Plac włoski

Okładka książki Plac włoski
Antonio Tabucchi Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie literatura piękna
144 str. 2 godz. 24 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Piazza d'Italia
Data wydania:
1983-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1983-01-01
Liczba stron:
144
Czas czytania
2 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
8308009964
Tłumacz:
Henryka Młynarska
Średnia ocen

                6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Plac włoski w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Plac włoski

Średnia ocen
6,6 / 10
26 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1525
1500

Na półkach:

Tabucchi to jeden z moich ulubionych włoskich autorów, obok Italo Calvino, Primo Leviego czy Dino Buzzatiego. Ta odstająca nieco od innych książka potwierdza jego sztukę snucia zwykło-niezwykłych opowieści.

Ich tematem jest życie, czasami odrealnione – jak to na włoskiej prowincji - w Wiosce, opowiadane od czasów „risorgimento” aż do lat 50. naszego wieku. Narracja – tak jak to lubię – jest nielinearna, czasami niełatwo się zorientować, w których to czasach dzieje się określona scena.

Podczas lektury miałem wrażenie, że oglądam kolejny film Federico Felliniego, gdzie wymieszano słodkie z gorzkim, wysokie z niskim, złe z dobrym – ot, takie minestrone jako metafora egzystencji.

Gdy jednemu z bohaterów podczas walk w XIX o niepodległość i całość Włoch – przypominam: toczonych przeciw wrogiemu wszelkim wolnościom i wtedy, i dziś państwu watykańskiemu – urwało stopę, ten przerzucił ja przez mury Watykanu, a rodzinie wysłał kartkę z tekstem: „Dałem kopniaka Piusowi IX”.

Nie ma tu wielkiego optymizmu egzystencjalnego, na ludziach trudno polegać, a życie musi bolec. Za najważniejsze przesłanie można uznać końcowe słowa proboszcza, który uciekł w samotność: ”Równości nie osiągnie się przy pomocy maszyn hydraulicznych”.

A propos: mamy tu wspaniałe tzw. pierwsze zdanie, nb. świetnie korespondujące z ostatnim: „Kiedy to w owym niezwykłym dniu Garibaldo dorobił się kulki w czole (otworek jak główka od szpilki, mniejszy od czyraka), chciał, obsuwając się na ziemię właśnie przed „Splendorem”, aby do niego należało ostatnie słowo”.

I miejmy tylko zrozumiałą wyrozumiałość dla niepojętej deklaracji pewnego nieszczęśnika: „Miał nadzieję, że działalność polityczna będzie sprzyjała temu ciepłu ludzkiemu, jakie daje przyjaźń”.

Inne cytaty

„Dziewczęta płaczą jednym okiem, mężatki dwoma oczyma, a zakonnice czterema”.

„Wy mężczyźni uważacie się za dzielnych, ponieważ odlewacie się pod ścianą".

„Robił wysiłki, by nie dać się ponieść ani gniewowi, ani nadmiernemu miłosierdziu, tym jego dwóm największym słabościom”.

„Jedyną rzeczą, jakiej Garibaldo nie potrafił z życia pojąć, była śmierć”.

„Usiłował mu wytłumaczyć, jeśli nie to, czym jest śmierć, to przynajmniej to, czym jest życie”.

„ - Znamy się od 20 lat – powiedział Garibaldo - i jesteśmy zaręczeni od 15. Chcesz, żebyśmy się zestarzali, nie śpiąc razem?
Był to temat, od którego Asmara uciekała i który ja płoszył.
- Ja mam swoje zasady - mówiła - i uważaj, żebyś mnie nie obraził”.

„ – Parafianie! – zawołał – moi ostatni parafianie, mówię wam jedynie to: nieomylność papieża nie jest już dogmatem i kto w to wierzy, jest ostatnim ciulem.
Echo gór podjęło końcowe słowa i powtórzyło je dla większej pewności”.

Tabucchi to jeden z moich ulubionych włoskich autorów, obok Italo Calvino, Primo Leviego czy Dino Buzzatiego. Ta odstająca nieco od innych książka potwierdza jego sztukę snucia zwykło-niezwykłych opowieści.

Ich tematem jest życie, czasami odrealnione – jak to na włoskiej prowincji - w Wiosce, opowiadane od czasów „risorgimento” aż do lat 50. naszego wieku. Narracja – tak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

62 użytkowników ma tytuł Plac włoski na półkach głównych
  • 34
  • 28
17 użytkowników ma tytuł Plac włoski na półkach dodatkowych
  • 7
  • 4
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Plac włoski

