Misterne, klasyczne opowiadanie szwajcarskiego mistrza – o winie orzeczonej, a także uświadomionej, bynajmniej nie w ramach proceduralnej sprawiedliwości, ale też i o karze, również prawem nieprzewidzianej.
Ani żaden to „kryminał”, ani też pozycja wyłącznie dla miłośników tematyki sądowniczej. To gęsta od znaczeń psychologiczna przypowieść, ale głównie uniwersalny moralitet. Czy przypadkiem nie o każdym z nas….?
Ten błyskotliwy tekst można odczytywać na wiele rożnych sposobów: jako krytykę nieskuteczności „normalnego” procesu karnego; jako afirmację swoistej „prywatyzacji” wymiaru sprawiedliwości, choćby przez prawników na emeryturze – a może właśnie i sprzeciw wobec niej? Albo to prostu „sąd boży”, bo mocno wszystko nierealne. Wszelkie odczytania są tu możliwe - na tym polega wielkość tej małej nowelki.
Fabuła wydaje się - na początku – banalna. Ot komiwojażer w podroży ma kłopoty z autem, musi gdzie zanocować i trafia przypadkiem na nocleg u emerytowanego prawnika. Właśnie wydaje on przyjęcie dla kilku kolegów po fachu, podczas którego dla zabawy (?) odgrywają z przygodnym gościem symulowany (?) proces „na niby” (?).
„Wczoraj był pewien poseł, który we wsi wygłosił przemówienie wyborcze i przegapił ostatni pociąg. Został skazany na 14 lat wiezienia za szantaż i przekupstwo” – zachęca gospodarz. „Ja byłem kiedyś sędzią, pan Zorn prokuratorem, a pan Kummer adwokatem, zabawiamy się zatem w sąd. - Ach tak. - Traps zrozumiał i pomysł wydał mu się możliwy do przyjęcia. A może jednak wieczór nie był jeszcze całkiem stracony”.
„Weźmie udział w zabawie, powiedział, to zaszczyt dla niego zająć osierocone stanowisko oskarżonego”. „Może obejdzie się bez uczonej i nudnej atmosfery, zapowiada się, że będzie wesoło” - myśli sobie nasz bohater. No i na początku jest wesoło: „Agent zaczął rozpytywać się z ciekawością o zbrodnie, która mu teraz zostanie przypisana. - To bez znaczenia - odpowiedział prokurator wycierając monokl - zbrodni zawsze można się doszukać. Wszyscy się roześmieli”.
I zaczyna się zabawa w sąd, suto zakrapiana, przy jeszcze bardziej suto zastawionym stole. A dokładnie „zabawa”, skoro na koniec nikomu nie będzie do śmiechu, a czytelnik na długo pozostaje w osłupieniu...
„Najlepiej będzie, jeśli pan Traps od razu wyzna mu swoje przestępstwo. Wtedy on mógłby zagwarantować, że i w sądzie jakoś to pójdzie. Sytuacja nie jest wprawdzie groźna, ale nie należy jej bagatelizować” – mówi bohaterowi „sprzyjający” mu adwokat.
I wyjaśnia: „To wielce ryzykowne, mówiąc łagodnie, obstawiać przy niewinności przed naszym sądem. Przeciwnie, byłoby najrozsądniej od razu obwinić się o jakieś przestępstwo” tłumaczy, objaśniając: „Nie może pan już wybrać sobie winy, lecz musi pan pozwolić na narzucenie jej sobie”.
„Wyzwoliliśmy się od niepotrzebnego zalewu formułek, protokołów, papierków i ustaw i od całego tego kramu, który ciąży na naszych sądach. My sądzimy, nie wdając się w szmatławe kodeksy i paragrafy” (w naszych realiach brzmi to już, na szczęście nieaktualne).
Można się tu doszukiwać – tak jak np. ja - odniesień do stalinowskiej zasady o przyznaniu się podsądnego jako tzw. korony dowodów. Wobec tego śledztwo koncentrowało się tylko na tym, a nie jałowym w tej sytuacji zbieraniem innych dowodów. No cóż, t a m mało kto się nie przyznawał, no a nikt nie częstował nikogo wykwintnym jadłem i takimże wypitkiem, jak w tym opowiadaniu…
„Szczególny urok naszej gry polega na tym, jeśli wolno mi jako początkującemu wyrazić swoje bardzo niekompetentne zdanie, że biorący w niej udział czuje się nagle nieswojo i przenika go dreszcz strachu. Zabawa grozi przerodzeniem się w rzeczywistość” – mówi gość.
Na swe obiekcje słyszy: „My tutaj mamy do czynienia z prawodawstwem prywatnym”. I rzeczywiście, relacje między stronami odbiegają od zwyczajowych.
„Wspomnijmy tylko czasy, kiedy w służbie państwa uprawiało się ponure rzemiosło. Nie jako przyjaciel, stawał wówczas przed nami oskarżony, lecz jako wróg; tego, którego powinniśmy przycisnąć do piersi, odpychaliśmy od siebie. Niech cię więc przygarnę do piersi!”.
