Opowiadania

Okładka książki Opowiadania
Vladimir Nabokov Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie literatura piękna
206 str. 3 godz. 26 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
A Russian beauty and other stories, Details of a sunset and other stories, Nabokov's dozen
Data wydania:
1988-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1988-01-01
Liczba stron:
206
Czas czytania
3 godz. 26 min.
Język:
polski
ISBN:
8308018157
Tłumacz:
Teresa Truszkowska
Średnia ocen

                7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Opowiadania w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Opowiadania

Średnia ocen
7,2 / 10
87 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
67
2

Na półkach:

Głównie w odniesieniu do opowiadania Znaki i symbole, bardzo ogólnie. Nabokov, jak żaden inny pisarz potrafi oddać trudną sytuację, w której znajduje się osoba w psychicznym kryzysie. Robi to w sposób wirtuozerski i wieloaspektowy m.in. dlatego, że sytuację tę uchwyca zarówno z tej solipsystyczno - idiosynkratycznej perspektywy cierpiącej, chorej jednostki, jak i - perspektywy jej bliskich - na których także odbija się stan chorego. Może okazuje się on tutaj także powodem do rewizji dotychczas zaniedbanych więzów rodzinnych. Błyszczące od piękna i przenikliwe teksty. Poezja w prozie.

Głównie w odniesieniu do opowiadania Znaki i symbole, bardzo ogólnie. Nabokov, jak żaden inny pisarz potrafi oddać trudną sytuację, w której znajduje się osoba w psychicznym kryzysie. Robi to w sposób wirtuozerski i wieloaspektowy m.in. dlatego, że sytuację tę uchwyca zarówno z tej solipsystyczno - idiosynkratycznej perspektywy cierpiącej, chorej jednostki, jak i -...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

266 użytkowników ma tytuł Opowiadania na półkach głównych
  • 132
  • 128
  • 6
47 użytkowników ma tytuł Opowiadania na półkach dodatkowych
  • 25
  • 7
  • 4
  • 4
  • 3
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Vladimir Nabokov
Vladimir Nabokov
Rosyjski i amerykański pisarz, tworzący do mniej więcej 1938 roku głównie w języku ojczystym, potem głównie w języku angielskim, autor kilku tekstów w języku francuskim. Z wykształcenia filolog (romanista i rusycysta), krótko studiował zoologię, przez całe życie zajmował się lepidopterologią (liczne artykuły w czasopismach specjalistycznych, praca w harwardzkim muzeum), hobbystycznie układał zadania szachowe, w latach 1941–1959 był wykładowcą literatury na uczelniach amerykańskich. Szeroką sławę przyniosła mu powieść Lolita (opublikowana w Paryżu, 1955). Urodził się 10 kwietnia 1899 według stosowanego wówczas w Rosji kalendarza juliańskiego. Odpowiednikiem tego dnia w kalendarzu gregoriańskim jest 22 kwietnia, co można obliczyć dodając 12 dni do daty według kalendarza juliańskiego. Niektóre źródła podają błędnie wyliczoną datę 23 kwietnia uzyskaną poprzez nieprawidłowe zastosowanie 13-dniowej różnicy między dwoma kalendarzami, która jednak mogła być używana tylko po 28 lutego 1900. We wspomnieniowej książce Speak, Memory Nabokov wyjaśnił powód pomyłki i potwierdził, że właściwą datą jest 22 kwietnia. Nabokov pochodził ze szlacheckiej rodziny rosyjskiej. Po utracie majątku w wyniku rewolucji październikowej w Rosji jego rodzina wyjechała do zachodniej Europy. Na początku lat dwudziestych Nabokov studiował romanistykę i slawistykę w Cambridge, po ukończeniu studiów w 1923 zamieszkał w Berlinie (Niemcy oraz środowisko emigrantów rosyjskich w Niemczech nierzadko występują w utworach Nabokova z tamtego okresu). 