Pełnia architektury

Okładka książki Pełnia architektury
Walter Gropius Wydawnictwo: Karakter sztuka
256 str. 4 godz. 16 min.
Kategoria:
sztuka
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The Scope of Total Architecture
Data wydania:
2014-04-28
Data 1. wyd. pol.:
2014-04-28
Liczba stron:
256
Czas czytania
4 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788362376537
Tłumacz:
Karolina Kopczyńska
Średnia ocen

                7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Pełnia architektury w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Pełnia architektury i

Nieskończenie Dobre Intencje



756 104 32

Oceny książki Pełnia architektury

Średnia ocen
7,3 / 10
209 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
261
108

Na półkach: , ,

Jak będę duży to chce być jak Gropius!

A taks serio, sam architekt i jego eseje są bardzo inspirujące. Szczególnie do mnie przemawiało to jak opowidał o tym jak edukować na studiach przyszłe pokolenia studentów i to wcale nie studiujących wyłącznie architektury a bardziej kierunki około kreatywne-inżynierskie. Sam temat juz podejscia do architektury, dla mnie tu nie było odkrywczych rzeczy, ale myśle, żę to idealna książka na początek zaznajomienia się hobbystycznie tematem architektury, ubranistyki itd. Są tu bardzo dobre puenty wychwytujące sedno mysli autora (zaznaczone kolorem więc serio trudno je ominąć).

Jak będę duży to chce być jak Gropius!

A taks serio, sam architekt i jego eseje są bardzo inspirujące. Szczególnie do mnie przemawiało to jak opowidał o tym jak edukować na studiach przyszłe pokolenia studentów i to wcale nie studiujących wyłącznie architektury a bardziej kierunki około kreatywne-inżynierskie. Sam temat juz podejscia do architektury, dla mnie tu nie było...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

863 użytkowników ma tytuł Pełnia architektury na półkach głównych
  • 528
  • 288
  • 47
188 użytkowników ma tytuł Pełnia architektury na półkach dodatkowych
  • 124
  • 32
  • 9
  • 7
  • 6
  • 6
  • 4

