Poezja dla początkujących

Okładka książki Poezja dla początkujących
Adam Zagajewski Wydawnictwo: Wydawnictwo Zeszytów Literackich publicystyka literacka, eseje
201 str. 3 godz. 21 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2017-10-14
Data 1. wyd. pol.:
2017-10-14
Liczba stron:
201
Czas czytania
3 godz. 21 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364648571
Średnia ocen

                7,5 7,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Poezja dla początkujących w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Poezja dla początkujących

Średnia ocen
7,5 / 10
36 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
585
232

Na półkach: , , ,

Moje pierwsze książkowe spotkanie z Adamem Zagajewskim - zdecydowanie na plus. Eseje tu zebrane są dobre, bardzo dobre, a niektóre rewelacyjne. Sam jestem zaledwie początkującym czytelnikiem, stąd bardzo wciągnęło mnie spojrzenie Zagajewskiego na autorów, których bardzo cenię: Rilkego, Herberta, Kawafisa, Miłosza, Szymborską czy Barańczaka. Przy okazji poznałem kilka nowych nazwisk i dzieł wartych uwagi.
Co nieco zaskoczyła mnie opinia wyrażona w posłowiu przez autora, jakoby filozofowie nie interesowali się eseistyką i jej nie czytali - przy całej swej wyjątkowości wierzę, że nie jestem jedynym kontrprzykładem dla tego zdania.
Ta lektura pchnęła mnie wreszcie do rozpakowania kupionego przed dwoma laty zbioru wierszy wybranych Zagajewskiego - zapowiada się kolejna niezwykła przygoda.
A z odkryć literackich pozostaję m.in. z tym cytatem z hiszpańskiego poety, Antonio Machado:
"Moja miłość do ciebie, dziewczyno
i ten rzymski akwedukt,
jakaż w tym wytrwałość
(tak mówią u nas)"

Moje pierwsze książkowe spotkanie z Adamem Zagajewskim - zdecydowanie na plus. Eseje tu zebrane są dobre, bardzo dobre, a niektóre rewelacyjne. Sam jestem zaledwie początkującym czytelnikiem, stąd bardzo wciągnęło mnie spojrzenie Zagajewskiego na autorów, których bardzo cenię: Rilkego, Herberta, Kawafisa, Miłosza, Szymborską czy Barańczaka. Przy okazji poznałem kilka nowych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

135 użytkowników ma tytuł Poezja dla początkujących na półkach głównych
  • 92
  • 43
22 użytkowników ma tytuł Poezja dla początkujących na półkach dodatkowych
  • 11
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Il caffe letteriario. Wspomnienia o Stanisławie Kasprzysiaku. Roberto Calasso, Francesco M. Cataluccio, Ewa Górniak Morgan, Ireneusz Kania, Rafał Kołątaj, Silvia Lusuardi Siena, Janusz Majewski, Emilia Olechnowicz, Katarzyna Otwinowska, Ugo Rufino, Stefan Szlachtycz, Adam Zagajewski, Marek Zagańczyk
Ocena 8,0
Il caffe letteriario. Wspomnienia o Stanisławie Kasprzysiaku. Roberto Calasso, Francesco M. Cataluccio, Ewa Górniak Morgan, Ireneusz Kania, Rafał Kołątaj, Silvia Lusuardi Siena, Janusz Majewski, Emilia Olechnowicz, Katarzyna Otwinowska, Ugo Rufino, Stefan Szlachtycz, Adam Zagajewski, Marek Zagańczyk
Adam Zagajewski
Adam Zagajewski