15 kwietnia 1925 Nabokov ożenił się z Verą Slonim, 10 maja 1936 urodził im się syn Dimitri. W 1937 przenieśli się do Paryża, a w 1940 popłynęli transatlantykiem do USA, gdzie Nabokov między innymi pracował w muzeum oraz jako profesor literatury na uczelni. Po sukcesie finansowym Lolity, w 1961 Nabokov z rodziną przeprowadził się do Montreux w Szwajcarii. Od 1964 aż do śmierci mieszkał w hotelu Montreux-Palace w Montreux.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Mdłości Jean-Paul Sartre
Mdłości
Jean-Paul Sartre
Na początku jest dużo przemyśleń - w moim odczuciu - totalnie o niczym. Rozumiem, że mają to być głębokie rozmyślania egzystencjalne, ale to czy podnieść z ziemii papierek do nich nie należy, choćby nie wiem jaką historię do tego dopisać. W 1/4 w książce dalej nic się nie dzieje - narrator chodzi po ulicach, pracuje w bibliotece i śpi w mieszkaniu. Mam wrażenie, że historia opowiedziana z perspektywy Samouka byłaby ciekawsza. "Będę czytał Eugenię Grandet. Nie dlatego, żeby mi to sprawiało wielką przyjemność, trzeba jednak coś robić". - To, zdaje się motyw przewodni narratora, a to sprawia, że ja mam podobne odczucia do "Mdłości". Bohater jest bardzo spostrzegawczy, dostrzega mnóstwo szczegółów, niewidocznych dla zwykłych śmiertelników, choć mam wrażenie, że na dłuższą metę nic z tych obserwacji nie wynika. Pojawiają się historie relacji z kobietami, ale tak samo nijakie jak wszystko inne. Jest nieco przerażony swoją wolną wolą, nie ma pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, choć jak zauważa, jest jeszcze młody i może zacząć od nowa. Na ostatnich 20 stronach w końcu się coś dzieje, a narrator zyskuje mój szacunek. Ostatnia strona daje jednak nadzieję - "można więc uzasadnić swoje istnienie?" - pyta autor. Myślę, że tak. To nie tak, że nie doceniam tych głębokich przemyśleń na temat bezsensu istnienia, czy tym bardziej - ich nie rozumiem. Rozumiem i doceniam. Tylko wydaje mi się, że - zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy mamy epidemię depresji - do niczego konkretnego to nie prowadzi, a wręcz mogą być szkodliwe.
ewea21 - awatar ewea21
ocenił na 6 21 dni temu
Nieprawe godło Vladimir Nabokov
Nieprawe godło
Vladimir Nabokov
Niniejsza książka figuruje w polskiej edycji pod trzema różnymi tytułami(!), którym poświecę osobny akapit. Ja przeczytałem wydanie Muzy, z tłumaczeniem Michała Kłobukowskiego i świetnym posłowiem profesora Leszka Engelkinga. Wydanie to gorąco polecam. Jak widać z innych recenzji powieść wzbudza dość mieszane uczucia. I jest tak słusznie, bo moim zdaniem jest bardzo nierówna – są w niej przebłyski geniuszu i ciągnące się fragmenty, w których autorowi brakło inspiracji. Sama opowieść dzieje się w nienazwanym środkowoeuropejskim państwie. W kraju zapanowała lewicowa dyktatura – tzw. „ekwilizm”, która w sposób skrajny zapewnia wyrównanie poziomu uzdolnień obywateli. Dyktator nazywa się „Paduk”, co