Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu
Zabieg to nierzadki, plagiatowany od dawna, kiedy bogatą felietonistykę po selekcji podług ustalonych kryteriów np. tematyki, wydaje się w postaci edycji książkowej, pod wymyślnym tytułem. Robił to Stefan Kisielewski, robi notorycznie z przesadą Rafał Ziemkiewicz, i wielu… wszyscy z pokusą większej popularyzacji pisarstwa. To tak jak celebryta, aktor, podsuwa swój wizerunek pod tandetną reklamę, z przyczyn oczywistych.
A jest wielu pisarzy -felietonistów eseistów którzy wystrzegają się tej formy lansu, traktując felietonistykę zgodnie jej definicją i konwencją i umieszczając ja tylko zgodnie z jej przynależnym miejscem.
Bo felietonistyka ma swój wymiar czasowy, żyje aktualną reakcją na rzeczywistość, i potem jej przesłanie wygasa, a zadane w niej ostrze tępi się erozją czasu, mody i zmiennych realiów.
Tym bardziej, gdy tematyką jest polityka: zmienna, kontrowersyjna, karmiona incydentalnie. Albo wytykane absurdy życia codziennego, które są syndromem stricto danych czasów i obyczaju a dezaktualizują się w miarę szybko, dużo szybciej niż następstwo generacji.
W danym przypadku, czy felietonistyka dotycząca pisania, czytania i bibliofilomanii nie podlega podobnej zasadzie - dezaktualizacji. Wydawałoby się, że nie.
Jacej Dehnek zabawił się w księgowego, z racji samouznania wiekowego w młodszego, poszperał w swoim splikowanym stosie felietonów pisanych na zlecenie portalu Wirtualnej Polski tudzież Polityki,… ze starannością buchaltera powybierał te wdg subiektywnej samooceny waloru i nośności i powpinał ( kopiuj i wklej ) tematycznie do opatrzonych dość manierycznym tytułem rozdziałów ( ksiąg ) i wyszła książka, hybryda nie podlegająca żadnemu kanonowi. Z minimalizacją wysiłku, z wyświechtanym konceptem, aby dobić swój dorobkowy wolumin.
Gdyby nie pióro, które skrzy swoistą satyra, ironią i prześmiewczością, i talent, książkę uznać by można jako z gatunku tych pomijanych, wobec innych o większym kuriozum na rynku literackim.
Naszły czasy, literackiego galimatiasu i literackiej bitwy, kiedy walor literacki nie ma siły przebycia pod naporem kiczowatego komercjalizmu literackiego, a quasi - krytyka rozpanoszyła się nad tą rangi profesjonalizmu, i dobrze wirtualnie spozycjonowana przez wydawnictwa ( facebookowe rekomendacje ),zabiega z pazurami o czytelnika-klienta.
Nasuwa się konkluzja, czy ten profil edycji niejako nie dezawuuje pisarza, podważa renomę, zarzuca pójście na łatwiznę, bo pisarstwa Dehnela meandruje, unika fabularyzacji z kreacją postaci, co nieraz odsłania autentyczny kunszt pisarstwa.
W tych „zaksięgowanych „ felietonach trudno połapać się, kiedy każdy z nich został napisany. Niczym hurmem wrzucony wdg kryterium tematyki, a w przypadku felietonu istotny jest czas publikacji bo jest pisany pod refleksję czytelnika, pod jego interpretację bieżących wydarzeń. W felietonach dostrzega się opcję polityczną autora, podteksty, insynuacje na pewne osoby zaangażowane w politykę, ale chcąc skonkretyzować źródło takiej reakcji, potrzebna jest znowuż data zapisu.
Co więcej wizyty autora na międzynarodowych spotkaniach literackich, biennalach, konwentach, festiwalach, stypendiach czy promocjach jego książek wszystko enigmatycznie czasowo.
Zaczyna się od definicji terminu - krytyk literacki. I Dehnel sam osobie, jakoby nim nie jest, nie terminuje w tym profilu pisarstwa a ponad wszystko jest czytelnikiem.
