Rzymska komedia

Okładka książki Rzymska komedia
Jarosław Mikołajewski Wydawnictwo: Agora publicystyka literacka, eseje
416 str. 6 godz. 56 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2011-11-01
Data 1. wyd. pol.:
2011-11-01
Liczba stron:
416
Czas czytania
6 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-268-0635-3
Średnia ocen

                7,4 7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Rzymska komedia w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Rzymska komedia

Średnia ocen
7,4 / 10
29 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
24
24

Na półkach:

Tytuł tej niezwykłej książki sugeruje związki z „Boską komedią” i nie jest to tylko erudycyjna gra, która ma przyciągnąć spojrzenia osób bardziej wyrobionych literacko. Dzieło Dantego pełni tu rolę kluczową, jest wzorcem i punktem odniesienia. Stanowi konstrukcyjne i duchowe centrum tej opowieści.

Autor przedstawił swoją wersję podróży przez kręgi piekielne, zanurzył się w czyśćcu i raju, przy czym wszystkie te sfery odnalazł w jednym miejscu, w Rzymie. We wstępie do książki wspomina, że o Wiecznym Mieście powiedziano już niemal wszystko, a czasy nie sprzyjają encyklopedycznym opowieściom, które tak cenne były w latach odległych od szybkiego druku i internetu. Wtedy wspaniale sprawdzały się dzieła Muratowa, Gregoroviusa czy Kremera, tak długie, jak długie były same podróże; i tak samo jak owe wojaże szczegółowe i usystematyzowane. Dziś nie trzeba już opisywać świata, szczególnie tego, który niemal każdy może osobiście poznać. Nawet jeśli staromodne opisy wciąż pozostają urokliwe, współczesność wymaga od nas innej metody.
Jarosław Mikołajewski przechadza się po Rzymie z „Boską komedią” w dłoni. I włoską stolicę, i arcydzieło Dantego zna doskonale, może więc sobie pozwolić na porównania i odniesienia nieoczywiste, zaskakujące, zapierające dech w piersiach. Nie bez znaczenia jest również to, że autor sam jest poetą. Patrzy na Rzym czasem bardzo dosłownie, czasem metaforycznie. Podąża zaułkami, zagląda na podwórka, przytacza historie z dawnych lat i te całkiem bliskie, które pamiętamy jeszcze z gazet. Kogóż tam nie ma na trasie rzymskich wędrówek… Wraca bliski sercu autora Pier Paolo Pasolini, są najwięksi swych czasów – Caravaggio, Bernini czy Boromini, ale nie brak też mniej znanych grzeszników i dobroczyńców, artystów i władców, pięknych miłości i skrywanych zbrodni, uczuć namiętnych i występnych. Jest piekło, czyściec i raj. Jest wszystko.

To nie jest lektura dla leniwych i nieciekawych świata. Aby ją zrozumieć, wypada mieć sporo wiedzy, choć podążanie za autorem, bez całego zaplecza w postaci przeczytanych ksiąg i obejrzanych dzieł, też wydaje się warte zaryzykowania. Jarosław Mikołajewski jest przewodnikiem cierpliwym i mądrym, zatacza kręgi, powraca do swych opowieści, pozwala oswoić się z postaciami, podpowiada kierunki dalszej wędrówki. Można tę książkę smakować w długie jesienne i zimowe wieczory, pozwalając włoskiemu światłu, by rozświetlało mrok polskiej północy. Można wejść w opowieści głębiej i doczytywać samemu. Można też przeczytać, a potem wyruszyć w rzymskie dzielnice w poszukiwaniu domów, kościołów i śladów ludzi opisanych w „Rzymskiej komedii”. Każdy sposób jest dobry. Ale najpierw trzeba odbyć tę wędrówkę z Mikołajewskim i Dantem…

Tytuł tej niezwykłej książki sugeruje związki z „Boską komedią” i nie jest to tylko erudycyjna gra, która ma przyciągnąć spojrzenia osób bardziej wyrobionych literacko. Dzieło Dantego pełni tu rolę kluczową, jest wzorcem i punktem odniesienia. Stanowi konstrukcyjne i duchowe centrum tej opowieści.

Autor przedstawił swoją wersję podróży przez kręgi piekielne, zanurzył się w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

158 użytkowników ma tytuł Rzymska komedia na półkach głównych
  • 120
  • 35
  • 3
33 użytkowników ma tytuł Rzymska komedia na półkach dodatkowych
  • 24
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Rzymska komedia

Inne książki autora

Okładka książki Opowieści biblijne Anna Gensler, Grzegorz Gortat, Grzegorz Kasdepke, Maria Ewa Letki, Jarosław Mikołajewski, Joanna Papuzińska, Eliza Piotrowska, Wojciech Widłak, Marcin Wroński
Ocena 7,7
Opowieści biblijne Anna Gensler, Grzegorz Gortat, Grzegorz Kasdepke, Maria Ewa Letki, Jarosław Mikołajewski, Joanna Papuzińska, Eliza Piotrowska, Wojciech Widłak, Marcin Wroński
Okładka książki Słowa pierwsze Jerzy Bralczyk, Jarosław Mikołajewski, Ewa Poklewska-Koziełło
Ocena 7,7
Słowa pierwsze Jerzy Bralczyk, Jarosław Mikołajewski, Ewa Poklewska-Koziełło
Jarosław Mikołajewski
Jarosław Mikołajewski
Znany dziennikarz, poeta i tłumacz literatury włoskiej, autor sześciu tomików poetyckich. Laureat nagród literackich: im. Kazimiery Iłłakowiczówny, św. Brata Alberta, Barbary Sadowskiej oraz Nagrody Nowej Okolicy Poetów. W jego dorobku translatorskim znajdują się przekłady m.in. utworów Dantego, Petrarki, Michała Anioła, Leopardiego, Montalego, Ungarettiego, Luziego, Penny, Pavesego, Pasoliniego. Opracował antologię poezji włoskiej dwudziestego wieku pt. „Radość rozbitków”.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Pamięć Włoch Wojciech Karpiński
Pamięć Włoch
Wojciech Karpiński
Tom esejów podróżniczych dotyczących Italii a napisanych jeszcze na przełomie latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia, przed erą masowej turystyki, selfies i przechwalania się w mediach społecznościowych. Autor prowadzi nas od góry cholewki (Wenecja) do czubka (Sycylia) włoskiego buta, zwracając uwagę czytelników na obiekty, miejsca i wydarzenia związane z poszczególnymi miastami, miejscowościami czy regionami. Jeśli chodzi o chronologię, to Wojciech Karpiński swobodnie przeskakuje ze starożytności do XIX wieku, by powrócić do baroku a następnie zagłębić się w średniowiecze. Widzimy wraz z nim ruiny rzymskich świątyń, raweńskich mozaik, mistrzów renesansu czy Piranesiego. Gibelinom i gwelfom towarzyszą Ostrogoci, Macchiavellemu Zygmunt Krasiński czy Andrea Caffi Rzymowi, Florencji czy Sycylii towarzyszą mniej znane i omijane w przewodnikach czy wycieczkach zorganizowanych Perugia czy Ferrara bądź … cmentarz protestancki (z kwaterą prawosławną) w Rzymie. A więc miejsca nieznane popkulturze, ale warte odwiedzenia lub chociażby przeczytania o nich, z których każde miało swoje pięć minut w historii, pięknie przedstawione przez autora. Dziś, gdy przewodniki zawierają głównie informacje praktyczne, nikt nie chce czytać tekstów dłuższych niż pół strony warto powrócić do nie tak odległych czasów, kiedy to ludzie do atrakcyjnych turystycznie miejsc podróżowali rzadziej dłużej, przeważnie raz życiu. Lekko razi tendencja do opisywania dzieł sztuki bez ich zdjęć, ale wynagradzają to dołączone do opisu ciekawe historie nieznane w internecie i przewodnikach. Książka zdecydowanie ciekawsze od „Drogi do Sieny”, ale mniej od „Barbarzyńcy w ogrodzie”.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 7 9 miesięcy temu