Inne książki autora

Okładka książki Opowieści niesamowite z języka włoskiego Massimo Bontempelli, Dino Buzzati, Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Tommaso Landolfi, Alberto Moravia, Anna Maria Ortese, Luigi Pirandello, Antonio Tabucchi, Juan Rodolfo Wilcock
Ocena 7,1
Opowieści niesamowite z języka włoskiego Massimo Bontempelli, Dino Buzzati, Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Tommaso Landolfi, Alberto Moravia, Anna Maria Ortese, Luigi Pirandello, Antonio Tabucchi, Juan Rodolfo Wilcock
Antonio Tabucchi
Antonio Tabucchi
Włoski pisarz tworzący w języku ojczystym i portugalskim. Podczas studiów (lata 60.) podróżował po Europie. W stolicy Francji po raz pierwszy zetknął się z utworami Fernanda Pessoi, portugalskiego poety, który wywarł ogromny wpływ na jego życie i twórczość. Dla lepszego poznania jego utworów nauczył się portugalskiego. Przetłumaczył na włoski szereg prac Pessoi, jest także autorem esejów poświęconych Portugalczykowi. Na uniwersytecie w Sienie prowadził zajęcia z literatury portugalskiej. W prozie debiutował w 1975 powieścią Plac włoski. Tabucchi był pisarzem zafascynowanym – w równym stopniu jak swoją ojczyzną – Portugalią. Akcja części jego utworów (np. Zaginiona głowa Damascena Monteira, ...twierdzi Pereira) rozgrywa się właśnie w tym kraju. ...twierdzi Pereira została w 1996 zekranizowana – rolę tytułową zagrał Marcello Mastroianni. Requiem, powieść z 1992, Tabucchi napisał po portugalsku. Jego książki zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, w tym na polski. Zmarł na raka w szpitalu Czerwonego Krzyża w Lizbonie 25 marca 2012.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wszystkie dusze Javier Marías
Wszystkie dusze
Javier Marías
Od dawna najważniejsze jest dla mnie w książkach to, jak dana historia jest opowiadana, a fabuła wydaje mi się drugorzędna. Absolutnie też do mnie trafia dygresyjny styl Autora, czy porzucanie zaczętych wątków i powrót do nich po wielu stronicach – albo i nie. Od dłuższego bowiem czasu w literaturze ważniejsze jest dla mnie nie „co”, lecz „jak”. Dlatego pierwsza moja rzecz Javiera Maríasa (jedna z jego pierwszych, 1989 r.) zasługuje na wysoką ocenę. Gdzieś przeczytałem, że był to „taki Sebald”, ale jednak to nie ten poziom, nie ta uważność, i nie ta empatia – choć Autor świetnie umie w wyrafinowane, złożone zdania, które lubię. Tytuł to ironiczne nawiązanie do najważniejszego kolegium Uniwersytetu Oksfordzkiego (All Souls College), gdzie Autor – ewidentny anglofil - wykładał w latach 80. Ironiczne, bo książka nie tylko, a nawet jedynie w niewielkim stopniu, sprawom duszy poświęcona. Nie uległem pokusie całkowitego utożsamienia narratora z Maríasem, choć wiele tutaj oksfordzkich realiów, pytanie na ile przetworzonych, a na ile rzeczywistych. Wśród wielu wątków tej nielinearnej opowieści, tradycyjnej fabuły w zasadzie pozbawionej, najmocniej do mnie przemówiły charakterystyki ludzi, których tam spotyka. A menażeria to wspaniała, jaką sobie tylko można wyobrazić w tym środowisku. Zbiorowy portret „ciała” naukowego z Oksfordu jest znakomicie złośliwy. Najlepszy jest opis tzw. wysokich kolacji w tymże gronie, gdzie nie sposób uniknąć, celowego zresztą, sąsiedztwa naukowca zanudzającego wywodami nt. swojej pracy naukowej. Zresztą im wyżej w uczelnianej hierarchii, bynajmniej nie jest wiele lepiej pod każdym względem. Nie przypadkiem narratorowi udaje się zaprzyjaźnić tylko z jednym z nich (nb. gejem – co w szczęśliwej Anglii nigdy nie było odbierane tak, jak w naszym pięknym kraju). Realistycznie pisze Autor o relacjach damsko-męskich, będąc uwikłanym w dziwaczny, nieprzesadnie zapewne satysfakcjonujący romans z jedną z wykładowczyń. „Więcej niż raz narażaliśmy się na to, że Edward Bayes, jej mąż, na własne oczy zobaczy ślady tego, o czym z pewnością wiedział i co starał się lekceważyć albo w ogóle zapomnieć. (…) Musiała sprawdzić, czy jej osobista wieczność, ustanowiona i utrzymywana podczas tych chwil spędzonych w moim towarzystwie, nie rozmazała jej makijażu, sprawdzić, czy twarz nie płonęła rumieńcem (...), czy z jej twarzy zniknął wyraz zadowolenia”. Szuka zatem pocieszenia w lokalnych pubach, co prowokuje go do smętnie trafnych refleksji: „Możliwa różnorodność zachowań jest znikoma, zaskoczenie jest udawane, przedsięwzięte kroki są niezmienna procedurą, wszystko jest dziecięce: zbliżanie, spełnianie, oddalanie się; pełnia, walka, wątpliwości; pewność, zazdrość, opuszczenie, śmiech; wszystko nuży, zanim jeszcze się zacznie”. Mowy o seksie i zaplątanych wielokątnie relacjach zresztą tutaj wiele, bo cóż może bardziej ciekawić posuniętych w wieku starych uczelnianych kocurów. Jedna sprawa, dotycząca nb. „flamy” narratora, wstrząsająca i z tragicznym finałem („ -Ale nie jestem pewna, Tom, może tez być Twoje. I wiem, co odpowiedział mój ojciec: wystarczy ta wątpliwość, żeby nie mogło być moje i nie będzie”). Znakomity, wybitnie empatyczny, jest portret 90-letniego uniwersyteckiego woźnego, nieco zagubionego w czasie, który wchodzących do gmachu wykładowców witał nazwiskami naukowców