Między murami

Okładka książki Między murami
Giorgio Bassani Wydawnictwo: Wydawnictwo Zeszytów Literackich Cykl: Il romanzo di Ferrara (tom 1) Seria: W świetle dnia literatura piękna
184 str. 3 godz. 4 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Cykl:
Il romanzo di Ferrara (tom 1)
Seria:
W świetle dnia
Tytuł oryginału:
Dentro le mura
Data wydania:
2017-05-24
Data 1. wyd. pol.:
2017-05-24
Data 1. wydania:
2016-03-03
Liczba stron:
184
Czas czytania
3 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364648526
Tłumacz:
Halina Kralowa
Średnia ocen

                6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Między murami w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Między murami i

Zagęszczanie rzeczywistości



1955 14 299

Oceny książki Między murami

Średnia ocen
6,5 / 10
34 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
635
222

Na półkach: , ,

Literacki fresk ujmujący we wzór intelektualno-estetyczny pewną epokę, wraz z bohaterami pięciu historii przenosimy się w czasie i przestrzeni do Ferrary lat 30. i 40. XX wieku, książka wielu kontrastów uszyta na miarę czytelnika wyczulonego na subtelne zmiany tonacji, gotowego by zmierzyć się z ciężarem z jednej strony społecznej amnezji, z drugiej: samotnością i wyobcowaniem bohaterów.

Skomplikowana historia faszystowskich Włoch.

„Wszelka gwarancja wieczności jest złudzeniem”, włoski stylista wierzy w życie wieczne, ale tylko tu i teraz, bohaterem jednego z opowiadań jest Geo Josz, jako jedyny z licznej grupy członków gminy Żydowskiej deportowanych jesienią 1943 roku i zgładzonych w komorach gazowych ocalał, jak Feniks z popiołów powraca do Ferrary budząc zdumienie i społeczny dyskomfort, czeka na cud zrozumienia.

Na taki cud czekają ludzie od tysięcy lat.

Literacki fresk ujmujący we wzór intelektualno-estetyczny pewną epokę, wraz z bohaterami pięciu historii przenosimy się w czasie i przestrzeni do Ferrary lat 30. i 40. XX wieku, książka wielu kontrastów uszyta na miarę czytelnika wyczulonego na subtelne zmiany tonacji, gotowego by zmierzyć się z ciężarem z jednej strony społecznej amnezji, z drugiej: samotnością i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

149 użytkowników ma tytuł Między murami na półkach głównych
  • 109
  • 38
  • 2
26 użytkowników ma tytuł Między murami na półkach dodatkowych
  • 16
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Między murami