„ - Goniliśmy kiedyś od sprawy do sprawy, od zbrodni do zbrodni, od wyroku do wyroku; teraz spokojnie uzasadniamy, wysuwamy kontrargumenty, referujemy, dysputujemy, mówimy i zgłaszamy sprzeciw, dobrodusznie, wesoło, bez pośpiechu; uczymy się szanować oskarżonego, kochać go, cieszymy się jego sympatią, bratamy się wzajemnie. Z chwilą gdy to nastąpiło, wszystko toczy się dalej łatwo, zbrodnia traci wagę, wyrok nie jest już bolesny”.
Sprawa rozwija się nie po myśli obrońcy, bo podsądny za dużo gada.
„- Niech pan się nie obawia, drogi sąsiedzie. Kiedy przesłuchanie się już zacznie, nie stracę głowy. W pokoju śmiertelna cisza jak przed chwilą. Nie usłyszysz najcichszego mlaskania, najlżejszego chrząknięcia - Nieszczęśniku - jęknął obrońca. - Cóż pan przez to rozumie: “Kiedy przesłuchanie się już zacznie”? - Czyżby - rzekł przedstawiciel generalny zgarniając na talerz sałatę - już coś się zaczęło ? Starcy uśmiechnęli się, spojrzeli po sobie porozumiewawczo, przebiegle, zachichotali radośnie”.
„Jesteśmy na najlepszej drodze, aby z kretesem przegrać nasz proces!” – przestrzega adwokat.„Wciąż nie chce pan porzucić swojej fałszywej taktyki i dalej chce pan grać niewinnego? Czy wciąż pan jeszcze nic nie rozumie? Trzeba się przyznać, czy się chce, czy nie, a zawsze znajdzie się coś, do czego należałoby się przyznać, przecież powinno to panu już wreszcie zaświtać w głowie!”. I chcąc, nie chcąc, podsądny faktycznie się do czegoś przyznaje.
„Takiemu oskarżonemu nie można po prostu mieć niczego za złe – sędzia i prokurator tańczyli wokół pokoju, łomotali w ściany, potrząsali sobie ręce, włazili na krzesła, tłukli butelki, wyprawiali z zadowolenia najbardziej niedorzeczne figle”.
„- Świetnie, to mi na razie wystarczy - powiedział prokurator. - Mamy szczęście. Wygrzebaliśmy trupa, a to ostatecznie najważniejsze. Wszyscy się roześmiali”.
„- Najzabawniejsze w tym naszym kawalerskim wieczorku, najbardziej udane jest chyba to - powiedział podnosząc kieliszek, nie wstając jednak z krzesła - żeśmy natrafili na trop mordu z takim wyrafinowaniem uknutego, że wymknął się oczywiście państwowemu wymiarowi sprawiedliwości”.
A nasz gość? „Rozkoszował się, że przebywa w rozumnym gronie, że może być szczery, może być samym sobą, że nie ma już żadnej tajemnicy, bo żadna już nie była mu potrzebna, że jest doceniany, kochany, zrozumiany, i myśl że popełnił morderstwo, docierała coraz głębiej do jego świadomości, wzruszała, przemieniała jego życie, czyniła je bardziej ważkim, bardziej bohaterskim, bardziej cennym”.
Fragment ustnego uzasadnienia wyroku - pisemnego nie sporządzono): „Zamordował, wprawdzie nie powodowany szatańskim zamiarem, bynajmniej, lecz dlatego tylko, że przyswoił sobie bezmyślność świata, w którym przyszło mu żyć. (…) Zabił, bo to wydawało mu się właśnie najbardziej naturalne, aby drugiego przyprzeć do muru, bez skrupułów iść do naprzód; niech będzie, co ma być”.
Wyrok mógł być tylko jeden, a czy został wykonany, to już trzeba doczytać…
PS: Lektura przypomniała mi genialny film „Czysta formalność”, Giuseppe Tornatore z niezapomnianymi rolami Depardieu i Polańskiego. Mimo licznych różnic, ma on z tym opowiadaniem chyba więcej podobnego niż można by się spodziewać, tylko że tam przesłuchanie podejrzanego toczyło się aż do świtu….
Opinia
Czegoś podobnego w życiu nie czytałam. Cóż za oryginalny sposób prowadzenia narracji! Oczywiście, sam temat: "pisarz próbujący napisać powieść" przewijał się już wiele razy, ale tak, jak zrobił to Moravia...Geniusz.
Momentami było trudno, niesmacznie. Nieco pesymistycznie. Ale mimo wszystko te przemyślenia głównego bohatera były takie naturalistycznie prawdziwie. Myślę, że niejednokrotnie człowiek mierzy się z różnymi, "brudnymi" myślami, tylko udaje, że ich nie ma i gorszy się, gdy o nich mowa...
Tytułowa "Uwaga"....Czy ta powieść to przestroga, co się stanie, jeżeli naprawdę zaczniemy przyglądać się swojemu życiu z uważnością, z pewnym dystansem? Ciekawe....
Czegoś podobnego w życiu nie czytałam. Cóż za oryginalny sposób prowadzenia narracji! Oczywiście, sam temat: "pisarz próbujący napisać powieść" przewijał się już wiele razy, ale tak, jak zrobił to Moravia...Geniusz.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMomentami było trudno, niesmacznie. Nieco pesymistycznie. Ale mimo wszystko te przemyślenia głównego bohatera były takie naturalistycznie prawdziwie. Myślę, że...