Rzymska komedia

Okładka książki Rzymska komedia autorstwa Jarosław Mikołajewski
Okładka książki Rzymska komedia autorstwa Jarosław Mikołajewski
Jarosław Mikołajewski Wydawnictwo: Agora publicystyka literacka, eseje
416 str. 6 godz. 56 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2011-11-01
Data 1. wyd. pol.:
2011-11-01
Liczba stron:
416
Czas czytania
6 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-268-0635-3
„Rzymska Komedia” to swoisty dziennik-przewodnik po Rzymie. Kluczem do poznania tajemnic Wiecznego Miasta jest arcydzieło światowej literatury - „Boska Komedia” Dantego Alighieri. To ona wyznacza rytm wędrówkom Jarosława Mikołajewskiego, ona też określa strukturę tej książki, na którą - jak w „Boskiej” - składa się 100 pieśni w trzech częściach: „Piekło”, „Czyściec” i „Raj”.

Julia Hartwig o książce: "Czy można odnaleźć drogę do współczesnego Rzymu dzięki „Boskiej Komedii” Dantego? Jarosław Mikołajewski zaryzykował i napisał dla nas opowieść o tym wspaniałym mieście, budując ją wokół fragmentów „Pieśni” Dantego. Pomysł śmiały, ale nie budzący sprzeciwu. W Rzymie dzisiejszość i przeszłość współżyją i są współobecne, toteż w „Rzymskiej Komedii” bez trudu przerzucać się może autor ze świata arcydzieł Caravaggia czy Giotta do nocnego życia w elitarnych klubach na via Vittorio Veneto. Szczególny charakter nadaje książce osobisty stosunek autora do tego miasta."
Średnia ocen
7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Rzymska komedia w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Rzymska komedia

Średnia ocen
7,4 / 10
29 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Rzymska komedia

avatar
33
18

Na półkach:

Bardzo ciekawa koncepcyjnie erudycyjną wędrówka po Rzymie tropami Dantego z Boskiej Komedii. Niełatwa w lekturze ale pięknie napisana.

Bardzo ciekawa koncepcyjnie erudycyjną wędrówka po Rzymie tropami Dantego z Boskiej Komedii. Niełatwa w lekturze ale pięknie napisana.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
20
15

Na półkach:

Wyrafinowana literatura wymagająca skupienia. Widać rys poetycki bo przez wytrawnego poetę napisana. Dla kogoś kto nie zna Rzymu jak autor może być problematyczna w odbiorze ze względu na detaliczne opisy o charakterze topograficznym.

Wyrafinowana literatura wymagająca skupienia. Widać rys poetycki bo przez wytrawnego poetę napisana. Dla kogoś kto nie zna Rzymu jak autor może być problematyczna w odbiorze ze względu na detaliczne opisy o charakterze topograficznym.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
24
24

Na półkach:

Tytuł tej niezwykłej książki sugeruje związki z „Boską komedią” i nie jest to tylko erudycyjna gra, która ma przyciągnąć spojrzenia osób bardziej wyrobionych literacko. Dzieło Dantego pełni tu rolę kluczową, jest wzorcem i punktem odniesienia. Stanowi konstrukcyjne i duchowe centrum tej opowieści.

Autor przedstawił swoją wersję podróży przez kręgi piekielne, zanurzył się w czyśćcu i raju, przy czym wszystkie te sfery odnalazł w jednym miejscu, w Rzymie. We wstępie do książki wspomina, że o Wiecznym Mieście powiedziano już niemal wszystko, a czasy nie sprzyjają encyklopedycznym opowieściom, które tak cenne były w latach odległych od szybkiego druku i internetu. Wtedy wspaniale sprawdzały się dzieła Muratowa, Gregoroviusa czy Kremera, tak długie, jak długie były same podróże; i tak samo jak owe wojaże szczegółowe i usystematyzowane. Dziś nie trzeba już opisywać świata, szczególnie tego, który niemal każdy może osobiście poznać. Nawet jeśli staromodne opisy wciąż pozostają urokliwe, współczesność wymaga od nas innej metody.
Jarosław Mikołajewski przechadza się po Rzymie z „Boską komedią” w dłoni. I włoską stolicę, i arcydzieło Dantego zna doskonale, może więc sobie pozwolić na porównania i odniesienia nieoczywiste, zaskakujące, zapierające dech w piersiach. Nie bez znaczenia jest również to, że autor sam jest poetą. Patrzy na Rzym czasem bardzo dosłownie, czasem metaforycznie. Podąża zaułkami, zagląda na podwórka, przytacza historie z dawnych lat i te całkiem bliskie, które pamiętamy jeszcze z gazet. Kogóż tam nie ma na trasie rzymskich wędrówek… Wraca bliski sercu autora Pier Paolo Pasolini, są najwięksi swych czasów – Caravaggio, Bernini czy Boromini, ale nie brak też mniej znanych grzeszników i dobroczyńców, artystów i władców, pięknych miłości i skrywanych zbrodni, uczuć namiętnych i występnych. Jest piekło, czyściec i raj. Jest wszystko.

To nie jest lektura dla leniwych i nieciekawych świata. Aby ją zrozumieć, wypada mieć sporo wiedzy, choć podążanie za autorem, bez całego zaplecza w postaci przeczytanych ksiąg i obejrzanych dzieł, też wydaje się warte zaryzykowania. Jarosław Mikołajewski jest przewodnikiem cierpliwym i mądrym, zatacza kręgi, powraca do swych opowieści, pozwala oswoić się z postaciami, podpowiada kierunki dalszej wędrówki. Można tę książkę smakować w długie jesienne i zimowe wieczory, pozwalając włoskiemu światłu, by rozświetlało mrok polskiej północy. Można wejść w opowieści głębiej i doczytywać samemu. Można też przeczytać, a potem wyruszyć w rzymskie dzielnice w poszukiwaniu domów, kościołów i śladów ludzi opisanych w „Rzymskiej komedii”. Każdy sposób jest dobry. Ale najpierw trzeba odbyć tę wędrówkę z Mikołajewskim i Dantem…

Tytuł tej niezwykłej książki sugeruje związki z „Boską komedią” i nie jest to tylko erudycyjna gra, która ma przyciągnąć spojrzenia osób bardziej wyrobionych literacko. Dzieło Dantego pełni tu rolę kluczową, jest wzorcem i punktem odniesienia. Stanowi konstrukcyjne i duchowe centrum tej opowieści.

Autor przedstawił swoją wersję podróży przez kręgi piekielne, zanurzył się w...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

158 użytkowników ma tytuł Rzymska komedia na półkach głównych
  • 120
  • 35
  • 3
33 użytkowników ma tytuł Rzymska komedia na półkach dodatkowych
  • 24
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Rzymska komedia

Inne książki autora

Okładka książki Opowieści biblijne Anna Gensler, Grzegorz Gortat, Grzegorz Kasdepke, Maria Ewa Letki, Jarosław Mikołajewski, Joanna Papuzińska, Eliza Piotrowska, Wojciech Widłak, Marcin Wroński
Ocena 7,7
Opowieści biblijne Anna Gensler, Grzegorz Gortat, Grzegorz Kasdepke, Maria Ewa Letki, Jarosław Mikołajewski, Joanna Papuzińska, Eliza Piotrowska, Wojciech Widłak, Marcin Wroński
Okładka książki Słowa pierwsze Jerzy Bralczyk, Jarosław Mikołajewski, Ewa Poklewska-Koziełło
Ocena 7,7
Słowa pierwsze Jerzy Bralczyk, Jarosław Mikołajewski, Ewa Poklewska-Koziełło
Jarosław Mikołajewski
Jarosław Mikołajewski
Znany dziennikarz, poeta i tłumacz literatury włoskiej, autor sześciu tomików poetyckich. Laureat nagród literackich: im. Kazimiery Iłłakowiczówny, św. Brata Alberta, Barbary Sadowskiej oraz Nagrody Nowej Okolicy Poetów. W jego dorobku translatorskim znajdują się przekłady m.in. utworów Dantego, Petrarki, Michała Anioła, Leopardiego, Montalego, Ungarettiego, Luziego, Penny, Pavesego, Pasoliniego. Opracował antologię poezji włoskiej dwudziestego wieku pt. „Radość rozbitków”.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Rzymska komedia przeczytali również

Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu praca zbiorowa
Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu
praca zbiorowa Krzysztof Lisowski
Regularnie, kilka razy do roku odwiedzam prowincjonalne miasteczko Cieszyn. Od niedawna w tym mieście funkcjonuje lokal, księgarnia-antykwariat-kawiarnia, o niesamowitym wystroju, klimacie, oferującą pyszną kawę, ciastką, lody, "Kornel i Przyjaciele". http://korneliprzyjaciele.pl Nie zawsze podczas wizyty w tym lokalu miałem okazję przyjrzeć się bliżej ofercie książkowej oraz wglębić się w znaczenie nazwy. Wreszcie podczas ostatniego pobytu w Cieszynie miałem dwie godziny czasu, sam dla siebie i wykorzystałem je myszkując wśród książek tej kawiarnio-księgarni. Część z książkami podzielona jest na cztery części: 1. Sprzedarz nowych książek 2. Sprzedaż książek używanych 3. Półka z wyłącznie z książkami Kornela Filipowicza do poczytania i przejrzenia tylko na miejscu 4. Tak zwany "Books Crossing", gdzie każdy kto przyjdzie z ulicy może przynieść i zostawić dowolną książkę, oraz w ramach zdrowego rozsądku zabrać, wypożyczyć sobie dowoloną ilość książek. W tym lokalu można doznać istnego oczopląsu i rozkojarzenia, szczególnie jeśli się jest molem książkowym i lubi się dobrą literaturę. Gorąco polecam ten lokal tym, którzy planują odwiedzić Cieszyn. Podczas ostatniej wizyty w wyżej wspomnianym lokali kupiłem dwie książki, jedna to nowelka autorstwa Kornela Filipowicza pt. "Gdy przychodzi silniejszy" którą planuje przeczytać w bliżej nieustalonej przyszłości, a druga to właśnie powyższa pozycja, "Byliśmy u Kornela". Byliśmy u Kornela to, jak sam podtytuł wskazuje "rzecz o Kornelu Filipowiczu". Została wydana w dwudziestą rocznicę śmierci Kornela, w 2010 roku. Świetna pozycja aby bliżej poznać postać Filipowicza, szczególnie jeśli się mało o nim wie, a ja muszę przyznać, że bardzo mało wiedziałem o nim, w zasadzie to nic. Kornel Filipowicz ma dość ciekawą biografię. Urodził się w Tarnopolu na kresach w 1913 roku. Tuż po uzyskaniu niepodległośći naszego kraju trafia wraz z rodzicami do Cieszyna gdzie jego ojciec rozpoczyna pracę w magistracie. Kornel spędza dzieciństwo i młodość w Cieszynie, aż do matury. Studia rozpoczyna na UJ w Krakowie, na wydziale przyrodniczym, mimo, że jeszcze przed rozpoczęciem studiów zaczął pisać. W Cieszyńskim gimnazjum przyrodniczo-matematycznym gdzie maturował był uczniem Juliana Przybosia i być może mentorstwo Juliana Przybosia przyczyniło się do rozwoju literackiego talentu u Filipowicza. Filipowicz walczy w kampani wrześniowej, trafia do niewoli z której ucieka jeszcze przed końcem września. Przez jakiś czas ukrywa się. Następnie pracuje jako pracownik umysłowy w kamieniołomie gdzieś pod Krakowem. Pod koniec wojny jednak zostaje aresztowany i trafia do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu. Dożywa szczęśliwie końca wojny w strefie wyzwolonej przez aliantów. Wraca do Polski. Powrót do zdrowia trwa dwa lata. Po wojnie wchodzi śmiało w środowisko artystyczne w Krakowie i zaczyna pisać. Pierwsza żona Filipowicza z która mają syna jest artystką. Niestety pierwsza żona umiera szybko. W latach piędziesiątych i szcześćiesiątych Filipowicz współpracuje między innymi z rodzeństwem Różewiczów. Pisze scenariusze do kilku filmów reżyserowanych przez Stanisława Różewicza. Równocześnie pisze wiele opowiadań, nowelek, powieści, ale raczej krótszych. Ulubiona forma Filipowicza to opowiadanie, nowela lub mini powieść. W latach sześcdzieiątych żeni się po raz drugi. Niestety nie wiadomo jak kończy się jego drugie małżeńśtwo, bo o tym nie ma mowy w książce. Pod koniec lat sześciesiątych związuje się z Wiesławą Szymborską, późniejszą naszą noblistką i żyje z nią jako partner życiowy, ale bez zawierania małżeńśtwa aż do swojej śmierci w lutym 1990. Książka "Byliśmy u Kornela" to swego rodzaju antologia. Zawiera wywiad z samym Filipowiczem, kilka jego opowiadań o charakterze autobiograficznym, wspomnienia pisane przez jego najbliższych współpracowników, przyjaciół, w tym Jerzego Pilcha, Stanisława i Tadeusza Różewicza, Karola Dedeciusa (wybitnego tłumacza literatury polskiej na język niemiecki),dwóch synów Filipowicza, oraz wielu innych osób ze świata artystycznego, bardziej lub mniej znanych. Oczywiście książka zawiera również wywiad z samą Wiesławą Szymborską która opowiada o swojej bratniej duszy, Kornelu, z którym spędziła ponad dwadzieścia lat. Podsumowując. Biografia Kornela Filipowicza jest dość ciekawa, pokazuje jak mogą być zawiłe losy osoby żyjącej w naszym kraju w XX wieku. Cieszyn jako miasto (jedno z moich ulubionych w Polsce) przedstawione jest jako wyjątkowe miejsce i to chyba nie przypadek, że wydało artystę w postaci i pokroju Kornela Filipowicza. Ciekawe były losy Filipowicza podczas okupacji i później już za czasów reżimu komunistycznego. Potrafił funkcjonować w tak trudnych warunkach jako człowiek i artysta, będąc wiernym wartościom ludzkim, które wyznawał. Mimo, że był z przekonania socjalistą od samego początku istnienia reżimu komunistycznego wiedział, że reżim nie ma nic wpółnego z socjalizmem. Filipowicz był miłośnikiem przyrody. Regularnie wędkował, urządzał rok w rok spływy kajakowe, w tym w latach piędziesiątych po Wiśle od Krakowa aż po Warszawę. W tych spływach oprócz rodzony brali udział jego przyjaciele, w tym bracia Rozewicz oraz jego ważny mentor z młodości Przyboś. I wreszcie. Wkład w kulturę Kornela można, moim zdaniem, podzielić na dwie dziedziny. Mianowicie, po pierwsze, to jego własne książki, proza, scenariusze filmowe, poezja oraz działalność w kręgach artystycznych. Po drugie, będąc partnerem życiowym Wiesławy Szymborskiej, ba, będąc jej bratnią duszą, drugą połówką przez ponad dwadzieścia lat, był dla niej wielkim wsparciem, inspiracją i pewnie w jakimś tam niebagatelnym stopniu, wysunę tu dość odważną tezę, ma swój wkład w jej Nagrodę Nobla.
lbadura - awatar lbadura
oceniła na99 lat temu
Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca Karol Modzelewski
Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca
Karol Modzelewski
Karol Modzelewski, nieżyjący i dziś trochę już zapomniany historyk oraz działacz Solidarności w autobiograficznej książce - jego życie to historia Polski XX wieku w pigułce. Rzadko bywał w pierwszym szeregu (chociaż pamiętam jego udział w programie "Herbatka u Tadka" pod koniec lat 90 :),ale wiele kluczowych wydarzeń widział na własne oczy. Najbardziej podobały mi się 3 fragmenty: opisy dzieciństwa spędzonego w Sowietach, historie więzienne (w szczególności zderzenie mentalności inteligenta z rzeczywistością zza krat) oraz końcowa mocna krytyka szokowej terapii Balcerowicza. Najciekawszy wątek tej książki to właśnie trudno uchwytna prawda dla kogoś, kto w 1989 dopiero przychodził na świat, czyli zdrada robotniczych ideałów przez Solidarność. Ruch, który od początku stał na barkach pracowników wielkich fabryk i zakładów, w 1989 roku odwrócił się od nich nagle uznając ich za kłopotliwy balast na drodze ku kapitalistycznej przyszłości. Do dzisiaj zresztą ci sami ludzie na swoje żale słyszą, że powinni "zmienić pracę i wziąć kredyt". Modzelewski w takim podejściu słusznie upatruje podglebia dla PiS-u i źródeł powstania partyjnego duopolu, który definiuje polską politykę od 20 lat. Słowem, ciekawa, choć długa książka, pouczająca lektura dla osób zainteresowanych XX-wieczną historią Polski, pokazująca zniuansowanie zarówno PRL-owskiego reżimu, jak i obozu Solidarności. Modzelewski (w przeciwieństwie np. do Roberta Krasowskiego, którego książki o tym okresie dziejów Polski również lubię) nie pozuje na nieomylny autorytet, któremu musimy uwierzyć "bo tak było i już" - dlatego zdecydowanie "kobyłę" polecam. :)