Poeta, prozaik, eseista, laureat wielu prestiżowych nagród literackich, tłumaczony na wiele języków. Urodził się we Lwowie, ale nigdy tam nie mieszkał: wkrótce po jego urodzeniu rodzice wraz z nim powrócili w ramach akcji repatriacyjnej do Polski. Dzieciństwo spędził na Śląsku, w Gliwicach, lata uniwersyteckie w Krakowie. Prowadził zajęcia z filozofii jako asystent uczelniany, pracował w redakcji czasopism "Student" i "Odra", szybko zdobył sławę czołowego poety swego pokolenia - "pokolenia '68". W latach siedemdziesiątych związany z niezależnym ruchem literackim, od 1982 roku mieszka w Paryżu. Członek redakcji "Zeszytów Literackich", prowadził kurs "creative writing" na uniwersytecie w Houston, w USA. Był laureatem licznych nagród literackich - m. in.: Nagrody "Zapisu" (1980), Nagrody Kościelskich (1975), Nagrody im. Kurta Tucholsky'ego szwedzkiego PEN Clubu (1985), Nagrody im. Andrzeja Kijowskiego, nagrody "Arki" i Prix de la Liberté francuskiego PEN Clubu (1987), nagrody Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego (1988), Międzynarodowej Nagrody Vilenica (1996), Nagrody Tranströmera (2000) i Nagrody Literackiej Fundacji im. Konrada Adenauera (2002). Zagajewski od lat był wymieniany jako kandydat do literackiej nagrody Nobla. Niestety jej nie otrzymał - zmarł w Światowym Dniu Poezji (21 marca) w wieku 75 lat. "Adam Zagajewski nie żyje. Jak smutne by to nie było - już wolno mu żyć w wierszu. Śpij długo, Mistrzu, na łóżkach wersów" - napisał Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Martwa natura z wędzidłem Zbigniew Herbert
Martwa natura z wędzidłem
Zbigniew Herbert
Ostatni tom wybitnego tryptyku Herberta o "złotych wiekach" sztuki i cywilizacji europejskiej. Z recenzji Andrzeja Franaszka: Można byłoby powiedzieć, że głównym bohaterem "Martwej natury… " jest XVII-wieczne malarstwo holenderskie, poeta zaś wybiera dla siebie malarzy mniej znanych, mniej oczywistych – takich jak Gerard Terborch albo autor tytułowego obrazu, tajemniczy, niezrozumiały do końca Torrentius, jak pisze Herbert: „Orfeusz martwej natury”. Jednak podobnie jak w "Barbarzyńcy w ogrodzie" także i tutaj historia sztuki, osobiste doświadczenie i interpretacja przykuwającego uwagę płótna nie pozostają w pustce, lecz łączą się z obserwacją krajobrazu, wiedzą historyczną, próbą zrozumienia mentalności społeczeństwa. Herbert nie chce być jedynie bywalcem sal muzealnych i choć w swoje szkice nie wplata już np. opisów przeżyć kulinarnych, jak czynił to wędrując po Włoszech czy Grecji, to w otwierającym książkę eseju Delta wyraźnie zaznacza: „moje dotychczasowe podróżowanie po Holandii odbywało się zawsze ruchem wahadłowym, wzdłuż wybrzeża – czyli, mówiąc obrazowo, od "Syna marnotrawnego" Boscha w Rotterdamie do "Straży nocnej" w amsterdamskim Muzeum Królewskim (…). Zdawałem sobie jednocześnie sprawę z mego ograniczenia, bowiem wiadomo, że idealny podróżnik to ten, kto potrafi wejść w kontakt z przyrodą, ludźmi, ich historią – a także sztuką, i dopiero poznanie tych trzech elementów przenikających się wzajemnie jest początkiem wiedzy o badanym kraju”. Stąd zmiana wcześniej wyznaczonej marszruty, wędrówka po holenderskiej prowincji, by odnaleźć pejzaż znany z obrazów, na