Podróż bez końca Claudio Magris
Podróż bez końca
Claudio Magris
„Podróż się liczy, nie dotarcie do celu” – tę maksymę T.S. Eliota Autor nie tylko bierze sobie do serca, ale i ją twórczo rozwija… Następna moja, a już 6., przepiękna, egzystencjalna rzecz Claudia Magrisa. Zgadzam się tu niemal z każdym słowem, także dlatego, że magia podróży od zawsze działa na mnie w szczególny sposób. Cudownie niezwykłe jest to zawieszenie pomiędzy różnymi światami – tym, z którego się wyjechało a tym, do którego się dąży – do czego wszak dochodzą jeszcze światy przechodnie czy przejezdne. To chyba dlatego tak nie lubię latać samolotem, bo pozbawia mnie możliwości chłonięcia tego wszystkiego pomiędzy startem a metą…. Kolejna znakomita książka włoskiego intelektualisty poświęcona częściowo teorii podróżowania, a częściowo intelektualnym impresjom, z wyjazdów w różne części świata, w tym i do naszego kraju Akurat opisy podróży do Polski niezbyt się wyróżniają, chyba że pewną powierzchownością. Nota bene, wzmiankując o odbudowanej Starówce, Autor pisze przewrotnie – a pamiętajmy, że we Włoszech historyczna substancja nie uległa wielkiej zatracie – nie zapomnę widoku romańskiego kościołka pomiędzy dwoma pasami autostrady: „W tej odtworzonej przeszłości jest coś widmowego. Można się zastanawiać co by się stało, gdyby wszędzie na całym świecie odbudowywano bez przerwy starannie i wiernie wszystko, co czas, zła pogoda, erozja i wojny zdołały zniszczyć. Samoloty lądowałyby na rzymskich castra w pobliżu świątyń Merkurego. Pracownicy giełdy z Wall Street tworzyliby i unicestwiali imperia nie pośród wieżowców, lecz holenderskich domków i nowiusieńkich indiańskich wigwamów. Postępowalibyśmy wszyscy jak koczownicy na pustyni, którzy stawiają ponownie namiot, ponieważ poszarpał go wiatr”. Ale zostawmy to, bo bardziej się liczy to, co Autor ma nam do powiedzenia, jeśli chodzi o istotę tymczasowej zmiany miejsca pobytu. I tu aż się prosi o zacytowanie wspaniałych zdań dotyczących związanych z tym nadziei, złudzeń, samooszukiwań, zawodów, zachwyceń…. Paradoksalnie, a może i nie, najciekawszą częścią tej niepozornej książeczki jest (rzekoma) przedmowa, w której Autor zawarł najważniejsze przemyślenia o fenomenie podroży. A tam takie cudowności… „Podróżuje się w rzeczywistości jak w teatrze, przesuwając dekoracje, otwierając nowe przejścia, gubiąc się ślepych zaułkach i zatrzymując się przed fałszywymi drzwiami narysowanymi na ścianie”. „Podróżowanie ma zatem coś wspólnego ze śmiercią, lecz jest również odwlekaniem śmierci, odkładaniem na jak najpóźniej przybycia na miejsce spotkania z istotą rzeczy, podobnie jak przedmowa odwleka prawdziwą lekturę”. „Prolog pasuje jednak do zbioru szkiców o podróży ponieważ podróż w świecie i na papierze jest sama przez się wieczną preambułą, wstępem do czegoś, co ma nastąpić I co jest tuż tuż”. „Podróżować i czuć się zawsze jednocześnie w nieznanym i w domu, wiedząc wszakże, iż nie mamy domu”. „Podróżny jest widzem, nie angażuje się głęboko w rzeczywistość, którą przemierza, nie ponosi winy za okrucieństwa, hańbę, tragedie krajów, w które się zapuszcza. W podróży dobrze się czujemy, ponieważ z wyjątkiem jakichś nieszczęść, nie może się tak naprawdę nic przytrafić”. „Okrucieństwo podróży, ostrzega Canetti, polega na tym że podróżny spogląda na świat z ciekawością. Jest w jakimś sensie skłonny zgodzić się na to, co widzi, na zło i niesprawiedliwość. Gotów jest raczej poznawać je i rozumieć niż zwalczyć zwalczać i starać się pokonać. Podróż do krajów totalitarnych na przykład zaznaczona jest zawsze trochę winą, wspólnictwem albo przynajmniej neutralnością wobec przemocy i hańby”. „Podróż jest również przyjemną, nudną, miłą nieistotnością. Najbardziej ryzykowna trudna i zachwycająca przygoda staje się naszym udziałem w domu. To tam gra toczy się o życie o zdolność do miłości lub jej brak o bycie szczęśliwym i umiejętność dawania szczęścia”. „Podróżowanie oznacza liczenie się ze światem, lecz również z jego alternatywnym obliczem”. „Podróżować nie po to, aby dotrzeć do celu, lecz aby dojechać jak najpóźniej, aby nie dojechać - o ile to możliwe – nigdy”. „Podróż w przestrzeni jest zarazem podróżą w czasie i przeciw czasowi”. „W miejscach pełnych życia grozi nam, że niczego nie zobaczymy, tak jak kiedy nie słyszymy nic, kiedy jest zbyt głośno; przesyt rzeczywistości utrudnia jej odbiór”. „Wielu przyjaciół pyta mnie, jak to się dzieje, że nie męczą mnie takie dalekie i częste podróże. Męczymy się raczej w domu we własnym mieście i własnym świecie. Udręczeni przez obowiązki i kłopoty, przebici tysiącem codziennych trujących strzał, przytłoczeni przez idole własnego plemienia (…). Podróż, nawet najciekawsza, jest zawsze pauzą, ucieczką, doświadczeniem braku odpowiedzialności, odpoczynkiem od wszelkiego prawdziwego ryzyka. Wraca się więc do domu do świata dorosłego, pełnego powagi, nie pozwalającego na ucieczkę”. Wśród przeróżnych odwiedzanych miejsc szczególnie interesująco Autor pisze o – dalibóg, nieznanych mi - wyspach Scilly, leżących na południe od Kornwalii. Kilka godzin rejsu albo pół godziny lotu śmigłowcem wystarczy, żeby znaleźć się „pośród tropikalnej roślinności, agaw i palm, australijskich eukaliptusów, irysów i niebiesko-fiołkowych lilii z południowej Afryki, orchidei, kęp purpurowego przypołudnika, szkarłatnego żmijowca