sprzed lat, nawet sprzed wojny. „Nie wiedział, w którym dniu swego życia znajduje się w danej chwili, do tego stopnia, że nikt nie potrafił z wyprzedzeniem odgadnąć, jaką wybrał datę, a już na pewno nie to, co ten wybór determinuje”. „Codziennie znajdował się w innym roku, podróżował w czasie w przód i wstecz wedle własnego uznania, czy może należałoby powiedzieć, że bez udziału własnej woli”. „Nazwisko, jakim się do mnie zwracał, stanowiło jedyną wskazówkę pozwalającą zorientować się, w jakiej dekadzie przebywa Will, podróżnik w czasie”. „Dla niego byłem członkiem wydziału należącym do przeszłości, choć zawsze tym samym w ramach jednego okresu, który wybierał codziennie jego duch, aby w nim zamieszkać. I nigdy się nie mylił”. „Zastanawiałem się, czy jego umiejętności przemieszczania się w czasie nie obejmują przypadkiem również i przyszłości (..) i czy przebywając w latach dziewięćdziesiątych, nie pozdrawiał kogoś, kto jeszcze nie przyjechał do Oksfordu i kto być może, gdziekolwiek jest, jeszcze nie wie, iż przyjdzie mu żyć w tym niegościnnym i zakonserwowanym we własnym sosie mieście”. Z przyjemnością czytałem znakomite fragmenty o tamtejszych antykwariatach (placówek dziś w zaniku, wobec naturalnej śmierci starszych książek). „Dla pasjonatów antykwariaty są zakurzonym i tajemnym rajem Anglii, odwiedzanym przez najbardziej dystyngowanych kawalerów królestwa”. Zaimponował mi niezwykły wywód o śmieciach jako dowodach na istnienie: „Worek i kubeł są dowodami na to, że ten dzień istniał i dopełnił się, i był odrobinę odmienny od poprzedniego i następnego, choć zarazem taki sam, i że ten dzień jest łącznikiem pomiędzy wczoraj i jutro”. „Worek i kubeł to jedyny zapis, jedyne potwierdzenie przemijania tego człowieka, jedyne d z i e ł o, które naprawdę stworzył. To nić życia, jego zegar. Za każdym razem, kiedy człowiek zbliża się do kubła i coś wyrzuca, ponownie widzi i nawiązuje kontakt z rzeczami, które wyrzucił kilka godzin wcześniej, i to właśnie daje mu poczucie ciągłości”. „Kiedy kubeł się przelewa, dzieło jest skończone, a wtedy, ale tylko wtedy, jego zawartość staje się bezużyteczna". W ramach intertekstualnej gry z czytelnikiem Marias wzmiankuje o Redondzie, wyspie z archipelagu Antyli, której królem sam wszak został. To teraz czas na „Czarne plecy czasu” (podobno nie gorsza)…. Tłumaczenie niezawodnego Wojciecha Charchalisa. Podczas lektury wielokrotnie przychodziła mi na myśl znakomita książka jednego z najlepszych dziś polskich pisarzy Wita Szostaka „Sto dni bez słońca”. Tematyka niemal ta sama: pobyt twórcy (polskiego) w uniwersytecie na irlandzkich wyspach „Finneganach” (sic!). Ten wspaniały pamflet na środowisko akademickie nie ustępuje dziełu Mariasa… (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/sto-dni-bez-slonca/opinia/73191270) Inne cytaty: „W Anglii nieznajomi nie rozmawiają ze sobą, nawet w pociągach, czy podczas długiego oczekiwania”. „W Anglii, jak powszechnie wiadomo, na innych ludzi niemal się nie patrzy, albo patrzy się w sposób tak zamaskowany, że zawsze pojawiają się wątpliwości, czy człowiek rzeczywiście patrzy na to, na co zdaje się patrzeć, tak matowe potrafią zrobić się oczy podczas tej naturalnej czynności”. „Wszystko w niej było ekspansywne, przesadne, była stworzeniem nerwowym, była jednym z tych stworzeń, dla których nie został wymyślony czas, dla których samo poczucie czasu i jego upływu jest zniewagą”. „Życie to jedyny rękopis. Życie ciągle jest średniowieczne”. „Śmierć nie odbiera nam tylko naszego własnego życia, ale też życie innych ludzi”. „Szkoda, że studenci, biedne, nierozgarnięte dzieci, zapominają dziewięćdziesiąt pięć procent cudów, których słuchają, i nasze wspaniałe odkrycia zachwycają ich tylko przez kilka minut, mniej więcej do końca zajęć”. „Pani Alabaster (...) uśmiechała się jednym z tych angielskich uśmiechów, jakie widuje się w kinach na ustach sławnych w tej nacji dusicieli w chwili wyboru nowej ofiary. (…) Pan Alabaster (…) był również uśmiechnięty, lecz jego uśmiech przypominał raczej uśmiech anonimowej ofiary dusiciela dokładnie na chwilę przed uświadomieniem sobie, że nią będzie”. „Już ponad wiek temu przestano wychowywać dzieci tak, aby stały się dorosłymi. Obecni dorośli zostali wychowani – zostaliśmy wychowani – tak, by ciągle być dziećmi. Żeby emocjonować się zawodami sportowymi i być zazdrosnymi o cokolwiek. Żeby żyć w ciągłym niepokoju i chcieć wszystkiego. Żeby obawiać się i złościć. Żeby być tchórzliwymi. Żeby koncentrować się na sobie samych”. „Kochankowie służą do tego, co synowie, przede wszystkim do wysłuchania historii”. „Angielska wiosna jest szczególnie przygnębiająca dla kogoś, kto już jest przygnębiony”. PS Fatalna pomyłka wydawcy, gdy mowa o brytyjskim wywiadzie MI5 - tutaj określonym jako „M15” (na dole str. 115 – może stąd błąd?).Niektórzy naukowcy z książki, co nie jest tu żadną tajemnicą, służyli mu pomocą. Pewnie służą i dziś…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 rok temu
Harfa i cień Alejo Carpentier
Harfa i cień
Alejo Carpentier