Inne książki autora

Giorgio Bassani
Giorgio Bassani
Włoski pisarz. Był redaktorem periodyku literackiego "Botteghe Oscure" oraz autorem psychologicznych powieści i opowiadań, w których podejmował głównie tematy związane z żydowskim środowiskiem Ferrary w okresie faszyzmu. Najbardziej znaną jego powieścią był "Ogród rodziny Finzi-Continich" (1962).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zimowe królestwo Philip Larkin
Zimowe królestwo
Philip Larkin
Ach literatura, ta sztuczka magiczna, ezoteryczna, wystarczy jakoby dobrać zgrabnie słowa te ładne i piękne - wzywają mnie - jak kwiaty na łące, aniołów oczy i zestroić je cudem we frazę co błyszczy na niebie gwiazdozbiorem. Księżycowe krople na mą duszę i spacer. Materia wczesnego poranka, coraz bardziej przejrzysta, jezioro lśni jak zwierciadło, wysoko na niebie samolot niczym maleńki srebrny opiłek, iskra wykrzesana z ciszy. Cień nagle okrył dolinę, płyną obłoki szybko niby myśli, połyskliwy deszcz, szept drzew, skradzione na chwilkę słońce. Kuliki lecące od wschodu krzyknęły chyba na powitanie, jazda rowerem nad rzekę, na drugim jej brzegu gałęzie wierzby płaczącej zwieszają się tworząc namiot nad butwiejącym czółnem. Błogie wspomnienie, nastrój dawnych dni, zapach wodorostów, powiew nostalgii. I ta wspaniała dziewczyna poznana zimą w czasie wojny, kiedy jedyne światło zdawało się pochodzić z zalegającego w zaspach śniegu. I z Niej. Udało się ją przywołać, wyczarować z listnych gałązek, z lśnień wody, z promieni słońca. Stała daleka, utkana z cieni, ciemnozielone lasy okrywały wzgórza. A w dole rzeki schyłek dnia, złote światło odbija się od wody, ukazując roje owadów unoszących się na przezroczystych skrzydłach. Cała społeczność ptaków śpiewających szuka schronienia w szmaragdowych koronach drzew. Pohukiwanie puszczyków tajemniczo witających zmierzch. I my. Przepych baśniowej krainy. Księżyc świeży wydobyty prosto z mennicy, a gdy zmroczył się krajobraz, nadał mgle kolor perłowy. I znowu zima, napięta chłodem czasza powietrza, obojętna, skorupa mrozu, zawieszona udręka, w ciemności górującej jak katedra, kim jest ta dziewczyna? W spiralach niepamięci zadrgał słaby krzyk. A w białym, przejmującym świetle latarni w jasnoniebieskiej tęczówce szła po kamieniach bruku obłożonych brudnymi płachtami śniegu drobna jej postać, taka samotna. Zachwycająca, senna odyseja.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 10 2 miesiące temu
Poznawanie cierpienia Carlo Emilio Gadda
Poznawanie cierpienia
Carlo Emilio Gadda
Ja piórkuję, co tu się dzieje, hmm zupełne oszołomienie, awangarda, nowa planeta, nie polecam, to dla piszącego te słowa misia literatura, co dostraja się szybko do stylu Gaddy jak w złocistym piecu jesieni gruszka butirro dojrzewa. Antycypacja chyba Pynchona, słowa szaleją, obrazy podlatują i czmychają, jak te cudne zimorodki nad mazurską rzeką. A tak w zarysie; Gonzalo zubożały markiz, inżynier, chyba pisarz także, cierpi i matkę bodaj dręczy, ma humory, w zrujnowanej willi - belki w stylu hiszpańskim ubrane w pajęczyny jak w zapasowe żagle, rozpięte na podróż po Morzu Ciemności - a bo się ponoć martwi, wszędzie same świnie i nudziarze, ple-ple przy giczy cielęcej z risottem, cały kielich tej masy głupoty oddal jednak Panie. Zaabonować synka chcą, by strzec niby willi i matki nocą przed szabrownikami po wojnie z Parapagalem, a taki zły duch przeskoczy przez murowane ogrodzenie upstrzone odłamkami butelek, zawadzi przyrodzeniem i gotowy tężec i też mu płać odszkodowanie, a wolność gdzie? Nad listowiem krzaków, gromadą drzew, pełnych snu i mroku, a może pradawnego spokoju, niesiony wdziękiem anioł przelatuje, o niemych powiekach, cienistych skrzydłach, którego kształty uformowała noc, a ten śmierdziel peon Jose obija kijem okrutnie migdałowce, a rankiem twierdzi, że to grad i wiatr tak hulał, no strącał. I jajek w kurniku nie uświadczysz prawie, a markiz wściekły oskarżał koguta o opieszałość genetyczną i perwersję, a kury o to, że są lesbijkami i k...... jeszcze. I tak od dziecka, ohyda tłumów na karuzelach, wata cukrowa kręcona w brudnych łapach. Co za cierpienie, właściwe ziemi, po której błądzą światła i cienie. Ale, ale, piękna przecież okolica. Nad światem, nosicielem pszenicy i śpiewu, nieruchoma iluminacja tego prawie jeszcze lata. Wokół mgliste zębate Kordyliery. Kogut stanowczy świt przywołuje jak zwykle. Przy dróżce biegnącej w górę kwitną nie kończące się robinie. Dzwony oznajmiające południe poniosły na wzgórza, poza dachówki i dymienie kominów, boski łoskot glorii. Cykada na wiązie grając pełną parą rozprzestrzenia jasną nieskończoność sierpnia. Nieustanny szmer ziemi wydaje się stanowić jedno ze światłem. Tam opada zbocze, bardzo zielone, a za nim po krótkiej przerwie jezior kolejne dalej. Oślepione oko chce ścigać po nich jakąś nową bajkę, delikatną kruchą, na dalekich scenach, w mirażu uciekających perspektyw, okrążając niby w miłosnym rozboju, niebieskość owych gładkich sadzawek. Szum pinii i lip. Wszędzie świerszcze, mieszkańcy nieskończonej przestrzeni, dawczyni światła. I ta rezygnacja; cóż się stanie po niepotrzebnym trudzie, wojnie, pokoju i przeraźliwym cierpieniu? Po płomienistych zachodach dni i lat, zmęczonych elips? Rację miał czas. Och prowadzi on tam, gdzie się zapomina i jest się zapomnianym, poza domy i mury, wzdłuż upragnionej alejki cyprysów pod przeczystymi kroplami księżyca.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 10 6 miesięcy temu