sterczącego niczym jakieś pyszny erotyczny symbol”. A wszystko dzięki prądowi zatokowemu i ludziom z 19. wieku, którzy przyczynili się do obfitości wyspy i hodowli kwiatów. „Wyspy te zasługują na to, aby utożsamiać je z Wyspami Szczęśliwymi (…). Niczym nie zakłócony czar trwa nadal, przejrzysta jasność triumf witalności we wszystkich jej formach i kolorach, rozmaitość roślin i ptaków, mew i czapli, kormoranów i nawałników burzowych, hełmiatek i biegusów krzywodziobych, kulików i szpaków” (czy nawałnik burzowy to aby nie pleonazm?). „To miejsce szczęśliwości, wielkiej perswazji i spokoju, bezwarunkowego „tak” wypowiedzianego życiu, kiedy zdajemy się na fale albo leżymy na piasku w harmonii z czystym i absolutnym istnieniem, wyzbytym wszelkiej aktywności i wszelkiego celu, wypełnionym jedynie wolnym i pustym mijaniem godzin, co jest być może najbardziej swobodnym intensywnym i rozkosznym odbieraniem świata. Być może jest również pamięcią płynu owodniowego pierwotnego oceanu, z którego wywodzi się nasz gatunek, wód, które poznaliśmy na początku naszej jednostkowej egzystencji”. Urzekły mnie także szwedzkie impresje…. „Północ to przede wszystkim światło, zwłaszcza późnym popołudniem, kiedy dzień przechodzi wieczór oczekiwany już od kilku godzin, lecz który - jak się zdaje - nigdy nie zapadnie odraczany przez upartą jasność. (…) Pod tropikalnym albo równikowym niebem, gdzie ciemność zapada nagle i przechodzi błyskawicznie od oślepiającego nieznośnego słońca do nocy, przybysz z Europy tęskni za owym zwlekającym zmierzchem i czuje się obco”. „Na stronach wielu arcydzieł literatury skandynawskiej światło staje się blaskiem prawdziwego życia i jego niedostatku - obietnicą i rozczarowaniem, szczęściem i melancholią, sensem życia przezierającym zza bezpośrednio dostępnej rzeczywistości.”. I jeszcze o przemijaniu, bo czymże jest życie, jeśli nie podrożą w jedynie możliwym kierunku… „Twarz musi zdradzać nasz wiek znoszony, o ile to możliwe z godnością, nie zaś rozpaczliwie ukrywany. Wstawić sobie brakujący ząb to oczywiste, ale lifting a la Dorian Gray pozostaje czymś przygnębiającym. Sensem naszego życia jest jego wymiar czasowy, historyczny. Kwitnięcie, lecz także dojrzewanie i przemijanie”. „Niemal zawsze mamy zbyt wiele powodów, by pragnąć, żeby życie minęło tak szybko, jak to tylko możliwe, by teraźniejszość stała się jak najprędzej przeszłością, żeby już nadeszło jutro, ponieważ oczekujemy z niepokojem diagnozy lekarza, początku wakacji, ukończenia książki rezultatu jakiegoś działania”. PS Fatalny błąd ws. zagłady Ormian, gdy czytamy, że była dokonana przez "młodych Turków". Chodzi oczywiście nie o wiek, tylko o ugrupowanie tzw. „młodoturków”, które pchnęło Turcję w nowoczesność oraz w niepojęty mord Ormian (najpewniej to błąd tłumacza) Inne cytaty… „Być może najbardziej autentyczną literaturą jest dzisiaj ta, która nie posługuje się czystą wyobraźnią i fikcją lecz mówi bezpośrednio o faktach i rzeczach”. „Żyjemy i poruszamy się po nowoczesnym średniowieczu globalnym i wyrafinowanym, które w zawrotnym tempie przekształca świat pod względem technologii, nie wierzy jednak, że potrafi nadać mu sens”. , „Islam w czasach panowania Arabów w Hiszpanii był bardziej liberalny i tolerancyjny niż chrześcijaństwo. Cywilizacja przybiera niekiedy fałszywy obraz również w cudzej zbiorowej wyobraźni”. „To właśnie Don Kiszoci widzą, iż rzeczywistość się rozpada i może ulec zmianie. Ludzie rzekomo praktycznie oświadczający z dumą, że nie snują marzeń, wierzą zawsze aż do dnia poprzedzającego jego runięcie, że Mur Berliński będzie trwał”. „Poznać jakiś kraj oznacza dla mnie również wykąpać się w jego morzu, poczuć na skórze jego wodę, dostrzec jego blask i przezroczystość, rozpoznać jego smak”. „Wszystkie najważniejsze rzeczy - miłość, szczęście, cierpienie - zdarzają się przypadkiem albo na mocy łaski, kiedy wypuszczamy z rąk cugle i pozwalamy unieść się życiu”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego Krystyna Czerni
Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego
Krystyna Czerni
Lektura tej książki to właściwie ukoronowanie mojej fascynacji osobą Nowosielskiego. Malarza, filozofa, też trochę teologa, ikonopisa i osoby o fascynującej, ale też pogmatwanej i tragicznej (trochę na własne życzenie) biografii. To chyba zasługa też Nowosielskiego (jako teologa prawosławnego), że w zasadzie na przemian ( jedna niedziela cerkiew, następna kościół parafialny) uczęszczam na msze katolickie i te celebrowane w obrządku prawosławnym. To dzięki Nowosielskiemu w zasadzie po raz pierwszy odwiedziłem Łódź, gdzie w ubiegłym roku w tamtejszym muzeum odbyła się wystawa prac (tych wcześniejszych) Jerzego Nowosielskiego. W tym roku (przed chwilą powitałem miesiąc czerwiec)ścienny kalendarz to ten wydany przez wydawnictwo Bosz z ikonami Jerzego Nowosielskiego. A biografia Nowosielskiego, którą otwiera cytat Różewicza (polecam korespondencję słynnego poety i niemniej słynnego malarza)? Znakomita. Nie jest to laurka, ale widać, że jej autorką była osoba która była zafascynowana Nowosielskim. Zafascynowana i zaintrygowana jego wyborami życiowymi, które doprowadziły go na szczyty artystycznej sławy, ale nieopuszczająca swojego mistrza, kiedy pod koniec życia na rynku w Krakowie za parę groszy brakujących na kolejną flaszkę obdarowywał turystów jakimiś swoimi rysunkami, szkicami, czy robionymi w pięć minut portretami, będących dzisiaj utrapieniem tych, którzy chcą skatalogować dorobek malarski Nowosielskiego. Wrażenie robi też kończący książkę rozdział poświęcony kobietom Nowosielskiego, chociaż Krystyna Czerni uważa, że Nowosielski właściwie nie był kobieciarzem. Kobiety pełniły w życiu Nowosielskiego rolę Muz. Jako ciekawostkę muszę wspomnieć o okresie łódzkim w życiu Nowosielskiego, kiedy współpracował z tamtejszymi teatrami lalkowymi. Proszę sobie wyobrazić plakat (jest zdjęcie tego plakatu) bajki "Krzesiwo" Hanny Januszewskiej do którego scenografię wykonał Nowosielski, a muzykę skomponował... Krzysztof Penderecki. Autorka podaje też, że z tamtejszymi tatrami lalkowymi współpracował też... Tadeusz Kantor. To były czasy. Bardzo, bardzo polecam.
