Samuel Beckett, nieustępliwy demaskator języka i tożsamości, w "Molloyu" odsłania przed nami labirynt ludzkiego istnienia, jakiego literatura rzadko się ima. Powieść ta, będąca pierwszą częścią jego słynnej trylogii, stanowi swoisty punkt zerowy literatury nowoczesnej, miejsce, gdzie język zaczyna się załamywać pod ciężarem własnych ograniczeń, a człowiek — jako figura, jako podmiot — rozpada się na fragmenty. Beckett nie interesuje się fabułą w tradycyjnym sensie; raczej z precyzją chirurga rozbiera ją na czynniki pierwsze, pokazując, że to, co wydaje się być opowieścią, jest w istocie spazmatycznym skowytem świadomości, próbą uchwycenia sensu tam, gdzie sens już dawno umarł.
Molloy, którego imię samo w sobie brzmi jak echo, jak zanikający dźwięk, jest postacią, której istnienie oscyluje między obecnością a nieobecnością. Przebywa w pokoju u matki — a może raczej: jego ciało spoczywa w pokoju, podczas gdy jego świadomość miota się w przestrzeniach wewnętrznych, których żaden współrzędny system nie zdoła opisać. Narracja nieustannie się zapętla, a język, zamiast być narzędziem wyjaśniania, staje się narzędziem zaciemniania. Molloy próbuje dojść do matki — czy może do centrum siebie samego — lecz każda próba ruchu, fizycznego lub myślowego, kończy się w martwym punkcie. W tej pozornej stagnacji jednak Beckett ukazuje prawdziwe dramaty świadomości: niezdolność do komunikacji, rozpadającą się pamięć, przemoc samego istnienia.
Beckett nie oferuje nam opowieści, lecz monolog. A może raczej — szereg monologicznych porywów, które nie układają się w liniowy dyskurs, lecz dryfują w strumieniu języka, który sam siebie podważa. Molloy mówi, aby mówić, mówi, aby istnieć, lecz jego słowa coraz mniej znaczą, coraz bardziej obnażają pustkę, która rośnie wraz z każdą próbą nazwania rzeczywistości. Słowo u Becketta nie jest już gwarantem sensu, ale ruchem ku jego nieobecności. W tym sensie "Molloy" jest powieścią, która ukazuje katastrofę języka — i właśnie w tej katastrofie odnajduje swoją głębię.
Druga część powieści, w której głos zabiera Moran, pozornie oferuje większą klarowność: oto mamy narrację przypominającą sprawozdanie, relację z misji, której celem jest odnalezienie tajemniczego Molloya. Lecz z każdą stroną również i ta opowieść zaczyna się rozpadać. Moran, początkowo surowy i logiczny, powoli popada w fizyczną i psychiczną ruinę. Jego podróż przypomina groteskową wersję podróży bohatera — tyle że tutaj nie ma celu, nie ma katharsis, nie ma powrotu. Istnieje jedynie postępujący rozpad, który demaskuje złudność porządku i racjonalności. W tym kontraście — między pozorną strukturą a rzeczywistym chaosem — Beckett ukazuje, że każda próba uchwycenia świata za pomocą języka jest skazana na fiasko. Nie dlatego, że język jest zły, lecz dlatego, że świat nie ma już formy, którą dałoby się opisać.
Beckettowska ironia nie jest złośliwa, lecz egzystencjalna. Molloy i Moran to nie tyle dwie postacie, co dwie emanacje tej samej świadomości. Ich losy nie są symetryczne, lecz spiralne: jeden zdaje się wyłaniać z drugiego, jakby byli dwiema fazami tej samej dekonstrukcji. W tym sensie "Molloy" nie jest powieścią o kimś ani o czymś, lecz powieścią o trwaniu — o tym, jak trwać, gdy wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Trwanie to u Becketta nie jest jednak heroiczne. Nie ma w nim patosu. Jest raczej rodzajem milczącego oporu, uporu, który wyraża się w samym akcie pisania, mówienia, oddychania. Molloy, który ssie kamienie według skomplikowanego algorytmu, jest figurą tego absurdu: nie wiadomo, po co to robi, ani czy w ogóle to robi, lecz fakt, że coś robi, staje się jego ostatnim śladem człowieczeństwa.
