do swej śmierci jej najwierniejszą przyjaciółką. Oczytana i jak na kobietę świetnie wykształcona oraz ambitna z przytupem dołączyła Irena do międzywojennego środowiska literackiego. Jej najbardziej znane publikacje ukazywały się w Wiadomościach Literackich Mieczysława Grydzewskiego, jest też autorką kilku książek. Swą autobiografię zaczęła pisać we Francji w latach 1970-ych, po niemal całkowitej utracie wzroku nagrywała wspomnienia, a książkę do druku przygotowała Agata Tuszyńska. Pierwsze wydanie „Wyznań gorszycielki” ukazało się dwa lata przed śmiercią Krzywickiej, a jego pomysł Marian Hemar miał skomentować z typowym dla siebie sarkazmem: „Droga Irenka, nasze stare chodzące poboyowisko”*. Według dość zgodnych opinii gorszycielką została Krzywicka nie tyle z powodu rozwiązłości w życiu prywatnym - wierność małżeńska nie była w tym środowisku powszechnie obowiązującą normą - lecz z racji głoszonych publicznie przez nią i Boya poglądów oraz konkretnych inicjatyw. Inaczej jednak niż biografkę Boya**, czworokąt małżeński, Irena-Jerzy Krzywicki-Zofia Żeleńska-Boy, dość mocno Krzywicką uwierał. Przynajmniej tak wygląda to w jej wspomnieniach. Mimo fatalnej technicznej jakości wydania „Wyznań…”, na jakie trafiłam, nie mogłam się od lektury oderwać. Początkowa część książki, jakieś 40% tekstu, to ciekawy opis relacji rodzinnych, przymiarek do różnych dróg kariery oraz pierwszych prób zaistnienia w środowisku literatów. Jako atrakcyjna kobieta na brak zalotników nie narzekała. Spośród trzech zaprzyjaźnionych na męża wybrała początkującego prawnika, syna Ludwika Krzywickiego, uznanego twórcy polskiej socjologii. Boya spotkała, kiedy wydawało się, że po urodzeniu pierwszego syna, Piotrusia, jej małżeństwo z Jerzym już okrzepło. Ale atrakcyjności, także fizycznej, sławie i wspólnocie przekonań z dwadzieścia pięć lat starszym facetem nie potrafiła się oprzeć. Mimo że wówczas, w roku 1928, nie pod każdym względem pasował do definicji Boya, jaką wygłosił dziesięć lat wcześniej przypadkowo spotkany Jan Lechoń, a mianowicie że jest to „…melancholik, erotoman, pijak, karciarz … najbardziej czarujący, najinteligentniejszy człowiek na świecie”. Miłości do Ireny pozostał Boy wierny do śmierci, od alkoholu też już wtedy stronił. Owszem, była świadkiem jego stanów depresyjnych, załamania pod wpływem krytyki i ataków, z obu stron sceny polityczno-obyczajowej, za wprowadzenie w dyskurs publiczny i nieśmiałe próby instytucjonalnego usankcjonowania pewnych tematów tabu. Ich ostrze w pewnym sensie bardziej było bolesne dla niego niż dla niej. Jan Skiwski, na przykład, atakował go za propagowanie „życia ułatwionego”. Czy chodziło mu także o zdjęcie odium, a w każdym razie o zrezygnowanie z karalności za homoseksualizm? Krzywicka przyznaje, że ich próby wprowadzania antykoncepcji i bezpiecznych zabiegów aborcji nastąpiły w Polsce „… o trzydzieści lat za wcześnie”. Pierwsze ośrodki Świadomego Macierzyństwa nie cieszyły się popularnością i dość szybko zostały zlikwidowane. Tymczasem, gdy ona zaczęła być krytykowana także za swoje relacje sądowe, głównie za obronę Rity Gorgonowej, Boya atakowano już za wszystko. „A że tyle piszę? - żalił się Irenie - U nas nie lubią ludzi, którzy za dużo pracują”. Lata 1930-te to nowe fale antysemityzmu i faszyzacji Polski. O tym oczywiście wyznania Krzywickiej też wspominają. Ich największa wartość polega, moim zdaniem, na obleczeniu tych i innych zjawisk w konkrety, co wiąże się naturalnie z jej ocenami