Żywoty urojone i inne prozy Marcel Schwob
Żywoty urojone i inne prozy
Marcel Schwob
Jest w „Żywotach urojonych” magia sięgająca czasów zamierzchłych. Jakaś tajemnica i jednocześnie prawda. Fikcja i mistyfikacja najwyższych lotów, czego wyrazem jest pierwsza część zbioru, w której Schwob, zakładając kilkanaście osobliwych masek, prezentuje zmyślone, a jednocześnie mocno osadzone w rzeczywistym gruncie życiorysy nietuzinkowych postaci (a przy tym - za oszczędność słów!), m.in. wyrzutków, łotrzyków i nieudaczników. Jest opowieść o Empedoklesie, który wskrzeszał zmarłych i recytował homeryckie wiersze, aż stał się bogiem (po którym ocalał jeno „sandał spiżowy”), Herostracie, słynnym podpalaczu, którego imię miało zniknąć w otchłani zapomnienia (w noc jego największego dzieła przyszedł na świat Aleksander Macedoński), cyniku Kratesie, który jadł pestki słonecznika i puszczał parę wiatrów, Klodii, matronie wszeteczna, która skończyła w wodach Tybru. Jest też Petroniusz-romanista (ginie z wbitym nożem w szyi), kacerz Frate Dolcino (płonie na stosie), jest tu również opowieść o zawistnym rymopisie i… i wszystkich ich łączy to, że nie mają grobów. Borgesowskie krótkie formy, cięte, zgryźliwe i mądre (a mówią, że to Borges czerpał z prozy Schwoba!). Wspaniała zabawa dla erudytów i początkujących humanistów. Zamknięty w kilku kartkach świat człowieczych przywar i charakterów (a to przecież również opowieść o nas, współczesnych). Historia poprzez ludzi; hołd oddany jednostkom, tym błyskotliwym perłom. W następnej części - „Krucjacie dziecięcej”, Schwob głos oddaje wysłanym w 1212 roku na pewną śmierć dzieciom, nędznym klechom, trędowatym i papieżom. To opowieść o zniewoleniu i ślepej sile religii, manii wiary i jednocześnie jej potędze. Średniowieczny kościół i moc oddziaływania wspólnoty. Epifania i obłąkanie w jednym. Cudownie niepokojące; żarliwa gorliwość i uniesienie, które pozwala objawić boga. Jest również „Księga Monelli”, po której nie mogę się pozbierać. Tutaj Schwob dotknął absolutu: „Kochaj chwile. Wszelka miłość, która trwa, jest nienawiścią”. „Czyń w chwili. Wszelki trwający czyn jest królestwem umarłych”. „Nie ufaj rzeczom przeszłym, nie buduj pięknych trumien dla chwil, co minęły: myśl o zabiciu tych, które nadejdą”. „Nie traw minionych dni, karm się rzeczami, które mają przyjść”. I na koniec: „Dziw się wszystkiemu. Bowiem różne jest wszystko w życiu jednakim w śmierci”. „Nie znaj sam siebie”. Wrócę do Schwoba. Po wielokroć, wrócę. Rewelacyjna, niepokojąca okładka by Fajne Chłopaki (słów brak, czołembiję!) + przekłady: Leon Schiller, Wincenty Korab-Brzozowski, Zenon Przesmycki-Miriam, Bronisława Ostrowska. Posłowie Jana Gondowicza.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 9 8 miesięcy temu
Psalm 44 Danilo Kiš
Psalm 44
Danilo Kiš
Oto książka, Psalm 44 Danilo Kiša, która liczy sobie raptem 150 stron, a ciężarem refleksji filozoficznej, okrucieństwa oraz – paradoksalnie – poetyckości w obrazowaniu dorównuje radzieckiemu arcydziełu Idź i patrz (obejrzyjcie, też twierdzę, że Czas apokalipsy może i jest arcydzielny, ale są dzieła lepsze). W warstwie fabularnej Psalm 44 brzmi nieco fantastycznie: dwie więźniarki Auschwitz, Maria i Jeanne, pierwsza ze świeżo urodzonym dzieckiem, uciekają z obozu. Idzie dobrze, już zbliżają się do drutów (i nawet przez nie przechodzą, bo w opowieści Kiša druty nie są pod napięciem), kiedy nagle rozlega się płacz dziecka i światło reflektora pada na uciekinierki. I co? Nic, strażnikom wydaje się, że to kobiety z którejś z okolicznych wsi, które przyszły podkradać jedzenie (zbliża się front). I więcej nie zaprzątają sobie nimi głowy, Maria i Jeanne bezpiecznie uciekają, nie rusza za nimi pościg, raptem znajdują się gdzieś w okolicach Berlina (!). Wszystko to przeplatane jest migawkami z przeszłości Marii, Kiš wprowadza też postać Jakuba, lekarza, który ocalił Marię przed obozowym pufem, a także asystenta doktora Nietzschego (!), zapewne opartego na doktorze Mengele, również eksperymentującym na ludziach. Tym samym wartość historyczna Psalmu 44 (jako narracji opartej na faktach) jest praktycznie zerowa. Ale nie o to w tej książce chodzi. Podobnie jak nie o to szło na przykład Kosińskiemu w Malowanym