Trudno zgodzić się z tym samo - osądem, argument brnący w ślepą uliczkę z ukrytą subtelnie hipokryzją, co dalej pokazuj treść zapisu. Wszak ocenia poezje, co więcej w stylu i schematem dawnej Poczty Literackiej, maximum krytykanctwa i negacji minimum aprobaty czy pochlebstwa. Jak sam przyznaje ciężko zdobyć się na aplauz w jego nawyku surowej oceny. A jednakowoż infantylizme literacki, znajduje akceptacje na necie w pewnych sferach odbioru.
Nie zmylą go gierki słowne, gierki składniowe, pod publikę internetową, składową której są również subkultury i przeróżnego autoramentu ludzi z wsobnym gustem.
Każdy krytyk jest czytelnikiem, z istoty tego zajecia, żeby ocenić trzeba przeczytać wnikliwie. A czy felieton, esej, czy recenzja napisana w aspekcie zapisu wrażenia po przeczytanej książce nie jest „miękką „ krytyką literacką, która Dehnel niby zwodniczo uprawia pełną para i z wzięciem.
A czy opowiedzenie się za taką a nie innym dziełem literackim, za takim a nie innym pisarzem, nawet w formie rekomendacji nie jest wyrazem arbitrażu, podlegającego w zakres krytyki.?
Czy jego afront wobec mody na „misery books” tak zawłaszczającej, że książki o tym profilu tematycznym- w fabule granych na cierpienie ludzkie ( autor nazywa to „pornografią nieszczęścia ‘’ ) zapełniają szumnie regały biblioteczne.
Krytyka z zasady ma coś z sarkazmu, złośliwości (rzadko pochwały ),podparta jadem lub pejoratywnością, czego w dehnelowskim upodobaniu oceny czegokolwiek, nie brakuje.
Dziedzinę jakąkolwiek profesjonalnie ocenia ten, która ją uprawia. Trudno odmówić Dehnelowi wyrobionego smaku, wrażliwości na estetykę, sztukę i znawstwa dzieł literackich. Od małego fascynuje go książka a on sam traktuje literaturę i i bibliofilstwo jako pasję życia.
Felietonistyka nie jest łatwa w aspekcie wyszukiwania tematów ale w nie w przypadku Jacka Dehnela.
Zwykle wydawca sugeruje temat, albo go zamawia pod komentarz społeczny, sprawdzając ciągle angaż czytelnictwa np w necie. Jaki by nie był temat, wyobraźnia pisarska Dehnela upora się z każdym i go rozświetli, i jeszcze w tak finezyjny sposób
To magia pisarstwa tego autora, wspartego oczytaniem, erudycją, ogiką i swobodą w doborze metafory, w szastaniu słowotwórstwem aby finalnie sprowadzić rzecz do anegdoty, humoreski i połechtać swoim ciętym językiem.
Z błahego tematu, potrafi nie tylko powydobywać kwintesencje, ale spenetrować go na wszystkie możliwe strony, aby wycisnąć z niego resztki merytoryki, to coś niewidoczne, to coś snujące się i nieuchwytne, nie dla każdego zauważalne. Efektem tego zabiegu jest, że to co nikłe, z pozoru lipne urasta do waloru literackiego, jak sam metaforyzuje : jest potrzeba „dooliwienia, doheblowania aby powstała jakość ‘’.
Pokazuje jak wielu popada w złe nawyki zaczepiania o tematy nowożytnej historii( np. martyrologia Holocaustu, Powstanie Warszawskie… ),które nie ważne że wzięte i chwytliwe ale rządzą się zasadą nietykalności ( w aspekcie pisania o nich ) dla tych, którzy tego nie doświadczyli lub byli świadkami, bo wychodzą z interpretacją na podstawie drugiego przekazu, co prowadzi do przekłamania historii. I barwią prozę, wiersz na całego i zrozpędu, emocjami, weną, mylną wyobraźnią ( Jerzy Kosiński, Hermann Rosenblat ). „Bo Holocaust to samograj, poruszy twarde serca”.