pochodzi od staroangielskiego słowa oznaczającego ropuchę. Sam system nosi nie tylko cechy komunizmu, lecz także nazizmu, co również podkreśla fakt języka, jakim porozumiewają się ludzie w tym kraju – zawiera on dużo germanizmów i rusycyzmów. System jest świeży i jeszcze nie zdołał kompletnie zawładnąć państwem, dlatego stosuje ostre środki terroru i rozprawia się z przedstawicielami poprzedniej władzy. Obywatele są nieustannie szpiegowani i poddawani kontroli. Nowej władzy na legitymizacji ze strony wybitnych jednostek i szuka poparcia m.in. u głównego bohatera – profesora filozofii Adama Kruga. Krug jako uczeń uczęszczał do tej samej szkoły, co Paduk. Darzył go wówczas odrazą, a nawet się nad nim znęcał. Powieść dobrze obrazuje terror, niepewność i nieustanną kontrolę w totalitarnym systemie. Jednak, jak to bywa u Nabokova jest tu wiele gier słownych i aluzji, a także czarnego humoru. Pojawiają się też nawiązania do Szekspira – na przykładzie specyficznego odczytania „Hamleta” widać jak można naginać sztukę pod ideologiczne wymogi. Jest to zarazem parodia uczonych opracowań edytorskich w tzw. wydaniach krytycznych. I w pewnym momencie autor idzie za daleko, jakby przepisywał treść z takiego wydania – pewnie Arden Shakespeare lub Oxford Shakespeare, bo tak się nazywają najbardziej znane serie wydawnicze Szekspira. Ja akurat wiedziałem, że początków Hamleta doszukuje się w tragedii zemsty, która przetrwała w niemieckim przekładzie zwącym się „Der bestrafte Brudermord”, ale myślę, że dla wielu będzie to czymś kompletnie niejasnym. Nabokov także doskonale scharakteryzował cynizm i oportunizm środowisk akademickich, które są gotowe dostosować się do nowej władzy. Sam rektor, bardzo moralnie oślizgła osoba, został nazwany „Azureus”, czyli jak gatunek żaby, która potrafi wydzielać liczne toksyny (jej polska nazwa to „drzewołaz niebieski”). Wygląda to na formę porównania go z dyktatorem. Jak już napisałem powieść po polsku nosi trzy alternatywne tytuły: „Skośnie w lewo” (tłumaczenie Macieja Słomczyńskiego”), „Z nieprawej strony” (tłumaczenie Rafała Śmietany) albo „Nieprawe godło” (tłumaczenie Michała Kłobukowskiego), zaś jej angielski tytuł to „Bend sinister”. Jak można wyczytać w posłowiu jest to pojęcie z dziedziny heraldyki, często wiązane z pochodzeniem z nieprawego łoża. Jednak jest to też aluzja do lewicowości przedstawionego systemu. Posłowie prof. Engelkinga mówi nam, że autor sam długo nie wiedział, jak nazwać powieść, jeden z odrzuconych tytułów to „Solus rex”. Przyznam, że mi najbardziej podoba się jeszcze inna propozycja tłumaczenia tytułu, z komentarza pana Wojciecha Gołębiewskiego – „Ponury zakręt”. Myślę, że ona jest najbardziej adekwatna do treści. Przez mnogość aluzji powieść bywa niełatwa w interpretacji. Sam Nabokov to wyczuł i napisał przedmowę, w której objaśnia część nawiązań (ale też niestety zdradza fabułę). Posłowie prof. Engelkinga bardzo pomaga i rozjaśnia inne wątki. Jest to naprawdę wspaniały dodatek. Tłumaczenie Michała Kłobukowskiego jest bardzo dobre: przepiękny nabokovowski język został zachowany, liczne gry słowne również. Jednak po polsku oryginalne zbiorowe wydanie dzieł Szekspira określa się jako „Pierwsze folio”, a nie „Pierwsze folium”.
