Telenowela wśród bogów, komiks dla dorosłych (jest naklejka od EGMONTU) bez przekleństw i wojownicza Wonder Woman, jest tym, co oferuje nam run Briana Azzarello i Cliffa Chianga. Każdy z tych elementów wydaje się nieco osobliwy, a razem tworzy naprawdę oryginalną mieszankę. Nie każdemu będzie smakować.
[Recenzja całego runu Briana Azzarello i Cliffa Chianga, czyli tomów 1-6]
„Wonder Woman” w interpretacji Briana Azzarello i Cliffa Chianga nie jest moim pierwszym komiksem z Dianą w roli głównej. Jednak alternatywna „Absolute Wonder Woman” też nie jest czymś typowym (nawet jeśli dobrym). Być może równie popularne dwa runy Grega Rucki lub nawet oryginalny Williama Marstona byłyby lepszym odniesieniem, ale niestety moje wyobrażenia w większości ograniczone są do osmozy kulturowej i adaptacji.
<b>Dziwne początki</b>
W tym kontekście czytany komiks jest dziwny. Gdy po niego sięgałem, nie spodziewałem się tego, co dostałem. Zaczynamy „Wonder Woman” od pokazania bogów w centrum, a w szczególności nieobecnego Zeusa. Apollo radzi się swoich wyroczni po zniknięciu ojca, Hera poluje na kolejnego bękarta swojego męża, a Hermes stara się go uratować za wszelką cenę. Hermes jest jednak posłańcem, nie wojownikiem i potrzebuje pomocy naszej dzielnej Amazonki.
Ta dziwność jest trudna do wskazania. Samo zawiązanie akcji wydaje się interesujące. Jednocześnie każdy z bogów ma bardzo specyficzny projekt, ale ich moc jest niekonsekwentna. Hermesa potrafią zranić nasłane przez Herę zbiry, a czasami nawet półbogowie wydają się niewrażliwi na ciosy.
Ta niekonsekwencja w skalowaniu potęgi stoi obok komiksowego luźnego inspirowania się mitologią. Dla bogów ważniejsze są ich domeny i częściej nazywani są imionami typu Wojna i Księżyc niż tymi mitologicznymi. Jednocześnie większość bogów i półbogów jest zwyczajne dziwna z wyglądu i ma przypisane zwierzę.
Hermes ma białą niebieskawą skórę, czarne oczy i ptasie nóżki. Artemida wygląda trochę jak Srebrny Surfer tylko z nieco jaśniejszym księżycowym odcieniem skóry i potrafi zachowywać się jak pies myśliwski. Posejdon zaś jest potworem morskim.
<img src="https://cdn.nakanapie.pl/Snktja7QOdLBtBi1vOnv7Bxtq5s=/origxorig/8a53ddc676476ea307fc170ed846d97d" alt="Zeszyt 4. Hermes"/>
Zeszyt 4. Hermes
Jednak te nowe oryginalne projekty bogów nie są najdziwniejsze: Ares wygląda jak Briana Azzarello. Podobno scenarzysta opisał postać tylko jako starego, zgorzkniałego drania, a Chiang zrobił swoje. Niestety nie udało mi się znaleźć bardziej bezpośredniego potwierdzenia tej rewelacji, bo wszelkie znalezione linki do odpowiedzi na X (dawniej twitter) i wywiadów z tą informacją są martwe (update, tu wspomina: https://www.cbr.com/azzarello-chiang-look-back-on-three-years-with-wonder-woman/ [dostęp 01.03.2026]).
Równie nietypowa potrafi być narracja. Czasem wydaje się rwać, gnać łeb na szyje lub zdania są dziwnie skonstruowane. Może temu sprzyjać sposób opowiadania historii przez Azzarello. Często bowiem dzieli on wypowiedzi między kadrami, a także prowadzi rozmowy z offu, przedstawiając nam inne miejsca. Przez to nie zawsze wiadomo od razu, kto mówi. Nie wiem, jak jest z tym rwaniem logiki zdań w oryginale, ale widać język polski mu nie służy.
Z pewnością można wskazać jeszcze wiele innych specyficznym elementów jak np. dużo nawiązań do Marvela (Rękawica Nieskończoności w zbrojowni Hefajstosa, wspomnienie Sanctum Sanctorum Doktora Strange’a etc.). Jednak ważniejszym pytaniem wydaje się, czemu tak dziwny i nietypowy komiks o Dianie mógł w ogóle powstać.
Umożliwił to „Flashpoint” Geoffa Johnsa i Andy’ego Kuberta, który wywołał miękki reset świata DC. Choć widać inspiracje oryginalnym komiksem Marstona (polecam odc. 2 „Robert Kirkman's Secret History of Comics” z 2017) z dużą ilością wiązania, to omawiana „Wonder Woman” widzi ambasadorkę pokoju w zupełnie innym świetle. Jako pierwsi po resecie Brian Azzarello i Cliff Chiang mieli stworzyć odświeżoną Wonder Woman i wykorzystali tę możliwość.