To, co szczególnie fascynujące, to sposób, w jaki Beckett gra z oczekiwaniami czytelnika. W świecie Molloya nie ma logiki, przyczynowości, nie ma czasu w tradycyjnym sensie. Jest za to język, który trwa, który się snuje, który jednocześnie tworzy i niszczy. Beckett, jak nikt inny, potrafi ukazać język jako strukturę niestabilną, nękaną przez własną nieadekwatność. Molloy mówi, lecz sam nie wierzy w to, co mówi. A jednak mówi. I to właśnie ten paradoks — potrzeba mówienia w świecie, w którym nie ma już nic do powiedzenia — czyni z Becketta jednego z największych pisarzy XX wieku.
Forma "Molloya" jest równie radykalna jak jego treść. Długie, meandrujące zdania, brak klasycznego podziału na rozdziały, brak dramatycznych punktów zwrotnych — to wszystko służy jednemu celowi: rozbiciu czytelniczych przyzwyczajeń. Beckett nie pozwala na łatwe utożsamienie się z bohaterem, nie oferuje pocieszenia ani rozwiązania. Zamiast tego proponuje doświadczenie literackie graniczące z metafizycznym: czytelnik zostaje wciągnięty w proces, który nie ma końca, tak jak nie ma końca samotność świadomości zamkniętej w sobie samej.
A jednak, mimo całej tej surowości i radykalizmu, "Molloy" nie jest powieścią pesymistyczną. Jest to raczej tekst głęboko afirmatywny, choć na poziomie innym niż przywykliśmy to rozumieć. Afirmacja ta nie dotyczy świata, który można zrozumieć, lecz samego aktu pisania, trwania, bycia w języku. Beckett nie mówi: oto sens — mówi: oto trwanie mimo braku sensu. I to trwanie, ciche, kruche, a jednak uporczywe, staje się najgłębszym wyrazem człowieczeństwa. Molloy i Moran nie są bohaterami w klasycznym sensie. Są figurami naszej kondycji: zagubione, rozdarte, a jednak trwające.
Czytanie "Molloya" to doświadczenie graniczne. Wymaga cierpliwości, wymaga pokory, ale też otwartości na literaturę, która nie tyle opowiada, co doświadcza. Beckett nie interesuje się opowieścią, lecz warunkami jej możliwości. Jego pisarstwo to nieustanne zadawanie pytań o to, czym jest podmiot, czym jest język, czym jest istnienie. W tym sensie "Molloy" to nie tylko powieść, ale też traktat ontologiczny i epistemologiczny, zapis świadomości, która próbuje uchwycić siebie samą, choć wie, że to niemożliwe.
Literatura Becketta nie zna kompromisów. "Molloy" jest tego najlepszym przykładem: surowa, bezlitosna, ale jednocześnie przejmująco ludzka. W świecie, który utracił sens, Beckett odnajduje coś innego — może nie sens, lecz rytm, może nie prawdę, lecz trwanie. I to wystarcza. Bo jeśli istnieje jakiś ratunek, jakaś forma zbawienia, to nie w wielkich narracjach, lecz w małych gestach: w słowie, które się wymawia, choć nie ma już nadziei, że zostanie zrozumiane.
Dlatego "Molloy" nie tylko zasługuje na uwagę, ale wymaga jej. To nie jest książka do połknięcia jednym tchem. To książka, która domaga się, by ją czytać uważnie, powoli, z szacunkiem dla każdej pauzy, dla każdego zawahania. Bo właśnie w tych zawahaniach, w tych zatrzymaniach, w tych niedopowiedzeniach kryje się prawda, której nie sposób wypowiedzieć wprost. Beckett wiedział, że język jest zawodny — ale też wiedział, że nie mamy niczego poza nim. I dlatego pisał. I dlatego czytamy.
Opinia
Niniejsza książka figuruje w polskiej edycji pod trzema różnymi tytułami(!), którym poświecę osobny akapit. Ja przeczytałem wydanie Muzy, z tłumaczeniem Michała Kłobukowskiego i świetnym posłowiem profesora Leszka Engelkinga. Wydanie to gorąco polecam.
Jak widać z innych recenzji powieść wzbudza dość mieszane uczucia. I jest tak słusznie, bo moim zdaniem jest bardzo nierówna – są w niej przebłyski geniuszu i ciągnące się fragmenty, w których autorowi brakło inspiracji.