werblista - awatar werblista
oceniła na 9 10 miesięcy temu
Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie Jerzy Illg
Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie
Jerzy Illg
„Władze Uniwersytetu Śląskiego nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej”.(s.13.) „Jesienią 1987 roku po raz ostatni pracowałem „na czarno” w Sztokholmie. Od dziesięciu lat wyjazdy do przyjaciół w Szwecji pozwoliły mi łatać budżet domowy, a nawet umożliwiły mi dorobienie się malucha. Myłem okna, zbierałem truskawki, nosiłem wiadra z piaskiem … pracowałem na zmywaku...byłem nocnym recepcjonistą w hotelu,, czyściłem do białego drewna sufit i ściany domku należącego niegdyś do dziadka Alfreda Nobla”. (s.189.) „Pamiątką z tego okresu – przejmującą i zaskakującą dla mnie- jest wpis w „Drugiej przestrzeni”, ostatnim tomie wierszy Miłosza. Czesław wręczył mi go bez słowa, uśmiechając się zagadkowo, a równocześnie poważnie patrząc mi w oczy.(…) ...niezbyt już foremnymi literami dedykacja: „Przewoźnikowi Charonowej łodzi- Czesław Miłosz, 9.VII.2002, Kraków”.(s. 105.) Jerzy Illg, mój znak o noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie. Wyd. Znak, Kraków 2019. Już trzy powyższe cytaty z Illga pozwalają dostrzec miarę i wielkość wydawcy, redaktora naczelnego Znaku. Szczególne „słowa uznania” należą się władzom UŚ (z roku 1982). Bogini Fortuna też dołożyła swoje trzy grosze (czuwała nad przyszłym redaktorem - szczęśliwym człowiekiem). Illg w „moim znaku” (II wydanie) zgromadził tak bogaty materiał biograficzny, ze mógłby nim obdzielić kilku Illgów, jednakże Illg jest tylko jeden, wyjątkowy i niepowtarzalny, jak niejeden noblista. Pióro Illga ma niezwykłą swobodę wydobywania na światło dzienne wyjątkowych spotkań, zdarzeń, miejsc, okoliczności, rozmów nie tylko z pisarzami. Czytelniku, bez Illga nie znajdziesz się w kręgu Znaku! Tekst niezwykle osobisty i prawdziwy. 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na 10 1 rok temu
Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach Krzysztof Rutkowski
Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach
Krzysztof Rutkowski
Krzysztof Rutkowski to taki miłośnik kultury francuskiej, który nie ma dla niej pobłażania w wielu jej aspektach. Potrafi np. napisać: “Czasami słodka Francja odsłania niechcący swe ineksprymable cuchnące i szare, bo niezmieniane od pół wieku. Otwieranie okien wtedy nie pomaga, a wylanie pół litra Chanela na łono i butelki whisky do gardła – nie zdaje się na nic”. To czwarta moja książka Autora, wybitnego intelektualisty, który ma nieszczęście nazywać się jak ktoś…. zupełnie inny. Jego znajomość wszystkiego, co się mieści w pojemnym pojęciu francuszczyzny jest po prostu zadziwiająca. Zarazem, co nieczęsto się zdarza, potrafi celnie uderzyć w słaby, czy też właśnie odwrotnie: silny, punkt tego, co opisuje. A może po prostu jest obiektywny - taka to dziwna przypadłość, przepadła już dawno niczym choćby trzepanie dywanów na podwórkach. I trzepie z zapałem nasz Autor ten francuski kobierzec aż iskry lecą, jaskrawe - bo zachwytu. Wystarczy nieco cytatów, by się przekonać, że mało kto pisze z takim pazurem. .. “W pierwszej połowie XIX wieku Paryż był miastem niesamowicie ciasnym, ciemnym, brudnym, błotnym i cuchnącym jak martwa ostryga”. “Powieści Balzaka i Stendhdala opisują tylko niewielką, cienką – jak bieda zupka – warstwę paryskiego społeczeństwa. 50 tysięcy paryżan żyło sobie w luksusie lub w dostatku; 250 tysięcy wiązało jakoś koniec z końcem, a 700 tysięcy klepało biedę z żałosnym dudnieniem pośród niepowtarzalnych zapachów po obu stronach Sekwany”. “Prawdziwy Babilon. Istna Sodoma. Paryż przerażał. Paryż był chorym człowiekiem Europy”. “Zagęszczenie ludności, stężenie brudu oraz wszelkiego plugastwa osiągnęło w niepięknych dzielnicach Paryża taki stopień, że nawet mieszkańcy nowych lub bogatych części miasta zaczęli się niepokoić”. “Przy zachlapanych stolikach wśród oparów, dymu, cuchu wilgotnych płaszczy i przepoconych koszul nieudani poeci, polscy emigranci i zwykli alkoholicy wyrzynali w pień królów i panów, zakładali zakony zarodowe na szczęśliwą przyszłość ludzkości, rozdzielali między siebie kobiety i zagrabione przez burżujów skarby. Znosili wszelką własność, tęskniąc do nowej pary własnych kalesonów. Niektórzy z nich umrą na suchoty, zwariują od przerzutów syfilitycznych, wskoczą do Sekwany, inni się wzbogacą jeszcze inni trafią do więzienia, reszta pójdzie do klasztoru”. “Psychoanalitycy twierdzą, że przyczyn homoseksualizmu Verlaine'a należałoby szukać w trzech słojach formaliną, w których jego matka zakonserwowała skutki wcześniejszych poronień.(...) Pewnego dnia w przypływie furii potłukł wszystkie słoje, potem rzucił się z nożem na ślubną małżonkę, prawie zadusił matkę, później postanowił zostać świętym”. “Prefekt miasta Paryża wydał w roku 1878 wszystkim policjantom tajnym, jawnym i dwupłciowym rozporządzenie, by pod żadnym pozorem nie zatrzymywali Verlaine'a. “Henri de Toulouse-Lautrec miał metr 52 cm wzrostu i najlepiej czuł się pod stołem lub w burdelu. (...) Koiły go w ramionach krągłe egerie. Wtulał się cały pod ich biusty, rozpłaszczał na brzuchu, wsysał w pępek”. “W latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia paryska bohema zmieniała skórę. Dawniej stanowiła sposób na życie. Powoli zamieniała się w zorganizowaną, zbiorową sztukę reklamy”. Jednym z ulubionych bohaterów Autora jest markiz Donatien Alphonse François de Sade. Najwspanialszy jest fragment o jego testamencie, w którym wyraził wolę, aby pochowano go w jego prowincjonalnym majątku, gdzieś w gęstwinie ogrodu (co się jednak nie stało, bo majątek wcześniej sprzedano). “Na zasypanym dole posadzić na powrót wszelkie chwasty, aby wyżej wspomniany dół nie odróżniał się niczym od otoczenia, a zagajnik zarósł jak wprzódy, i aby po moim grobie nie pozostał najmniejszy ślad na powierzchni ziemi podobnie – jak mniemam – pamięć o mnie wśród ludzi zaginie, z wyjątkiem może tyciej garstki nielicznych, którzy obdarzyli mnie swą miłością aż do ostatniej chwili i o których słodkie wspomnienie zabiorę ze sobą do grobu”. Autor celnie wytyka Francji prorosyjskość w XIX wieku i prosowieckość w XX. Wiele miejsca zajmuje rozprawa Rutkowskiego z taką orientacją