Zbyszek - awatar Zbyszek
ocenił na 6 2 lata temu
Obłęd (t. I-III) Jerzy Krzysztoń
Obłęd (t. I-III)
Jerzy Krzysztoń
Wkroczenie w „Obłęd” Jerzego Krzysztonia to jak zanurzenie się w wirze, który jednocześnie pociąga i przeraża realnością. To nie jest powieść o szaleństwie. To szaleństwo samo w sobie, spętane literą, autobiograficznym sznytem, oddechem, krwią słów, które uderzają w świadomość jak piorun.Już pierwsze strony wciągają jak tornado: bohater, jego umysł, lęki, paranoje – wszystko pulsuje, drży, ogniem odbija zastaną rzeczywistość, której nie można już pojąć. Czytając, nie tylko obserwujemy postępującą chorobę psychiczną, ale czujemy ją całym ciałem, jakby nasze zmysły zostały wciągnięte w tytułowy obłęd. Krzysztoń wprowadza nas w labirynt myśli, w którym każdy krok jest ryzykiem, a każdy oddech – starciem z niewidzialnym wrogiem. Ściany szpitala szepczą, podłogi skrzypią, a głosy w głowie zamieszkują w naszych własnych trzewiach. Autor nie ogranicza się jednak do osobistego koszmaru. Jego rozedrgany umysł eksploduje wiedzą: historia, religia, polityka, psychologia – wszystko poprzetykane, splecione, tworzy błysk przenikliwej erudycji. Czy to nadal tylko lektura o szaleństwie i nieuchronnym upadku? Nie. To kronika ludzkiej kondycji, w której wszystkie traumy, narodowe rany i wstyd jednostki odbijają się echem w całym społeczeństwie. Drugi tom wprowadza nas w groteskowe i przerażające realia szpitala. Tutaj historia splata się z halucynacjami: Marszałek Piłsudski w łóżku obłąkańca, Jan z Czarnolasu z mandoliną, egzorcysta, Sancho – galeria duchów przeszłości i wyobraźni niczym plazma. Czytając, odczuwamy, że postępująca choroba bohatera staje się soczewką dla całego świata. To rzeczywistość, w której umysł staje się teatrem, a zmysły bohaterami dramatycznego spektaklu, po którym nie sposób nie uronić rzęsistej łzy. W finałowej podróży mężczyzna odzyskuje cząstkę normalności, choć jej cieniem zawsze jest świadomość kruchości psychiki. Zdania drżą od napięcia, akapity pulsują chronicznym bólem i zachwytem jednocześnie. Krzysztoń nie oszczędza czytelnika: jego język wibruje, wywołując dreszcze, gorzki śmiech, ironię, fantomowy ból. Wszystko wymieszane w literackim kotle, który pozostawia w zachwycie nad umiejętnością oddania stanów emocjonalnych postaci.„Obłęd” to powieść totalna. Czytana znów po latach sieka do głębi.To nie jest lektura dla relaksu. To wędrówka w studnię ludzkiego umysłu, pełna agonii i olśnienia. Czytając ją, nie tylko obserwujemy studium postępującego obłędu, ale również taplamy się w kałuży bólu. To dzieło dla tych, którzy chcą zrozumieć jednostkę, która bezbrzeżnie cierpi i tworzy jednocześnie. Dla tych, którzy potrafią patrzeć szerzej, słyszeć to, czego inni nie słyszą, czuć to, czego inni nie odczuwają.To podręcznik empatii, kronika zwichrowanej psyche w postępującej śmierci, manifest literackiej wolności.Warto również podkreślić, że nowe wydanie „Obłędu” zostało poprawione i zredagowane w oparciu o autorski maszynopis przechowywany w Bibliotece Narodowej. Oznacza to, że wreszcie mamy do czynienia z tekstem wiernym zamysłowi Jerzego Krzysztonia – nieocenzurowanym, pełnym i kompletnym, tak jak autor go wymyślił i zapisał. To właśnie podnosi jego wartość. To świadectwo literackiego geniuszu i ostatecznie (patrząc na śmierć autora) tragicznej wrażliwości, które wciąż potrafią wstrząsnąć, zostawiając w niemym zachwycie nad potęgą słowa pisanego.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na 10 17 dni temu