W rozdziale „kopniętej muzy’’ ujmująco profanuje literacki kicz. Bywa, że z ocena jego waloru, książkowym blurb, recenzja są zmistyfikowane. Podaje przykład klanu rodzinnego literackiego ze swoich rodzinnych rewirów: matka , ojciec , syn którzy działają w zwartej produktywnej grupie: jeden pisze, drugi recenzuje ( czytaj :gloryfikuje ),trzeci wydaje. A przy tym rzucane ładnie utkanym werbalizmem hasła niczym aforyzmy, że dziedzictwo to bełkot, dezaktualizacja, czas na novum literackie, niejako w imię sensacji ściągają czytelników. Taki proceder, wywraca rynek literacki do góry nogami.
Dehnel z zuchwalstwem i tupetem gani tych z płomienną aspiracją do pisania: ich pozorowany artyzm ( Wiena-Mond- Kozłowska ),albo cel agitacyjny ( Witold Gadowski z neosocjalistyczną propagandą ) nie poparte żadną słuszną krytyką, okazują się tylko groteskową miernotą w swojej wymowie.
W rozdziale „Ksiega szpargałów” jest sugestywnie o rzeczach których znaczenie poszło do lamusa, prócz antykwarycznej wartości. A jednakowoż nie do końca wdg autora jest to prawda, ot chociażby zachowane sztambuszki, dawne pamiętniki wpisów, na prowadzenie których była dziewczęca moda ( może gdzieniegdzie jeszcze praktykowana ). I z tych niby trywialnych wpisów, wychodzi dawny obyczaj, maniera, i ten styl pisania zdezaktualizowany grany wtedy na patriotyzm i tożsamość polską.
Autora fascynuje każdy dokument minionej epoki : czy to gazety, czasopisma przedwojnia lub świeżo po wojnie, czy nawet retrospekcja o bajkach z personifikacjami zwierząt (przypisem każdemu zwierzęciu cech charakteru człowieka ),czy nawet przedwojenne katalogi sklepowe i o dziwo z rekomendacją zakupu gadżetów erotycznych co w tych czasach wydawałoby się tematem tabu, czy nawet katalogi renomowanych domów wysyłkowych edytowane sto lat wstecz ( np.: katalog firmy Sears-Rembuch ) po których można rozpoznać jak narastały potrzeby w miarę upływu lat, jak zmieniała się moda, preferencje i hierarchia punktów widzenia.
Rzec by można, że ten zbiór felietonów to wypisz wymaluj epizodyczny materiał autobiograficzny autora. Poznajemy jego inklinacje do poezji wdg jego uznania mistrzowskiej.
Exemplum: Miłosz, który jak zauważył oprócz geniuszu, posiadał jeszcze coś w swoim charakterze:. był propagatorem każdego rodzaju poezji ( nie dość wspomnieć o jego antologii poezji światowej ) w kontekście oceny debiutów poświęcał szczodrze czas każdemu bez wyjątku, który porywał się na poezję. Miłosz nigdy nie był rywalem dla nikogo, aczkolwiek epigonem Iwaszkiewicza, którego de facto przerósł dorobkiem i talentem.
Pomijając klasyków z uznaną estymą: Rilke (Austriak ),Brodski (poeta rosyjsko-amerykański),Herbert, Kawafis (Grek ),Osip Mandelsztan (poeta rosyjski, którego tłumaczył ),wystarczy wdg Dehnela wspomnieć XX-stowieczny chociażby panteon polskiej poezji zmuzykowanej i wyśpiewywanej a więc znanej ogółowi : Osiecka spopularyzowana w muzyce pop, Jeremi Przybora w swoich sentymentalnych mówiono-śpiewanych frazach, czy Karczmarski jako bard rewolucyjny ( solidarnościowy ).