Tagi i tematy do książki Pełnia architektury

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu Rem Koolhaas
Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu
Rem Koolhaas
Recenzowana książka stanowi ciekawe zjawisko: jej autor, słynny architekt holenderski, napisał manifest post-factum dla niebosiężnych wizji nowojorskich budowniczych! Manifesty były popularne w sztuce końca XIX oraz początku XX wieku i objaśniały ludziom, co dopiero zostanie stworzone. A tu do praktyki dorobiono teorię po wielu latach. Lecz jakaż wspaniała jest ta teoria..! Zacznę od ważnej uwagi: nie jest to historia urbanistyki Nowego Jorku. Wiele rzeczy zostało nieuwzględnionych lub pominiętych. Zamiast tego książka skupia się na paru obszarach, głównie Manhattanie i Coney Island. Dotyczy czasów, gdy tworzono głównie wieżowce w stylu Art Deco, a nie szklane prostopadłościany, którym początek dał Mies van der Rohe. Nie poświęcono w niej miejsca słynnym, wielkoskalowym i bardzo kontrowersyjnym reformom Roberta Mosesa i polemizowaniu z nimi przez Jane Jacobs. Autor nie pisze w kierunku chronologicznym, lecz raczej rozprawia o kolejnych obszarach. Zaczyna od organizowanych na Coney Island wesołych miasteczkach, by potem skierować uwagę ku szeregowi wieżowców, poświęcając każdej budowli osobne akapity zapełnione garścią głębokich uwag i rzucając światło na trudno dostrzegalne czynniki. Na sam koniec opisano wizyty Salvadora Dalego i Le Corbusiera w Nowym Jorku oraz to, co z nich (nie) wyszło. Zarazem twórca dostrzega w owych wesołych miasteczkach zaczątki bujnego kapitalistycznego systemu dostarczania rozrywki, który nie spocznie i będzie się rozwijał wszerz i wzdłuż – hen wysoko, aż ku niebu! Oprócz nakreślenia historii obiektów czasem już nieistniejących Koolhaas wspomina niezrealizowane wizje. Możemy ujrzeć projekt wieżowca autorstwa Gaudiego (który wygląda, że nigdy nie był tworzony z myślą o realizacji – była to raczej wizualizacja, która deweloper chciał zaprezentować w celach autopromocji) oraz o zatrważającym projekcie „specyficznej Wenecji” Corbetta. W owej „Wenecji” miejsce wód zajęłyby drogi wypełnione samochodami i parkingi. Dla pieszych przewidziano specjalne platformy na pierwszych piętrach wieżowców. Celem architekta było odciążenie ruchu. Trzeba przyznać, że w swej wizji poszedł dużo dalej niż Moses… Miasta to nie tylko budowle; są one tworzone przez ludzi dla ludzi. Nie umknęło to autorowi. „Deliryczny Nowy Jork” to nie tylko książka techniczna, dużo uwagi poświęcono w niej kwestiom społecznym (choć ludzie są tu głównie rozpatrywani jako klienci). Wydaje mi się, że podejście Koolhaasa stanowiło inspirację dla Grzegorza Piątka. Książkę kończy opis wizyt Dalego i Le Corbusiera w Nowym Jorku. Ta część może zdać się nieco mniej zrozumiała wielu czytelnikom, ale wydaje mi, że autor chciał powiedzieć, iż Nowy Jork był na tyle dziwnym i sztucznym miastem, że prowokacje Dalego nie robiły na nikim wrażenia. Zaś Le Corbusier, gwiazda i samozwańczy mesjasz architektury snuł wizje „naprawy” miasta. Z jego pomysłów zrodził się gmach ONZ. Zbiegło się to z końcem projektowania wieżowców w dawnym stylu. Koolhaas wspaniale operuje piórem – jego dzieło doskonale się czyta, choć wymaga skupienia. Trzeba mocno zaprząc do pomocy wyobraźnię, by ujrzeć oczyma umysłu opisywane obszary. Z tego powodu lektura ta nie będzie każdemu odpowiadać, podobnie jak fakt, że traktuje ona tylko o części dziejów nie tak dużego fragmentu miasta. Jednak gorąco ją polecam miłośnikom architektury i urbanistyki oraz Nowego Jorku!
Zbyszek - awatar Zbyszek
ocenił na 7 1 rok temu
W stronę architektury  Le Corbusier
W stronę architektury
Le Corbusier