Molloy Samuel Beckett
Molloy
Samuel Beckett
Samuel Beckett, nieustępliwy demaskator języka i tożsamości, w "Molloyu" odsłania przed nami labirynt ludzkiego istnienia, jakiego literatura rzadko się ima. Powieść ta, będąca pierwszą częścią jego słynnej trylogii, stanowi swoisty punkt zerowy literatury nowoczesnej, miejsce, gdzie język zaczyna się załamywać pod ciężarem własnych ograniczeń, a człowiek — jako figura, jako podmiot — rozpada się na fragmenty. Beckett nie interesuje się fabułą w tradycyjnym sensie; raczej z precyzją chirurga rozbiera ją na czynniki pierwsze, pokazując, że to, co wydaje się być opowieścią, jest w istocie spazmatycznym skowytem świadomości, próbą uchwycenia sensu tam, gdzie sens już dawno umarł. Molloy, którego imię samo w sobie brzmi jak echo, jak zanikający dźwięk, jest postacią, której istnienie oscyluje między obecnością a nieobecnością. Przebywa w pokoju u matki — a może raczej: jego ciało spoczywa w pokoju, podczas gdy jego świadomość miota się w przestrzeniach wewnętrznych, których żaden współrzędny system nie zdoła opisać. Narracja nieustannie się zapętla, a język, zamiast być narzędziem wyjaśniania, staje się narzędziem zaciemniania. Molloy próbuje dojść do matki — czy może do centrum siebie samego — lecz każda próba ruchu, fizycznego lub myślowego, kończy się w martwym punkcie. W tej pozornej stagnacji jednak Beckett ukazuje prawdziwe dramaty świadomości: niezdolność do komunikacji, rozpadającą się pamięć, przemoc samego istnienia. Beckett nie oferuje nam opowieści, lecz monolog. A może raczej — szereg monologicznych porywów, które nie układają się w liniowy dyskurs, lecz dryfują w strumieniu języka, który sam siebie podważa. Molloy mówi, aby mówić, mówi, aby istnieć, lecz jego słowa coraz mniej znaczą, coraz bardziej obnażają pustkę, która rośnie wraz z każdą próbą nazwania rzeczywistości. Słowo u Becketta nie jest już gwarantem sensu, ale ruchem ku jego nieobecności. W tym sensie "Molloy" jest powieścią, która ukazuje katastrofę języka — i właśnie w tej katastrofie odnajduje swoją głębię. Druga część powieści, w której głos zabiera Moran, pozornie oferuje większą klarowność: oto mamy narrację przypominającą sprawozdanie, relację z misji, której celem jest odnalezienie tajemniczego Molloya. Lecz z każdą stroną również i ta opowieść zaczyna się rozpadać. Moran, początkowo surowy i logiczny, powoli popada w fizyczną i psychiczną ruinę. Jego podróż przypomina groteskową wersję podróży bohatera — tyle że tutaj nie ma celu, nie ma katharsis, nie ma powrotu. Istnieje jedynie postępujący rozpad, który demaskuje złudność porządku i racjonalności. W tym kontraście — między pozorną strukturą a rzeczywistym chaosem — Beckett ukazuje, że każda próba uchwycenia świata za pomocą języka jest skazana na fiasko. Nie dlatego, że język jest zły, lecz dlatego, że świat nie ma już formy, którą dałoby się opisać. Beckettowska ironia nie jest złośliwa, lecz egzystencjalna. Molloy i Moran to nie tyle dwie postacie, co dwie emanacje tej samej świadomości. Ich losy nie są symetryczne, lecz spiralne: jeden zdaje się wyłaniać z drugiego, jakby byli dwiema fazami tej samej dekonstrukcji. W tym sensie "Molloy" nie jest powieścią o kimś ani o czymś, lecz powieścią o trwaniu — o tym, jak trwać, gdy wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Trwanie to u Becketta nie jest jednak heroiczne. Nie ma w nim patosu. Jest raczej rodzajem