Bullshit_detector - awatar Bullshit_detector
ocenił na71 miesiąc temu
Czas milczenia Patrick Leigh Fermor
Czas milczenia
Patrick Leigh Fermor
Trzy krótkie eseje angielskiego autora na temat klasztorów i życia monastycznego, związane z pobytami autora w trzech francuskich opactwach i zwiedzeniem dawnych klasztorów prawosławnych w Kapadocji, na terenie obecnej Turcji. Przy czym pierwszy z nich zajmuje połowę książki, wliczając w to posłowie. Autor odwiedził je jako dojrzały człowiek, około czterdziestki. We francuskich klasztorach spędził pewien czas mając status gościa, zaś kapadockie pozostałości monastyrów zwiedzał jako turysta. Jak przyszyło na wykształconego erudytę i miłośnika Bizancjum (a co za tym idzie znawcę średniowiecza) Patrick Leigh Fermor przekazuje atrakcyjnie podaną dużą dawkę wiedzy na temat monastycyzmu, jego genezy, obu odmian, najpierw młodszej, zachodniej, później starszej wschodniej. Dużą zaletą jest wykazanie faz rozwojowych reguły benedyktyńskiej i jej ubocznych gałęzi – cystersów i trapistów, jako odpowiedzi na okresowo degenerujący się ruch, podatny na zbędne kontakty z władzą, szczególnie świecką. Ciekawostką są opowieści o losach francuskich klasztorów zarówno za czasów ancien regime’u jak i w porewolucyjnej Francji. Opisując rygoryzm reguł (w każdej kolejnej coraz mniej snu i coraz bardziej restrykcyjna dieta oraz coraz więcej czasu spędzanego przez zakonników w kościele oraz coraz więcej milczenia) autor stara się wyjaśnić ich cel oraz sens, w rozumieniu zarówno założycieli poszczególnych zgromadzeń jak i jego współczesnych członków oraz pokazać tych ostatnich, jako ludzi szczęśliwych. A przynajmniej wyglądających na takich w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Należy jednak pamiętać, że sam Fermor nie żył jak zakonnicy. Nie wstawał ani o czwartej ani o drugiej w nocy, nie spędzał siedmiu godzin w kościele i mógł się odzywać do przydzielonych mu opiekunów. No i nie zadeklarował się jako ich współwyznawca. Z kolei w niby eseju, niby reportażu o wydrążonych w skałach monastyrach Kapadocji pobrzmiewa ewidentna tęsknota autora za czasami bizantyjskimi, ze świetnością Konstantynopola i wschodnim mistycyzmem. Lektura interesująca, ale znacznie mniej ciekawa od „Mani. Wędrówek o Peloponezie”.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na62 lata temu
Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu Jacek Dehnel
Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu
Jacek Dehnel
Zabieg to nierzadki, plagiatowany od dawna, kiedy bogatą felietonistykę po selekcji podług ustalonych kryteriów np. tematyki, wydaje się w postaci edycji książkowej, pod wymyślnym tytułem. Robił to Stefan Kisielewski, robi notorycznie z przesadą Rafał Ziemkiewicz, i wielu… wszyscy z pokusą większej popularyzacji pisarstwa. To tak jak celebryta, aktor, podsuwa swój wizerunek pod tandetną reklamę, z przyczyn oczywistych. A jest wielu pisarzy -felietonistów eseistów którzy wystrzegają się tej formy lansu, traktując felietonistykę zgodnie jej definicją i konwencją i umieszczając ja tylko zgodnie z jej przynależnym miejscem. Bo felietonistyka ma swój wymiar czasowy, żyje aktualną reakcją na rzeczywistość, i potem jej przesłanie wygasa, a zadane w niej ostrze tępi się erozją czasu, mody i zmiennych realiów. Tym bardziej, gdy tematyką jest polityka: zmienna, kontrowersyjna, karmiona incydentalnie. Albo wytykane absurdy życia codziennego, które są syndromem stricto danych czasów i obyczaju a dezaktualizują się w miarę szybko, dużo szybciej niż następstwo generacji. W danym przypadku, czy felietonistyka dotycząca pisania, czytania i bibliofilomanii nie podlega podobnej zasadzie - dezaktualizacji. Wydawałoby się, że nie. Jacej Dehnek zabawił się w księgowego, z racji samouznania wiekowego w młodszego, poszperał w swoim splikowanym stosie felietonów pisanych na zlecenie portalu Wirtualnej Polski tudzież Polityki,… ze starannością buchaltera powybierał te wdg subiektywnej samooceny waloru i nośności i powpinał ( kopiuj i wklej ) tematycznie do opatrzonych dość manierycznym tytułem rozdziałów ( ksiąg ) i wyszła książka, hybryda nie podlegająca żadnemu kanonowi. Z minimalizacją wysiłku, z wyświechtanym konceptem, aby dobić swój dorobkowy wolumin. Gdyby nie pióro, które skrzy swoistą satyra, ironią i prześmiewczością, i talent, książkę uznać by można jako z gatunku tych pomijanych, wobec innych o większym kuriozum na rynku literackim. Naszły czasy, literackiego galimatiasu i literackiej bitwy, kiedy walor literacki nie ma siły przebycia pod naporem kiczowatego komercjalizmu literackiego, a quasi - krytyka rozpanoszyła się nad tą rangi profesjonalizmu, i dobrze wirtualnie spozycjonowana przez wydawnictwa ( facebookowe rekomendacje ),zabiega z pazurami o czytelnika-klienta. Nasuwa się konkluzja, czy ten profil edycji niejako nie dezawuuje pisarza, podważa renomę, zarzuca pójście na łatwiznę, bo pisarstwa Dehnela meandruje, unika fabularyzacji z kreacją postaci, co nieraz odsłania autentyczny kunszt pisarstwa. W tych „zaksięgowanych „ felietonach trudno połapać się, kiedy każdy z nich został napisany. Niczym hurmem wrzucony wdg kryterium tematyki, a w przypadku felietonu istotny jest czas publikacji bo jest pisany pod refleksję czytelnika, pod jego interpretację bieżących wydarzeń. W felietonach dostrzega się opcję polityczną autora, podteksty, insynuacje na pewne osoby zaangażowane w politykę, ale chcąc skonkretyzować źródło takiej reakcji, potrzebna jest znowuż data zapisu. Co więcej wizyty autora na międzynarodowych spotkaniach literackich, biennalach, konwentach, festiwalach, stypendiach czy promocjach jego książek wszystko enigmatycznie czasowo. Zaczyna się od definicji terminu - krytyk literacki. I Dehnel sam osobie, jakoby nim nie jest, nie terminuje w tym profilu pisarstwa a ponad wszystko jest czytelnikiem. Trudno zgodzić się z tym samo - osądem, argument brnący w ślepą uliczkę z ukrytą subtelnie hipokryzją, co dalej pokazuj treść zapisu. Wszak ocenia poezje, co więcej w stylu i schematem dawnej Poczty Literackiej, maximum krytykanctwa i negacji minimum aprobaty czy pochlebstwa. Jak sam przyznaje ciężko zdobyć się na aplauz w jego nawyku surowej oceny. A jednakowoż infantylizme literacki, znajduje akceptacje na necie w pewnych sferach odbioru. Nie zmylą go gierki słowne, gierki składniowe, pod publikę internetową, składową której są również subkultury i przeróżnego autoramentu ludzi z wsobnym gustem. Każdy krytyk jest czytelnikiem, z istoty tego zajecia, żeby ocenić trzeba przeczytać wnikliwie. A czy felieton, esej, czy recenzja napisana w aspekcie zapisu wrażenia po przeczytanej książce nie jest „miękką „ krytyką literacką, która Dehnel niby zwodniczo uprawia pełną para i z wzięciem. A czy opowiedzenie się za taką a nie innym dziełem literackim, za takim a nie innym pisarzem, nawet w formie rekomendacji nie jest wyrazem arbitrażu, podlegającego w zakres