Homilia papieża modernizmu Mija 99 lat, od kiedy po raz pierwszy W stronę architektury zostało opublikowane. I choć teraz trzymam w ręku trzecie polskie wydanie oparte na n-tym wydaniu francuskim z 1995 roku, opatrzone przedmowami i uzupełnieniami samego Le Corbusiera oraz wstępem profesor Marty Leśniakowskiej, znaczenie tej pozycji pozostaje w gruncie takie samo. To prawdopodobnie najważniejsza książka XX wieku z zakresu architektury, swoisty społeczny manifest Janneret-Grisa, jednocześnie zapatrzonego w grecki Akropol i będącego naocznym świadkiem gwałtownego rozwoju techniki, podziwiającego projekty samochodów, samolotów czy chociażby silosów zbożowych. Le Corbusier wytyka współczesnym sobie architektom z jednej strony odejście od klasycznych form z nieposzanowaniem bryły, powierzchni czy planu a z drugiej ich nienadążanie za inżynierami i tworzenie architektury, która nie odpowiada potrzebom człowieka nowoczesnego. Dzieło składa się z siedmiu części-esejów. W moim odczuciu są na tyle hermetyczne, że czytelnik nie poczuje się nadto zagubiony zaczynając lekturę na przykład od rozdziału „Domy seryjne”, porządkowo będącego przedostatnim. Warto jednak zastosować się do podziału zastosowanego przez autora. Dojrzymy wtedy eklektyzm Vers une architecture, stanie się wtedy dla nas logiczny związek między liniami kompozycyjnymi fasady rzymskiego kapitolu a pokładem transatlantyku Aquitania. O przeczytanie od deski do deski nie będzie zresztą trudno, styl Le Corbusiera w tłumaczeniu Tomasza Swobody jest atrakcyjny i powinien być przystępny nawet dla osób niezaznajomionych do tej pory z terminologią fachową, gdyż jeśli już występuje, zostaje ona należycie wytłumaczona. Czytelnika nie będzie opuszczać jednak wrażenie, że czyta on dzieło przełomowe, będące początkiem rewolucji projektowo-poglądowej. Książka ta nie jest bowiem podręcznikiem dla studentów politechniki, przygotowującym do wykonywania zawodu architekta. Owszem, Le Corbusier dzieli się projektami will, wieżowców, małych budynków mieszkalnych. Ale to tylko środek przekazu swojej wizji, część planu. A ten w moim odczuciu był dość jasny: dokonać rewolucji w architekturze i planowaniu przestrzennym a także w sposobie postrzegania człowieka otoczonego architekturą. Le Corbusier wiedział, że XIX-wieczne miasto nie jest przystosowane do XX-wiecznych realiów. Ciasna zabudowa pierzejowa w centrach miast, niedoświetlone mieszkania w kamienicach, długa i droga budowa domu, nieosiągalna dla większości obywateli. W to miejsce proponuje zmianę poglądu na dom: z luksusowej inwestycji, zapchanej niepotrzebnym wyposażeniem i zdobnictwem na, zgodnie z duchem postępu techniki, maszynę do mieszkania-tanią i dostępną dla wszystkich. Zamiast ciasnych centrów miast – rozciągnięcie zabudowy na wyższe wieżowce, oddzielane pasami zieleni i miejscami do aktywności i integracji. Miasto miało się stać miejscem zaprojektowanym dla człowieka i jego potrzeb. W stronę… wydane przez Centrum Architektury stanowi wierne odwzorowanie pierwszych wersji z lat dwudziestych XX wieku. Zachowana została oryginalna struktura rozdziałów, utrzymano pierwotne umiejscowienie fotografii, szkiców i notatek Le Corbusiera oraz innych twórców. A tych są naprawdę setki. Nie mamy w końcu do czynienia z dziełem teoretyka a czynnego architekta i urbanisty. Janneret-Gris rozpościera przed naszymi oczami wizję miast wieżowców, tanich domów seryjnych z prefabrykatów, chce, byśmy razem z nim wytykali błędy w założeniach ówczesnych profesorów francuskiej Akademii Sztuk Pięknych i ich niefunkcjonalne Boulevard Raspail a podziwiali kokpity samolotów, nadwozia samochodów czy perfekcyjne w swoim pragmatyzmie i użyteczności fabryki oraz porty wodne. Dochodzę tu jednak do pewnego zarzutu, który stawiam Le Corbusierowi podczas lektury. W niektórych miejscach tekst rozdzielony jest znaczną liczbą fotografii i szkiców, które, zgodnie