milczącego oporu, uporu, który wyraża się w samym akcie pisania, mówienia, oddychania. Molloy, który ssie kamienie według skomplikowanego algorytmu, jest figurą tego absurdu: nie wiadomo, po co to robi, ani czy w ogóle to robi, lecz fakt, że coś robi, staje się jego ostatnim śladem człowieczeństwa. To, co szczególnie fascynujące, to sposób, w jaki Beckett gra z oczekiwaniami czytelnika. W świecie Molloya nie ma logiki, przyczynowości, nie ma czasu w tradycyjnym sensie. Jest za to język, który trwa, który się snuje, który jednocześnie tworzy i niszczy. Beckett, jak nikt inny, potrafi ukazać język jako strukturę niestabilną, nękaną przez własną nieadekwatność. Molloy mówi, lecz sam nie wierzy w to, co mówi. A jednak mówi. I to właśnie ten paradoks — potrzeba mówienia w świecie, w którym nie ma już nic do powiedzenia — czyni z Becketta jednego z największych pisarzy XX wieku. Forma "Molloya" jest równie radykalna jak jego treść. Długie, meandrujące zdania, brak klasycznego podziału na rozdziały, brak dramatycznych punktów zwrotnych — to wszystko służy jednemu celowi: rozbiciu czytelniczych przyzwyczajeń. Beckett nie pozwala na łatwe utożsamienie się z bohaterem, nie oferuje pocieszenia ani rozwiązania. Zamiast tego proponuje doświadczenie literackie graniczące z metafizycznym: czytelnik zostaje wciągnięty w proces, który nie ma końca, tak jak nie ma końca samotność świadomości zamkniętej w sobie samej. A jednak, mimo całej tej surowości i radykalizmu, "Molloy" nie jest powieścią pesymistyczną. Jest to raczej tekst głęboko afirmatywny, choć na poziomie innym niż przywykliśmy to rozumieć. Afirmacja ta nie dotyczy świata, który można zrozumieć, lecz samego aktu pisania, trwania, bycia w języku. Beckett nie mówi: oto sens — mówi: oto trwanie mimo braku sensu. I to trwanie, ciche, kruche, a jednak uporczywe, staje się najgłębszym wyrazem człowieczeństwa. Molloy i Moran nie są bohaterami w klasycznym sensie. Są figurami naszej kondycji: zagubione, rozdarte, a jednak trwające. Czytanie "Molloya" to doświadczenie graniczne. Wymaga cierpliwości, wymaga pokory, ale też otwartości na literaturę, która nie tyle opowiada, co doświadcza. Beckett nie interesuje się opowieścią, lecz warunkami jej możliwości. Jego pisarstwo to nieustanne zadawanie pytań o to, czym jest podmiot, czym jest język, czym jest istnienie. W tym sensie "Molloy" to nie tylko powieść, ale też traktat ontologiczny i epistemologiczny, zapis świadomości, która próbuje uchwycić siebie samą, choć wie, że to niemożliwe. Literatura Becketta nie zna kompromisów. "Molloy" jest tego najlepszym przykładem: surowa, bezlitosna, ale jednocześnie przejmująco ludzka. W świecie, który utracił sens, Beckett odnajduje coś innego — może nie sens, lecz rytm, może nie prawdę, lecz trwanie. I to wystarcza. Bo jeśli istnieje jakiś ratunek, jakaś forma zbawienia, to nie w wielkich narracjach, lecz w małych gestach: w słowie, które się wymawia, choć nie ma już nadziei, że zostanie zrozumiane. Dlatego "Molloy" nie tylko zasługuje na uwagę, ale wymaga jej. To nie jest książka do połknięcia jednym tchem. To książka, która domaga się, by ją czytać uważnie, powoli, z szacunkiem dla każdej pauzy, dla każdego zawahania. Bo właśnie w tych zawahaniach, w tych zatrzymaniach, w tych niedopowiedzeniach kryje się prawda, której nie sposób wypowiedzieć wprost. Beckett wiedział, że język jest zawodny — ale też wiedział, że nie mamy niczego poza nim. I dlatego pisał. I dlatego czytamy.