W moim przypadku, choć poczucie rwania miejscami nadal się pojawiało, po drugim tomie wkręciłem się i zaakceptowałem dziwnostki tej „Wonder Woman”. Dwa pierwsze tomy w sposób spójny zamykają pierwszy główny konflikt i otwierają historię na nowe nieoczywiste problemy, które w skrócie można opisać jako właśnie boska telenowela. Jeśli ktoś do tego momentu nie przekona się do komiksu, raczej nie ma już dla niego ratunku.
<b>Boska telenowela</b>
Skoro ponarzekałem, przejdźmy do relacji postaci – jednego z pozytywnych elementów. Są one nierozłączne z tym, kim jest tytułowa bohaterka. Została ulepiona z gliny przez Hippolite, królową Amazonek, a Zeus tchnął w nią życie. Iście biblijna opowieść, tyle że to backstory zostaje tu nadpisane przez zwyczajny romans wspomnianych bohaterów. W dodatku Amazonki dostają więcej swoich problematycznych historycznych aspektów, które dotychczas nie były obecne w ich mitosie DC.
Te problemy w raju są zawsze dobrym punktem, by Diana nie chciała lub nie mogła wrócić do domu. Jej nadnaturalne przyjście na świat, a także pozycja, zawsze odróżniało ją od sióstr, a jednak było to naprawdę, co innego. Po tych rewelacjach Wonder Woman znów będzie musiała odnaleźć siebie. Te problematyczne relacje z matką i Amazonkami to jednak tylko jedna strona monety.
Jej ojciec – Zeus – łączy ją z całym greckim panteonem. Początkowo Hera ściga Dianę i Zole (matkę najnowszego dziecka), jednak wraz ze wzrostem skomplikowania intrygi jej relacja się zmienia. Jest to symptomatyczne, bo nigdy nie wiadomo, czy tym razem któryś bóg chce być miły, czy cię zabić. Mimo że dla nich to mniej lub bardziej gra, ich powody są zawsze w jakimś stopniu zrozumiałe. Poza tym, kto nigdy nie chciał zabić członka rodziny?
To z tych ambiwalentnych interakcji wypływa osobowość każdego z bogów, a pojawia się w końcu cała dwunastka, a to jeszcze nie wszyscy. Z ich tarć wypływają refleksje nad nieśmiertelnością i ich różne do niego podejścia. I to wtedy pióro Azzarello błyszczy.
W tym dziwnym sosie Wonder Woman nadal jest pełna miłości wobec całego świata. Jednak jej typowej patronki Ateny jest tu tyle, ile kot napłakał. Samo zawiązanie akcji zaczyna się od Zeusa, jednak ten wokół kogo krąży cały komiks to Wojna. Relacja Amazonki i Aresa jest tu przeinterpretowana – w końcu każdy kto chce pokoju, musi być gotów o niego walczyć.
Jednak nigdy nie uciekniemy od dziwności. Z jednej strony idealnym dopełnieniem, a jednocześnie tym dziwnym elementem świata DC są Nowi Bogowie. W historii Diany pojawia się Orion, który idealnie wpasowuje się w telenowelowe klimaty, a naprawdę potrafi być obrzydliwą postacią – np. pozyskać czyjeś DNA bez zgody i w obleśny sposób. Jednak nadal jest w drużynie dobrych i wprowadza nieco wewnętrznego konfliktu, którego Diana czasem potrzebuje.
<b>Dorosłość</b>
<img src="https://cdn.nakanapie.pl/LTt0tJaB2uvRg0iYVC1Do3-aZzI=/origxorig/938ffc91c415806926ec1c4b41cc2031" alt="Znaczek na tylnej okładce z napisem TYLKO DLA DOROSŁYCH"/>
Znaczek na tylnej okładce
Skoro wracamy do dziwnostek, co zatem znaczy ten znak, skoro nie ma w tym komiksie przekleństw? Nie pamiętam, żeby bezpośrednio się pojawiły, ale Azzraello zastosował ciekawy chwyt, by uniknąć krzaczków. Zamiast nich niektóre postacie zaczynają przekleństwo, jest ono identyfikowalne, ale coś im przeszkadza. Purytańskie standardy zachowane, ale co tu dla dorosłych?
Już na początku dostajemy dużo krwi i czegoś, co niektórzy nazwaliby znęcaniem się nad zwierzętami. Pod koniec jest jednak tego dużo więcej. W komiksie nie brak także nagości i niebezpośrednio pełen romans Hippolity z Zeusem. Zatem znaczek ten jest uzasadniony, choć nie wiem, czy nie wystarczyłyby trigger warningi lub coś podobnego.
<b>Najlepsza jest klasyka</b>
Zupełnie inaczej czyta się jednak dodatki, czyli „Wonder Woman” zeszyt 0 i „Secret Origins” zeszyt 6. Oba zeszyty to prequele i dodatki, ale pierwszy jest kluczowy dla fabuły. Wydania zbiorcze umiejscawiają go w narracji na początku 3. tomu, a nie jak sugeruje numeracja przed pierwszym. Z kolei „Secret Origins” opowiada o marzeniu Diany o opuszczeniu wyspy.