z ich przeznaczeniem, należy dość dokładnie przestudiować, by zrozumieć, co Le Corbusier chciał przekazać zamieszczając je. Większość posiada także notatki. Sprawia to, że zaburzony jest czasem odbiór tekstu rozdziału. Nieraz musiałem wracać i powtórnie przeczytać fragment przed sekcją graficzną, by odnaleźć się w dalszej lekturze. Miałem też kilka razy wrażenie, że ilustracje nie dotyczą bezpośrednio konkretnego zagadnienia a są jedynie dodatkiem, chociażby w rozdziale „Architektura albo rewolucja”, choć są to moim zdaniem problemy marginalne. Dziś idee Le Corbusiera może nie wzbudzają już takich emocji, nie wszystkie założenia urbanistyczne okazały się też trafne. Jednak chociażby wizja, dla niektórych w momencie wydania skrajnie socjalistyczna, zapewnienia mieszkańcom godnych warunków do życia, bezpiecznego miejsca na ziemi z dostępem do światła i bieżącej wody w tanich mieszkaniach z prefabrykatów, ukształtowała obraz przestrzenny wielu miast, zwłaszcza po II Wojnie Światowej. Le Corbusier był wizjonerem a tę książkę polecam każdemu, kto chce zapoznać się przemyśleniami geniusza. Piotr Lis
ptr_ls - awatar ptr_ls
ocenił na 9 4 lata temu
Hawaikum. W poszukiwaniu istoty piękna Józef Tischner
Hawaikum. W poszukiwaniu istoty piękna
Józef Tischner Dariusz Czaja Ziemowit Szczerek Jan Sowa Filip Springer Hubert Francuz Marta Urbańska Monika Kozień Marta Miskowiec Marcin Smerda Jan Sowa
Made in Polonicum Czytając takie pozycje jak „hawaikum - w poszukiwaniu istoty piękna” nie sposób przeoczyć walorów estetycznych, zważywszy na jej znakomite wydanie. Począwszy od fotomontażu na okładce, przez gigantyczną ilość wysokojakościowych fotografii, które zajmują niemal połowę publikacji, aż po przejrzyście i sensownie zaprojektowane wnętrze — należy przyznać, że Wydawnictwo Czarne utrzymuje wysoki poziom swoich opracowań. Pod redakcją m.in. prof. Agaty Pankiewicz (wykładającej na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie) zebrano jedenaście esejów jedenastu różnych autorów z pogranicza sztuki, filozofii, historii oraz dziennikarstwa wszechstronnie pochylających się nad rodzimą egzotyką z importu. Książka ta, przeznaczona do czytania i oglądania, stanowi niewielki album nasycony koszmarkami, które tak sprytnie wtopiły się w nasz polski krajobraz i świadomość, że wydają się już ich stałym elementem. Każda wypowiedź podejmuje skomentowanie prowincjonalnej groteski z innej strony i niekoniecznie bezlitośnie. Znaczna większość artykułów odnosi się do niej wyrozumiale, z dystansem. Jedynie w kpiarskim rozdziale „Krytyka wydziaranego rozumu” pióra Marcina Smerdy, który zgryźliwie znęca się nad subkulturą blokowisk, przyrównując dresy do tubylczych ludów i nazywając ich Innymi, wyczuwa się raniący sztylet sarkazmu. Lecz jak pisze we wstępie Filip Springer: „okropna to lektura, ale niezbędna, by zrozumieć manowce, na jakie prowadzi nas takie koślawe skupienie się na Innym zamiast na sobie” (s.46). Filozoficzne wprowadzenie pomnikowym tekstem Józefa Tischnera może być dla niektórych zaskoczeniem, w końcu miało być o łabędziach z opon, o hotelu “Piramida” w Bolesławcu, domach-kostkach czy PGR-ach pomalowanych na jaskrawe barwy. Tropikalny bzik okazuje się mieć korzenie w melancholii. Tischner nazywa ją “sarmacką”, podkreślając swojskość oraz cień pozornej odwagi, z jednoczesną świadomością nadchodzącej porażki. Owa nastrojowość dzieli się na prozaiczną nudę smętnej codzienności i nieustanną tęsknotę do barwnej Utopii, której poszukiwania w części zostają poddane zgodzie na zastane warunki. Kolejne rozdziały poszerzone o taką perspektywę, wydają się następnymi etapami studium nad fantazmatycznym podejściem do upiększania przestrzeni, z podkreśleniem tęsknoty do jakiegoś nieosiągalnego absolutu. Tak