Dehnel opowiada o swoim czytelnictwie, jego pierwsze oglądanie zbioru obrazków w domowych albumach jakby oswajanie i przymierzanie się do kontaktu z książka, potem wczesna nauka czytania, i stopniowe przeskakiwanie poziomów, do coraz do bardziej wyrafinowanych pozycji , usystematyzowanych na regałach - aż po sufit - w pracowni matki-malarki.
Jako dziecko chrome pozbawione tymczasowej mobilności, czytał. Każdemu, jak zapewnia wszak okres choroby z dzieciństwa kojarzy się z książką w tamtych czasach, którą pochłaniało się w łóżku, przy odchorowywaniu.
W jego rodzinie pasja czytania przechodziła z pokolenia na pokolenie: dziadkowie, rodzice i on jako ostatnia sukcesja.
Obok czytania było zbieranie i gromadzenie książek, tych z których łączyła się osobliwa historia: książka jako prezent, jako spadek po kimś ważnym, to znowuż zakup po wytrwałym szperactwie na dany temat.
A także z potrzeby posiadania jako tej spod mistrzowskiego pióra, albo tej ulubionej i wzorcowej w przesłaniu w pewnym etapie życia, bo wystawiona książka na regale zdradza osobowość jest „ jej rebusem i aluzją”.
Wspomina nauczycielki -polonistki na przestrzeni lat szkolnych, szczególnie tej jednej , która podsycała miłość do literatury i sztuki ( aczkolwiek to z rodziny wyszły pierwsze zaszczepy i motywacje i nawyki ),poprzez zachęty, wypady do muzeów, na wernisaże..
Ale były i takie, które prezentowały bylejakość nauczania, zbyt rygorystyczny i formalistyczny według programu.
Gdańsk miasto Grassa, Huella, Chwina jest miastem jego dzieciństwa i wczesnej młodości, i jakby dobijał do szeregu jego literackich luminarzy. Raz zaglądnąwszy do mieszkania babci i zastawszy je w jakimś chaosie, poustawiał na powrót wszystko tak jak byo dawniej za czasów jego dzieciństwa w imie dochowania reliktu pamięci, aby chociaż przez chwile wrócił sentyment i niezwykłość tamtych lat.
Warszawska kawalerka 22 metrów kwadratowych, była miejscem bibliofilskich dylematów: każdy zakup książki, wiązał się z pożegnaniem tej wysiedzianej na półce. Podczas licznych przeprowadzek , jego pedantyzm pakowania wynikał z respektu do książki, o którą zabiegał aby nie była niszczona podczas każdej zawieruchy.
Dla pisarza, który uznaje pisarstwo za uprawiany zawód, materiałem, który „przerabia” jest język.
Dehnel przyznaje ile trzeba czujności, reaktywności aby sprostać mutacji ( nie tej fizjologicznej ) języka idącym z naturalnej zmienności kultury, postępującej cyfryzacji, rozpychającej się łokciami inteligencji sztucznej. Ale jako tłumacz wie najlepiej, że każdy język ojczysty zachowuje swój rodowód, ma duszę, ciągnie za sobą balast mody, lokalnego obyczaju, swoistej rdzennie kultury (obcej dla tłumacza ). Nie można dokonać wiernej transformacji jeden w drugi- ojczysty w obcy- wychodzą przekłamania, samoistne dezintensyfikacje jego aury i nośności, a rolą tłumacza jest odnaleźć balans : miedzy minimum zdzierania swoistości języka tłumaczonego a maksimum w wykreowaniu obrazów czytelnych i swoistych na język tłumaczony.
Podaje recepturalnie pewne zasady pisania. W poezji bardziej niebezpieczna nie jest nawet arogancja słowa ( bluzgi, nietakty, wulgaryzmy…) ale wytarte, zużyte poetycko „despekty” słowne, np.: miłość, noc, samotność, dusza, Bóg, serce, kwiat …
Regułą jest że wielkie słowa rezonują przy otoczeniu małych, efekty językowe wymagają przerywników, wyrzut wytrawnego słowa, neologizm nabiera wydźwięku przy tonacji stylistycznej zrównoważonej stabilnej, bo w literaturze ekscytuje to co robi wrażenie : słowo, fraza, koncept, fabuła.