Kolejny Carpentier, już mój piąty - a niezmiennie wspaniały. Tym razem to pozbawiona jakiejkolwiek wzniosłości relacja z odkrycia Ameryki przez samego Kolumba opowiedziana w takim kontekście, o jaki naprawdę chodziło, czyli nie żadne tam ”niesienie Słowa Bożego”, tylko żądza - czy jedynie złota i korzeni? ”Jednakże niewiele złota było na tych wysepkach, któreśmy teraz odkrywali, wciąż tak samo zaludnionych przez nagich mężczyzn i kobiety, które jak to napisałem Ich Wysokościom, miały ”jakieś szmatki z bawełny niezbyt przykrywające ich przyrodzenie” i, wspomnijmy to w nawiasie, usiłowałem przedrzeć się wzrokiem przez te szmatki, podobnie jak moi Hiszpanie, którym na ten widok oczy wyłaziły z głowy tak dalece, że musiałem zagrozić im karom, gdyby w podnieceniu ulegli impulsom swej żądzy”. A zatem, także i taka…. Wizerunek Kolumba z pewnością bardziej odpowiada tu rzeczywistości niż wszystkie o nim bajeczki dla grzecznych dzieci . Gdy słyszy „Ziemia, ziemia”, najbardziej obawia się, że w tych „Indiach Zachodnich” zastanie już jakichś innych „krzewicieli Świętej Wiary”, od których usłyszy dobrą radę, aby oddalił się niezwłocznie…. „Jeśli Marek, Mateusz, Łukasz i Jan czekają na mnie na pobliskim brzegu, to jestem raz na zawsze skończony. Przestaję być dla potomności Niosącym Chrystusa, by wrócić do tawerny w Savonie” (powieściowy Kolumb sam przyznaje, że nie zabrał na wyprawę żądnych świętych ksiąg….). Tymczasem mała tragedia, choć nie wynikająca z tego, że na odkrytych wyspach nie ma żadnej konkurencyjnej misji: ”Ani pani Gałki Muszkatołowej, ani pana Pieprza, ani pana Cynamonu, ani pana Imbira nie było nawet na lekarstwo. Co do złota, to mówiono o jego obfitości. I uważałem, że był już czas, aby ten boski kruszec ujawnił się, bowiem teraz, gdy jego istnienie na tych wyspach stało się znane, powstał nowy problem: trzy karawele stanowiły dług dwóch milionów”. „A najgorsze ze wszystkiego jest to, że nie mam najlżejszego pojęcia, gdzie się znajdujemy”. Na szczęście ”kilku Indian (...) miało kawałeczki złota zawieszone u nosa. ZŁOTO. Na widok tego cudu coś mną nagle wstrząsnęło. Nigdy dotychczas nie odczuwana chciwość zakiełkowała w moich wnętrznościach. Drżały mi ręce”. Co jeszcze mocno denerwuje dzielnego odkrywcę? „Żeby zawładnąć daną krainą, trzeba pokonać nieprzyjaciela, upokorzyć panującego, ujarzmić ludność, otrzymać klucze miasta i przyjąć przysięgę posłuszeństwa. Tutaj wszelako nic takiego się nie zdarzyło. Nic się nie zmieniało. Nikt nie walczył. Wydawało się, że nikogo nie obchodzą nasze ceremonie, akty i proklamacje”. Za towarzyszy wyprawy nasz bohater ma wcale nie lepszych obwiesiów. „Dokąd przybyliśmy mości admirale? – pyta mnie Martin Alonso z jadem ukrytym pod maską uśmiechu. – Najważniejsze jest to, że przybyliśmy” – odpowiadam”. Niemniej Alonso na kilka dni odłącza się swą karawelą, aby „na własną rękę szukać złota przy współudziale innych łajdaków ze swej zgrai” – jak relacjonuje słusznie oburzony Kolumb. Wzięci w niewolę jako przewodnicy tubylcy podlegają na pokładzie „specjalnemu traktowaniu”: „Nieufnym z początku, myślącym że to krew, czerwone wino przypadło do gustu, gdy poznali jego działanie i teraz co chwila podnosili w górę wielki dzban, który im dałem, domagając się coraz to więcej trunku. Prawdą jest, że starałem się, aby dzień i noc byli pijani, bo wtedy przestawali jęczeć i lamentować, zapewniając mnie, kiedy trunek rozwiązał im języki, że jesteśmy bardzo blisko złota”. I tylko niewdzięczni intryganci z załogi twierdzą, jakoby to było kłamstwo Dla tych dzielny Kolumb ma odpowiedź: „Pan Nasz powinien nam wskazać, gdzie jest źródło ZŁOTA”. Swój powrót na dwór Kolumb inscenizuje z rozmachem godnym największej dziś państwowej spółki, ale… Ale pytając królową Izabelę (nb. według tej narracji - swą kochankę), co się mówi, słyszy: ”Mówi się, że aby przywieźć siedmiu płaczących człowieczków o zaropiałych oczach i chorych, trochę liści i roślin, które nie nadają się do niczego innego jak do okadzania trędowatych i złoto, które ledwo widać na dnie tygla, nie warto było marnować dwóch milionów. – A prestiż waszych koron? – krzyknąłem?”. W odpowiedzi słyszy: „Oszust z ciebie jak zawsze”, czemu niełatwo zaprzeczyć… Jeszcze gorsze rzeczy Wielki Odkrywca słyszy od jedynego z przywiezionych tubylców, który przeżył. Wygłasza on w zasadzie akt oskarżenia wobec ówczesnej cywilizacji. Zwraca uwagę np. że tu ludzie w ogóle się nie myją, podczas gdy oni u siebie kilka razy dziennie kąpią się w morzu czy w rzece; że nagość nie jest niczym nieprzystojnym, że „wyobrażali sobie, że nasze kościoły są miejscami kaźni i postrachu dla sparaliżowanych, kalek, nieszczęśników i potworów, którzy kłębili się przed wejściem”. Ponadto „nie mogli pojąć, dlaczego wąż był wyobrażeniem zła, bo węże z ich wysp nie były jadowite”. W efekcie Kolumb dochodzi do jedynego możliwego wniosku dla króla: ”Ponieważ nie udaje mi się ze złotem, myślę, że będzie można złoto zastąpić nieporównywalną z niczym energią mięśni ludzkich, siły roboczej, której wartość wyraża się w tym, co produkuje, przy większych w końcu zyskach, niż te, które przynosi zwodniczy metal, przyjmowany jedną ręką, a wydawany drugą...”