oto, pochylając się nad brutalną architekturą realnego socjalizmu, który opanował polskie wsie, zasiewając krajobraz betonowymi domami z płaskim dachem, nie można przeoczyć inwencji mieszkańców w wyborze obłędnych pigmentów. To „jaskrawe kolory malowane w skali domów” jak pisze Marta Urbańska, omawiając agresywne barwy fasad budynków mieszkalnych na przykładzie obrazu Witkacego “Marysia i Burek na Cejlonie”. Ten drobny manewr jest oswobodzeniem spod dogmatu wszechobecnej szarości i sprzeciwem wobec kontynuacji codziennego banału. Podobnie ma się sytuacja z ogrodami, w których irracjonalne zabiegi estetyczne powołują do życia bajkowe scenografie, jak wspomniane wyżej, moje ulubione łabędzie z opon, gipsowe postumenty papieża wśród krasnali i jelonków czy wreszcie nieszablonowe żywopłoty stylizowane na pudle albo drzewka bonsai. Zresztą, nie tylko na wsi można wypatrzeć tę potrzebę egzotyki, której uosobieniem jest instalacja Joanny Rajkowskiej na rondzie gen. Charles’a de Gaulle’a w Warszawie. Podróżując po Polsce podobne palmy można znaleźć w przydrożnych zajazdach, będących przykładem brawurowego eklektyzmu w wydaniu przeskalowanych muchomorów, dobudówek w formie wieży z blankami, samolotów z demobilu pod banerem “Miami Laguna” czy niektórych domach weselnych w postaci neodworów. Kuszące tropiki szepczą nie tylko przez plastikowe daktylowce czy parapetowe orchidee i kaktusy, to niezaspokojenie rozbrzmiewa, chociażby w egipskim wystroju baru z zapieskami. O historii magnetyzmu ciepłych krajów możemy przeczytać w dowcipnym rozdziale Ziemowita Szczerka, który przytacza enigmatyczną opowieść o próbach skolonizowania przez rodaków zamorskich obszarów. Rozmyśla również nad Polską, która teoretycznie posiada kolonie, szczególnie uwiodła mnie wizja fiata cinquecento, zaparkowanego w buszu albo szyldy z odzieżą na wagę w orientalnym słońcu. Tsunami fantazji w wolności twórczej, nawet jeśli ma być brakiem umiaru i naiwną wrażliwością, nadal będzie trwać w naszej przestrzeni. Bo sztuka powinna być inkluzywna, nawet ta podwórkowa, jak mówił Hasior: „Proszę w tym domu nawet nie wymawiać słowa kicz. Nigdy! (...) To wyraz arogancji, oceny z pozycji salonów, zadufania. Słowo, które obraża, dyskwalifikuje, A co dyskwalifikuje? Zjawiska cudowne, najbliższe ziemi, wyrastające z potrzeby piękna. (...) prywatne światy (...) głośno mówiące do przechodnia, któremu ofiarują tę swoją wizję piękna".
Kaś - awatar Kaś
ocenił na 8 3 lata temu
Jak przestałem kochać design Marcin Wicha
Jak przestałem kochać design
Marcin Wicha
Poszłam za ciosem. Od razu po skończeniu "Prostych rzeczy" zaczęłam czytać tę książkę, bo nie mogłam się nasycić pisarstwem Wichy. Teraz zachodzę w głowę z wielu "dlaczego?" i "jak to?". Książkę kupiłam kilka miesięcy temu i nawet ją zaczęłam, ale z jakiej przyczyny przerwałam, nie wiem. Może dlatego, że ....JEST.... [Rozkminiam] - źle napisana, bo bez dbałości o kropki, przecinki i całą interpunkcję, do której przywiązuję (za) dużą uwagę? - zbudowana z treści zrozumiałych tylko dla branży od architektury, dizajnu i innych takich i niczego nie da się w związku z tym zrozumieć, gdy się jest nieobeznanym w temacie laikiem? - nie ma w niej smakowitych nawiązań do literatury, ale tyle, żeby treści nie stały się nudziarskim zbiorem cytatów sklejonych tytułem lub głęboko ukrytą myślą autora? - nie ma w niej wspomnień z przeszłości, które pielęgnuję w sobie jako pamiątkę po czasach dawno minionych? - srogo poważna, nadęta albo z rozdmuchanym patosem, którym ziewam do bólu szczęķ? - nie wywołuje napadu śmiechu lub chichotów w zabawnych momentach, a potem wzruszenia, bo każdy by się rozpłakał czytając ten fragment tekstu? - bez polotu, bez myśli przewodniej, bez ładu i składu i zwyczajnie bez sensu? - jest daleka od tego, co