zwłaszcza u francuskich intelektualistów. “Największy podziw budziła, budzi i budzić będzie nad Sekwaną Rosja. Najpiękniejszy most w Paryżu nosi imię cara Aleksandra III”. “Do połowy XIX wieku, mniej więcej do upadku Wiosny Ludów, francuska lewica adorowała i miłośnie wzdychała do Polski oraz narodów podobnie uciśnionych. Rosja jawiła się jako upiór i oprawca. (...) W drugiej połowie XIX wieku sympatia do Polski stopniała we Francji jak lód na słońcu, by rozpuścić się w brudnej kałuży po Komunie Paryskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym podziw wzbudzała już na Sekwaną tylko Rosja sowiecka, a po roku 1945 fala rusofilli z gwiazdą rozpłynęła się we Francji jak sos beszamelowy po kotlecie z mlecznego jagnięcia”. “Trudno sobie nawet dzisiaj wyobrazić, do jakiego stopnia komunizm sowiecki stał się obiektem pożądania dla francuskich środowisk intelektualnych (...) To widmo gdzie indziej przelewanej krwi tak przyjemnie łechtało wyobraźnię w uniwersyteckich salach, w kawiarniach i w salonach. Niczym wspomnienie o słodkich razach zadawanych szpicrutą boskiego markiza”. “We Francji na literackie sukcesy mogą liczyć wyłącznie osoby, które poznały wszelkie zawiłości składni oraz ortografii mowy Racine'a i Moliera. Ponadto warto być draniem i w odpowiednim czasie sympatyzować z czerwonymi. Albo z Czarnymi Panterami, Frakcją Czerwonej Armii lub terrorystami z OWP. Jean Genet popierał z całego serca zarówno Pantery, jak i Arabów, bowiem doszedł do wniosku, że to bardzo piękni chłopcy. Wyznał jednocześnie z żalem, że z żadnym z przystojnych bojowników o wyzwolenie Palestyny nie udało mu się spędzić nocy”. “W 1954 roku Jean Paul Sartre napisał, że każdy obywatel Związku Radzieckiego cieszy się zupełną wolnością słowa i ma prawo krytykować sowiecką władzę ile wlezie. (....) Doszedł do wniosku, że kapitalizm nie może już niczego ofiarować ludzkości. Jedyną rozsądną propozycją jest komunizm. Jak zaczniemy krytykować komunizm, to stracimy sens życia. Jak się straci sens życia – to koniec”. I jeszcze francuska obsesja na punkcie wiecznej młodości: “Tu starości unika się jak kataru lub po prostu w ogóle nie zauważa, niczym kloszarda na ławce, psich odchodów na chodniku lub grymasu na ustach teściowej. Starość nie istnieje a młodość stała się synonimem piękna”. “Bycie w formie zastąpiło obecnie bycie w prawdzie. Zdrowie stało się celem samym w sobie, a młodość absolutem”. Albo taka inteligentna złośliwość: “Kiedy byłem małym chłopcem, to ze wszystkich francuskich profesorów lubiłem najbardziej Claude’a Levi-Straussa, ponieważ kojarzył mi się nieuchronnie z wybornymi dżinsami, które wtedy uznawałem za szczyt osiągnięć rękodzieła artystycznego”. Wielkie wrażenie na koniec wywiera opis kopii listów pisanych ze strefy okupowanej i przechwyconych na rozkaz kolaboracyjnego francuskiego “rządu” Vichy. Niemcy tego nie żądali, to była czysto francuska narodowa inicjatywa. “Tysiące francuskich urzędników pocztowych otwierało codziennie przez 8 godzin (z przerwą na obiad) dziesiątki tysięcy prywatnych listów nad parą i przepisywało je pracowicie z kopiami na przebitce, bo marszałek Petain chciał koniecznie wiedzieć, jakie w narodzie panują nastroje. (...) Tysiące pracowników poczty i telegrafu podsłuchiwało rozmowy Francuzów i notowało wybrane fragmenty”. “Szpiegowano w majestacie prawa, stosy pracowitych stron wędrowały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w uzdrowisku Vichy, a konsekwencje – w wypadkach uznanych za niebezpieczne – spadały na gadułów jak piorun w zacierkę”. Pasjonująca to lektura książki mojego ulubionego wydawnictwa Słowo/Obraz/Terytoria...
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 6 miesięcy temu
Cyprysy i topole Marek Zagańczyk
Cyprysy i topole
Marek Zagańczyk
Trudno nie zachwycać się prozą podróżną Marka Zagańczyka, ale trzeba być przygotowanym na natłok erudycyjnych odniesień, które lektury nie ułatwiają. Autor wędruje bowiem geograficznie i literacko, nieustannie przeplata swoje wrażenia i relacje swych wędrujących poprzedników. Marek Zagańczyk miał niełatwe zadanie, sam sobie bowiem bardzo wysoko ustawił poprzeczkę. Swoją poprzednią książką wszedł do kanonu literackich podróży po Włoszech. „Droga do Sieny”, wydana w roku 2005, stała się punktem odniesienia dla wędrujących intelektualistów, pisano o niej i mówiono jako o nowej jakości literackiej w podróżopisarstwie. Trudno mierzyć się z legendą, a ta niewielka książeczka niewątpliwie nabrała wartości niemal symbolicznej. Zagańczyka ustawiono w jednym szeregu z wędrującymi pisarzami tej miary co Iwaszkiewicz czy Herbert, szeroko rozpisywano się o jego talencie i pisarskich umiejętnościach. Po kilku latach milczenia Marek Zagańczyk znów wybrał się w literacką podróż do Włoch. I znów powstała książeczka niewielka, ale nasycona treścią. Na nieco ponad stu stronach znalazło się miejsce dla dwudziestu rozdziałów, miniaturowych opowieści o jakimś miejscu, człowieku czy wędrownym doświadczeniu. Tym razem szkicom włoskim towarzyszą refleksje na temat miejsc znacznie nam bliższych geograficznie. Zapowiada to już tytuł, są w nim wszak południowe cyprysy i północne topole. A zatem Europa spójna, wspólna, połączona tą samą pasją poznawania, przeżywania, współuczestniczenia w wielkim dziedzictwie. Jak poprzednio łączą się w tej opowieści piękne opisy przyrody, bardzo osobista narracja i niezwykłe oczytanie autora. Językowo Marek Zagańczyk potrafi czarować i uwodzić. Bywa bardzo poetycki, jego opisy stopniują emocje, podkreślają subtelność otaczającego świata. To naprawdę mistrzostwo. Szkoda tylko, że autor nie pozwala sobie na więcej siebie w swoich tekstach. Nawet jeśli odkrywa rąbek swoich emocji, za chwilę skrywa się za cudzymi wspomnieniami, cytatami innych podróżników. Obudowuje się murem swojej erudycji tak bardzo, że chwilami lektura jego książki przypomina stąpanie po cudzych śladach. O ile na początku wprawia to w rodzaj czytelniczej euforii, bo niewiele jest dziś tak mądrych książek, o tyle z każdą stroną, z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej nuży lub irytuje. Akceptuję konwencję, którą przyjął Marek Zagańczyk, ale wolę go w tych fragmentach, w których to on patrzy na świat, a nie jego zasłużeni poprzednicy.