. Tu jednak spotyka się z trudną dlań do zrozumienia odmową... Od tego czasu handel niewolnikami zostaje na kilkaset lat sprywatyzowany (nb. najwięcej na nim zarobili Holendrzy, największa w swoim czasie potęga morska)… …. „Runęło jedyne moje zyskodajne przedsięwzięcie, jakie mi się powiodło i jakie miało być rekompensatą za brak złota i korzeni” - zasadnie rozpacza książkowy Kolumb, który może, a nawet i musi być uznawany za kogoś, kto otworzył drzwi do tej wielkiej zbrodni, jakiej czy to katolicka, czy protestancka Europa solidarnie dopuszczała się przez wieki wobec Nowego Świata (ile to milionów ludzkich istnień ma na swym zbiorczym, a nieistniejącym sumieniu…?). I powie Historia: "Tym, o czym nie da się zapomnieć, kiedy będziesz zdawał rachunki tam, gdzie nie ma odwołania od wyroku ani kasacji, jest to, że z twoją bronią, liczącą 30 wieków przewagi, nad tą, która mogła ci się przeciwstawić, z twoim podarunkiem chorób nie znanych tam, dokąd przypłynąłeś, na twych okrętach przywlokłeś żądzę i rozpustę, głód bogactwa, miecz i żagiew, łańcuch, dyby, kilof i bicz". Zważmy zarazem, że na łożu śmierci Kolumba stać na taką refleksję: ”Dla nich Christophoros – ten Christophoros, który nie zacytował ani jednego wersetu z Ewangelii w swoich listach i relacjach - był w rzeczywistości Księciem Zamętu, Krwawym Księciem, Księciem Łez, Księciem Klęsk, Jeźdźcem Apokalipsy”. W sumie zatem nie mamy tu jednoznacznego potępienia… I jeszcze wspomnienia starego Kolumba dawnych męskich uciech: „Były wśród nich kobiety, które przed zbliżeniem grały na harfie lub tamburynie, „genuenki” rodem z jakiejś gminy żydowskiej, które mrugały do mnie porozumiewawczo, obmacując moje żądło, takie z oczami uczernionymi koholem, którym w tańcu fruwały motyle wytatuowane na brzuchu, inne jeszcze – prawie zawsze Mauretanki - które w ustach trzymają wypłacone im monety, aby bronić własnego języka od innych wścibskich języków; i te, które przysięgają na wszystko w świecie, że widziane od tylu nadal pozostają dziewicami, chyba że czyjaś szczodrość skłoni je do ofiarowania tego, czego nigdy nie ofiarowały nikomu; aleksandryjki, wymalowane jak maszkarony na dziobie statku niczym nieboszczki portretowane na pokrywach bogatych sarkofagów, dotychczas używanych w ich kraju; kobiety z całego świata, które mdleją od jęków udawanej rozkoszy i zapewniają, że nikt tak, jak ty, kończą z tobą w trzy podskoki, urozmaicając sobie nudę nawlekaniem paciorków nad twoimi lędźwiami, trudzącymi się, by wzbudzić to omdlewanie i jęki tak usilnie zachwalane, że płaci się za samo ich słuchanie”. Aha, przewodnim tematem książki jest próba kanonizacji – najwidoczniej było za co – kogoś takiego przez niesławnej pamięci, super zachowawczego nawet jak na w 19. wiek Piusa IX (potępił nas za Powstanie Styczniowe). Wcześniej, jeszcze jako zwykły kanonik, odwiedził on Nowy Świat. „Zadał sobie pytanie, czy wraz z kultem Pieczeni, Rozbefu, Polędwicy, Bryzolu, Antrykotu lub tego, co niektórzy wykształceni na modłę angielską zaczynali nazywać „bife”, Rzeźnia nie stanie się w życiu miejskim budynkiem ważniejszym niż katedra lub kościoły Św. Mikołaja, Niepokalanego Poczęcia, Matki Boskiej z Montserrat, czy Matki Boskiej Litościwej”. Oraz taka refleksja papieża: „Złośliwa krytyka, małostkowość, a nawet potwarz, kwitną jak dzikie zielsko tam, gdzie ludzie, ponieważ to i owo czytali i uważają, że coś wiedzą, okazują szczególną radość, ostrząc sobie języki na bliźnich, tym bardziej jeśli nie wydają rozkazów, lecz muszą je wypełniać”. Porywający, choć stylistycznie mocno odmienny od reszty, jest obraz samego procesu beatyfikacyjnego Kolumba (zakończonego decyzją odmowną), gdzie na wyżyny erystyki wznosi się adwokat diabła. Rodzi to u mnie lekko retoryczne pytanie, pozornie niezwiązane z tematem: czy adwokat diabła był równie aktywny podczas procesu beatyfikacyjnego JPII? PS Jeden błąd: mianownikiem św. Elma jest Elmo, a nie Elm (bo zawsze go słyszymy w dopełniaczu)...
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 10 3 lata temu
Robi się coraz później. Powieść w formie listów Antonio Tabucchi
Robi się coraz później. Powieść w formie listów
Antonio Tabucchi
Czy listy miłosne mogą być tekstami pozbawionymi porządku wewnętrznego i elementarnej logiki, krótko mówiąc: strumieniem świadomości?