Jako przykład podaje powieść „Pnin” Nabokowa, w której jedno zdarzenie w życiu profesora pełne groteskowej niefrasobliwości smutku, że coś się udało i radość idąca z tego faktu – ocalenie wazy- triumfuje wobec całościowego jego nieudacznictwa życiowego.
Dehnel wychodzi z przestrogą, że wygasa poprawność pisania, Internet stawia wymogi: zwięźle, lapidarnie, krzykliwie dla atencji. Recenzje sprowadzają się do konkluzji bez uzasadnienia : że czyta się łatwo albo nudno, z pseudoautorytatywnym orzeczeniem czy warto przeczytać, czy nie..
Pojawił się nowy wariant recepcji: siecioholizm, facebookolizm.
Wiara w słowo pisane to „obumierający kult dawnego Bożka”. Literatura jest postrzegana jako „zafiksowane hobby” zestawiane z manieryczna pasją.
Ale jakże inne jest jego credo i lojalność wobec książki. Książka służy „do pracy na samym sobą”, język jest nieograniczonym kreatorem myśli, poglądów…a literatura i tak zapuszcza się dalej w niezbadane rewiry.
I nic nie zastąpi radości z przewracania stron.
Opinie i dyskusje o książce Rzymska komedia
Bardzo ciekawa koncepcyjnie erudycyjną wędrówka po Rzymie tropami Dantego z Boskiej Komedii. Niełatwa w lekturze ale pięknie napisana.
Bardzo ciekawa koncepcyjnie erudycyjną wędrówka po Rzymie tropami Dantego z Boskiej Komedii. Niełatwa w lekturze ale pięknie napisana.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWyrafinowana literatura wymagająca skupienia. Widać rys poetycki bo przez wytrawnego poetę napisana. Dla kogoś kto nie zna Rzymu jak autor może być problematyczna w odbiorze ze względu na detaliczne opisy o charakterze topograficznym.
Wyrafinowana literatura wymagająca skupienia. Widać rys poetycki bo przez wytrawnego poetę napisana. Dla kogoś kto nie zna Rzymu jak autor może być problematyczna w odbiorze ze względu na detaliczne opisy o charakterze topograficznym.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTytuł tej niezwykłej książki sugeruje związki z „Boską komedią” i nie jest to tylko erudycyjna gra, która ma przyciągnąć spojrzenia osób bardziej wyrobionych literacko. Dzieło Dantego pełni tu rolę kluczową, jest wzorcem i punktem odniesienia. Stanowi konstrukcyjne i duchowe centrum tej opowieści.
Autor przedstawił swoją wersję podróży przez kręgi piekielne, zanurzył się w czyśćcu i raju, przy czym wszystkie te sfery odnalazł w jednym miejscu, w Rzymie. We wstępie do książki wspomina, że o Wiecznym Mieście powiedziano już niemal wszystko, a czasy nie sprzyjają encyklopedycznym opowieściom, które tak cenne były w latach odległych od szybkiego druku i internetu. Wtedy wspaniale sprawdzały się dzieła Muratowa, Gregoroviusa czy Kremera, tak długie, jak długie były same podróże; i tak samo jak owe wojaże szczegółowe i usystematyzowane. Dziś nie trzeba już opisywać świata, szczególnie tego, który niemal każdy może osobiście poznać. Nawet jeśli staromodne opisy wciąż pozostają urokliwe, współczesność wymaga od nas innej metody.
Jarosław Mikołajewski przechadza się po Rzymie z „Boską komedią” w dłoni. I włoską stolicę, i arcydzieło Dantego zna doskonale, może więc sobie pozwolić na porównania i odniesienia nieoczywiste, zaskakujące, zapierające dech w piersiach. Nie bez znaczenia jest również to, że autor sam jest poetą. Patrzy na Rzym czasem bardzo dosłownie, czasem metaforycznie. Podąża zaułkami, zagląda na podwórka, przytacza historie z dawnych lat i te całkiem bliskie, które pamiętamy jeszcze z gazet. Kogóż tam nie ma na trasie rzymskich wędrówek… Wraca bliski sercu autora Pier Paolo Pasolini, są najwięksi swych czasów – Caravaggio, Bernini czy Boromini, ale nie brak też mniej znanych grzeszników i dobroczyńców, artystów i władców, pięknych miłości i skrywanych zbrodni, uczuć namiętnych i występnych. Jest piekło, czyściec i raj. Jest wszystko.