lubię czytać, czyli dobrego pisarstwa? - nadaje się do skupu makulatury lub innego składowisko epapieru z ebooków? - pominięta przez innych literatów, którzy z powodu branżowej zazdrości krytykowali ten zbiór od tytułu do ostatniej puenty? - festiwalem ziewania z nudów, bo dobra książka bez trupa znalezionego nad rzeką , to "jedna wielka porażka". - kandydatką do konkursu na nudę, bo nawet trupów szafie nikt nie znajdzie, a zatem szkoda czasu i atłasu. - jak podręcznik z suchymi faktami bez jajcarstwa, przekory, poczucia humoru, przymrużenia oka, błyskotliwych podsumowań, czyli:"zieeew". Odpowiedź i zakończenie będzie krótkie: NIE JEST. Dalej nie rozumiem, dlaczego nie skończyłam tej książki zaraz po kupieniu. Reszta mojego przekazu w domyśle :)
xymenka - awatar xymenka
oceniła na 9 22 dni temu
Myśl to forma odczuwania. Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem Susan Sontag
Myśl to forma odczuwania. Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem
Susan Sontag Jonathan Cott
Z moich poprzednich doświadczeń wiedziałam, że cokolwiek Sontag napisała, będzie dobre. Tym razem padło na wywiad z nią o cudownym tytule: Myśl to forma odczuwania. To jest dosłowny cytat z jej wypowiedzi, która w szerszym kontekście odnosi się do słów o literaturze z perspektywy płci. Jej przemyślenia wybiegają o wiele dalej niż proste stwierdzenie, że literatura może się różnić, ale nie musi, w zależności od tego, kto ją pisze. Sontag wyjaśnia też dlaczego, że to przez kwestie społeczne i kulturalne, a nie różnice biologiczne. Kontekstów w tej rozmowie jest o wiele więcej. Jonathan Cott zadaje pytania ciekawe i szerokie. Wywiad pierwotnie opublikowano w magazynie Rolling Stone w 1978 roku, ale nie cały. Dopiero w książce znalazły się kompletne wypowiedzi autorki, które w tej formie po raz pierwszy ukazały się w 2013 roku. 🤔 Rozmowa o życiu i umieraniu Rozmowę zaczynają od jej esejów o chorobie. Czasami wspominają także inne jej teksty, czasami zaś rozmawiają po prostu. Sporo jest o tym, jak Sontag pisze – o jej nawykach, o postrzeganiu feminizmu. Ciekawe są rozważania o rozłącznym traktowaniu uczuć i myśli, do czego, jak wspominałam, nawiązuje tytuł tej książki. Podoba mi się jak mówiła o agresji, która jest “wpisana w rytm życia”, a jednak dzisiaj postrzegana jako coś złego. Podoba mi się też, że mówiła o sobie, że: “czyta jak inni oglądają telewizję”. Sontag pozwalała literaturze pracować w nieświadomości. Nie nadawała czynności czytania jakichś magicznych, czy patetycznych właściwości. Sobie zresztą też nie. Mówi: “wiem dużo mniej, niż wielu ludzi sądzi”. Jest też o nihilizmie, o innym odbieraniu literatury w zależności od momentu, w którym się ją czyta, o tym, jak się myśli i że książka jest formą przestrzenną. 🤔 Od nieformalnej strony Forma wywiadu sprawia, że poznajemy autorkę prawdziwą, od nieformalnej strony. Nie wystylizowaną w tekstach, nie zredagowaną. Przy czym, w obszernym wstępie z krótką biografią i kilkoma wspomnieniami autora wywiadu dowiadujemy się, że Sontag mówiła bardzo precyzyjnie, całymi akapitami. To musiała być niezwykła osoba, fascynuje nawet po latach. Myśl to forma odczuwania to jedna z książek, przy których czytaniu zauważam, jak wiele jeszcze się muszę nauczyć, przeczytać. Ile rzeczy lepiej kojarzyć, odważniej łączyć kropki oraz pogłębić myślenie i podejście. Wywiad z Sontag sprzed kilkudziestu lat, niby nie nowy, a jednak świeży i aktualny. Niby krótki, a jednak porusza wiele zagadnień, które zostaną ze mną na dłużej.
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na 8 2 lata temu

Cytaty z książki Pełnia architektury

Więcej
Walter Gropius Pełnia architektury Zobacz więcej
Walter Gropius Pełnia architektury Zobacz więcej
Walter Gropius Pełnia architektury Zobacz więcej
Więcej