– pyta po lekturze lekko zdezorientowany czytelnik, czyli np. ja. Czemu nie - odpowie z zaświatów Antonio Tabucchi - skoro miłość to stan zaburzenia umysłu, w którym precyzja czy konstrukcja wywodu nie tylko mogą, ale i powinni ulegać poważnym zaburzeniom. Normalne wypowiedzi zostawmy ludziom normalnym - zdaje się mówić Autor, skazując czytających na samodzielne próby rozwiązania przemyślnych rebusów w książce niemającej nic wspólnego z romansidłem. Wiele powie taki cytat: ”Po pierwsze, są to historie pozbawione logiki. Mówiąc między nami, chętnie bym spotkał tego, kto wynalazł logikę, już ja bym się z nim policzył. I bez rymów, przede wszystkim bez rymów, historie, w których jedno nie pasuje do drugiego, kawałek do innego kawałka, i efekt jest taki jak w życiu, nie podporządkowanym rymom, każde życie ma swój własny akcent, odmienny od cudzego akcentu”. Na tę niezbyt obszerną opowieść (6. przeczytaną przez mnie tego Autora, jednego z moich ulubionych) składa się 18 listów miłosnych, niestety autorem tylko jednego jest kobieta. Mnóstwo tu miłosnych wywodów, zawodów i wzwodów. Lektura - koniecznie powolna - skrywa pełną nostalgii niemożność spotkania dwojga ludzi. Jest piekielnie trudna z braku tradycyjnej fabuły, jak i z wgryzania się w kolejne listy, wszystkie erudycyjne, niektóre do siebie podobne, wszystkie o miłości, najczęściej takiej, jaka się przydarza w życiu, czyli utraconej, często z własnej winy, głupoty czy błędu…. Dominują tu wspomnienia tego, co bezpowrotnie minęło, czemu towarzyszy silne poczucie straty, nawet samego siebie, a nie tylko Tamtej... Niektóre listy narrator - raczej nie zawsze ten sam, choć to też nieoczywiste - pisze do swej nieżyjącej już miłości, inne - po 40 lat od rozstania. Być może chodzi nawet o fikcję absolutną, wymysły narratora. A propos: zmyślony nie jest ostatni gest Atropos… Jak zwykle u Tabucchiego, mnóstwo tu intertekstualnych odniesień – jedno nawet takie: „Och, Afryko wędrowca Kapuścińskiego, wspaniałego luandczyka, och Afryko”. Cytaty ….Potraktowałem tę czynność fizjologiczną jako powód do zatrzymania się w miejscu, gdzie żaden powód nie skłaniał mnie do tego, bym się zatrzymał. … ….Sądziłeś, że to ty myślisz, a to myśl myśli ciebie, ty zaś jesteś jedynie myślany. … ….Wierz mi, nie ma brzegów, jest tylko rzeka. … ….Fiołkowym kwiatem, mokrym od śliny, wytarłem Pani najtajniejszy fiołek…. ….Miłości moja, wybacz mi, jeśli nazywam cię jeszcze tak, jak nazywałem cię wtedy, po tylu latach nie wiem już, jak mam cię nazywać. Jak zwracać się do ukochanej kobiety, która powiedziała nam cześć, do jutra, i którą porzuciło się, nie zostawiając nawet listu z wyjaśnieniem…. …. „Anthropos” (…) w moim przypadku znaczy samotnego mężczyznę, przypadek banalny aż do śmieszności, skoro nawet gazety, urzędy stanu cywilnego, gminy i władze, używają wyrażenia stan wolny…. ….Pomyślał: jaka piękna jest geografia kobiety i jaka łatwa, jeśli tylko się ją zna i kocha…. ….Przypomniałem sobie jeszcze konkurs na stanowisko w Ministerstwie Łączności; aby go wygrać, trzeba było znać na pamięć nazwy wszystkich rzek w kraju, nawet małych strumyków. … ….Ideałem byłoby, gdyby wszyscy, ale naprawdę wszyscy, mieli właściwy wiek we właściwym momencie, we właściwym miejscu, w którym zdarza nam się spotkać w tym kawałeczku wszechświata. … ….W pewnym momencie pomyślałem, że prawdziwym obłędem jest zwyczajność, nie sądzisz? … ….Wróciłem do domu, gdzie nie było nikogo, kto by na mnie nie czekał, i gdzie nie czekałem już na nikogo. … ….Jak można opowiedzieć życie, które przybrało pozór śmierci, ukrywając się przed życiem. … ….I powiedziałbym ci jeszcze, że czekam na ciebie, chociaż nie czeka się na kogoś, kto nie może powrócić, bo aby być z powrotem tym, kim był, musiałby być tym, kim był, a to przecież niemożliwe…. PS Jak to, moja społeczności LC? Zaprawdę, jam pierwszym opiniującym?
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 2 lata temu
Arthur & George Julian Barnes
Arthur & George
Julian Barnes
To powieść, która wciąga już od pierwszych stron, budując atmosferę tajemnicy i stopniowo odsłaniając losy dwóch bardzo różnych bohaterów. Początek jest szczególnie udany – poznajemy Arthura i George’a, ich odmienne pochodzenie, charaktery oraz życiowe doświadczenia. Na tym tle autor z dużą precyzją wprowadza wątek kryminalny oraz szczegółowo pokazuje mechanizmy działania wymiaru sprawiedliwości. Sprawa niesłusznego skazania George’a porusza i skłania do refleksji nad uprzedzeniami, błędami systemu oraz ceną, jaką płaci jednostka za zbiorową niechęć i strach. Dużym atutem książki jest również postać Arthura – niezwykłego twórcy Sherlock Holmes. Jego nietuzinkowy charakter, poczucie misji i wewnętrzna siła zostały ukazane w sposób przekonujący i wielowymiarowy. Barnes nie tworzy pomnika, lecz portret człowieka z krwi i kości: pełnego pasji, ale też sprzeczności, co tylko dodaje tej postaci autentyczności. Powieść czyta się dobrze, język jest klarowny, a narracja prowadzona z wyczuciem epoki. Choć całość sprawia satysfakcję, można odczuć pewną nierówność konstrukcyjną – po znakomitym początku i solidnym, interesującym środku, końcówka wydaje się zbyt oględna i nieco przegadana. Zamiast mocnego finału pojawia się wrażenie rozwleczenia i nadmiernych komentarzy, które spowalniają tempo. Mimo tych zastrzeżeń to lektura zdecydowanie warta uwagi. Arthur & George Juliana Barnesa to inteligentna, poruszająca opowieść o niesprawiedliwości, prawdzie i odpowiedzialności, która zostaje w pamięci na długo po odłożeniu książki. Nawet jeśli nie wszystko wybrzmiewa z równą siłą, całościowe wrażenie pozostaje bardzo pozytywne.
Sylwia - awatar Sylwia
oceniła na 7 2 miesiące temu
Podróż do źródeł czasu Alejo Carpentier
Podróż do źródeł czasu
Alejo Carpentier