To nie jest lektura dla leniwych i nieciekawych świata. Aby ją zrozumieć, wypada mieć sporo wiedzy, choć podążanie za autorem, bez całego zaplecza w postaci przeczytanych ksiąg i obejrzanych dzieł, też wydaje się warte zaryzykowania. Jarosław Mikołajewski jest przewodnikiem cierpliwym i mądrym, zatacza kręgi, powraca do swych opowieści, pozwala oswoić się z postaciami, podpowiada kierunki dalszej wędrówki. Można tę książkę smakować w długie jesienne i zimowe wieczory, pozwalając włoskiemu światłu, by rozświetlało mrok polskiej północy. Można wejść w opowieści głębiej i doczytywać samemu. Można też przeczytać, a potem wyruszyć w rzymskie dzielnice w poszukiwaniu domów, kościołów i śladów ludzi opisanych w „Rzymskiej komedii”. Każdy sposób jest dobry. Ale najpierw trzeba odbyć tę wędrówkę z Mikołajewskim i Dantem…
Tytuł tej niezwykłej książki sugeruje związki z „Boską komedią” i nie jest to tylko erudycyjna gra, która ma przyciągnąć spojrzenia osób bardziej wyrobionych literacko. Dzieło Dantego pełni tu rolę kluczową, jest wzorcem i punktem odniesienia. Stanowi konstrukcyjne i duchowe centrum tej opowieści.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor przedstawił swoją wersję podróży przez kręgi piekielne, zanurzył się w...
Podziwiam i szanuję Jarosława Mikołajewskiego i od dawna chciałam przeczytać "Rzymską komedię". Słusznie jednak obawiałam się, że mogę nie dorównać wysokim zamysłom autora, o jego erudycji już nie wspominając, bo tu się nawet nie silę na porównania. Inspiracją do powstania tej książki była "Boska komedia" Dantego i mamy tutaj odpowiednio podział na 100 pieśni z podziałem na Piekło, Czyściec i Raj. Kocham Rzym miłością stronniczą i zachłanną, odnajdywałam się w uliczkach i zaułkach opisywanych szczegółowo przez autora, jednak często nie nadążałam za licznymi nawiązaniami do sztuki - malarstwa, rzeźby i licznych nazwisk. Mimo to i tak uważam, że było warto sięgnąć po tę lekturę. Zawsze trzeba sobie stawiać wysoką poprzeczkę. :)
Podziwiam i szanuję Jarosława Mikołajewskiego i od dawna chciałam przeczytać "Rzymską komedię". Słusznie jednak obawiałam się, że mogę nie dorównać wysokim zamysłom autora, o jego erudycji już nie wspominając, bo tu się nawet nie silę na porównania. Inspiracją do powstania tej książki była "Boska komedia" Dantego i mamy tutaj odpowiednio podział na 100 pieśni z podziałem na...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka z pomysłem, struktura "Boskiej komedii" inspiruje autora, dobrze znającego Włochy i Rzym do stosunkowo wolnych skojarzeń. Dla znużonych typowymi przewodnikami.
Książka z pomysłem, struktura "Boskiej komedii" inspiruje autora, dobrze znającego Włochy i Rzym do stosunkowo wolnych skojarzeń. Dla znużonych typowymi przewodnikami.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toc
c
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo prostu BOSKA ta RZYMSKA ;-)
Kolejna książka na półce nad głową do wielokrotnego sięgania. Myślę, że bardzo częstego biorąc pod uwagę zarówno samą przyjemność płynącą z czytania jak i ogromną ilość informacji w niej zawartych.