ptaku. Kiša, jak Kosińskiego, nie interesuje historyczna prawda, ścisłe trzymanie się faktów. Tym lepiej. Bo nadprodukcja tzw. dzieł o tematyce obozowej, schodzących z jednej taśmy, ze zmieniającymi się dekoracjami, jest nieco wątpliwa moralnie. Upiorna scenografia momentami się zmienia, ale mieliśmy już więźniarki ocalane przez strażników, romanse obozowe, tatuażystów, bibliotekarki, fryzjerów… Należy też pamiętać, że mówimy o książce z roku 1960, pochodzącej z czasów, kiedy wspomniana nadprodukcja jeszcze nie istniała. Psalm 44 to zupełnie inna, autonomiczna powieść o Oświęcimiu. Chociażby dlatego warto ją przeczytać. I jest to tylko powierzchowna rekomendacja, schodzimy niżej. Z jednej strony to powieść o tym, jak banalne i zwyczajne jest zło. I o tym, jak łatwo przegapić moment, w którym zło się rodzi. Wystarczy przecież wymyślić powód i usprawiedliwienie: Oczywiście, nie ma nic łatwiejszego, niż wymyślić powód do nienawiści, a jednocześnie do usprawiedliwienia zbrodni: trzeba po prostu przypisać mniej licznej, a więc słabszej grupie etnicznej albo wyznaniowej, albo narodowej jedną z powszechnych wad ludzkich czy ułomności (nawet nie grzechów), takich jak pożądliwość, skąpstwo, głupota albo skłonność do kieliszka czy cokolwiek innego, co w takim wypadku ogłasza się grzechem śmiertelnym. W ten sposób osiąga się kilka rzeczy niezbędnych do usprawiedliwienia a priori przestępstwa: ofiara została napiętnowana, ponieważ postawiono znak równości między kolorem jej skóry lub między jej wyznaniem a jedną z wad wspólnych dla wszystkich (…) (84-85) I już, nie ma nic prostszego. Do zestawu „wad ludzkich czy ułomności (nawet nie grzechów)” dodałbym też na przykład orientację seksualną albo płeć. Prawda jest taka, że wystarczy być człowiekiem, z całym tego słowa bagażem, żeby zostać napiętnowanym i zniszczonym. Cała nienawiść zaczyna się od języka, od dzielenia słowem na mądrzejszych i głupszych, białych i czarnych, normalnych i nienormalnych. Odpowiednio używany język gettoizuje określone grupy społeczne, jednym dając władzę bycia prześladowcą, a drugim upokarzającą rolę ofiary. Nie muszę wspominać, że nawrót do pewnego rodzaju retoryki, tak dobrze obserwowany w kampaniach wyborczych 2020, jest co najmniej niepokojący (jak pełzające, ciche i działające pod przykrywką zło). A Kiš już w 1960 wiedział, jak wielką krzywdę potrafi wyrządzić język, jak potężnym narzędziem destrukcji potrafi być. Ironicznie potraktował Kiš postać nazistowskiego doktora, nadając mu nazwisko Nietzsche. Tym samym serbski pisarz umiejętnie rozprawił się z nietzscheańską afirmacją życia i moralnością panów (głosy na temat inspirowania się nazistów Nietzschem są podzielone, zapewne prawda leży gdzieś pośrodku): Podstawową cechę Übermenscha stanowi jednak to, że nie jest on sentymentalny i metafizyce śmierci potrafi przeciwstawić twardą fizykę życia: wziąć od śmierci prawie tyle samo, ile jej daruje. Übermensch to szyderstwo ze śmierci. Kości przetwarza on na sztuczny nawóz, ze skóry wyrabia trzewiki, portfele i abażury, z włosów – materace i poduszki. Śmierci oddaje tylko opary ludzkiego egoizmu i marności. „Uczę was życia” –tako rzecze Zaratustra. (140) Na koniec zostaje jeszcze jeden aspekt. Wręcz niewyobrażalny w Auschwitz. Czyli nadzieja. Wystarczy coś całkowicie ulotnego, perspektywa, mglista, ucieczki, wyjścia na wolność, wydostania się z piekła – i już nie trzeba umierać. Już trzeba żyć, trzymać się tej nadziei wręcz kurczowo i za nic nie dać jej sobie odebrać. Ta refleksja byłaby banalna w każdym innym miejscu, ale nie w Auschwitz. Victor Frankl, austriacki psychiatra, pisał o tym w swoich książkach obozowych, między innymi w Człowieku w poszukiwaniu sensu: za nic nie można dać sobie odebrać tzw. pozytywnych uczuć (dobra, prawdy, piękna) i szukać ich tam, gdzie ich nie ma. Dzięki temu przetrwał. Taką też receptę daje nam Kiš na dzisiaj: nie dać się zrobić przez język. I zawsze mieć nadzieję, odnaleźć ją tam, gdzie jej nie ma.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na 6 1 rok temu
Centuria. Sto krótkich powieści rzek Giorgio Manganelli
Centuria. Sto krótkich powieści rzek
Giorgio Manganelli