przykład Jana van Goyena, ale też by doznać czegoś więcej, uczucia nieledwie mistycznego: „miałem uczucie, że wystarczy byle jaki pagórek, aby objąć wzrokiem cały kraj (…). Nie było to wcale uczucie dostępne pięknoduchom, a więc czysto estetyczne, ale jakby cząstka wszechmocy zastrzeżona istotom najwyższym – ogarniania nieobjętych obszarów z całym bogactwem szczegółów, traw, ludzi, wód, drzew i domów – to, co mieści się tylko w oku Boga – ogrom świata i serce rzeczy”. Stąd także chęć zrozumienia specyfiki holenderskiego społeczeństwa, odrębności jego etosu na tle Europy XVII stulecia. Herberta najwyraźniej fascynują mieszczańskie wartości Holendrów, ich trzeźwość, zdrowy rozsądek, praktycyzm. Zauważa właściwie nieobecność tematyki militarnej wśród płócien niderlandzkich mistrzów, podkreśla pokojowy duch społeczeństwa, a zarazem niechęć do epatowania abstrakcyjnymi wartościami: „wolność, o której napisano tyle traktatów, że stała się pojęciem bladym i abstrakcyjnym, była dla Holendrów czymś tak prostym jak oddychanie, patrzenie, dotykanie przedmiotów. Nie trzeba jej było definiować ani upiększać. Dlatego w ich sztuce nie ma podziału na to, co wielkie i małe, ważne i nieistotne, podniosłe i pospolite. Malowali jabłka, portrety kupców bławatnych, cynowe talerze, tulipany z taką cierpliwą miłością, że gasną przy nich obrazy zaświatów i hałaśliwe opowieści o ziemskich tryumfach” (Andrzej Franaszek, Dawni mistrzowie, fundacjaherberta.com).
Wojtek Kusiński - awatar Wojtek Kusiński
ocenił na 7 1 rok temu
Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955 -1996 Wisława Szymborska
Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955 -1996
Wisława Szymborska Zbigniew Herbert
O tym, że poeci umieją pisać listy. Mam trochę etyczny problem z czytaniem listów, bo wydaje mi się to jakimś strasznym naruszeniem prywatności i z lekturą takich rzeczy czuję się nie do końca komfortowo. No i, to być może niepopularna opinia, uważam, że im mniej się wie o autorze prywatnie, tym lepiej się odbiera jego twórczość. Tutaj mamy do czynienia z korespondencją w dużej mierze zawodową, choć przy tym bardzo serdeczną, przyjacielską i dowcipną. Nie jest to aż tak intymne i osobiste, jak dajmy na to listy miłosne, więc się człowiek czytający przynajmniej nie czuje jak ostatni oblech podglądacz. Poza tym trzeba przyznać, że jest to książka wybitnie pozbawiona jakiejkolwiek treści (szczerze mówiąc nie do końca czuję sens wydawania tego drukiem). Nazywanie większości z tych tekstów "listami" wydaje się wręcz lekkim nadużyciem - to bardziej liściki, króciutkie, często tylko kilkuzdaniowe, pozdrowienia na pocztówkach, dedykacje w książkach. Nie dowiadujemy się z tego zbyt wiele o autorach, ale otrzymujemy za to bardzo ciepły obraz łączącej ich relacji. No i nie da się ukryć, że literacko jest to perełeczka - napisana pięknie i uroczo, skrząca się od dowcipu i licznych literackich aluzji. Bardzo miła, przyjemna książka. Można przeczytać, ale chyba wyłącznie dla wrażeń estetycznych (bo i treść i wydanie urodne są wielce), i ewentualnie dla podniesienia na duchu.