Bratyslawski - awatar Bratyslawski
ocenił na 10 8 miesięcy temu
Eseje Albert Camus
Eseje
Albert Camus
Trochę potrywializuję. Wierzący mówią – Jeśli Boga nie ma, to hulaj dusza, ludzie będą mieli większą pokusę czynienia zła. Camus mówi – jeśli Boga nie ma, ludzie powinni stać się odpowiedzialni za swe życie i postępki i chętniej czynić dobro. Bo nieistniejący Bóg nie da zbawienia, otuchy, cudu ani zmiany strasznego położenia, nic nie wybaczy. Sami dla siebie i innych musimy stać się kotwicą i nadzieją. Chyba, że dane jest nam tworzyć okrutny świat bez żadnej nadziei. Taki mglisty sens utkał mi się z lektury tych esejów. A polecone mi kiedyś przez wytrawnego czytelnika (z pokolenia tych, co wozili się między dekaefem a uniwerkiem, w ręcznie dziubanych sweterkach i z Cortazarem lub Sartrem pod pachą), przeleżały na mojej mentalnej półce „do przeczytania” rekordowe ponad trzydzieści lat! Ten zbiór okazał się szalenie bogaty i różnorodny – obejmował poglądy własne Autora (choćby w Micie Syzyfa), Jego artykuły z lat czterdziestych dotyczące stosunku Francuzów do niemieckiej okupacji, wreszcie omówienia różnych lektur interesujących Camusa, autorskie analizy myśli filozofów, pisarzy, artystów i twórców, oraz sporo luźnych zapisków - pomysłów na większe formy czy refleksji nad światem. Zdenerwowałam się nawet, gdy zaliczył de Sade’a do wielkich pisarzy, na równi z Kafką, Dostojewskim i Proustem. Ten zafiksowany analnie pornografoman - no błagam! Na szczęście w innym fragmencie przyznał, że Sade był raczej drugorzędnym pisarzem, za to jego libertyńską filozofię uznała za godną analizy. Ta filozoficzno-literacka część podobała mi się najbardziej - chociaż przyznaję bez bicia – przez wysoki próg wejścia i nietrafiający do mnie styl, zrozumiałam z niej mniej niż połowę. Camus wyraźnie lubi pojęcie ascezy, gdyż przypisuje je wielu raczej różnym zjawiskom. Ascezą nazywa między innymi romantyczny dandyzm, surrealizm, bunt , wolność absolutną, nihilizm… Hmmm, do rozważenia. Ale warto wrócić do camusowskiego widzenia twórczości Nietzschego, Kafki czy Dostoja. Niektóre myśli wydawały mi się bardzo trafne i warte zapamiętania. Ta książka przeżyła ze mną wiele, bo też czytałam ją rekordowo długo z uwagi na brak porozumienia między mną a Autorem. Jak nigdy byłam blisko podpatrzonego na LC zjawiska „DNF”. Przeżyliśmy mycie okien, gości, opiekę nad wnusiątkiem, zawirowania w pracy, chorobę mąża (wiadomo, 37 i 3 - i trzeba wzywać koronera i notariusza do testamentu!) i pięć innych książek. Ale pomyślałam sobie – może i Camus Wielkim Pisarzem był, może kiedyś uwielbiałam Obcego i Upadek, może też z Camusa wyrosłam. Ale Camus mnie nie pokona, przeczytam te Eseje, choćby kamień Syzyfa spadł na moją głowę! No i przeczytałam i z tego powodu przyznaję sobie Order Zakładki i prawo do przeczytania kolejnych książek. Do usług, kłaniam uprzejmie!
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na 7 29 dni temu
Miriam Truman Capote
Miriam
Truman Capote
Zniewolenie – to słowo przyszło mi do głowy jako klamra spinająca wszystkie opowiadania z tego tomiku. Zniewolenie cudzą charyzmą, własnymi nieokreślonymi lękami, nadmierna pewność siebie lub przeciwnie – jej brak. Takie są cztery intrygujące postaci kobiece lekko zagubione w sobie i w rzeczywistości – bohaterki czterech krótkich opowiadań z tego tomiku. Do tego jeszcze tajemnica, dreszczyk grozy i szerokie pole do popisu jeśli idzie o interpretację zdarzeń. Sylwia z „Pana Bidy” to młoda dama, która usiłuje ułożyć sobie życie w wielkomiejskiej dżungli, na własny rachunek i nie będąc uzależniona od ludzi użyczających jej dachu nad głową. Tymczasem ta samodzielność prowadzi ją do absurdalnego uzależnienia od przedziwnego człowieka, który skupuje ludzkie sny. Od razu przypomniał mi się Murakami, u którego ktoś czytał sny z czaszek jednorożca, gruby pomysł, wow! Nasza bohaterka szybko