Każdego dnia po przebudzeniu - przebudzeniu opornym i rzec by można leniwym - ten pan zaczyna szybką inwentaryzację świata. Już dawno zdał sobie sprawę, że za każdym razem budzi się w innym punkcie wszechświata, chociaż ziemia, która jest jego miejscem zamieszkania, nie wydaje się na pozór zmieniona. Jako dziecko nabrał przekonania, że w swoim ruchu poprzez przestrzeń ziemia przechodzi niekiedy w pobliżu czy wręcz przez środek piekła, ale nie wolno jej nigdy przejść przez środek raju, bo takie doświadczenie uczyniłoby niemożliwą, zbyteczną, śmieszną wszelką kontynuację świata. A zatem raju musi ziemia unikać za wszelką cenę, by nie zakończyć precyzyjnych i niepojętych planów stworzenia. Nawet teraz w nim - dorosłym mężczyźnie, który prowadzi własny samochód - coś z tej dręczącej hipotezy pozostało. Trochę ją zlaicyzował i pytanie, które sobie zadaje, jest bardziej metafizyczne i na pozór obojętne: on wie, że w czasie gdy spał, cały świat zmienił miejsce - jak tego dowodzą sny - i że każdego ranka kawałki świata, mniej czy bardziej wciągnięte w grę, ułożone są inaczej. On nie rości sobie prawa do tego, by wiedzieć, co oznacza ta zmiana miejsca, lecz wie, że czasami czuje obecność otchłani, kuszenie przepaści czy rzadko pojawiających się długich nizinnych przestrzeni, po których chciałby się toczyć - zdarza mu się myśleć o sobie jak o kulistym ciele niebieskim - bez końca: czasami zdaje mu się niejasno, że czuje zioła, kiedy indziej ma podniecające, ale często przykre wrażenie, że oświetla go kilka słońc, nie zawsze sobie przyjaznych. Innym razem słyszy wyraźnie huk fal, który może oznaczać burze lub ciszę morską: jeszcze innym razem objawia mu się brutalnie jego własna pozycja w świecie: kiedy na przykład okrutne i uważne szczęki zaciskają mu się na karku , jak to się musiało przytrafiać nieskończoną ilość razy jego przodkom, którzy tracili życie w paszczy dzikich zwierząt i których twarzy nigdy nie widział. Od dawna nauczył się, że nikt nie budzi się nigdy we własnym pokoju; więcej, doszedł do wniosku, że nie istnieje pokój, że ściany i prześcieradła są złudzeniem, udawaniem; wie, że jest zawieszony w próżni, że podobnie jak inni, jest punktem centralnym świata, z którego rozchodzą się nieskończone nieskończoności. Wie, że nie zniósłby tego całego horroru i że pokój, a nawet otchłań i piekło są wymysłem, który ma go bronić.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 9 3 lata temu
Wchodzi koń do baru Dawid Grosman
Wchodzi koń do baru
Dawid Grosman
Lektura trochę przypadkowa, bo niezaplanowana teraz, choć planowana od dawna. Wabikiem była Nagroda Bookera z 2017r. Widać, że nie wybrałam nowości, ale przecież od dawna wiadomo, że upływ czasu jest doskonalym testerem jakości literatury. Gdy przeminie moda na coś lub kogoś, emocje ostygną, sponsorzy się znudzą, dobry tekst niewiele straci. Mała rzecz wielkiego kalibru. Streszczać nie będę, albo może ciut. Rzecz dzieje się podczas jednego wieczoru. W pewnym klubie odbywa się występ, standup czy performance. Ma być śmiesznie, zabawnie, ale jest zupełnie inaczej. Ten występ okazuje się mieć inny charakter i cel. Staje się swoistą wiwisekcją, publicznym wypatroszeniem bolesnego wspomnienia. Publika oglada, słucha i ocenia. Czasem głośno komentuje w zniecierpliwieniu i złości opowieść ze sceny,która staje się dla nich ( nas?) coraz bardziej nieprzyjemna i niewygodna w odbiorze. Zarazem bardzo wciąga, kusi do pozostania do jej finalu. Część publiczności jednak się wykruszy. Znudzeni i niezadowoleni idą gdzieś indziej. [Przy okazji rodzą się pytania: czym i jaka jest dobra sztuka. Czy musi być łatwiej przyjemna, czy też powonna wywoływać dyskomfort?] Na scenie występuje mężczyzna, który opowiada splecioną z żartami historię, która sięga do jego dzieciństwa. Dużo tam przemocy, ludzkiego okrucieństwa i skrywanych przez lata tajemnic. Jest też pewne wydarzenie, właściwie dzień, którego treść staje się głównym tematem wystepu. [Przy okazji: czy można mówić o czymś bardzo trudnym wbudowując w wypowiedz niewybredne żarty? Czy śmiech pomaga czy psuje występ?] Opowieść dotyczy czernastoletniego chłopca. W czasie obozu wojskowo- szkoleniowego dowiaduje się o śmierci rodzica. Tylko że nikt nie chce zdradzić, czy chodzi o matkę, czy ojca. W czasie wielogodzinbej jazdy na miejsce pogrzebu chłopczyk walczy z myślami na temat śmierci. W wyobrażeniach żegna raz ojca, potem matkę, znowu ojca. Potem oskarża się za te mimowolne myślowe zabijanie. Nie wiadomo, czemu ma służyć tą tajemnica. Uchronić? Istotna jest postać sędziego. Trochę przymuszony do oglądania, śledzi postępy na scenie. Jaką pełni funkcję? Znan6ly z bezkompromisowości prawdopodobnie ma osądzić artystę. Tyle, że nie chodzi o noty dla występu, ale dla zachowania i decyzji z przeszłości głównego bohatera. Forma książki jest wymagająca, ale mnie się to podoba. Pływamy między wyspami pamięci, które na końcu łączy występ na scenie. Krótki tekst, a pozostawia z wieloma pytaniami. Myślę, że przyda mi się więcej czasu, żeby po wystudzeniu emocji, poukładać sobie przemyślenia. Na pytanie, czy warto przeczytać, nie muszę chyba odpowiadać.
xymenka - awatar xymenka
oceniła na 9 5 miesięcy temu
Jedna księżycowa noc Caradog Prichard
Jedna księżycowa noc
Caradog Prichard