niedź - awatar niedź
ocenił na 7 7 miesięcy temu
Ręka Flauberta Renata Lis
Ręka Flauberta
Renata Lis
To fantastycznie erudycyjny, a zarazem bardzo autorski - by nie powiedzieć: intymny, jak przystało na esej - obraz życia i twórczości autora "Pani Bovary”. Zostałem zwłaszcza wręcz uwiedziony szerokim kontekstem kulturowym, prezentowanym przez Autorkę. A nie stroni ona także od komentarzy czy wręcz domysłów psychologiczno-społecznych co do swego bohatera. Ba, sięga także po - jakże to francuskie - szczegóły z jego życia seksualnego. Jest tam miejsce i na relację z innym mężczyzną, i ze słynną a toksyczną Lousie Colet, i z egipską kurtyzaną, i chyba z najważniejszą: angielską guwernantką jego siostrzenicy (która wprawdzie przetłumaczyła „Pani Bovary” na angielski, ale książka ta ukazała się na wyspach w przekładzie… córki Karola Marksa!) . Mimo że nigdy się nie ożenił, kobiety były dla niego ważne i to nie tylko jako obiekty seksualne, choć ten wymiar był dlań hmmm… nie bez znaczenia… Ale najbardziej rzuca się w oczy to, co było istotą i twórczości Flauberta, i jego samego czyli nienawiść do mieszczaństwa – a zatem do większości Francuzów. Nie znosił ich postawy rozumianej jako brak ideałów, ciasnota umysłowa, wąskie horyzonty i jeszcze węższe zainteresowania, przyziemność egzystencji, a zarazem łzawy sentymentalizm, pretensjonalność, małostkowość. Nie przypadkiem wiele tych cech przypisał najgłośniejszej postaci literackiej, jaką powołał do życia. A potem do śmierci. Za tę niechęć odpłacono mu pięknym za nadobne. W relacji z pogrzebu Flauberta Zola dziwi się, że w pogrzebie w Rouen nie uczestniczyli w zasadzie mieszkańcy miasta, a przecież chowano największego jego obywatela. A to taka właśnie była zemsta tychże mieszczan, których nb. bardziej interesowała paryska socjeta przybyła na pogrzeb niż zmarły pisarz…. A za życia mieszczaństwo, w postaci państwa francuskiego, wymierzyło mu konkretny cios – został oskarżony o obrazę moralności w „Pani Bovary”. Prok. Pinard przed sadem zwracał uwagę zwłaszcza na to, że „Emmy nikt nie potępia” (a jak podkreśla Autorka, nikt też przecież jej nie współczuje….). Ostatecznie sąd uniewinnił pisarza, którego proces dał książce tylko reklamę. Jednocześnie jednak Renata Lis przypomina, że pół roku potem prok. Pinard doprowadził do skazania Charlesa Baudelaire’a za „Kwiaty Zła”- przy poecie wyklętym Flaubert był wręcz wzorowym obywatelem. Niezwykle ciekawy jest także wątek spotkania Wschodu i Zachodu w kontekście przyjaźni Flauberta z Turgieniewem (a Autorka specjalizuje się w kulturze rosyjskiej - polecam także jej rzecz o nobliście Iwanie Buninie pt. „W lodach Prowansji”). „Ręka Flauberta” to lektura dająca, oprócz wiedzy o Pisarzu i jego współczesnych, olbrzymią satysfakcję. Wielka to zasługa Autorki, której eseistykę od dawna śledzę ze wzrastającą przyjemnością.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 4 lata temu
Dziennik 1949-1956 Sándor Márai
Dziennik 1949-1956
Sándor Márai