Italianki_pl - awatar Italianki_pl
ocenił na 7 4 lata temu
Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu praca zbiorowa
Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu
praca zbiorowa Krzysztof Lisowski
Regularnie, kilka razy do roku odwiedzam prowincjonalne miasteczko Cieszyn. Od niedawna w tym mieście funkcjonuje lokal, księgarnia-antykwariat-kawiarnia, o niesamowitym wystroju, klimacie, oferującą pyszną kawę, ciastką, lody, "Kornel i Przyjaciele". http://korneliprzyjaciele.pl Nie zawsze podczas wizyty w tym lokalu miałem okazję przyjrzeć się bliżej ofercie książkowej oraz wglębić się w znaczenie nazwy. Wreszcie podczas ostatniego pobytu w Cieszynie miałem dwie godziny czasu, sam dla siebie i wykorzystałem je myszkując wśród książek tej kawiarnio-księgarni. Część z książkami podzielona jest na cztery części: 1. Sprzedarz nowych książek 2. Sprzedaż książek używanych 3. Półka z wyłącznie z książkami Kornela Filipowicza do poczytania i przejrzenia tylko na miejscu 4. Tak zwany "Books Crossing", gdzie każdy kto przyjdzie z ulicy może przynieść i zostawić dowolną książkę, oraz w ramach zdrowego rozsądku zabrać, wypożyczyć sobie dowoloną ilość książek. W tym lokalu można doznać istnego oczopląsu i rozkojarzenia, szczególnie jeśli się jest molem książkowym i lubi się dobrą literaturę. Gorąco polecam ten lokal tym, którzy planują odwiedzić Cieszyn. Podczas ostatniej wizyty w wyżej wspomnianym lokali kupiłem dwie książki, jedna to nowelka autorstwa Kornela Filipowicza pt. "Gdy przychodzi silniejszy" którą planuje przeczytać w bliżej nieustalonej przyszłości, a druga to właśnie powyższa pozycja, "Byliśmy u Kornela". Byliśmy u Kornela to, jak sam podtytuł wskazuje "rzecz o Kornelu Filipowiczu". Została wydana w dwudziestą rocznicę śmierci Kornela, w 2010 roku. Świetna pozycja aby bliżej poznać postać Filipowicza, szczególnie jeśli się mało o nim wie, a ja muszę przyznać, że bardzo mało wiedziałem o nim, w zasadzie to nic. Kornel Filipowicz ma dość ciekawą biografię. Urodził się w Tarnopolu na kresach w 1913 roku. Tuż po uzyskaniu niepodległośći naszego kraju trafia wraz z rodzicami do Cieszyna gdzie jego ojciec rozpoczyna pracę w magistracie. Kornel spędza dzieciństwo i młodość w Cieszynie, aż do matury. Studia rozpoczyna na UJ w Krakowie, na wydziale przyrodniczym, mimo, że jeszcze przed rozpoczęciem studiów zaczął pisać. W Cieszyńskim gimnazjum przyrodniczo-matematycznym gdzie maturował był uczniem Juliana Przybosia i być może mentorstwo Juliana Przybosia przyczyniło się do rozwoju literackiego talentu u Filipowicza. Filipowicz walczy w kampani wrześniowej, trafia do niewoli z której ucieka jeszcze przed końcem września. Przez jakiś czas ukrywa się. Następnie pracuje jako pracownik umysłowy w kamieniołomie gdzieś pod Krakowem. Pod koniec wojny jednak zostaje aresztowany i trafia do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu. Dożywa szczęśliwie końca wojny w strefie wyzwolonej przez aliantów. Wraca do Polski. Powrót do zdrowia trwa dwa lata. Po wojnie wchodzi śmiało w środowisko artystyczne w Krakowie i zaczyna pisać. Pierwsza żona Filipowicza z która mają syna jest artystką. Niestety pierwsza żona umiera szybko. W latach piędziesiątych i szcześćiesiątych Filipowicz współpracuje między innymi z rodzeństwem Różewiczów. Pisze scenariusze do kilku filmów reżyserowanych przez Stanisława Różewicza. Równocześnie pisze wiele opowiadań, nowelek, powieści, ale raczej krótszych. Ulubiona forma Filipowicza to opowiadanie, nowela lub mini powieść. W latach sześcdzieiątych żeni się po raz drugi. Niestety nie wiadomo jak kończy się jego drugie małżeńśtwo, bo o tym nie ma mowy w książce. Pod koniec lat sześciesiątych związuje się z Wiesławą Szymborską, późniejszą naszą noblistką i żyje z nią jako partner życiowy, ale bez zawierania małżeńśtwa aż do swojej śmierci w lutym 1990. Książka "Byliśmy u Kornela" to swego rodzaju antologia. Zawiera wywiad z samym Filipowiczem, kilka jego opowiadań o charakterze autobiograficznym, wspomnienia pisane przez jego najbliższych współpracowników, przyjaciół, w tym Jerzego Pilcha, Stanisława i Tadeusza Różewicza, Karola Dedeciusa (wybitnego tłumacza literatury polskiej na język niemiecki), dwóch synów Filipowicza, oraz wielu innych osób ze świata artystycznego, bardziej lub mniej znanych. Oczywiście książka zawiera również wywiad z samą Wiesławą Szymborską która opowiada o swojej bratniej duszy, Kornelu, z którym spędziła ponad dwadzieścia lat. Podsumowując. Biografia Kornela Filipowicza jest dość ciekawa, pokazuje jak mogą być zawiłe losy osoby żyjącej w naszym kraju w XX wieku. Cieszyn jako miasto (jedno z moich ulubionych w Polsce) przedstawione jest jako wyjątkowe miejsce i to chyba nie przypadek, że wydało artystę w postaci i pokroju Kornela Filipowicza. Ciekawe były losy Filipowicza podczas okupacji i później już za czasów reżimu komunistycznego. Potrafił funkcjonować w tak trudnych warunkach jako człowiek i artysta, będąc wiernym wartościom ludzkim, które wyznawał. Mimo, że był z przekonania socjalistą od samego początku istnienia reżimu komunistycznego wiedział, że reżim nie ma nic wpółnego z socjalizmem. Filipowicz był miłośnikiem przyrody. Regularnie wędkował, urządzał rok w rok spływy kajakowe, w tym w latach piędziesiątych po Wiśle od Krakowa aż po Warszawę. W tych spływach oprócz rodzony brali udział jego przyjaciele, w tym bracia Rozewicz oraz jego ważny mentor z młodości Przyboś. I wreszcie. Wkład w kulturę Kornela można, moim zdaniem, podzielić na dwie dziedziny. Mianowicie, po pierwsze, to jego własne książki, proza, scenariusze filmowe, poezja oraz działalność w kręgach artystycznych. Po drugie, będąc partnerem życiowym Wiesławy Szymborskiej, ba, będąc jej bratnią duszą, drugą połówką przez ponad dwadzieścia lat, był dla niej wielkim wsparciem, inspiracją i pewnie w jakimś tam niebagatelnym stopniu, wysunę tu dość odważną tezę, ma swój wkład w jej Nagrodę Nobla.