Nieznany mi bliżej kubański pisarz Alejo Carpentier został przez mnie odkryty dzięki temu, że wpisywał się w jeden z punktów wyzwania czytelniczego. Niestety, odkrycie, że mam do czynienia z realizmem magicznym o mało nie doprowadziło do porzucenia książki zaledwie po kilkudziesięciu stronach. "Podróż do źródeł czasu" to powieść z 1953 roku, opowiadająca o muzyku i kompozytorze z Nowego Jorku, który wyrusza w podróż do Ameryki Południowej pragnąc uciec od swojej rutyny i nudnej cywilizacji w poszukiwaniu pierwotnej, naturalnej egzystencji, gdzie życie może być proste, bez cywilizacyjnych pokus i mamienia. Celem wyprawy do bajecznej dżungli ma być przede wszystkim poszukiwanie instrumentów używanych przez Indian. Jednak zderzenie z odmiennością tamtejszej ludności i bujnej przyrody, zwrócenie uwagi na harmonijnie prowadzone życie w zgodzie z rytmem dnia i naturą oraz wszechobecne poczucie przynależności do wspólnoty, staje się dla bohatera inspiracją. Miejsce do którego trafia to miejsce niedotknięte czasem, odcięte zupełnie od technologii i udogodnień, a pełne prehistorii działa na muzykologa jak magnes. Zakochuje się w jednej z jego mieszkanek i pragnie zostać przy boku Rosario, jednak nie jest i nigdy nie będzie kimś stamtąd. Nie dla niego to szczęście wywodzące się z prymitywnej natury; jest człowiekiem skażonym cywilizacją i w końcu dociera do niego, że nigdy nie zostanie w pełni zaakceptowany przez mieszkańców utopijnego miasteczka. Carpentier tworzy wiele obrazów i nawiązań do minionych epok. Wraz z bohaterem wędrujemy od współczesności przez czasy konkwisty, średniowiecze, aż do tytułowych źródeł czasu. Dżungla wita swoim naturalnym, nieskażonym bogactwem, a plemienna ludność posługująca się narzędziami, jak z epoki średniowiecza oraz prehistorycznymi instrumentami, czci pradawne zwyczaje i obrzędy, co podkreśla tylko wyobcowanie bohatera stojącego na przeciwległym kulturowym krańcu. Metaforyczność "Podróży do źródeł czasu" jest oczywista. Powieść stanowi metaforę podróży od kultury zgiełku do natury, symbiozy z przyrodą, jest też podróżą w głąb siebie, w głąb pierwotnego istnienia. Czym jest "źródło czasu"? To coś pierwotnego, coś z czego bierze swój początek wszechrzecz, istnienie. "Podróż do źródła czasu" to przedstawiciel realizmu magicznego, z którym mi zupełnie nie po drodze, więc dla mnie osobiście książka ta stanowiła podwójne wyzwanie. Gdy myślę o przeczytanej treści dostrzegam wiele elementów, odgaduje pewne niuanse, jednocześnie zdając sobie sprawę ile mi przy tym umknęło momentów i to być może ważnych dla zrozumienia całej treści. Chwilami odpływałam nie łapiąc kontekstu, musiałam wracać, zastanawiać się, co było uciążliwe, ale też stwarzało okazję do zastanowienia się nad tym, co głębsze, co ważne w życiu każdego z nas. Tak, to dobra książka do przemyśleń, ale nie, nie dla każdego.
Aksamitt - awatar Aksamitt
ocenił na 6 4 miesiące temu
I jak woda płynie Marguerite Yourcenar
I jak woda płynie
Marguerite Yourcenar
Nie jest to chyba częsty przypadek, by pisarka (bądź pisarz) wracała w zaawansowanym wieku do własnych utworów skreślonych bardzo młodzieńczą ręką. W Nathanaelu, tytułowej postaci najdłuższej z trzech pomieszczonych w tym tomie nowel, musiało być zatem coś szczególnego oraz bardzo Marguerite Yourcenar bliskiego. I podobieństwa tego upatrywać należy raczej w postawie wobec świata niż w życiorysie. Intuicję tę zdają się potwierdzać towarzyszące każdemu z trzech tekstów obfite posłowia, w których autorka pochyla się nad ich genezą oraz swoimi zamysłami artystycznymi. Istota samego pokrewieństwa nie jest tu wyrażona wprost, ale uważny czytelnik już po lekturze niewielu słów jako elementy zbioru wspólnego dla Yourcenar i Nathanaela wskaże takie cechy jak niezależność, zmysł moralny, stoicyzm czy wycofana życzliwość. Sam „Nathanael” to zaś mikropowieść antyłotrzykowska i portret człowieka prawdziwie wolnego. „Anna, soror” opowiada z kolei o krótkim szczęściu i długim smutku; mimo że młodzieńcza i nieznacznie tylko później wygładzona, ujmuje intensywnością oraz poetyckim pięknem. Wielką wartością jest ponownie posłowie autorki, w którym wyjaśnia ona swój zmieniający się przez lata stosunek do opowiadania. Ponadto to zawsze mile przeze mnie witana szansa przechadzki po Neapolu, a kluczowym do zrozumienia utworu terminem jest transgresja. Proza Yourcenar okazuje się oszczędna, elegancka i wnikliwa, posiada pewną unikalną, trudną do przyszpilenia jakość. To właściwie sam koncentrat, niebywale intensywny, bez zbędnych zdań. Technika pisarska autorki pozwala wniknąć w najgłębsze przeżycia bohatera, a jednocześnie obserwować je z dystansu. I choć francuska pisarka sięga głębin, których ja w sobie nie odnajduję, to pozwala mi rzucić na nie okiem niczym lekko gapowatemu turyście.
utracjusz - awatar utracjusz
ocenił na 8 6 lat temu
Dziennik irlandzki Heinrich Böll
Dziennik irlandzki
Heinrich Böll