Bałam się tej lektury, bo trudno mi było uwierzyć, że można tak szeroko, wciąż i wciąż pisać o sobie, swoich bliskich i swoich przeżyciach i jednocześnie nie zanudzić czytelnika. A przecież już wcześniej poznałam Mistrza, Jego dom rodzinny, Jego warsztat pisarski, przyczyny Jego wyjazdu z ojczyzny, Jego żonę, przybranego synka – cóż nowego i ciekawego mogę się jeszcze dowiedzieć? Zwłaszcza, że minęły czasy bezpośredniego zagrożenia życia ze strony Niemców lub komunistów, wszystko się powoli stabilizuje, a my z perspektywy historycznej wiemy, że przed Maraiem jeszcze długie i twórcze lata? A jednak, a jednak! Ciężko było oderwać się od lektury i wyjść z tego maraiowskiego świata idei i przemyśleń. Wciąż ogarniało mnie wrażenie niewyobrażalnego bogactwa myśli, wrażeń, refleksji, tematów do rozważań, zamkniętego w wyrafinowanej a jednocześnie prostej i czystej formie. Warstwa fabularna jest taka, że Marai wraz z żoną i „chłopaczkiem” wyemigrował do Neapolu a potem do USA. We Włoszech żył niemal jak nędzarz, ale szczęśliwie, w Ameryce zaś obrasta nieco w piórka, ale za to schnie jak roślina w nieodpowiedniej glebie. Lata włoskie zachwycają opisami wypraw do pełnych zabytków miasteczek, spacerów po Neapolu, podziwem dla rozkołysanej urodą życia włoskiej duszy i bezbrzeżnym zachwytem nad tą niepowtarzalną sztuką, którą Italia dawała niedościgły przykład całemu europejskiemu światu. Wszystko skąpane w południowym upale, omiatane śródziemnomorską bryzą i otoczone odwiecznym poszumem morza. Jeśli czas jakiś temu zachwycałam się frazą i wrażliwością Muratowa, tak tu moje zachwyty nad Italią przefiltrowaną przez indywidualne spojrzenie Maraia, wzrosły w dwójnasób. Uroda włoskich kościołów i malowideł nie zmniejszyła bynajmniej stanu melancholii, depresji, przeczucia śmierci , rozpaczliwej tęsknoty za Węgrami i niepokoju o pozostałych tam bliskich. Ten straszny, nie do opanowania lęk ogarniał Autora najczęściej przy rozmowach z dzieckiem. Co się stanie, jeśli mały, rezolutny, ufny i dzielny Janos zostanie sam na świecie? Przynajmniej jedyną pewną rzeczą, jaką przybrany ojciec mógł dać synkowi, było obywatelstwo amerykańskie… I nie ma co się dziwić, że skoro smutku Autora nie rozgoniła italska słodycz, to w USA mogło być tylko gorzej. Nowy Jork jest dla Maraia ziemią niezwykłą; przy swej niewysłowionej brzydocie architektury, prostactwie i nieokrzesaniu mieszkańców, braku życia duchowego, staje się też przedmiotem fascynujących obserwacji. Marai nie jest w stanie zapomnieć, że granicą USA i Europy są długie wieki powolnego rozwoju idei i sztuk – filozofowie, Leonardo, Dante i wielu innych. Amerykanie tej skały nie mają i budują swe światy na nowej ziemi i na nowych zasadach, a nawet bez nich. Jedyną pociechą jest bezbrzeżny Ocean i … amerykańskie biblioteki. Nowoczesne, świetnie wyposażone, bogate w najróżniejszą literaturę, w których Marai przekonuje się, że Jego książki są tam obecne i nawet bardzo często wypożyczane! Oto amerykański paradoks i dowód, że USA potrafią zaskoczyć nawet najbardziej wzgardliwego, melancholijnego i krytycznego europejskiego intelektualistę.
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na 10 3 miesiące temu
Tablica z Macondo. Osiemnaście prób wytłumaczenia, po co i dlaczego się pisze Stanisław Barańczak
Tablica z Macondo. Osiemnaście prób wytłumaczenia, po co i dlaczego się pisze
Stanisław Barańczak