krytyki.? Czy jego afront wobec mody na „misery books” tak zawłaszczającej, że książki o tym profilu tematycznym- w fabule granych na cierpienie ludzkie ( autor nazywa to „pornografią nieszczęścia ‘’ ) zapełniają szumnie regały biblioteczne. Krytyka z zasady ma coś z sarkazmu, złośliwości (rzadko pochwały ),podparta jadem lub pejoratywnością, czego w dehnelowskim upodobaniu oceny czegokolwiek, nie brakuje. Dziedzinę jakąkolwiek profesjonalnie ocenia ten, która ją uprawia. Trudno odmówić Dehnelowi wyrobionego smaku, wrażliwości na estetykę, sztukę i znawstwa dzieł literackich. Od małego fascynuje go książka a on sam traktuje literaturę i i bibliofilstwo jako pasję życia. Felietonistyka nie jest łatwa w aspekcie wyszukiwania tematów ale w nie w przypadku Jacka Dehnela. Zwykle wydawca sugeruje temat, albo go zamawia pod komentarz społeczny, sprawdzając ciągle angaż czytelnictwa np w necie. Jaki by nie był temat, wyobraźnia pisarska Dehnela upora się z każdym i go rozświetli, i jeszcze w tak finezyjny sposób To magia pisarstwa tego autora, wspartego oczytaniem, erudycją, ogiką i swobodą w doborze metafory, w szastaniu słowotwórstwem aby finalnie sprowadzić rzecz do anegdoty, humoreski i połechtać swoim ciętym językiem. Z błahego tematu, potrafi nie tylko powydobywać kwintesencje, ale spenetrować go na wszystkie możliwe strony, aby wycisnąć z niego resztki merytoryki, to coś niewidoczne, to coś snujące się i nieuchwytne, nie dla każdego zauważalne. Efektem tego zabiegu jest, że to co nikłe, z pozoru lipne urasta do waloru literackiego, jak sam metaforyzuje : jest potrzeba „dooliwienia, doheblowania aby powstała jakość ‘’. Pokazuje jak wielu popada w złe nawyki zaczepiania o tematy nowożytnej historii( np. martyrologia Holocaustu, Powstanie Warszawskie… ),które nie ważne że wzięte i chwytliwe ale rządzą się zasadą nietykalności ( w aspekcie pisania o nich ) dla tych, którzy tego nie doświadczyli lub byli świadkami, bo wychodzą z interpretacją na podstawie drugiego przekazu, co prowadzi do przekłamania historii. I barwią prozę, wiersz na całego i zrozpędu, emocjami, weną, mylną wyobraźnią ( Jerzy Kosiński, Hermann Rosenblat ). „Bo Holocaust to samograj, poruszy twarde serca”. W rozdziale „kopniętej muzy’’ ujmująco profanuje literacki kicz. Bywa, że z ocena jego waloru, książkowym blurb, recenzja są zmistyfikowane. Podaje przykład klanu rodzinnego literackiego ze swoich rodzinnych rewirów: matka , ojciec , syn którzy działają w zwartej produktywnej grupie: jeden pisze, drugi recenzuje ( czytaj :gloryfikuje ),trzeci wydaje. A przy tym rzucane ładnie utkanym werbalizmem hasła niczym aforyzmy, że dziedzictwo to bełkot, dezaktualizacja, czas na novum literackie, niejako w imię sensacji ściągają czytelników. Taki proceder, wywraca rynek literacki do góry nogami. Dehnel z zuchwalstwem i tupetem gani tych z płomienną aspiracją do pisania: ich pozorowany artyzm ( Wiena-Mond- Kozłowska ),albo cel agitacyjny ( Witold Gadowski z neosocjalistyczną propagandą ) nie poparte żadną słuszną krytyką, okazują się tylko groteskową miernotą w swojej wymowie. W rozdziale „Ksiega szpargałów” jest sugestywnie o rzeczach których znaczenie poszło do lamusa, prócz antykwarycznej wartości. A jednakowoż nie do końca wdg autora jest to prawda, ot chociażby zachowane sztambuszki, dawne pamiętniki wpisów, na prowadzenie których była dziewczęca moda ( może gdzieniegdzie jeszcze praktykowana ). I z tych niby trywialnych wpisów, wychodzi dawny obyczaj, maniera, i ten styl pisania zdezaktualizowany grany wtedy na patriotyzm i tożsamość polską. Autora fascynuje każdy dokument minionej epoki : czy to gazety, czasopisma przedwojnia lub świeżo po wojnie, czy nawet retrospekcja o bajkach z personifikacjami zwierząt (przypisem każdemu zwierzęciu cech charakteru człowieka ),czy nawet przedwojenne katalogi sklepowe i o dziwo z rekomendacją zakupu gadżetów erotycznych co w tych czasach wydawałoby się tematem tabu, czy nawet katalogi renomowanych domów wysyłkowych edytowane sto lat wstecz ( np.: katalog firmy Sears-Rembuch ) po których można rozpoznać jak narastały potrzeby w miarę upływu lat, jak zmieniała się moda, preferencje i hierarchia punktów widzenia. Rzec by można, że ten zbiór felietonów to wypisz wymaluj epizodyczny materiał autobiograficzny autora. Poznajemy jego inklinacje do poezji wdg jego uznania mistrzowskiej. Exemplum: Miłosz, który jak zauważył oprócz geniuszu, posiadał jeszcze coś w swoim charakterze:. był propagatorem każdego rodzaju poezji ( nie dość wspomnieć o jego antologii poezji światowej ) w kontekście oceny debiutów poświęcał szczodrze czas każdemu bez wyjątku, który porywał się na poezję. Miłosz nigdy nie był rywalem dla nikogo, aczkolwiek epigonem Iwaszkiewicza, którego de facto przerósł dorobkiem i talentem. Pomijając klasyków z uznaną estymą: Rilke (Austriak ),Brodski (poeta rosyjsko-amerykański),Herbert, Kawafis (Grek ),Osip Mandelsztan (poeta rosyjski, którego tłumaczył ),wystarczy wdg Dehnela wspomnieć XX-stowieczny chociażby panteon polskiej poezji zmuzykowanej i wyśpiewywanej a więc znanej ogółowi : Osiecka spopularyzowana w muzyce pop, Jeremi Przybora w swoich sentymentalnych mówiono-śpiewanych frazach, czy Karczmarski jako bard rewolucyjny ( solidarnościowy ). Dehnel opowiada o swoim czytelnictwie, jego pierwsze oglądanie zbioru obrazków w domowych albumach jakby oswajanie i przymierzanie się do kontaktu z książka, potem wczesna nauka czytania, i stopniowe przeskakiwanie poziomów, do coraz do bardziej wyrafinowanych pozycji , usystematyzowanych na regałach - aż po sufit - w pracowni matki-malarki. Jako dziecko chrome pozbawione tymczasowej mobilności, czytał. Każdemu, jak zapewnia wszak okres choroby z dzieciństwa kojarzy się z książką w tamtych czasach, którą pochłaniało się w łóżku, przy odchorowywaniu. W jego rodzinie pasja czytania przechodziła z pokolenia na pokolenie: dziadkowie, rodzice i on jako ostatnia sukcesja. Obok czytania było zbieranie i gromadzenie książek, tych z których łączyła się osobliwa historia: książka jako prezent, jako spadek po kimś ważnym, to znowuż zakup po wytrwałym szperactwie na dany temat. A także z potrzeby posiadania jako tej spod mistrzowskiego pióra, albo tej ulubionej i wzorcowej w przesłaniu w pewnym etapie życia, bo wystawiona książka na regale zdradza osobowość jest „ jej rebusem i aluzją”. Wspomina nauczycielki -polonistki na przestrzeni lat szkolnych, szczególnie tej jednej , która podsycała miłość do literatury i sztuki ( aczkolwiek to z rodziny wyszły pierwsze zaszczepy i motywacje i nawyki ),poprzez zachęty, wypady do muzeów, na wernisaże.. Ale były i takie, które prezentowały bylejakość nauczania, zbyt rygorystyczny i formalistyczny według programu. Gdańsk miasto Grassa, Huella, Chwina jest miastem jego dzieciństwa i wczesnej młodości, i jakby dobijał do szeregu jego literackich luminarzy. Raz zaglądnąwszy do mieszkania babci i zastawszy je w jakimś chaosie, poustawiał na powrót wszystko tak jak byo dawniej za czasów jego dzieciństwa w imie dochowania reliktu pamięci, aby chociaż przez chwile wrócił sentyment i niezwykłość tamtych lat. Warszawska kawalerka 22 metrów kwadratowych, była miejscem bibliofilskich dylematów: każdy zakup książki, wiązał się z pożegnaniem tej wysiedzianej na półce. Podczas licznych przeprowadzek , jego pedantyzm