O Królowo Czarnego Jeziora, pozwól wspomnieć pod tym cudownym księżycem co zdarzyło się wczoraj i kiedyś i wcześniej, w tej poświacie czarodziejskiej. Dzień Wniebowstąpienia, piękne popołudnie, trawa pachniała ładnie w słońcu, powietrze takie czyste, że z Białego Wzgórza widać było jak pranie falowało koło Bramy Rumaków na końcu drogi, jakby anioły skrzydłami trzepotały, a w ten dzień Jezus Chrystus wzleciał do nieba jak balonik. A potem w Ogrodzie Plebani chłopcy zwijali agrest i nagle spomiędzy kwiatów w szklarni wynurzyła się Ceri, córka Kanonika. Jej jasne włosy świeciły w słońcu a w nich wetknięty kwiat ze szklarni pomiędzy różowymi wstążkami i sukienka różowa w najróżniejsze wzory, zupełnie jak te kwiaty za szybą w szklarni. Mama powiedziała, że Ceri ma lat osiemnaście i zapłakał chłopiec w swym łóżku, że jest aż taka stara. A zdarzyła się też historia dziwna, to było w Czas Odnowy opowiadała mama. Wil Sztywny Kołnierzyk wracał z Niebieskiego Dzwonu kompletnie pijany, księżyc w pełni prześwitywał spomiędzy drzew, pobłyskiwały łupki w Kamieniołomie. W taką jasną noc lepiej pogwizdywać przechodząc przez Most przy Stajniach, a nuż duch jakiś wyjdzie na spotkanie. I na moście Wil usłyszał i zobaczył Głos. A było to tak, że tam stojąc Wilowi zrobiło się niedobrze i przechylił się przez żerdź, żeby zwymiotować i zobaczył w rzece pierścień ognia co wirował i wzniósł się nad most i przemówił doń: zawróć grzeszniku z piekielnej drogi! wołał Głos i wirował jak szalony, po czym do rzeki opadł i zgasł. I wyprawa po czarne jagody przez Wrzosowisko na Łyse Wzgórze ścieżką dla owiec, och jak wysoko, z Meri Śliwką i jej córkami, bo one znały to tajemne miejsce, gdzie jagód było w bród i więcej. I błękitne Niebo, bez żadnej chmurki, jak blisko, jakby to była jego podłoga i nie było widać choćby jednego anioła, który by tam wzleciał. A hen w dole mnóstwo skał po jednej stronie i wielkie jezioro po drugiej, na które wcale nie padało słońce. O Królowo to twe Czarne Jezioro! Innym razem na Szczycie Pagórka siedział w słońcu przygarbiony Wimfra, co dopiero wrócił z morza, mąż Lisy z Domu na Szczycie, a wspiął się tam chłopiec z Domu Na Samym Dole. I wyciągnął Wimfra z kieszeni kamizelki małe pudełko i otworzył je, a w środku cicho coś grało ding-dong, ding-dong, gdzieś daleko, daleko, jakby aniołowie w niebie wygrywali ładne melodie. I podarował pudełko Wimfra chłopcu, rany jaki miły człowiek. Pan jest moim pasterzem i nie brak mi niczego, jak śpiewał Bob Mlekowóz na szkółce niedzielnej, teraz podśpiewywał chłopiec z Pagórka schodząc. I nastała noc. Na rzece łososie skakały w świetle księżyca, co wyglądał jak ten pierścień ognia i śmiał się sympatycznie i gnał ile sił w nogach, wielka pomarańcza, w stronę Łysego Wzgórza z kopcem, nie przecież to chmury przezeń pędziły z wiatrem. I zasnął chłopiec jak kamień. Księżycowe ognie odpłyną z mych ciężkich powiek, ciemność nadejdzie by spocząć na ciemności; i z tejże nocy, gdy leżę przykuty do łoża, na moją samotnię spłynie światło.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 10 10 miesięcy temu
Krótki list na długie pożegnanie; Pełnia nieszczęścia Peter Handke
Krótki list na długie pożegnanie; Pełnia nieszczęścia
Peter Handke
Trzy opowieści austriackiego awangardzisty Petera Handke – każda bez upiększeń w akcie demonstracyjnej wrogości wobec fabuły. Trzeci tekst o matce sięga wyżyn empatii… Na szczęście fabuła sama w sobie nie jest dla mnie najważniejsza, to i narracja Noblisty do mnie przemawia. Tylko próg wejścia na tyle wysoki, że komuś bardzo się może obniżyć próg wyjścia. Już po paru stronach i nawet nie na drugi rzut oka oczywistą oczywistością jest, że Handke to ktoś, kto z natury lubi prowokować, epatować (czy tylko mieszczanina?), dystansować się od innych, być kompletnie osobnym. A to może prowadzić w różne miejsca. Czy może zatem dziwić, że po latach odnajdzie się on jako adwokat „pro bono” serbskiego zbrodniarza wojennego, ale i "pokojowego", Slobodana Miloševicia… Pierwsze dwie części tej książki z 1972 r. dotyczą pobytu Autora w USA. To umiarkowanie antyamerykańska treść w superamerykańskiej formie, czyli powieści drogi. Autor mieszka w typowych hotelach (z obowiązkową Biblią w szufladzie biurka) i niemalże cały czas jest w ruchu, taki ówczesny biegun. To głównie, jeśli nie przede wszystkim, relacja z banalnej codzienności w banalnym kraju, jak wynika z narracji. Zapis kolejnych dni może nużyć, co jest zamierzonym chwytem, skoro narrator czyli autor silnie odczuwa sztuczność, a nawet i fałszywość istnienia. Dlatego, a może mimo to, skupia się niemal wyłącznie na sobie. Jedną z jego cech są natręctwa… „Tak bardzo odzwyczaiłem się od samego siebie, że nie wiedziałem teraz, co z sobą zrobić”. „Będąc sam ze sobą, czułem się niepotrzebny”. „Najchętniej bym się zbił, tak byłem sobą znudzony”. „Zbliżałem się do wszystkiego, co tylko możliwe, i ledwie doszedłem, traciłem na to ochotę”. „Jak to się dzieje, że akurat mnie opowiadano zawsze różne historie? pomyślałem. Przecież chyba było widać po mnie, że z góry się na to nie zgadzam. A mimo to stale