Porywać się na recenzję Barańczaka to tak, jakby próbować krytykować logiczny wywód członka Mensy, będąc wioskowym głupkiem. I na tym powinienem zakończyć ten tekst. Ale ja przecie wioskowym głupkiem jestem! Takim cwanym głupkiem, co to całkiem nieźle umie się kamuflować. Mimikra utkana z grafomańskiej elokwencji. Wymyśliłem więc: chwalił jeno będę. Barańczak mistrzem jest, choć fizycznie już tylko: mistrzem był. Krytyka przez pochwałę — spryciarz ze mnie. Dzięki tej książce poczułem się znowu dzieckiem. Mały, głupi, niczego nie rozumiejący, a świat mądrych dorosłych jawi się tak fascynującym i złożonym. Szkoda, że dziad, od bardzo dawna zagnieżdżony we mnie, natychmiast uniósł dłonią moją brodę, abym spojrzał mu w oczy i przeczytał w nich, że to bzdura. Owszem, świat jest złożony i fascynujący, ale jeśli chodzi o Barańczaka, to on był po prostu wybitnym specjalistą w pewnej dziedzinie. Rozumiał słowa — szczególnie te poukładane w wersy — lepiej, niż ktokolwiek mi znany. Widział ich znaczenie nie tylko poprzez definicję, czy informację, które niosą, ale też znaczenia ukryte, a wydobywane przez rytm, powtarzalność, bądź unikalność, miejsce w szyku, moment wystąpienia lub nawet ich brak tam, gdzie spodziewalibyśmy się je zobaczyć, bądź usłyszeć. Nigdy nie lubiłem czytać poezji, a jeśli już czytałem, to jej nie rozumiałem. Prawdopodobnie nie lubiłem, bo nie rozumiałem. I nic się do dziś w tym względzie nie zmieniło. A jednak na przydechu czytałem „barańczakowe” analizy nieznanego mi wiersza Miłosza. Przerwałem dopiero wtedy, kiedy pociemniało mi w oczach z niedotlenienia. I to tylko po to, aby wziąć głęboki oddech. Fascynujące, ile znalazł w nim treści. Wyjaśnił wszystko klarownie, ja to nawet rozumiałem, a jednak, kiedy wracałem do samej treści wiersza, to nadal nic — żadnych wyjątkowych zachwytów doskonałą poezją. Co jest ze mną nie tak? A może autor odnajduje sensy tam, gdzie tak właściwie ich nie ma? Może je dzięki swej inteligencji nieświadomie „dorabia”? Tak się chyba tylko próbuję pocieszyć, że moja ślepota jest tylko pozorna. A Barańczak był po prostu przenikliwy, wrażliwy nie tylko na słowa, ale i na zjawiska. Już w latach osiemdziesiątych pisał: “W dzisiejszej zdawkowej, migawkowej, powierzchownej kulturze pośpiesznego czytania i obrazu zastępującego słowo [...]” Prorok? Wtedy to była chyba jedynie forpoczta zjawiska, które dziś się zintensyfikowało, zamiast zaniknąć. Barańczaka jako autora nie znam. Kojarzę nazwisko ze szkoły, ale nic więcej, ani tytułu, ani treści. Wypadałoby nadrobić chyba. Taka wrześniowa obietnica noworoczna. Ta książka jest ponoć kultowa w niektórych środowiskach. Przez wiele lat była nie do kupienia, a jeśli pojawiła się na rynku wtórnym, to w horrendalnie wysokich cenach. I w końcu wznowienie. No to kupiłem. A czynu tego nie żałuję. Tablica to książka objawiająca mi nie tylko technikalia pisania, ale i przybliżająca wielkie postaci literatury. Oto błyskotliwy Barańczak opowiada mi o osobowości Schulza (a przy okazji też o historycznej otoczce utkanej z Gombrowicza, Nałkowskiej i innych), o mądrości Havla. Pięknie ujęła to w Posłowiu Joanna Szczęsna: “[...] nad wszystkim, co wychodziło spod jego pióra, unosił się duch naukowej wnikliwości i erudycji oraz eseistycznej lekkości i wdzięku.” Spotkanie z takim intelektem, jak Barańczaka jest mocno odświeżające; szczególnie dziś, kiedy rządzą nami cwani idioci, w mediach brylują pełniący obowiązki dziennikarzy półanalfabeci, a sztuką są przyśpiewki o majteczkach w kropeczki. Dobrze jest przypomnieć, czy też uświadomić, że są na świecie ludzie o umysłowości innego kalibru. Nie wiem dokładnie gdzie, ale na pewno są. Wzywam was: ujawnijcie się!