lbadura - awatar lbadura
oceniła na 9 9 lat temu
Lekka przesada Adam Zagajewski
Lekka przesada
Adam Zagajewski
Od dawna mierzyłem się z przeczytaniem tej książki. W końcu się udało. Początkowo miałem mieszane uczucia. Autor pisał książkę jak pamiętnik, na bieżąco, krótkie wpisy, każdy kolejny niemal niepodobny do poprzedniego. Potem doceniłem tego wartość. Autentyzm, jakbym zaczął czytać czyjś skryty pamiętnik, nielegalnie. Przecież jednak to książka, czytanie publicznie wydanych książek nie może być nielegalne, przynajmniej dzisiaj. W pewnym momencie trochę zazdrościłem i współczułem autorowi. Jego rodzina przeżyła tyle tragicznych okresów, wojna, wysiedlenia, komunizm, zmiany ustrojowe. Jak mało sami możemy napisać o naszych rodzinach, żyjemy w czasach dostatku, all inclusive, nic nie mąci tego spokoju. Nawet wojna na Ukrainie nie przerwała tego szczęścia, szybko przeszliśmy do porządku dziennego. My nic ciekawego nie napiszemy o naszych rodzinach. Z drugiej strony współczułem, bo takich tragicznych wspomnień nie chciałbym nosić w rodzinnej pamięci. Inna myśl to wojna. Im więcej czytam książek wydawanych w latach 1946-2000 tym bardziej czuję jaką granicą był ten konflikt, jak bardzo zaważył na życiu tamtych pokoleń. Dla mojej generacji przełomu lat 80. i 90. to już jest wojna jak każda poprzednia, nie czujemy tego, większość jej uczestników pomarła, ewentualnie dziadkowie coś wspomną ale i to przez mgłę bo albo urodzili się po albo byli wtedy dziećmi. Obyśmy dożyli swych dni w pokoju, bez grozy wojny, niedostatku, czytając poezję i słuchając muzyki.
Krzysztof Rajczakowski - awatar Krzysztof Rajczakowski
ocenił na 9 1 rok temu
Gdzieś dalej, gdzie indziej Dariusz Czaja
Gdzieś dalej, gdzie indziej
Dariusz Czaja
To nie jest literatura podróżnicza! Gdzieś dalej, gdzie indziej opisuje świat włoskiego Mezzogiorno - oprócz Apulii odwiedzimy też Neapol i Sycylię, ale daleko temu do tradycyjnych landszaftów, którymi często się raczymy m.in. w Czarnym. To najprawdziwszy, okraszony przyjemną erudycją i spokojnym tempem esej o tym, czym jest podróżowanie i obcowanie z kulturą. Czaja stawia na ogół i na myśl - zadania ma dwa - zrozumieć charakter i sens podróży w XXI wieku oraz zrozumieć, czym jest prowincja. Tym, którzy chcieli się dowiedzieć wszystkiego o Apulii nie da wiele, ale za to stworzy coś unikatowego dla każdej duszy skorej do filozoficznych rozważań tego typu natury. Autor opisuje własne przemyślenia i odczucia w trakcie podróży, grzebie w biblioteczce, zestawia i cytuje po swojemu ciekawsze fragmenty pisarzy na temat prowincji - do tej podróży dołączają choćby Mrożek, Eliade i Barthes. Nazwy miast, dzielnic, placów i kościołów są, i bardzo często są w piękny i unikalny sposób opisane, ale najczęściej pozostają tłem dla czysto eseistycznych rozważań (do czego zresztą D.C. się sam przyznaje). Nie jest to proza pozbawiona kolorytu - mimo tego, że nie jest to pigułka wiedzy o Mezzogiorno, a może właśnie dzięki temu, stanowi wartość dodaną. Czaja wchodzi do miejsc mniej lubianych, patrzy własnym okiem i wyszukuje tego, co nieodkryte, nieznane, niewyfotografowane na śmierć. Na szczególne uznanie zasługuje m.in. dość obszerny fragment o tarantelli. Gdzieś dalej, gdzieś indziej to coś pomiędzy popularno-naukowym esejem, osobistym pamiętnikiem, dziennikiem z podróży i, troszeczkę, literaturą podróżniczą. Trudno się na nią nastawić inaczej niż poprzez otwarcie głowy i wyzbyciem się oczekiwań co do tego, co "tam powinno być", ale dzięki swojej niejednoznaczności nie staje się konkurencją dla innych "materiałów" podróżniczych, ale ich naturalnym sprzymierzeńcem, który nam na te wszystkie kwestie otwiera nowe okno.
Michał - awatar Michał
ocenił na 8 1 rok temu
Pod słońcem. Listy Bruce Chatwin
Pod słońcem. Listy
Bruce Chatwin
Świat Książki ze swoją serią wydawniczą Sfery zdobył mój dozgonny szacunek. A wydaniem kompletnego zbioru listów Chatwina doprowadzili mnie do czytelniczej ekstazy. I muszę zeznać, że żałuję, iż akurat tych listów nie kupiłam w wersji papierowej gdyż wielką radość sprawiłoby mi notowanie na marginesach czy zaginanie rogów, by móc wrócić do co bardziej intrygujących fragmentów. Wydanie zyskuje bardzo wiele poprzez komentarze biografa Chatwina - Nicholasa Shakespeare’a oraz żony, Elizabeth, która nie waha się wytykać mężowi skłonności do przesady lub kłamstwa. Dzięki temu zabiegowi książka staje się tym bardziej autentyczna. "Pod słońcem.Listy" to nie tylko korespondencja wymieniana z rodzicami, przyjaciółmi, żoną czy kontrahentami ale prawdziwa i chyba najpełniejsza kronika życia Bruce'a Chatwina, która w pełni ujawnia jego wrażliwość, poczucie humoru oraz pozwala zaobserwować ewolucję jego osobowości. Chatwin bezgranicznie wierzył w capre diem - chciał cieszyć się życiem, umiał wykorzystywać szanse dane mu przez los. Jego listy, począwszy od tych pisanych w szkolnych latach, poprzez korespondencje z okresu współpracy z domem aukcyjnym Sotheby's i te, dla mnie, najciekawsze - z Grecji, Australii czy chyba jego najsłynniejszej wyprawy do Patagonii. Dla czytelnika ciekawego świata, lubującego się w opowieściach Paula Theroux czy analizach Roberta Kaplana, listy Chatwina będą prawdziwą gratką. Bo Chatwin to nie tylko piszący nomada ale przed wszystkim budzący respekt intelektualista - historyk sztuki, botanik - oraz badacz ludzkiej natury, który nie waha się podzielić z rozmówcą nawet bardzo kontrowersyjną opinią.