opowiadano mi najgłupsze różne historie z takim spokojem, jak gdyby nie sposób było sobie wyobrazić, że wysłucham ich inaczej niż jako zaufany wspólnik”. W tej realistycznej, ale tez i lekko odrealnionej części, występuje również wątek znienawidzonej i nienawidzącej byłej żony narratora czyli autora. Raz nasyła ona na niego zbirów, a kiedy indziej znów razem odwiedzają reżysera Johna Forda. Wiele tu odnalazłem wspólnego z moim ulubionym Thomasem Bernhardem, starszym od Handkego o 11 lat (wydaje się do niego nieco podobny, zwłaszcza w „szarganiu świętości”, choć jednak nie dorównuje mu w „ojkofobii” - czyje to ulubione słowo?). Wycofanie z życia i niechęć do niego niemal takie, jak u autora niezapomnianego „Wymazywania”: „Jak daleko sięgnę pamięcią, byłem jakby urodzony do lęków i przerażeń”. Albo taki cytat: „Jesteś obserwatorem doświadczeń, nie ich uczestnikiem. Zachowujesz się, jak gdyby świat stanowił przykrą niespodziankę, specjalnie dla ciebie. Więc przypatrujesz się tylko uprzejmie, jak stopniowo wszystko wychodzi na jaw; wmieszać się to byłaby przecież nieuprzejmość”. „Mówicie zawsze +ja+, a jednak czujecie się pochlebieni, gdy weźmie się was za kogoś innego”. Bardzo mi odpowiadają liczne tu imiesłowy uprzednie, tak rzadko już dziś używane w coraz bardziej ubożejącym języku polskim (bo mój ulubiony czas zaprzeszły dawno już przeszedł był do zamierzchłej historii). Amerykańską rzeczywistość Autor odbiera jednoznacznie negatywnie (co mnie nie dziwi: bylem tam, nie tęsknię - a już zwłaszcza teraz...). „- W Ameryce nie chodzi się na spacery – powiedziała Claire. – „Jeździ się samochodem albo siedzi przed domem w bujakach. Kto wałęsa się, ot tak sobie, bez celu, zwraca na siebie uwagę”. „Prawie już nie zauważała natury, lecz sztuczne znaki i przedmioty cywilizacji przyjmowała za naturę”. „Umysłowo chorzy w Europie przemawiają na ogół formułkami religijnymi, umysłowo chorzy tutaj, choćby mówili tylko o jedzeniu, zaczynają nagle deklamować jak katarynki nazwy bitew wygranych przez naród”. „Nie widziałem w Ameryce bodaj nikogo, kto byłby w czymś zatopiony”. W pełni podzielam autorską ocenę ulubionego napoju Amerykanów (a może nie tylko ich): „Spróbowałem czknąć; pomogła mi coca-cola”. I jeszcze reakcja Europejczyka na tamtejsze „jedzenie”: „Poczułem głód, ale gdy popatrzyłem potem na jadłospisy przed restauracjami, głód minął”. Trzecie opowiadanie „Pełnia nieszczęścia” to fascynujące wspomnienie o matce (rocznik 1920, z pochodzenia Słowence), która z choroby i biedy popełniła samobójstwo. Ten tekst „łatwiejszy” od tamtych dwóch – to wybitny rys psychologiczno-socjologiczny jej zwykłego, tak mało, za mało znaczącego życia. Emocje syn pozostawia raczej na boku. „Nigdy nie mówiła o sobie, a i mnie nigdy nie przyszło na myśl, że można coś o niej powiedzieć. Rozmawialiśmy więc o mnie albo o rzeczach za oknem, to była nasza jedyna możliwość okazywania sobie czułości”. Urodziła się na austriackiej wsi w czasach powszechnego ubóstwa. „Jedyne ich mienie, odświętne ubranie, składano wraz z nimi do grobu”. Życie mocno patriarchalne. „Wszelkie manifestowanie kobiecej odrębności uchodziło w tym wiejsko-katolickim otoczeniu za zuchwałość”. Poza Kościołem nie ma życia. „Chodzili do spowiedzi po to tylko, żeby temu, kto zostawał w domu, przypomnieć o jego grzechach”. Polityka? „Jako radny gminy reprezentuje małą podupadłą partię, która w oparciu o wielką przeszłość marzy o wielkiej przyszłości”. To wciąż czasy przednowoczesne, choć lata już 50., 60. „Wciąż jeszcze istniał dość śmieszny podział dóbr na to, co konieczne, pożyteczne i luksusowe. Konieczne było wówczas tylko jedzenie; pożyteczny – opał na zimę, cała reszta była luksusem”. Życie pozornie wyglądało na wspólnotowe, ale to oczywiście dyktat niewyróżniania się niczym. „Po jednostkowej indywidualności nie pozostawał żaden niemal ludzki ślad; +indywiduum+ zresztą to było słowo znane tylko jako wyzwisko”. Matka jednak odważnie łamie patriarchalne schematy – wyjeżdża do „miasta”, wychodzi za mąż za nazistę („Nie stali się sobie obcy; nigdy bowiem nie byli sobie naprawdę bliscy”), takie to ówczesne marne życie. „Stała się więc niczym, nie mogła tez stać się niczym więcej, tego nie trzeba było jej nawet przepowiadać”. Nie było w jej życiu wiele miejsca na uczucia. „Mąż, do którego nic już nie docierało, i dzieci, do których jeszcze mało co docierało”. „Zrobiła się drażliwa i ukrywała to z lękliwą, wymuszoną godnością, spoza której przy najmniejszej przykrości natychmiast wyzierała panicznie bezbronna twarz. Bardzo łatwo było ją poniżyć”. „Nie była samotna, co najwyżej odczuwała pewną połowiczność”. „Czytała książki tylko jako historie z przeszłości, nigdy jako marzenia o przyszłości”. „Chętnie by sobie umarła, ale bała się umierania”. „W liście, który poza tym zawierał tylko zarządzenia co do pogrzebu, napisała mi na końcu, że jest bardzo spokojna i szczęśliwa, iż wreszcie zaśnie w pokoju. Ale ja jestem pewien, że to nieprawda”. „To nieprawda, że pisanie mi pomogło”. Nielekka to literatura, ale kto powie, że daleka od życia...? Czuje się raczej zachęcony do kolejnych książek Autora.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 1 rok temu