ludzi, na ogół trafnymi, a przy tym zawsze bardzo ciekawymi. Na przykład o dwóch byłych skamandrytach, Jarosławie Iwaszkiewiczu i Antonim Słonimskim pisze: Iwaszkiewicz „jako homo publicus był godny niechęci, jako człowiek prywatny był serdeczny i miły, odwrotnie niż Antoni - jako homo publicus - godny najwyższego szacunku, ale prywatnie egocentryk zupełnie niezdolny do wyjścia poza samego siebie”. A że Irenkę - jak mówi znane porzekadło - znała cała Warszawa, ze wzajemnością, tj. ona znała wszystkich, lektura jej wspomnień stanowi prawdziwą frajdę. Nawet jeśli nie do końca wiadomo, czy są one osadzone - jak w przytoczonym cytacie - jedynie w jej wrażeniach ze znajomości podczas pobytu w Warszawie i Podkowie Leśnej, czy sięgają również okresu powojennego. „Wyznania gorszycielki” kończą się po wojnie, kiedy to - nie ma co ukrywać, dzięki swej przedwojennej popularności - uzyskała Irena Krzywicka szanse na nowy początek. Co w ogóle miałby on znaczyć po stracie najważniejszych osób w jej życiu? No i czy lektura książki Agaty Tuszyńskiej pt. „Krzywicka. Długie życie gorszycielki” jest, mimo nie najlepszych ocen książki, wskazana? Ale przed natychmiastowym zabraniem się do niej powstrzymać się oczywiście nie potrafię. *Wszystkie cytaty pochodzą z wydania książki, do którego miałam dostęp. **Monika Śliwińska: Książę. Biografia Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
Nina - awatar Nina
oceniła na 8 1 rok temu
Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie Jerzy Illg
Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie
Jerzy Illg
„Władze Uniwersytetu Śląskiego nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej”.(s.13.) „Jesienią 1987 roku po raz ostatni pracowałem „na czarno” w Sztokholmie. Od dziesięciu lat wyjazdy do przyjaciół w Szwecji pozwoliły mi łatać budżet domowy, a nawet umożliwiły mi dorobienie się malucha. Myłem okna, zbierałem truskawki, nosiłem wiadra z piaskiem … pracowałem na zmywaku...byłem nocnym recepcjonistą w hotelu,, czyściłem do białego drewna sufit i ściany domku należącego niegdyś do dziadka Alfreda Nobla”. (s.189.) „Pamiątką z tego okresu – przejmującą i zaskakującą dla mnie- jest wpis w „Drugiej przestrzeni”, ostatnim tomie wierszy Miłosza. Czesław wręczył mi go bez słowa, uśmiechając się zagadkowo, a równocześnie poważnie patrząc mi w oczy.(…) ...niezbyt już foremnymi literami dedykacja: „Przewoźnikowi Charonowej łodzi- Czesław Miłosz, 9.VII.2002, Kraków”.(s. 105.) Jerzy Illg, mój znak o noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie. Wyd. Znak, Kraków 2019. Już trzy powyższe cytaty z Illga pozwalają dostrzec miarę i wielkość wydawcy, redaktora naczelnego Znaku. Szczególne „słowa uznania” należą się władzom UŚ (z roku 1982). Bogini Fortuna też dołożyła swoje trzy grosze (czuwała nad przyszłym redaktorem - szczęśliwym człowiekiem). Illg w „moim znaku” (II wydanie) zgromadził tak bogaty materiał biograficzny, ze mógłby nim obdzielić kilku Illgów, jednakże Illg jest tylko jeden, wyjątkowy i niepowtarzalny, jak niejeden noblista. Pióro Illga ma niezwykłą swobodę wydobywania na światło dzienne wyjątkowych spotkań, zdarzeń, miejsc, okoliczności, rozmów nie tylko z pisarzami. Czytelniku, bez Illga nie znajdziesz się w kręgu Znaku! Tekst niezwykle osobisty i prawdziwy. 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na 10 1 rok temu
Nie ma z czego się śmiać Stefania Grodzieńska
Nie ma z czego się śmiać
Stefania Grodzieńska