pakowania wynikał z respektu do książki, o którą zabiegał aby nie była niszczona podczas każdej zawieruchy. Dla pisarza, który uznaje pisarstwo za uprawiany zawód, materiałem, który „przerabia” jest język. Dehnel przyznaje ile trzeba czujności, reaktywności aby sprostać mutacji ( nie tej fizjologicznej ) języka idącym z naturalnej zmienności kultury, postępującej cyfryzacji, rozpychającej się łokciami inteligencji sztucznej. Ale jako tłumacz wie najlepiej, że każdy język ojczysty zachowuje swój rodowód, ma duszę, ciągnie za sobą balast mody, lokalnego obyczaju, swoistej rdzennie kultury (obcej dla tłumacza ). Nie można dokonać wiernej transformacji jeden w drugi- ojczysty w obcy- wychodzą przekłamania, samoistne dezintensyfikacje jego aury i nośności, a rolą tłumacza jest odnaleźć balans : miedzy minimum zdzierania swoistości języka tłumaczonego a maksimum w wykreowaniu obrazów czytelnych i swoistych na język tłumaczony. Podaje recepturalnie pewne zasady pisania. W poezji bardziej niebezpieczna nie jest nawet arogancja słowa ( bluzgi, nietakty, wulgaryzmy…) ale wytarte, zużyte poetycko „despekty” słowne, np.: miłość, noc, samotność, dusza, Bóg, serce, kwiat … Regułą jest że wielkie słowa rezonują przy otoczeniu małych, efekty językowe wymagają przerywników, wyrzut wytrawnego słowa, neologizm nabiera wydźwięku przy tonacji stylistycznej zrównoważonej stabilnej, bo w literaturze ekscytuje to co robi wrażenie : słowo, fraza, koncept, fabuła. Jako przykład podaje powieść „Pnin” Nabokowa, w której jedno zdarzenie w życiu profesora pełne groteskowej niefrasobliwości smutku, że coś się udało i radość idąca z tego faktu – ocalenie wazy- triumfuje wobec całościowego jego nieudacznictwa życiowego. Dehnel wychodzi z przestrogą, że wygasa poprawność pisania, Internet stawia wymogi: zwięźle, lapidarnie, krzykliwie dla atencji. Recenzje sprowadzają się do konkluzji bez uzasadnienia : że czyta się łatwo albo nudno, z pseudoautorytatywnym orzeczeniem czy warto przeczytać, czy nie.. Pojawił się nowy wariant recepcji: siecioholizm, facebookolizm. Wiara w słowo pisane to „obumierający kult dawnego Bożka”. Literatura jest postrzegana jako „zafiksowane hobby” zestawiane z manieryczna pasją. Ale jakże inne jest jego credo i lojalność wobec książki. Książka służy „do pracy na samym sobą”, język jest nieograniczonym kreatorem myśli, poglądów…a literatura i tak zapuszcza się dalej w niezbadane rewiry. I nic nie zastąpi radości z przewracania stron.
benek - awatar benek
ocenił na71 miesiąc temu
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej Barbara Łopieńska
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej
Barbara Łopieńska
Rozmowy o książkach, tych z dedykacjami i tych bez dedykacji, tych skazanych na zesłanie do piwnicy i tych z nocnego stolika, poezji i prozie, fascynacjach literackich i nawykach czytelniczych, ulubionych księgarniach i ulubionych kawiarniach, sporze o Manna i Prousta, także o tym, że „w pewnym wieku człowiek już wie, czego szuka - szuka potwierdzenia i pogłębienia swoich spostrzeżeń.” Książka wielu wzruszeń, nie tylko dlatego, że większość z rozmówców, również autorka, odeszła już z doczesności do wieczności, również dlatego, że bohaterowie nie gonią za wydawniczymi nowościami, cenią klasyków i ponadczasowe wartości. Paweł Hertz, 1918-2001, pisarz, tłumacz i wydawca, zachwala poufny dziennik Bretończyka: „Mam jeszcze pod ręką „Pamiętniki zza grobu” Chateaubrianda. Czytam sobie, po kilka rozdziałów, i za każdym razem jest to olśniewające.” Marian Brandys, 1912-1998, prozaik i reportażysta, autor spostrzeżenia „nie jest trudno odróżnić dobrą literaturę od złej, dużo trudniej jest odróżnić dobrą literaturę od pozornie dobrej” rozmowę kończy żartobliwym tonem: „Na grypę najlepszy jest Prus.” W rozmowie „Warsztat musi być czynny” Ryszard Kapuściński, 1932-2007, polski reportażysta publicysta i fotograf, autor uwielbianego przeze mnie zwrotu „szarża na szkatułę”, do odszukania w powieści „Cesarz”, podkreśla znaczenie literatury nasyconej głęboką refleksją. „Ważna na świecie literatura jest nasycona refleksją, rozważaniem, zamyśleniem. Bo na świecie są dwa typy czytelnika: czytelnik literatury masowej - przedłużenia serialu telewizyjnego, który jak nie może z przyczyn technicznych oglądać serialu, sięga po książkę - i czytelnik wysmakowany, wdzięczny, którego bawi refleksja nad światem.” Książka wydana w roku 1998.
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na81 rok temu
Mistrz z Delft Zbigniew Herbert
Mistrz z Delft
Zbigniew Herbert
„Do Wysokiej Dyrekcji Alianckiego Więzienia Wobec pożałowania godnych wypadków, jakie ostatnio miały miejsce, a mianowicie przywłaszczenia własności osobistej skazanych (skarpetki i rękawiczki) należy niezwłocznie wydać więźniom: 1) igłę do szycia, 2) stosowne ilości włóczki czarnej i białej, 3) wszyscy bez wyjątku, powinni wyszyć na swoich rzeczach numery lub monogramy. W ten sposób uniknie się nieporozumień, które źle wpływają na morale więźniów oraz przyczyni się do utrzymania niezbędnego ładu. Podpisano: Numer Dwa. Data.” Fragment „Porządek świata” (s.124) Zbigniew Herbert, Mistrz z Delft i inne utwory odnalezione. Oprac. Barbara Toruńczyk, współpraca Henryk Citko. Zeszyty Literackie. Warszawa 2008. W zacytowanych Zeszytach Literackich Czytelnik znajdzie: • Szkice. • Wiersze, prozę poetycką. • Prywatną historię świata. • Herberta o swoich wierszach. • Charaktery. Znakomity zbiór tekstów poety. Każdy szkic: od „Leniwego języka” przez „Porządek świata” (cyt. powyżej) do „Próby rozwiązania mitologii”; każdy zacytowany wiersz: od „Nauki” począwszy przez „ Praktyczne” [przypisy na wypadek katastrofy] do „Opisu króla” ma swój ciężar gatunkowy: „Na szczytach schodów” „czasem nam się marzy że ci ze szczytu schodów zejdą nisko to znaczy do nas gdy nad gazetą żujemy chleb i rzekną - a teraz pomówmy jak człowiek z człowiekiem”(…) s. 154. „Praktyczne” „(…) Trzymać się mocno obwodu zewnętrznego. Głowę nosić nisko. Mieć stale wolne obie ręce. Pielęgnować mięśnie nóg”. (s.150) Pobieżna lektura nie wchodzi w grę (nie w przypadku Herberta). Każdy tekst wymaga… Są też Przypisy: Jak przeczytamy na s. 190, rzecz dotyczy teki Vermeera: znajdowały się w niej różnojęzyczne materiały do eseju, notatki, własnoręczne rysunki postaci z obrazów Vermeera, z paletą barw, pocztówki oraz kopie maszynopisu (z nieukończonym szkicem z lat 1976-86). Okładka książki przedstawia obraz J. Vermeera Widok Delft (fragment). O malarzu napisze poeta: „Był malarzem ciszy i światła. Światło zostało w jego obrazach. Reszta jest milczeniem.” 10/10 Zob. także: opracowanie Aleksandry Burby, ZUR ZEIT IN BERLIN, Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Wyd. I. Kraków2019. Myśl Herberta – poety, eseisty – niezwykle przenikliwa i jednocześnie aktualna.
zoe - awatar zoe
ocenił na102 miesiące temu
Podróż bez końca Claudio Magris
Podróż bez końca
Claudio Magris