MadziajaPalinka - awatar MadziajaPalinka
oceniła na 8 7 lat temu
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej Barbara Łopieńska
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej
Barbara Łopieńska
Rozmowy o książkach, tych z dedykacjami i tych bez dedykacji, tych skazanych na zesłanie do piwnicy i tych z nocnego stolika, poezji i prozie, fascynacjach literackich i nawykach czytelniczych, ulubionych księgarniach i ulubionych kawiarniach, sporze o Manna i Prousta, także o tym, że „w pewnym wieku człowiek już wie, czego szuka - szuka potwierdzenia i pogłębienia swoich spostrzeżeń.” Książka wielu wzruszeń, nie tylko dlatego, że większość z rozmówców, również autorka, odeszła już z doczesności do wieczności, również dlatego, że bohaterowie nie gonią za wydawniczymi nowościami, cenią klasyków i ponadczasowe wartości. Paweł Hertz, 1918-2001, pisarz, tłumacz i wydawca, zachwala poufny dziennik Bretończyka: „Mam jeszcze pod ręką „Pamiętniki zza grobu” Chateaubrianda. Czytam sobie, po kilka rozdziałów, i za każdym razem jest to olśniewające.” Marian Brandys, 1912-1998, prozaik i reportażysta, autor spostrzeżenia „nie jest trudno odróżnić dobrą literaturę od złej, dużo trudniej jest odróżnić dobrą literaturę od pozornie dobrej” rozmowę kończy żartobliwym tonem: „Na grypę najlepszy jest Prus.” W rozmowie „Warsztat musi być czynny” Ryszard Kapuściński, 1932-2007, polski reportażysta publicysta i fotograf, autor uwielbianego przeze mnie zwrotu „szarża na szkatułę”, do odszukania w powieści „Cesarz”, podkreśla znaczenie literatury nasyconej głęboką refleksją. „Ważna na świecie literatura jest nasycona refleksją, rozważaniem, zamyśleniem. Bo na świecie są dwa typy czytelnika: czytelnik literatury masowej - przedłużenia serialu telewizyjnego, który jak nie może z przyczyn technicznych oglądać serialu, sięga po książkę - i czytelnik wysmakowany, wdzięczny, którego bawi refleksja nad światem.” Książka wydana w roku 1998.
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na 8 1 rok temu
Inna Wenecja Predrag Matvejević
Inna Wenecja
Predrag Matvejević
Świetny esej chorwackiego naukowca o nieoczywistej, mniej znanej Wenecji, którą „turyści” zalewają jednak bardziej nieubłaganie niż bezlitosna woda… Krótka w sumie książeczka, która w efekcie swoistej „archeologii pamięci” pozwala zrozumieć fenomen Wenecji lepiej niż opasłe przewodniki wyliczające wszystkie atrakcje do obowiązkowego „zaliczenia” („Czy sama Wenecja winna jest zalewowi literatury o niej. Czy mogła coś zrobić, by temu zapobiec” - pyta Autor). Do tego doszła teraz konieczność obfotografowania tych miejsc (koniecznie z własnym obliczem na pierwszym planie – inaczej któż uwierzy, że dana osoba naprawdę jest na placu św. Marka?). Autor z rozrzewnieniem wspomina zaś czasy, gdy „ważniejsza była Wenecja niż obraz Wenecji”…. Szczególnie odpowiada mi, że Matvejević skupia się na peryferiach turystycznych atrakcji, bagatelizowanych przez innych szczegółach, np. miejskich roślinach, zewnętrznych rzeźbach, piekarniach, fryzjerniach, a nawet studniach. A propos: zawsze się zastanawiałem nad problemem czystej wody w Wenecji, bo to co wokół – jak wiedzą ci, co byli – lekko „oddaje” (jak to kiedyś mówiono o nieprzyjemnych zapachach). Z tej książki dowiedziałem się, że każda dzielnica miała swoją – dobrze pilnowaną i doglądaną - publiczną studnię, czynną dwa razy na dobę. Takie np. piękne zdania: ”Wilgoć przenika wszystko: mur i kamień, drzewo, żelazo, cegłę i duszę”. „Wszystkie ilustracje w książce są anonimowe. Autorzy ich nie podpisali. Sławę pozostawili innym. Taka skromność zawstydza. Takie poświęcenie powinno być nagrodzone”. „Między tymi wysepkami, przez mgiełkę, zobaczyłem najpiękniejszy zmierzch, cichy i uroczysty jak śmierć w Wenecji". A zupełnie niezwykły jest tu cmentarz San Michele na wyspie, „na którą, jak w mitologii, płynie się łodzią” (leżą tam m.in. James Joyce, Igor Strawiński, Josip Brodski). W swych erudycyjnych wywodach Autor pisze: ”Czy pierwotni mieszkańcy tych okolic rzeczywiście przybyli znad dalekich rzek, przynosząc ze sobą obrazy i zwyczaje ze swej praojczyzny, gdzieś z północy, znad Wisły czy Morza Bałtyckiego, kto wie? Istnieją przypuszczenia na ten temat, a wspomnienia dawno się już zatarły (...) na pewno wiadomo tylko tyle, że starzy Weneci, nim stali się Wenecjanami, wybrali właściwe morze – Adriatyk” (dodam od siebie, że nie przypadkiem wenecjanka z reguły była blondynką – nie tylko na obrazie Dürera…) Dlatego nie powinien się nasz Autor dziwić, gdy wkrótce potem pyta: ”Kto by przypuszczał, że ostatnimi obrońcami Wenecji będą Schiavoni (po chorwacku Szciavuni, czyli Słowianie), których przodkowie-niewolnicy wiosłowali na weneckich galerach”. Czytamy, że „Wenecjanie, podobnie jak Holendrzy, musieli wyrywać morze po kawałku ziemi, aby pozostać na lądzie”. Oni zwyciężyli nad żywiołem, nie tylko dzięki właściwej im, typowej dla protestantów, mrówczej pracowitości - Wenecja jest raczej skazana ( i to z powodów pozareligijnych). Szczególnie uwodzący jest przepiękny esej o roli chleba w Wenecji na przestrzeni dziejów. W ogóle, jak to we Włoszech, wiele tu o jedzeniu. Matvejević m.in. przypomina, a być może i uświadamia, że „60 lat okupacji austriackiej zmieniło kartę potraw i napojów, na której znalazły się: Gulasch, Strudel, Würstel, Knödel, Spritzer”. Podsumowując: w całym tekście odnajdowałem znajome klimaty - niczym w esejach Herberta czy w niezapomnianej „Pamięci Włoch” Pawła Muratowa. Przyczepić się mogę tylko do jednego zdania: że „z daleka łatwo pomylić” mewy z kormoranami. Dziwne, skoro wszystkie mewy są białe jak śnieg (oprócz niektórych młodocianych – buro kreskowanych) a kormorany – czarne i to opalizująco... I jeszcze pretensja: ale do tłumacza, a na pewno do tak cenionego przeze mnie wydawnictwa (ileż to książek serii Meridian mnie bez reszty zachwyciło!). Każdy w miarę wykształcony człowiek, a już zwłaszcza redaktor, powinien jednak wiedzieć, że polskim egzonimem nazwy dawnej tureckiej stolicy jest Stambuł, a nie żaden „Istambuł”, kalka z oryginału...
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 3 lata temu

Cytaty z książki Rzymska komedia

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Rzymska komedia