blednie, chudnie a mimo to żyje w stanie nienormalnej ekscytacji. W końcu znajdzie się w stanie, gdzie nikt już nie może jej nic zabrać ani ukraść. Może to właśnie szczęście? „Dzieci w dniu urodzin” miały szczęście zapoznać się z rezolutną i nieco wyniosłą panną Bobbit. To dziewczę bardzo młode (normalne dziewczynki w jej wieku grają w klasy i czeszą lalki) ale tak pewne siebie, urocze i świadome własnej niewątpliwej wartości, że już wkrótce owija sobie wokół paluszka całą bandę nieokrzesanych wioskowych chłopaczysków, podporządkowuje swej woli nawet dorosłych i rządzi w miasteczku jak udzielna księżna. Koniec nastąpił zbyt szybko by upewnić się, czy była to charyzmatyczna cwaniara – socjopatka, czy zmotywowana młoda dama z wielką szansą na sławę… Z kolei tytułowa Miriam to śliczne małe dziewczątko o srebrzystych warkoczach i żelaznej stanowczości, które nawiedza starszą samotną wdowę, od lat żyjącą według nudnej rutyny i w której życiu chyba nigdy nie działo się nic ekscytującego. Czy Miriam to zmieni? Według mnie starsza pani chyba spotkała i odnalazła samą siebie sprzed lat. Może dalsza część jej losów okaże się bardziej radosna? A może przeciwnie – Miriam zaprowadzi ją do domu dla obłąkanych? Studentka Kay z „Drzewa nocy” wraca pociągiem z pogrzebu krewnego i dostaje się pod „opiekę” dziwacznej pary, ni to pijaków, ni to oszustów, oczajduszów czystej wody, wobec których dziewczyna odczuwa całą symfonię uczuć – od odrazy, poprzez lęk, współczucie, fascynację i … zniewolenie. A wokół nich upiorna noc, huk pociągu i obudzone wszystkie strachy z usłyszanych w dzieciństwie opowieści… Przyznam, że lektura „Śniadania u Tiffanyego” była dla mnie mniej fascynującą przygodą niż oglądanie ślicznej Audrey Hepburn w ekranizacji. Te opowiadania „siadły” znacznie mocniej. Naprawdę warto poczytać!
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na 7 10 miesięcy temu
Opowieści fantastyczne Fiodor Dostojewski
Opowieści fantastyczne
Fiodor Dostojewski
Kiedyś byłam zachwycona powieściami Dostojewskiego, szczególnie „Idiotą”. Jednak opowiadania to nie moja bajka. Okazuje się, że Dostojewski przez całe życie prowadził „Dziennik pisarza”, w którym notował różne własne spostrzeżenia, a także puszczał wodze fantazji, pisząc opowiadania. Może to były pomysły do wykorzystania później, a może to była odskocznia od dłuższych form. „Opowiadania fantastyczne” nie są fantastyką, jak dzisiaj ją rozumiemy. Te opowiadania dzieją się na pograniczu snu i jawy. Tak jak w opowiadaniu „Bobek”, gdzie bohater, siedząc na jednym z grobów, na cmentarzu przysłuchuje się rozmowom ostatnio zmarłym. Jednak tematy tych rozmów, jak tematy innych opowiadań są typowe dla prozy Dostojewskiego. Porusza w nich problemy dotyczące XIX- wiecznej Rosji, nędzy, brudu, wyzysku, alkoholizmu większości społeczeństwa. Świetnie to widać w najlepszym opowiadaniu w zbiorze „Potulna”. Spowiedź człowieka, którego żona popełniła samobójstwo. Spowiedź przekształca się w analizę psychologiczną ich związku, a także obraz, w jaki sposób traktowane są kobiety w Rosji. W opowiadaniach „Chłop Mareusz” i „Stuletnia” oddaje hołd ludziom prostym, doświadczonym przez długie życie, którzy przekazują prawdy moralne młodszemu pokoleniu. W „Stuletniej” porusza też temat śmierci. „Sen śmiesznego człowieka” jest alegorią życia. Nawet znaną baśń Andersena „Dziewczynkę z zapałkami” przenosi do realiów rosyjskich, tworząc „Chłopczyk na gwiazdce u Pana Jezusa”. W porównaniu z powieściami autora, te opowiadania są dość przeciętna, ale mogą być pewnego rodzaju wstępem dla twórczości autora, dla tych, którzy jeszcze nie zetknęli się z jego twórczością. Dla mnie to było po długich latach powrót do twórczości fantastycznego autora.
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 7 4 miesiące temu

Cytaty z książki Opowiadania

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Opowiadania