„Podróż się liczy, nie dotarcie do celu” – tę maksymę T.S. Eliota Autor nie tylko bierze sobie do serca, ale i ją twórczo rozwija… Następna moja, a już 6., przepiękna, egzystencjalna rzecz Claudia Magrisa. Zgadzam się tu niemal z każdym słowem, także dlatego, że magia podróży od zawsze działa na mnie w szczególny sposób. Cudownie niezwykłe jest to zawieszenie pomiędzy różnymi światami – tym, z którego się wyjechało a tym, do którego się dąży – do czego wszak dochodzą jeszcze światy przechodnie czy przejezdne. To chyba dlatego tak nie lubię latać samolotem, bo pozbawia mnie możliwości chłonięcia tego wszystkiego pomiędzy startem a metą…. Kolejna znakomita książka włoskiego intelektualisty poświęcona częściowo teorii podróżowania, a częściowo intelektualnym impresjom, z wyjazdów w różne części świata, w tym i do naszego kraju Akurat opisy podróży do Polski niezbyt się wyróżniają, chyba że pewną powierzchownością. Nota bene, wzmiankując o odbudowanej Starówce, Autor pisze przewrotnie – a pamiętajmy, że we Włoszech historyczna substancja nie uległa wielkiej zatracie – nie zapomnę widoku romańskiego kościołka pomiędzy dwoma pasami autostrady: „W tej odtworzonej przeszłości jest coś widmowego. Można się zastanawiać co by się stało, gdyby wszędzie na całym świecie odbudowywano bez przerwy starannie i wiernie wszystko, co czas, zła pogoda, erozja i wojny zdołały zniszczyć. Samoloty lądowałyby na rzymskich castra w pobliżu świątyń Merkurego. Pracownicy giełdy z Wall Street tworzyliby i unicestwiali imperia nie pośród wieżowców, lecz holenderskich domków i nowiusieńkich indiańskich wigwamów. Postępowalibyśmy wszyscy jak koczownicy na pustyni, którzy stawiają ponownie namiot, ponieważ poszarpał go wiatr”. Ale zostawmy to, bo bardziej się liczy to, co Autor ma nam do powiedzenia, jeśli chodzi o istotę tymczasowej zmiany miejsca pobytu. I tu aż się prosi o zacytowanie wspaniałych zdań dotyczących związanych z tym nadziei, złudzeń, samooszukiwań, zawodów, zachwyceń…. Paradoksalnie, a może i nie, najciekawszą częścią tej niepozornej książeczki jest (rzekoma) przedmowa, w której Autor zawarł najważniejsze przemyślenia o fenomenie podroży. A tam takie cudowności… „Podróżuje się w rzeczywistości jak w teatrze, przesuwając dekoracje, otwierając nowe przejścia, gubiąc się ślepych zaułkach i zatrzymując się przed fałszywymi drzwiami narysowanymi na ścianie”. „Podróżowanie ma zatem coś wspólnego ze śmiercią, lecz jest również odwlekaniem śmierci, odkładaniem na jak najpóźniej przybycia na miejsce spotkania z istotą rzeczy, podobnie jak przedmowa odwleka prawdziwą lekturę”. „Prolog pasuje jednak do zbioru szkiców o podróży ponieważ podróż w świecie i na papierze jest sama przez się wieczną preambułą, wstępem do czegoś, co ma nastąpić I co jest tuż tuż”. „Podróżować i czuć się zawsze jednocześnie w nieznanym i w domu, wiedząc wszakże, iż nie mamy domu”. „Podróżny jest widzem, nie angażuje się głęboko w rzeczywistość, którą przemierza, nie ponosi winy za okrucieństwa, hańbę, tragedie krajów, w które się zapuszcza. W podróży dobrze się czujemy, ponieważ z wyjątkiem jakichś nieszczęść, nie może się tak naprawdę nic przytrafić”. „Okrucieństwo podróży, ostrzega Canetti, polega na tym że podróżny spogląda na świat z ciekawością. Jest w jakimś sensie skłonny zgodzić się na to, co widzi, na zło i niesprawiedliwość. Gotów jest raczej poznawać je i rozumieć niż zwalczyć zwalczać i starać się pokonać. Podróż do krajów totalitarnych na przykład zaznaczona jest zawsze trochę winą, wspólnictwem albo przynajmniej neutralnością wobec przemocy i hańby”. „Podróż jest również przyjemną, nudną, miłą nieistotnością. Najbardziej ryzykowna trudna i zachwycająca przygoda staje się naszym udziałem w domu. To tam gra toczy się o życie o zdolność do miłości lub jej brak o bycie szczęśliwym i umiejętność dawania szczęścia”. „Podróżowanie oznacza liczenie się ze światem, lecz również z jego alternatywnym obliczem”. „Podróżować nie po to, aby dotrzeć do celu, lecz aby dojechać jak najpóźniej, aby nie dojechać - o ile to możliwe – nigdy”. „Podróż w przestrzeni jest zarazem podróżą w czasie i przeciw czasowi”. „W miejscach pełnych życia grozi nam, że niczego nie zobaczymy, tak jak kiedy nie słyszymy nic, kiedy jest zbyt głośno; przesyt rzeczywistości utrudnia jej odbiór”. „Wielu przyjaciół pyta mnie, jak to się dzieje, że nie męczą mnie takie dalekie i częste podróże. Męczymy się raczej w domu we własnym mieście i własnym świecie. Udręczeni przez obowiązki i kłopoty, przebici tysiącem codziennych trujących strzał, przytłoczeni przez idole własnego plemienia (…). Podróż, nawet najciekawsza, jest zawsze pauzą, ucieczką, doświadczeniem braku odpowiedzialności, odpoczynkiem od wszelkiego prawdziwego ryzyka. Wraca się więc do domu do świata dorosłego, pełnego powagi, nie pozwalającego na ucieczkę”. Wśród przeróżnych odwiedzanych miejsc szczególnie interesująco Autor pisze o – dalibóg, nieznanych mi - wyspach Scilly, leżących na południe od Kornwalii. Kilka godzin rejsu albo pół godziny lotu śmigłowcem wystarczy, żeby znaleźć się „pośród tropikalnej roślinności, agaw i palm, australijskich eukaliptusów, irysów i niebiesko-fiołkowych lilii z południowej Afryki, orchidei, kęp purpurowego przypołudnika, szkarłatnego żmijowca sterczącego niczym jakieś pyszny erotyczny symbol”. A wszystko dzięki prądowi zatokowemu i ludziom z 19. wieku, którzy przyczynili się do obfitości wyspy i hodowli kwiatów. „Wyspy te zasługują na to, aby utożsamiać je z Wyspami Szczęśliwymi (…). Niczym nie zakłócony czar trwa nadal, przejrzysta jasność triumf witalności we wszystkich jej formach i kolorach, rozmaitość roślin i ptaków, mew i czapli, kormoranów i nawałników burzowych, hełmiatek i biegusów krzywodziobych, kulików i szpaków” (czy nawałnik burzowy to aby nie pleonazm?). „To miejsce szczęśliwości, wielkiej perswazji i spokoju, bezwarunkowego „tak” wypowiedzianego życiu, kiedy zdajemy się na fale albo leżymy na piasku w harmonii z czystym i absolutnym istnieniem, wyzbytym wszelkiej aktywności i wszelkiego celu, wypełnionym jedynie wolnym i pustym mijaniem godzin, co jest być może najbardziej swobodnym intensywnym i rozkosznym odbieraniem świata. Być może jest również pamięcią płynu owodniowego pierwotnego oceanu, z którego wywodzi się nasz gatunek, wód, które poznaliśmy na początku naszej jednostkowej egzystencji”. Urzekły mnie także szwedzkie impresje…. „Północ to przede wszystkim światło, zwłaszcza późnym popołudniem, kiedy dzień przechodzi wieczór oczekiwany już od kilku godzin, lecz który - jak się zdaje - nigdy nie zapadnie odraczany przez upartą jasność. (…) Pod tropikalnym albo równikowym niebem, gdzie ciemność zapada nagle i przechodzi błyskawicznie od oślepiającego nieznośnego słońca do nocy, przybysz z Europy tęskni za owym zwlekającym zmierzchem i czuje się obco”. „Na stronach wielu arcydzieł literatury skandynawskiej światło staje się blaskiem prawdziwego życia i jego niedostatku - obietnicą i rozczarowaniem, szczęściem i melancholią, sensem życia przezierającym zza bezpośrednio dostępnej rzeczywistości.”