Augustyn - awatar Augustyn
ocenił na 9 4 lata temu
Dunaj Claudio Magris
Dunaj
Claudio Magris
Książka podpatrzona u co najmniej dwóch moich tutejszych znajomych, a będąca erudycyjnym i rozbudowanym esejem sławiącym właściwie nie tytułową rzekę, a biorącym ją sobie za pretekst do budowania wielkiej opowieści o Europie Środkowej, zwłaszcza owej Mitteleurope, której już dziś nie ma ani w sensie czasowym, ani geograficznym, ani - zwłaszcza - społeczno-narodowościowym. Autor przemieszcza się więc od źródeł rzeki do jej ujścia w delcie i obserwuje własne impresje, jakie rodzą w nim kolejne mijane miasta i okolice. Sięga zwłaszcza do czasów potęgi Habsburskiej i jej poświęca wiele z mini-esejów poszczególnych, widząc - pars pro toto - jak przez soczewkę czy dziurkę od klucza świat (czy słusznie?) miniony. Kilka esejów - mimo skromnych rozmiarów - zaskakuje ogromem treści i głębią obserwacji (jak ten choćby o mundurze Arcyksięcia Ferdynanda) czy zaskakują po prostu pięknem literackim, jak ten o myśliwych zatrudnionych do redukcji pogłowia zwierzyny na wiedeńskim cmentarzu. Zresztą autor posłużył się wspaniałą figurą pomijania głośnych miejsc, budowli i wydarzeń, a “głos” oddając wydarzeniom i miejscom peryferyjnym i z nich budując obraz Mitteleuropy licznych i zniuansowanych odcieni. Nie rości więc sobie książka prawa do bycia kompedium wiedzy o kontynencie czy choćby świecie post-habsburskim, a jedynie do bycia kroniką pewnej podróży i impresyjnym jej zapisem. Jeśli by podróż geograficzną od niepewnych i nieco rozmywających się (geograficznie!) źródeł rzeki ku jej w pełni zdefiniowanej i uobecnionej delcie potraktować nieco historycznie i oś odległości przemienić w oś czasu, to mamy oto wędrówkę od drgającej jak w gorącym powietrzu Europy historycznej do w pełni ukształtowanej (czyżby? a ileż jeszcze przemian tego kontynentu dzieje się za naszych żywotów?) Europy współczesnej. A zaznaczyć należy - i ważne jest to dla samej książki - że za wielkie dla dorzecza Dunaju przemiany dziejowe uznaje autor rozpad świata habsburskiego, podział Europy żelazną kurtyną w okresie po II Wojnie, a w ogóle (z racji czasu jej powstania) nie sięga poza wydarzenia roku 1989 w tej części Europy. Sam autor uznaje, że innym byłoby to dzieło, gdyby na rejon spoglądać przez pryzmat pięknych ale też i okrutnych wydarzeń końca XX wieku. Zaskakuje, jak popularną okazała się ta książka na przestrzeni piętnastu lat od jej napisania, na jak wiele języków ją przetłumaczono. Choć jeśli my możemy z prawdziwym zainteresowaniem czytać o boliwijskiej górze, która “zjada ludzi”, to i mieszkańcy Ameryki Południowej (w Północnoamerykańczyków jakoś mniej wierzę) mogą chcieć czytać o Dunaju w swych starych europejskich językach, nad Dunajem wszak nie występujących. Zapłodniła też książka wielu do podjęcia prób przełożenia jej na własne języki geograficzne; w dniu przeczytania ostatniej strony “Dunaju” na półce księgarni dostrzegłem pozycję “Wisła. Biografia rzeki”, a jest jeszcze i “Odrzania” w moich książkach do przeczytania. Długo się czyta, wiele błądzi po Internecie, sporo myśli. Cholerna - angażująca - lektura! Z genialną okładką, wspaniale stapiającą się z wielkością treści książki.
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na 8 2 lata temu

Cytaty z książki Poezja dla początkujących

Więcej
Adam Zagajewski Poezja dla początkujących Zobacz więcej
Adam Zagajewski Poezja dla początkujących Zobacz więcej
Adam Zagajewski Poezja dla początkujących Zobacz więcej
Więcej