Sama opowieść dzieje się w nienazwanym środkowoeuropejskim państwie. W kraju zapanowała lewicowa dyktatura – tzw. „ekwilizm”, która w sposób skrajny zapewnia wyrównanie poziomu uzdolnień obywateli. Dyktator nazywa się „Paduk”, co pochodzi od staroangielskiego słowa oznaczającego ropuchę. Sam system nosi nie tylko cechy komunizmu, lecz także nazizmu, co również podkreśla fakt języka, jakim porozumiewają się ludzie w tym kraju – zawiera on dużo germanizmów i rusycyzmów. System jest świeży i jeszcze nie zdołał kompletnie zawładnąć państwem, dlatego stosuje ostre środki terroru i rozprawia się z przedstawicielami poprzedniej władzy. Obywatele są nieustannie szpiegowani i poddawani kontroli. Nowej władzy na legitymizacji ze strony wybitnych jednostek i szuka poparcia m.in. u głównego bohatera – profesora filozofii Adama Kruga. Krug jako uczeń uczęszczał do tej samej szkoły, co Paduk. Darzył go wówczas odrazą, a nawet się nad nim znęcał.
Powieść dobrze obrazuje terror, niepewność i nieustanną kontrolę w totalitarnym systemie. Jednak, jak to bywa u Nabokova jest tu wiele gier słownych i aluzji, a także czarnego humoru. Pojawiają się też nawiązania do Szekspira – na przykładzie specyficznego odczytania „Hamleta” widać jak można naginać sztukę pod ideologiczne wymogi. Jest to zarazem parodia uczonych opracowań edytorskich w tzw. wydaniach krytycznych. I w pewnym momencie autor idzie za daleko, jakby przepisywał treść z takiego wydania – pewnie Arden Shakespeare lub Oxford Shakespeare, bo tak się nazywają najbardziej znane serie wydawnicze Szekspira. Ja akurat wiedziałem, że początków Hamleta doszukuje się w tragedii zemsty, która przetrwała w niemieckim przekładzie zwącym się „Der bestrafte Brudermord”, ale myślę, że dla wielu będzie to czymś kompletnie niejasnym.
Nabokov także doskonale scharakteryzował cynizm i oportunizm środowisk akademickich, które są gotowe dostosować się do nowej władzy. Sam rektor, bardzo moralnie oślizgła osoba, został nazwany „Azureus”, czyli jak gatunek żaby, która potrafi wydzielać liczne toksyny (jej polska nazwa to „drzewołaz niebieski”). Wygląda to na formę porównania go z dyktatorem.
Jak już napisałem powieść po polsku nosi trzy alternatywne tytuły: „Skośnie w lewo” (tłumaczenie Macieja Słomczyńskiego”), „Z nieprawej strony” (tłumaczenie Rafała Śmietany) albo „Nieprawe godło” (tłumaczenie Michała Kłobukowskiego), zaś jej angielski tytuł to „Bend sinister”. Jak można wyczytać w posłowiu jest to pojęcie z dziedziny heraldyki, często wiązane z pochodzeniem z nieprawego łoża. Jednak jest to też aluzja do lewicowości przedstawionego systemu. Posłowie prof. Engelkinga mówi nam, że autor sam długo nie wiedział, jak nazwać powieść, jeden z odrzuconych tytułów to „Solus rex”. Przyznam, że mi najbardziej podoba się jeszcze inna propozycja tłumaczenia tytułu, z komentarza pana Wojciecha Gołębiewskiego – „Ponury zakręt”. Myślę, że ona jest najbardziej adekwatna do treści.
Przez mnogość aluzji powieść bywa niełatwa w interpretacji. Sam Nabokov to wyczuł i napisał przedmowę, w której objaśnia część nawiązań (ale też niestety zdradza fabułę). Posłowie prof. Engelkinga bardzo pomaga i rozjaśnia inne wątki. Jest to naprawdę wspaniały dodatek.
Tłumaczenie Michała Kłobukowskiego jest bardzo dobre: przepiękny nabokovowski język został zachowany, liczne gry słowne również. Jednak po polsku oryginalne zbiorowe wydanie dzieł Szekspira określa się jako „Pierwsze folio”, a nie „Pierwsze folium”.
Niniejsza książka figuruje w polskiej edycji pod trzema różnymi tytułami(!), którym poświecę osobny akapit. Ja przeczytałem wydanie Muzy, z tłumaczeniem Michała Kłobukowskiego i świetnym posłowiem profesora Leszka Engelkinga. Wydanie to gorąco polecam.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJak widać z innych recenzji powieść wzbudza dość mieszane uczucia. I jest tak słusznie, bo moim zdaniem jest bardzo...