. I jeszcze o przemijaniu, bo czymże jest życie, jeśli nie podrożą w jedynie możliwym kierunku… „Twarz musi zdradzać nasz wiek znoszony, o ile to możliwe z godnością, nie zaś rozpaczliwie ukrywany. Wstawić sobie brakujący ząb to oczywiste, ale lifting a la Dorian Gray pozostaje czymś przygnębiającym. Sensem naszego życia jest jego wymiar czasowy, historyczny. Kwitnięcie, lecz także dojrzewanie i przemijanie”. „Niemal zawsze mamy zbyt wiele powodów, by pragnąć, żeby życie minęło tak szybko, jak to tylko możliwe, by teraźniejszość stała się jak najprędzej przeszłością, żeby już nadeszło jutro, ponieważ oczekujemy z niepokojem diagnozy lekarza, początku wakacji, ukończenia książki rezultatu jakiegoś działania”. PS Fatalny błąd ws. zagłady Ormian, gdy czytamy, że była dokonana przez "młodych Turków". Chodzi oczywiście nie o wiek, tylko o ugrupowanie tzw. „młodoturków”, które pchnęło Turcję w nowoczesność oraz w niepojęty mord Ormian (najpewniej to błąd tłumacza) Inne cytaty… „Być może najbardziej autentyczną literaturą jest dzisiaj ta, która nie posługuje się czystą wyobraźnią i fikcją lecz mówi bezpośrednio o faktach i rzeczach”. „Żyjemy i poruszamy się po nowoczesnym średniowieczu globalnym i wyrafinowanym, które w zawrotnym tempie przekształca świat pod względem technologii, nie wierzy jednak, że potrafi nadać mu sens”. , „Islam w czasach panowania Arabów w Hiszpanii był bardziej liberalny i tolerancyjny niż chrześcijaństwo. Cywilizacja przybiera niekiedy fałszywy obraz również w cudzej zbiorowej wyobraźni”. „To właśnie Don Kiszoci widzą, iż rzeczywistość się rozpada i może ulec zmianie. Ludzie rzekomo praktycznie oświadczający z dumą, że nie snują marzeń, wierzą zawsze aż do dnia poprzedzającego jego runięcie, że Mur Berliński będzie trwał”. „Poznać jakiś kraj oznacza dla mnie również wykąpać się w jego morzu, poczuć na skórze jego wodę, dostrzec jego blask i przezroczystość, rozpoznać jego smak”. „Wszystkie najważniejsze rzeczy - miłość, szczęście, cierpienie - zdarzają się przypadkiem albo na mocy łaski, kiedy wypuszczamy z rąk cugle i pozwalamy unieść się życiu”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na810 miesięcy temu
Pamięć Włoch Wojciech Karpiński
Pamięć Włoch
Wojciech Karpiński
Tom esejów podróżniczych dotyczących Italii a napisanych jeszcze na przełomie latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia, przed erą masowej turystyki, selfies i przechwalania się w mediach społecznościowych. Autor prowadzi nas od góry cholewki (Wenecja) do czubka (Sycylia) włoskiego buta, zwracając uwagę czytelników na obiekty, miejsca i wydarzenia związane z poszczególnymi miastami, miejscowościami czy regionami. Jeśli chodzi o chronologię, to Wojciech Karpiński swobodnie przeskakuje ze starożytności do XIX wieku, by powrócić do baroku a następnie zagłębić się w średniowiecze. Widzimy wraz z nim ruiny rzymskich świątyń, raweńskich mozaik, mistrzów renesansu czy Piranesiego. Gibelinom i gwelfom towarzyszą Ostrogoci, Macchiavellemu Zygmunt Krasiński czy Andrea Caffi Rzymowi, Florencji czy Sycylii towarzyszą mniej znane i omijane w przewodnikach czy wycieczkach zorganizowanych Perugia czy Ferrara bądź … cmentarz protestancki (z kwaterą prawosławną) w Rzymie. A więc miejsca nieznane popkulturze, ale warte odwiedzenia lub chociażby przeczytania o nich, z których każde miało swoje pięć minut w historii, pięknie przedstawione przez autora. Dziś, gdy przewodniki zawierają głównie informacje praktyczne, nikt nie chce czytać tekstów dłuższych niż pół strony warto powrócić do nie tak odległych czasów, kiedy to ludzie do atrakcyjnych turystycznie miejsc podróżowali rzadziej dłużej, przeważnie raz życiu. Lekko razi tendencja do opisywania dzieł sztuki bez ich zdjęć, ale wynagradzają to dołączone do opisu ciekawe historie nieznane w internecie i przewodnikach. Książka zdecydowanie ciekawsze od „Drogi do Sieny”, ale mniej od „Barbarzyńcy w ogrodzie”.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na710 miesięcy temu
Żywoty świętych poprawione ponownie Zbigniew Mikołejko
Żywoty świętych poprawione ponownie
Zbigniew Mikołejko
Zbigniew Mikołejko stawia sobie ambitne zadanie: nie tylko przedstawić biografie świętych polskich, lecz zrobić to na nowo – z perspektywy krytycznej, historycznej, antropologicznej. To nie jest hagiografia w tradycyjnym, bezkrytycznym sensie – raczej próba wypowiedzenia się wobec świętości jako wydarzenia dramatycznego, pełnego napięć, paradoksów, moralnych wątpliwości i niejednoznaczności. Książka obejmuje żywoty świętych polskich – od św. Wojciecha po późniejsze postaci – zarówno tych szeroko znanych, jak i niemal zapomnianych, obecnych głównie w kultach lokalnych. Autor wybiera porządek chronologiczny, co daje czytelnikowi możliwość obserwowania nie tylko indywidualnych losów świętych, ale także przemian historycznych, kulturowych i religijnych, które wpływają na rozumienie świętości w Polsce. Wydanie poszerzone, „ponownie” (wyd. 2024) zawiera więcej rozdziałów, więcej osób – także tych „późniejszych” – i uwzględnia Jana Pawła II wśród świętych. To wersja rozszerzona i pogłębiona względem wydania pierwotnego. Najbardziej zachwyca mnie - jak zawsze u Mikołejki - język: elegancki, często poetycki, operujący bogatym słownictwem, ale bez zadęcia, często sięgając po humor. Cechuje go pewna surowość krytyczna, zdolność do obserwacji detalu, jeśli trzeba – brutalności historii, jeśli trzeba – wielkości i wzniosłości. Nie boi się pokazać ciemnych stron: przemocy, polityki, zbrodni, niejasności motywacji, ambiwalencji – nawet w żywotach najświętszych postaci. Z drugiej strony – autor nie popada w cynizm czy odrzucenie wartości religijnych, ale stawia świętość jako wydarzenie antropologiczne: dramat ciało-dusza, dramat społeczny, dramat historii. To, co może czasami budzić kontrowersje – to zestawienie sacrum z profanum, świętego ideału z ludzkimi słabościami, a także ujmowanie świętości przez pryzmat tego, co historycznie możliwe, jednostkowe, ułomne. Jednym z najmocniejszych atutów "Żywotów..." jest to, że Mikołejko nie ukrywa – ani nie pomija – napięć między kultem a krytyką, między tym, co „oficjalne”, a tym, co ludowe, konwencjonalne i czasem przesadnie uproszczone. Zwraca uwagę, jak świadomość historyczna może, a może powinna, wpłynąć na sposób, w jaki rozumiemy postacie świętych – ich ludzką bolesność, ich zmagania – bez umniejszania ich znaczenia czy wartości dla wiernych. Jednak właśnie w tym obszarze książka bywa wymagająca, a osobom wychowanym w tradycyjnym modelu hagiograficznym może się wydać prowokacyjna lub nawet bolesna. Niewątpliwie Mikołejko proponuje w "Żywotach..." całkiem nowe, świeże spojrzenie na świętość – oderwane od mitów i uproszczeń, od sentymentów, ale też od chłodnej obojętności. Dostarcza głębszych kontekstów historycznych – nie tylko „żył, czynił cuda, został kanonizowany”, ale jakie były warunki społeczne, polityczne, kulturowe, jakie konflikty, sprzeczności, jakie paradoksy. Nie da się ukryć, że czasem gęstość faktów i odniesień historycznych może przytłaczać – nie każdy czytelnik będzie miał wiedzę pozwalającą natychmiast odczytać wszystkie aluzje czy konteksty. Podejście krytyczne, zwłaszcza gdy dotyka dogmatów, kultu religijnego, może być odbierane jako prowokacja lub lekceważenie – zależnie od światopoglądu czy wrażliwości czytelnika. Wydanie pierwotne – choć ważne – pozostawia pewne puste przestrzenie; wersja „ponownie” te braki uzupełnia, ale może też sprawić, że lektura staje się objętościowo wymagająca (ponad 700 stron w wydaniu poszerzonym). Dla mnie osobiście jednym z najciekawszych wątków jest potraktowanie świętości jako kategorii, która wymusza konfrontację z ludzką słabością i historią – nie byle jaką, lecz często tragiczną, pełną wyborów, które okazują się moralnie niejednoznaczne. Mikołejko sprawia, że święci nie są odległymi ideałami, lecz postaciami, które łączą historie zwykłych ludzi z dramatem ducha – osoby, które mogłyby budzić podziw, ale i zrozumienie, a czasem także bunt.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na87 miesięcy temu