Uwielbiam Grodzieńską, a jej niesamowity życiorys to gotowy scenariusz na film, więc cieszy mnie, że ta książka pogłębia wiele wątków, które pojawiły się we wcześniejszych pozycjach autobiograficznych autorki (trochę to wygląda tak, jakby autorka przed śmiercią chciała jeszcze kilka rzeczy przed czytelnikami odkryć i ocalić od zapomnienia). Nie wszystko jednak zdecydowała się wyjawić - nie wspomina nic o swoim (po matce) i męża (po rodzicach) żydowskim pochodzeniu ani o tym, że przez 2 lata przebywali w getcie, gdzie organizowali przedstawienia w teatrze Femina. Pragnęła jednak, żeby po śmierci te informacje zostały ujawnione - przekazała do druku materiały, które zostały wydane w 2014 w książce "Miasto skazanych" (zapiski męża i jej wiersze). Same wiersze były już wydane zaraz po wojnie pod pseudonimem Stefania Ney (nazwisko panieńskie matki). Bardzo zaciekawiła mnie postać siostry męża Jerzego Jurandota - Zochy, która brała czynny w konspiracji i zginęła w powstaniu. Okazuje się, że napisała 3 książki pod pseudonimem Zofia Bardówna. Naprawdę nazywała się Zofia Gleichgewicht i udało mi się odnaleźć w necie kopię jej podania do ASP, łącznie ze zdjęciem, na którym widać przepiękną młodą kobietę. Wysłałam nowo zdobyte informacje do twórców biogramów powstańczych, mam nadzieję, że uzupełnią. Idąc tym tropem okazuje się, że teściowe p. Stefanii nie nazywali się Tadeusz i Sabina, lecz Dawid i Szajndla. Ich syn Jerzy zmienił nazwisko Gleichgewicht na Jurandot, przy czym wygląda na to, że je wymyślił, ponieważ jedyne osoby o tym nazwisku to on, żona (jako drugie), córka i wnuk Michał (jest pilotem), który nosi nazwisko po matce. W ogóle w książce ukrytych jest kilka zagadek, np. czemu matka Stefanii była bezpaństwowcem? I skoro Stefania idąc do szkoły b. słabo znała polski - to w jakim języku rozmawiały z nią mama i babcia? Wiele wskazuje, że mógł to być rosyjski. A może jidysz? Jest też wiele niedopowiedzeń, np. autorka pisze, że śpiewaczkę Helenę Ostrowską poznała w domu konspiracyjnym w Gołąbkach, a tymczasem wcześniej występowały razem w getcie w przedstawieniu "Księżniczka czardasza". Te niejasności i niedopowiedzenia są głównie konsekwencją przemilczania pochodzenia i pobytu w getcie. Ciekawy jest też wątek Jurandota - kobieciarza. Żona i córka zgodnie piszą, że im to nie przeszkadzało, a jego kobiety były zawsze w dobrym guście. Na sam koniec p. Stefania nadmienia, że mąż nie miał żadnych wad. Ciekawe. PS. Słowa p. Joanny Jurandot-Nawrockiej (zm. 2016): "Rodzice nigdy nie mówili publicznie – i prawie nigdy w domu – o spędzonym w getcie okresie. Był to okres, którego nie chcieli pamiętać, choć zatrzeć go w pamięci oczywiście nie zdołali. Dodatkowo mama, jako autorka i wykonawczyni tekstów satyrycznych, chciała kojarzyć się z artystką ,,do śmichu”, a nie z tak niewyobrażalną tragedią. Mogli spokojnie się ukryć, ale poszli do getta dobrowolnie, ze względu na uwielbianych rodziców ojca, którzy tej szansy nie mieli. Wyszli, kiedy „akcje” tak się nasiliły że nie było szans na uratowanie moich dziadków. O wstydzie nie było mowy, natomiast przyznaję że rodzice – jak wszyscy albo prawie wszyscy ludzie którzy przeżyli tamten koszmar – bali się jego powrotu. Bali się nie o siebie, tylko o nas, o następne pokolenia." PS. Jerzy Jurandot napisał w getcie sztukę: komedię (!) osadzoną w realiach getta pt. "Miłość szuka mieszkania". Była tam wystawiana. Można wysłuchać świetnego słuchowiska na niej opartego - wpisać na YouTubie: słuchowisko miłość szuka mieszkania.