Zeszyt zerowy opowiada o pierwszym spotkaniu Diany z Wojną i o tym, co definiuje ich relacje. W bardzo przyjemny sposób buduje ich konflikt i ostateczną konfrontację. W dodatku wszystko, co dzieje się w tym zeszycie, ma wpływ na finał i nie tylko – przedstawienie się tu Wojny daje nazwy tomów tego komiksu.
Z kolei w „Secret Origins” nie ma nic ciekawego ani nowatorskiego. Jednak widoczne jest pytanie o relację między Dianą, a jedną z Amazonek. Nie dostajemy odpowiedzi, ale napięcie jest widoczne. W końcu mieszkają razem na jednej wyspie i nie ma na niej mężczyzn, taki podtekst pisze się sam.
Jednak nadal nie doszedłem do tego, czemu „najlepsza” i czemu „klasyka”. Oba zeszyty mają odrobinę inny styl graficzny i językowy. Zostają one zarchaizowane na modłę złotej ery komiksów i lat 60. Kolory są płaskie, narracja i dialogi opisowe, a jednak Azzarello i Chiang potrafią wyciągnąć z tego stylu prawdziwe życie. I nieironicznie uważam, że te dwa zeszyty są najlepszym elementem tego runu.
<b>Sztuka</b>
Skoro już mowa o archaicznej grafice, to jaka jest ta właściwa? Cliff Chiang nie odpowiadał jako jedyny za warstwę graficzną. Korporacyjne komiksy są produktem i przez to „Wonder Woman” przewijało się dużo nazwisk – czy to przy kolorach, czy też tuszu. I to, co najbardziej rzuca się w oczy w tym komiksie, to właśnie grube kreski.
<img src="https://cdn.nakanapie.pl/6XCa2b2WOpmgPAYFwGnBM1ZySG0=/origxorig/74e8d00a93807ebffcbf757217618e01" alt="Zeszyt 1"/>
Zeszyt 1
To właśnie one nadają ton i powagę komiksu. Kreski i rysunek Chianga są też kanciaste, co uzupełnia statyczny i poważny charakter. To nie miejsce na miękkie i elastyczne linie. Powagi, a zarazem niepewności, nadaje także obramowanie kadrów, które nie jest zwykłymi prostymi liniami.
To z tego powstaje dynamiczna narracja nakładających się na siebie kadrów, która raz pędzi przed siebie, a raz pokazuje powoli otaczający bohaterów świat. Na wszystko jest czas, a warstwa graficzna w pełni wykorzystuje swoje możliwości. Dla podkreślenia dynamizmu pojawia się też z dwa razy zwielokrotnienie ramion Wonder Woman podczas odbijania pocisków, ale w połowie przypadków było to dla mnie nieczytelne przez rozkład kadrów. Nic nie jest idealne.
<b>Ad finitum</b>
Ostatecznie mimo niepewnego startu „Wonder Woman” jest dobrym i przyjemnym komiksem. Jego różne elementy łączą się w spójną całość, a autorzy mają nam coś konkretnego do przekazania na temat wojny i pokoju. Nie znaczy to, że nie zabraknie tu refleksji nad typowymi tematami Wonder Woman jak relacje damsko-męskie, lub mniej typowymi jak sprawy rodzinne i nieśmiertelność.
A zawsze można sięgnąć dla porządnego retellingu mitologii greckiej. Choć żaden mit bezpośrednio się nie pojawia, to można cieszyć się z nawiązań, zmian i remiksów. Sztuka tradycyjna opiera się na wiedzy, a może przy okazji lektury znajdzie się coś więcej.
Komiks czytany dzięki życzliwości Biblioteki na Koszykowej (Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego).
Opinia
Arcydzieło na miarę pierwszej części to nie jest, ale komiks służy jako świetna sentymentalna podróż do pierwowzoru. Bardzo dużo poupychanych smaczków dodaje uroku całości. Eksperyment z upięciem historii, które może nie bezpośrednio, ale przenikają się, przez dwóch różnych rysowników, którzy mają inną kreskę tworzy świetny kontrast.
Niestety oprócz sentymentów, easter-eggów i wyjaśnianie kilku spraw, które w pierwszej części nie były dopowiedziane samo prowadzenie fabuły niezbyt wysokich lotów - zarówno rozwiązywanie zagadki porwań przez Gwardzistów oraz rozpracowywanie szajki dilerów przez Zabójczą Zjawę nijakie i prostolinijne.
Comeback po 25 latach i tak jest udany, nie ma wstydu, postawiona wysoko poprzeczka nie została przeskoczona, ale na pewno trzeba dać serii szansę na kolejne próby.
Arcydzieło na miarę pierwszej części to nie jest, ale komiks służy jako świetna sentymentalna podróż do pierwowzoru. Bardzo dużo poupychanych smaczków dodaje uroku całości. Eksperyment z upięciem historii, które może nie bezpośrednio, ale przenikają się, przez dwóch różnych rysowników, którzy mają inną kreskę tworzy świetny kontrast.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiestety oprócz sentymentów,...