Nie byłam nigdy w Rzymie, może nawet nie będę i mimo, że żal, to właściwie wcale nie wpływa to na przyjemność obcowania z tym tomem. Raczej uruchamia we mnie trudną do opanowania chęć dalszego drążenia, szukania informacji i to wcale nie tylko o Rzymie.
I brawa za okładkę!
Po prostu BOSKA ta RZYMSKA ;-)
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKolejna książka na półce nad głową do wielokrotnego sięgania. Myślę, że bardzo częstego biorąc pod uwagę zarówno samą przyjemność płynącą z czytania jak i ogromną ilość informacji w niej zawartych.
Nie byłam nigdy w Rzymie, może nawet nie będę i mimo, że żal, to właściwie wcale nie wpływa to na przyjemność obcowania z tym tomem. Raczej...
Zakochałam się w tej książce, tak, jak zakochałam się w Wiecznym Mieście. Nie jest "Rzymska Komedia" klasycznym przewodnikiem dla kogoś, kto wybiera się na kilkudniową wycieczkę by "odhaczyć" podstawowe zabytki umieszczone na mapce, jaką otrzymuje się w każdym rzymskim hostelu. Książka jest zaproszeniem do Rzymu, jakiego nie oglądamy w filmach i na widokówkach, Rzymu, który znają dobrze tylko nieliczni jego mieszkańcy, od wieków z dumą nazywający siebie Rzymianami. Panu Jarosławowi Mikołajewskiemu należą się wielkie podziękowania za to, że postanowił uchylić rąbka tajemnicy i ukazać Wieczne Miasto takim, jakim jest naprawdę. To, co autor "Rzymskiej Komedii" bezbłędnie ubrał w słowa, można poczuć tylko i jedynie włócząc się wieczorami bez celu, ot tak, przebywając sam na sam z Rzymem i jego historią.
Zakochałam się w tej książce, tak, jak zakochałam się w Wiecznym Mieście. Nie jest "Rzymska Komedia" klasycznym przewodnikiem dla kogoś, kto wybiera się na kilkudniową wycieczkę by "odhaczyć" podstawowe zabytki umieszczone na mapce, jaką otrzymuje się w każdym rzymskim hostelu. Książka jest zaproszeniem do Rzymu, jakiego nie oglądamy w filmach i na widokówkach, Rzymu, który...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Rzymska komedia" wydłużyła moje rzymskie wakacje. Książkę przeczytałam po tygodniowym pobycie w Wiecznym Mieście (lekturę przed pierwszym pobytem w stolicy Italii stanowczo odradzam) i z przyjemnością po raz kolejny przeszłam się znanymi już z autopsji uliczkami.
Niestety podróż ramię w ramię z Jarosławem Mikołajewskim okazała się z lekka nużąca dla osoby, która postacią Dantego i jego dzieła zafascynowana nie jest i dla której poezja (przedmiot zainteresowania autora, wpleciony w całą książką) jako taka stanowi zbiór nierozpoznanych i niezrozumiałych elementów. Za dużo "Boskiej" w "Rzymskiej Komedii".
Ogromnym atutem tej niemałych rozmiarów książki są "smaczki", których podróżnik z pewnością nie znajdzie w przewodnikach Pascala i National Geographic, które sprawiają, że chce się więcej, chce się znowu i raz jeszcze, i kolejny. Wrócić, poczuć inaczej każde miejsce, wiedząc więcej.
Dla ciekawych świata, którym dłużyzny nie straszne.
"Rzymska komedia" wydłużyła moje rzymskie wakacje. Książkę przeczytałam po tygodniowym pobycie w Wiecznym Mieście (lekturę przed pierwszym pobytem w stolicy Italii stanowczo odradzam) i z przyjemnością po raz kolejny przeszłam się znanymi już z autopsji uliczkami.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiestety podróż ramię w ramię z Jarosławem Mikołajewskim okazała się z lekka nużąca dla osoby, która postacią...