Mariisol - awatar Mariisol
ocenił na 9 1 rok temu
Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej Joanna Szczęsna
Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej
Joanna Szczęsna Anna Bikont
W październiku 1996 roku wyjechałam na studia do Niemiec i zamieszkałam u niemieckiej pisarki. Regularnie dopytywała mnie o naszą świeżutką noblistkę, Wisławę Szymborską. I dziś trochę wstyd się przyznać, ale wtedy nie wiedziałam właściwie nic. Nie znałam jej wierszy, nie umiałam o niej opowiedzieć ani jednego sensownego zdania. Trzydzieści lat później postanowiłam nadrobić to niedopatrzenie. „Pamiątkowe rupiecie” okazały się czymś znacznie więcej niż klasyczną biografią. To opowieść utkane ze wspomnień, listów, zdjęć, prasowych doniesień, uważnego researchu i oczywiście poezji. Portret kobiety niezwykłej, a przy tym zaskakująco zwyczajnej. Skromnej, potrzebującej samotności i smutku, zawstydzonej nagłą sławą. Czytelniczki nawet najgorszych książek. Miłośniczki szuflad, które uważała za jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości. Zbieraczki kiczowatych bibelotów, kuriozalnych gadżetów, chińskiego termosu. Autorki kartek, kolaży wyklejanek, wielbicielki loteryjek i drobnych absurdów codzienności. Autorki stworzyły niezwykle ciekawą opowieść o poetce, która nie chciała mówić o sobie wprost. Zamiast tego pisała zbereźne limeryki, wyklejała własne pocztówki i podrzucała do ogrodów przyjaciół figurki owiec. Jej marzeniem było mieć sobowtóra, który pozowałby do zdjęć, jeździł, udzielał wywiadów, a ona by sobie pisała. To biografia pełna humoru, anegdot i czułej ironii, nasycona poezją, a przy tym podszyta przekorą i delikatną nadzieją. Przyznam, że początkowe lata i fascynacja młodej Szymborskiej komunizmem momentami mnie nużyły. Dopiero po Noblu narracja nabrała dla mnie wyraźniejszego rytmu i lekkości. Szczególnie poruszająca jest opowieść o jej relacji z Kornelem Filipowiczem. Wspólne biwaki, ryby, grzyby i oglądanie „Niewolnicy Isaury” składają się na cichą, nieoczywistą historię miłości, bez wielkich deklaracji, za to z ogromną bliskością. Czytajcie wiersze i felietony Szymborskiej. I czytajcie jej biografię. Zostawiła nam naprawdę wiele do czytania i jeszcze więcej do myślenia.
WybornaCzytelniczka - awatar WybornaCzytelniczka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Czytadła. Gawędy o lekturach Agnieszka Osiecka
Czytadła. Gawędy o lekturach
Agnieszka Osiecka
Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam książki o książkach. Wciąż mi mało ciekawych felietonów, esejów, komentarzy na temat przeczytanych lektur, bibliofilskich pragnień i czasu, którego i tak zabraknie na poznanie wszystkich książek z osobistych list każdego czytelnika. Agnieszkę Osiecką lubię bardzo za jej pisanie na tematy różne, za fotografie. Nie jestem fanką tekstów piosenek, nie wrócę pewnie do opowiadań jej autorstwa, ale felietony i luźne przemyślenia, i rozmowy są ciekawe, skrzą się humorem, pokazują Agnieszkę otwartą, ciekawą ludzi, spostrzegawczą. We wstępie książki, napisanym przez Agatę Passent, czytam, że teksty zebrane w Czytadłach... trudno zaszufladkować. Nie są to bowiem typowe, profesjonalne recenzje z książek, nie są to również literackie eseje. Mam wrażenie, że słowa Osieckiej to, podobnie jak wypowiedzi Szymborskiej, komentarze na temat przeczytanych lektur, w których odnaleźć można mnóstwo osobistych przemyśleń czy wspomnień. Teksty obu autorek były wcześniej publikowane: Wisława Szymborska pisała m.in dla Gazety Wyborczej, Agnieszka Osiecka dla Życia Warszawy. To, co łączy obie panie, to lekkie pióro, interesujący dobór lektur (choć przyznać trzeba, że nasza noblistka była w tym temacie bardziej nieprzewidywalna) i luźne bardzo podejście do opisywania książek - mnóstwo dygresji, raczej pozytywny stosunek do każdej przeczytanej pozycji, nieustawianie się w pozycji wielce krytykującego krytyka. To nie tak, że im się wszystkie czytane książki podobają, ale autorki unikają ostrych i kategorycznych opinii w myśl zasady, że gusta są różne i po co kogoś negatywnie nastawiać do książki, która może stać się ulubioną nawet, choć mnie się wydaje co najwyżej przeciętnym czytadłem. Jak słusznie zauważa autorka Czytadeł "oczywiście każdy pisze, jak chce. Ale każdy też czyta, jak chce". Bez zbędnych słów, bez przydługich opisów, bez nadęcia. Lektura tekstów Osieckiej to czysta przyjemność i obowiązkowa pozycja na liście każdego bibliofila (i miłośnika książek o książkach).