Interesujący, miejscami mocno liryczny, acz dla mnie mocno niepełny - nawet w ówczesnych realiach - obraz Irlandii. No bo czy ten wyraźnie fascynujący Autora, pełen życzliwych ludzi kraj, to ta sama Irlandia, z której uciekli dwaj najwięksi jego 20-wieczni giganci - James Joyce i Samuel Beckett? Nie za chlebem, bynajmniej nie jak miliony ich rodaków, nie za chlebem…. Jak na mój gust zbyt pięknie w tej książce, zbyt łagodnie melancholijnie. Nie ma terrorystów, nie ma tej atmosfery grajdołu, wszechwładzy Kościoła z jej wszystkimi znanymi, straszliwymi konsekwencjami, zwłaszcza dla kobiet sprowadzonych do roli maszyn rozpłodowych w kraju faktycznie wewnętrznie okupowanym przez siłę, która – jak to mówi Poeta – „jest jak ogromna depresja rozciągnięta nad krajem”. Albo Heinrich Böll nie był przesadnie bystrym obserwatorem (ale to noblista - więc wykluczam), albo raczej – skoro jeździł do tego ewidentnie egzotycznego dla niego kraju, gdzie kupił domek, na wakacje– może chciał mieć po prostu tzw. święty spokój? Jego wrażliwa lewicowość niczego mu nie podpowiedziała? Nie chciał, nie mógł, nie pozwolono mu, zajrzeć pod tę pozornie przeczyście wykrochmaloną podszewkę życia społecznego? Jedyne kraje, do których porównania się nasuwają z tamtych czasów (koniec lat 50.) to Hiszpania Franco i Portugalia Salazara. Pozostaje tylko zazdrościć Irlandczykom, jak ostatnio nieco zmienili swój kraj na lepsze…. Owszem, w jednym jedynym miejscu pojawił się jakiś przebłysk co do nadmiarowej władzy Kościoła, ale w żart obrócony: „W Irlandii kler ma decydujący głos także przy udzielaniu licencji na szynki, ustalaniu godziny policyjnej i urządzaniu potańcówek”. Albo było jeszcze inaczej: to była wiedza niedostępna nikomu z zewnątrz, swoista omerta, której złamanie było wtedy po prostu niemożliwe, także ze strony ofiar, a może zwłaszcza ich, a już szczególnie nie wobec cudzoziemca, cóż że z przyjaznego im kraju, który w dwóch wojnach łoił Anglikom skórę …. Wtedy to ich filozoficzne nastawienie do życia, którym się tak zachwyca Böll, byłoby jedynie pełnym rezygnacji poddaniem się czemuś, czego zmienić się nie da – tak jak się godzili z ciągłym deszczem, notabene pięknie opisanym („Deszcz jest tu absolutny, wspaniały i przerażający. Nazywanie go niepogodą jest równie niestosowne, jak nazywanie palących promieni słońca ładną pogodą”). Nie przypadkiem Autor odnotowuje powszechną a przecież dość fatalistyczną postawę ludzi doprowadzonych na tzw. skraj - „It could be worse („Mogłoby być gorzej”) – BTW: równie popularną w Sowietach – gdy „czasem bywa bardzo źle, a coś jeszcze gorszego daje pociechę i stwarza właściwą proporcję”. Typowy to mechanizm obronny w totalitaryzmach, nieważne jakiej barwy. I w tym kontekście nie dziwią sympatie miejscowych…. „ - Powiedz no - odezwał się cicho - Hitler… był… myślę… nie takim złym człowiekiem… tylko poszedł za daleko? (…) - Posłuchaj no, Padraic – powiedziałem spokojnie – dobrze wiemy, jak daleko zaszedł Hitler, a szedł po trupach milionów Żydów, dzieci… - Twarz Padraica drgnęła boleśnie. Zamówił siódme piwo i powiedział ze smutkiem: - Szkoda że i ty dałeś się uwieść angielskiej propagandzie. Wielka szkoda. Nie tknąłem stojącego przede mną piwa”. Owszem. Autor umie pięknie opisywać egzotyczny dla siebie świat i nawet nie za bardzo mu się można dziwić, np. „Kiedy pędzi bydło z pastwiska, wygląda na szesnaście lat, kiedy później, za rogiem domu, skręca na drogę prowadzącą przez wieś, wydaje się, że ma chyba już trzydzieści parę lat, a kiedy przechodzi koło domu i nieśmiało uśmiecha się przez okno, wtedy widać, że dobiega już pięćdziesiątki”. „Odchodzi jako mężczyzna pięćdziesięcioletni, przy rogu domu zmienia się w trzydziestoletniego, wyżej na stoku, gdzie idzie, drapiąc osła po grzbiecie, staje się szesnastolatkiem, a kiedy na górze zatrzymuje się na chwilę przy żywopłocie z fuksji, tylko na tę chwilę, zanim zniknie za żywopłotem, wygląda jak chłopiec, którym niegdyś był”. „Butelki po mleku, pozbawione dziewictwa, obrabowane ze swych pieczęci, puste i brudne, stały pod drzwiami i na parapetach okiennych, smutnie czekały na poranek, kiedy zastąpią je ich świeże, promienne siostry, a mewy były nie dość białe, aby zastąpić anielską promienność niewinnych butelek z mlekiem”. „Kamienie z irlandzkich murów wystarczyłyby na budowę wieży Babel, ale irlandzkie ruiny dowodzą, że podejmowanie tej budowy byłoby bezcelowe”. „Mury z 20. wieku niemal nie różniły się od tych z 8. – i one były porośnięte mchem, i one wyglądały jak ruiny”. „Tu – jakież to dobrodziejstwo! – wolno palić w kinach. Gdyby tego zabroniono, wybuchłoby zapewne powstanie, bo u Irlandczyków namiętność do kina łączy się z namiętnością palaczy”. „Torf, jedyne bogactwo kraju, który już od stuleci jest obrabowany z lasów, któremu nie zawsze starczało i nie starcza chleba, ale zawsze starcza codziennego deszczu”. Poprzednie dwie moje książki noblisty jednak oceniam wyżej – to „Utracona cześć Katarzyny Blum albo: Jak powstaje przemoc i do czego może doprowadzić” i „Anioł milczał”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 1 rok temu

Cytaty z książki Plac włoski

Więcej
Antonio Tabucchi Plac włoski Zobacz więcej
Antonio Tabucchi Plac włoski Zobacz więcej
Antonio Tabucchi Plac włoski Zobacz więcej
Więcej