Pensjonat pamięci Tony Judt
Pensjonat pamięci
Tony Judt
Chory na stwardnienie zanikowe boczne, „nieuleczalną degeneracyjną chorobę, na którą niedługo umrze”, nieodwołalnie przykuty do łóżka i fotela inwalidzkiego, „w warunkach niecodziennych ograniczeń narzuconych przez ciało, które stało się więzieniem”, będący w stanie, który będzie się już tylko pogarszał, zdany na „różnych mechanicznych bądź ludzkich pośredników”, jeden z najwybitniejszych historyków naszych czasów Tony Judt pisze książkę, która jest pochwałą życia i kultury. Jak tego dokonuje? Aby przetrwać ciągnące się w nieskończoność bezsenne noce, unieruchomiony, niemogący samodzielnie wykonać jakiegokolwiek ruchu pisarz oddaje się swoistym umysłowym ćwiczeniom: „przeglądam swoje życie, myśli, fantazje, wspomnienia, także te niedokładnie zapamiętane, aż natrafię na wydarzenia, ludzi czy opowieści, za pomocą których mogę oderwać umysł od ciała, w którym jest unieruchomiony”. Z czasem te motywowane czysto praktycznymi względami zabiegi przekształcają się w projekt o wiele bardziej ambitny: „Po kilku miesiącach choroby zdałem sobie sprawę, że nocą układam w głowie całe historie”. Aby móc „odtworzyć następnego dnia te na wpół zapisane szlaki” sięga po mnemotechniczne metody stosowane przez myślicieli i podróżników z początków ery nowożytnej, którzy dla gromadzenia i przypominania sobie szczegółów i opisów wznosili w swoich umysłach „pałace pamięci”. Judt nie miał jednak ochoty na wznoszenie w głowie pałaców. Te prawdziwe zawsze kojarzyły mu się z „jakąś dekadencją”. „Ale jeśli nie pałac, to może chociaż pensjonat pamięci”? Ten pensjonat to przywołany z przeszłości „mały pensione, rodzinny hotelik w niemodnej miejscowości Chesières u podnóża bogatego kurortu narciarskiego Villars we francuskojęzycznej części Szwajcarii”, w którym autor z rodzicami i wujem spędzał zimowe wakacje „chyba w 1957 albo 1958 roku”. Jego dobrze zapamiętane wnętrze posłużyło mu za swoisty magazyn, archiwum czy też teren, w którym wyznaczana była marszruta dla pojawiających się w głowie narracji. Cała recenzja tutaj 👇 innelektury.pl/judt-pensjonat-pamieci
Grzegorz Tomicki - awatar Grzegorz Tomicki
ocenił na86 miesięcy temu
Cyprysy i topole Marek Zagańczyk
Cyprysy i topole
Marek Zagańczyk
Trudno nie zachwycać się prozą podróżną Marka Zagańczyka, ale trzeba być przygotowanym na natłok erudycyjnych odniesień, które lektury nie ułatwiają. Autor wędruje bowiem geograficznie i literacko, nieustannie przeplata swoje wrażenia i relacje swych wędrujących poprzedników. Marek Zagańczyk miał niełatwe zadanie, sam sobie bowiem bardzo wysoko ustawił poprzeczkę. Swoją poprzednią książką wszedł do kanonu literackich podróży po Włoszech. „Droga do Sieny”, wydana w roku 2005, stała się punktem odniesienia dla wędrujących intelektualistów, pisano o niej i mówiono jako o nowej jakości literackiej w podróżopisarstwie. Trudno mierzyć się z legendą, a ta niewielka książeczka niewątpliwie nabrała wartości niemal symbolicznej. Zagańczyka ustawiono w jednym szeregu z wędrującymi pisarzami tej miary co Iwaszkiewicz czy Herbert, szeroko rozpisywano się o jego talencie i pisarskich umiejętnościach. Po kilku latach milczenia Marek Zagańczyk znów wybrał się w literacką podróż do Włoch. I znów powstała książeczka niewielka, ale nasycona treścią. Na nieco ponad stu stronach znalazło się miejsce dla dwudziestu rozdziałów, miniaturowych opowieści o jakimś miejscu, człowieku czy wędrownym doświadczeniu. Tym razem szkicom włoskim towarzyszą refleksje na temat miejsc znacznie nam bliższych geograficznie. Zapowiada to już tytuł, są w nim wszak południowe cyprysy i północne topole. A zatem Europa spójna, wspólna, połączona tą samą pasją poznawania, przeżywania, współuczestniczenia w wielkim dziedzictwie. Jak poprzednio łączą się w tej opowieści piękne opisy przyrody, bardzo osobista narracja i niezwykłe oczytanie autora. Językowo Marek Zagańczyk potrafi czarować i uwodzić. Bywa bardzo poetycki, jego opisy stopniują emocje, podkreślają subtelność otaczającego świata. To naprawdę mistrzostwo. Szkoda tylko, że autor nie pozwala sobie na więcej siebie w swoich tekstach. Nawet jeśli odkrywa rąbek swoich emocji, za chwilę skrywa się za cudzymi wspomnieniami, cytatami innych podróżników. Obudowuje się murem swojej erudycji tak bardzo, że chwilami lektura jego książki przypomina stąpanie po cudzych śladach. O ile na początku wprawia to w rodzaj czytelniczej euforii, bo niewiele jest dziś tak mądrych książek, o tyle z każdą stroną, z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej nuży lub irytuje. Akceptuję konwencję, którą przyjął Marek Zagańczyk, ale wolę go w tych fragmentach, w których to on patrzy na świat, a nie jego zasłużeni poprzednicy.
Italianki_pl - awatar Italianki_pl
ocenił na74 lata temu
Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego Krystyna Czerni
Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego
Krystyna Czerni
Lektura tej książki to właściwie ukoronowanie mojej fascynacji osobą Nowosielskiego. Malarza, filozofa, też trochę teologa, ikonopisa i osoby o fascynującej, ale też pogmatwanej i tragicznej (trochę na własne życzenie) biografii. To chyba zasługa też Nowosielskiego (jako teologa prawosławnego),że w zasadzie na przemian ( jedna niedziela cerkiew, następna kościół parafialny) uczęszczam na msze katolickie i te celebrowane w obrządku prawosławnym. To dzięki Nowosielskiemu w zasadzie po raz pierwszy odwiedziłem Łódź, gdzie w ubiegłym roku w tamtejszym muzeum odbyła się wystawa prac (tych wcześniejszych) Jerzego Nowosielskiego. W tym roku (przed chwilą powitałem miesiąc czerwiec)ścienny kalendarz to ten wydany przez wydawnictwo Bosz z ikonami Jerzego Nowosielskiego. A biografia Nowosielskiego, którą otwiera cytat Różewicza (polecam korespondencję słynnego poety i niemniej słynnego malarza)? Znakomita. Nie jest to laurka, ale widać, że jej autorką była osoba która była zafascynowana Nowosielskim. Zafascynowana i zaintrygowana jego wyborami życiowymi, które doprowadziły go na szczyty artystycznej sławy, ale nieopuszczająca swojego mistrza, kiedy pod koniec życia na rynku w Krakowie za parę groszy brakujących na kolejną flaszkę obdarowywał turystów jakimiś swoimi rysunkami, szkicami, czy robionymi w pięć minut portretami, będących dzisiaj utrapieniem tych, którzy chcą skatalogować dorobek malarski Nowosielskiego. Wrażenie robi też kończący książkę rozdział poświęcony kobietom Nowosielskiego, chociaż Krystyna Czerni uważa, że Nowosielski właściwie nie był kobieciarzem. Kobiety pełniły w życiu Nowosielskiego rolę Muz. Jako ciekawostkę muszę wspomnieć o okresie łódzkim w życiu Nowosielskiego, kiedy współpracował z tamtejszymi teatrami lalkowymi. Proszę sobie wyobrazić plakat (jest zdjęcie tego plakatu) bajki "Krzesiwo" Hanny Januszewskiej do którego scenografię wykonał Nowosielski, a muzykę skomponował... Krzysztof Penderecki. Autorka podaje też, że z tamtejszymi tatrami lalkowymi współpracował też... Tadeusz Kantor. To były czasy. Bardzo, bardzo polecam.
werblista - awatar werblista
oceniła na911 miesięcy temu

Cytaty z książki Rzymska komedia

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Rzymska komedia