Justyna - awatar Justyna
oceniła na 7 2 lata temu
Nasierowska. Fotobiografia Zofia Turowska
Nasierowska. Fotobiografia
Zofia Turowska
Nazwiska „Nasierowska” i „Turowska” nierozerwalnie łączą mi się z postacią Agnieszki Osieckiej. To właśnie Turowska napisała pierwszą tak pełną i szczegółową biografię poetki; Nasierowska zaś wydała z Osiecką album „Fotonostalgia”, dzięki któremu odkryłem lata, lata temu jej przepiękne zdjęcia. Poza tym wiedziałem jedynie, że Nasierowska była żoną Janusza Majewskiego. I tyle. Turowska po raz kolejny stanęła na wysokości zadania, i biografia pełna jest szczegółów. Autorka skorzystała ze wspomnień swej bohaterki, jej męża, dzieci, przyjaciół, koleżanek i kolegów. Uważam to za ogromną zaletę tej książki – wielogłos. Turowska wpuściła do barwnej opowieści o Nasierowskiej innych, by sami coś powiedzieli, napisali. Jest to wszystko też uporządkowane, narracja ma swój ciąg i chronologiczny bieg. Wielka szkoda, że Turowska nie odczekała dwóch lat i nie napisała pełnej biografii Nasierowskiej, zawierającej fakt śmierci bohaterki. Chyba, że miał to być prezent dla niej, aby Nasierowska mogła nacieszyć się książką o sobie w ostatnich chwilach życia. Świetnie jest też ta książka opracowana graficznie. Mnóstwo, mnóstwo zdjęć – Nasierowskiej lub jej autorstwa. Do tego okładki czasopism, skany gazet z fotoreportażami Nasierowskiej. Bez tych wszystkich fotografii nie wyobrażam sobie książki o najzdolniejszej, najsłynniejszej, największej polskiej fotografce! Rozdział o budowie domu w Laśmiadach najbardziej mnie wynudził. A potem te przesłodzone laurki i peany na cześć Nasierowskiej, Majewskiego, Laśmiadów, ich domu, gościnności, kuchni… Turowska mogła wyciąć 3/4 z tego lukru, a i tak byłoby słodko i ujutnie. Ale może do strawienia. Wiele historii niestety też się powtarza. Może wynika to z tego, że raz przytacza to we wspomnieniach sama Nasierowska, raz ktoś z rodziny lub bliskich, potem zaś sama Turowska tworzy swoją narrację. I troszkę jakby jej się pewne sprawy wymknęły spod kontroli. Świetnie, że opisała życie Nasierowskiej, nakreślając całe tło historyczne, kulturowe, społeczne i geograficzne, ale czasami brakuje w tym samej Nasierowskiej. Ginie w tej otoczce. Mimo wszystko czas przeznaczony na lekturę biografii Nasierowskiej uważam za dobrze spożytkowany.
Mister Oizo - awatar Mister Oizo
ocenił na 6 8 miesięcy temu

Cytaty z książki Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny

Więcej
Joanna Szczęsna Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Zobacz więcej
Joanna Szczęsna Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Zobacz więcej
Więcej