Alfred i Ginewra James Schuyler
Alfred i Ginewra
James Schuyler
James Schuyler najbardziej znany z twórczości poetyckiej, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. szkoły nowojorskiej, ma na swoim koncie, również trzy powieści. W Polsce ukazały się dwie, opublikowana przez W.A.B. Co na kolację? oraz wydana przez PIW Alfred i Ginewra. Podkreślenie głównego, poetyckiego nurtu twórczości Schuylera wydaje się nie bez znaczenia gdy spojrzymy na jego powieści. Na pierwszy rzut oka Alfred i Ginewra to niepozorna książka, nie tylko z wyglądu, zaledwie 132 strony, ale również z treści. Mamy tu bowiem do czynienia z mikro scenkami, w których tytułowe rodzeństwo, przerzuca się dziecięcymi tekstami, wchodząc z sobą w zabawne dialogi. Dla Schuylera najważniejszym tworzywem prozatorskim jest właśnie dialog. Autor nie tylko w mistrzowski sposób stylizuje tekst na język dzieci, ale również wspaniale przedstawia jak dzieci imitują język dorosłych. Przemyca w ten sposób, świat dorosłych do treści powieści. Poprzez niuanse stylistyczne, które odczytujemy z rozmów, możemy rozszyfrować jakie tajemnice skrywają rodzice tytułowych bohaterów, albo po prostu świetnie bawić się czytając pełne humoru i absurdu dialogi. Proza amerykańskiego poety przywodzi na myśl literackie eksperymenty pisarskiej grupy Oulipo. Forma Alferda i Ginewry najbardziej przypomina szalone dialogi, ludyczność i groteskowy śmiech Zazie w Metrze, przy czym książka Jamesa Schuylera nie jest tak rozbudowana fabularnie, jak powieść Raymonda Queneau. Schuyler trafnie przedstawia rzeczywistość widzianą oczami dziecka i choć największym zainteresowaniem darzy grę i zabawę słowem, to pokazuje, że język jest siłą sprawczą, kreującą naszą codzienną przestrzeń.
whodo - awatar whodo
ocenił na 8 4 lata temu
Ogród rodziny Finzi-Continich Giorgio Bassani
Ogród rodziny Finzi-Continich
Giorgio Bassani
Ferrara lat 1929 – 1939 widziana oczyma młodego, wrażliwego chłopaka z rodziny żydowskiego pochodzenia i jednocześnie intelektualisty. To ważne, bowiem wiedza i lektury oraz posiadłość tytułowej rodziny pozwoliły mu na życie w bańce, izolując – aczkolwiek nie do końca całkowicie – od coraz bardziej rasistowskiego reżimu faszystowskiego. Co ciekawe, w opisie kulis fabuły, książka odbiega od znanych z literatury i filmów schematów. Początkowo większość elity ferraryjskich Żydów (sefardyjskich) była znakomicie zintegrowana z włoską społecznością, językiem i krajem, a nawet … partią faszystowską. Jak ojciec bohatera, patriota Italii, ochotnik z I wojny światowej i członek „czarnych koszul” od 1919 roku. Rzecz jasna nie dotyczyło to wszystkich a z czasem sytuacja się zmieniła. W okresie 1938-39 antysemityzm stał się częścią oficjalnej ideologii faszystowskiej i praktyki funkcjonowania i instytucji publicznych, nawet bibliotek i klubów sportowych. Tym niemniej to tylko kulisy. Akcja powieści jest bardzo prywatna, miejscami wręcz intymna, w szerokim tego słowa rozumieniu. To wręcz klasyczna,generacyjna powieść o dojrzewaniu, emocjonalnym i intelektualnym. O miłości i strachu przed nią, o marzeniach i świadomości ich nierealności. O pokoleniu, które chciało być jak inne, ale mu tego nie dano i młodych ludziach, którzy to czuli, ale nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Bo mieli do tego prawo. Postacie z książki prezentują różne postawy i wywodzą się z kilku środowisk, ale łączy je jedno – wykształcenie i umiłowanie kultury. Wszyscy znają literaturę włoską i klasyczną europejską, szczególnie poezję. Interesują się historią i sztuką, o której potrafią rozmawiać i zażarcie dyskutować. Sfera ta usuwa w cień nawet politykę, z jednym wyjątkiem – inżyniera z Mediolanu, goja i jedynego komunisty, przebywającego z jednej strony w tytułowym ogrodzie, a raczej wspaniałej posiadłości bogatej rodziny patrycjuszowskiej, a z drugiej znakomicie radzącego sobie w klimatach prostych i plebejskich, nawet z półświatka i chętnie tam widzianego. Historię losów Finzi-Continich autor zdradza już we wstępie – prologu. Ten zabieg powoduje, że lekturze towarzyszy nieustannie smutek i nostalgia, a jednocześnie sympatia dla bohaterów, którym utwór jest poświęcony oraz nostalgia i świadomość końca opisywanego świata. Piękna, smutna, zapewne autobiograficzna i bardzo prawdziwa powieść.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 9 miesięcy temu

Cytaty z książki Między murami

Więcej
Giorgio Bassani Między murami Zobacz więcej
Giorgio Bassani Między murami Zobacz więcej
Więcej