Zagubiona perełka wśród obecnie pisanych powieści, to taki Jonathan Carrol, Marquez, Vonneghut. Jak mało jest tego typu książek, pełnych rozbuchanej wyobraźni, obrazów i światła opisanych słowem? I to jeszcze sfów! Cała powieść miała być dopowiedzeniem, uzupełnieniem dwóch poprzednich części a tak naprawdę przydałaby się czwarta dymykająca. Ta część jest w swoim wydźwięku i strukturze najbardziej podobna do jedynki a jednocześnie niestety mniej domknięta, pozostawia zbyt wiele otwartych kwestii. Dla mnie sprawa Anny była mniej ważna niż sprawa ostatecznej misji Nova swing i Eda, czy zapobiegł wojnie? Tego nie wiemy.. Rozdział o labiryncie, o planetoidzie alefa i kobiety kocie bardzo przypomina opowieść o Hyperionie, jak Geins przypomina sobie drogę i pułapki przez labirynt to miałam totalnie Hyperionie skojarzenie.. Ogólnie wszystko było super do czas zakończenia, tak bardzo był otwarty, tak strasznie nagle się skończył, nie rozwiązał dla mnie najważniejszych aspektów, a szkoda, zawiodłam się bardzo.. Język jak zawsze poziom master, piękny, poetycki, konstrukcja zdań to małe cuda, pisarz puszcza przed nami wodze swojej wyobraźni niczym małe perły, uczta wyobraźni, szkoda, że bez solidnego pierdolnięcia na koniec, brakowało mi spektakularnej końcówki, było zbyt przyziemnie i filozoficznie, autor skupił się na teraźniejszości a ja chciałam być wśród gwiazd na Trakcie!
Zagubiona perełka wśród obecnie pisanych powieści, to taki Jonathan Carrol, Marquez, Vonneghut. Jak mało jest tego typu książek, pełnych rozbuchanej wyobraźni, obrazów i światła opisanych słowem? I to jeszcze sfów! Cała powieść miała być dopowiedzeniem, uzupełnieniem dwóch poprzednich części a tak naprawdę przydałaby się czwarta dymykająca. Ta część jest w swoim wydźwięku i...
Gratuluję tym czytelnikom, którzy wiedzą, o co w tej książce chodzi. Przeczytałam do końca, ale mało co z tego zrozumiałam, wyobraźnia też miała problem z pokazaniem mi, co też autor miał na myśli. Do tej lektury chyba trzeba się nieźle czymś najarać, żeby wpaść w odpowiedni klimat.
Gratuluję tym czytelnikom, którzy wiedzą, o co w tej książce chodzi. Przeczytałam do końca, ale mało co z tego zrozumiałam, wyobraźnia też miała problem z pokazaniem mi, co też autor miał na myśli. Do tej lektury chyba trzeba się nieźle czymś najarać, żeby wpaść w odpowiedni klimat.
Nie wiem, jak ocenić tę książkę. Nie dobrnąłem do końca, nie dałem rady. To po prostu zbyt fantastyczna fantastyka. Jakaś kobieta Schrödingera, jakaś materia zmieniająca się w czystą matematykę, nieludzkie modyfikacje ludzi, a wreszcie – o co tu w ogóle chodzi? Może to i dobra powieść, ale przekracza moje możliwości.
Nie wiem, jak ocenić tę książkę. Nie dobrnąłem do końca, nie dałem rady. To po prostu zbyt fantastyczna fantastyka. Jakaś kobieta Schrödingera, jakaś materia zmieniająca się w czystą matematykę, nieludzkie modyfikacje ludzi, a wreszcie – o co tu w ogóle chodzi? Może to i dobra powieść, ale przekracza moje możliwości.
Zwieńczenie cyklu Trakt Kefachuchiego. Wyjaśniają się pewne tajemnice z poprzednich dwóch części, wątki się zamykają.
Generalnie lektura trudna w odbiorze ale dająca satysfakcję z czytania.
Świat i bohaterowie bardzo obrazowo scharakteryzowani wraz z dylematami moralnymi ich dręczącymi.
Po tej lekturze muszę jednak odetchnąć i przeczytać coś lżejszego.
Zwieńczenie cyklu Trakt Kefachuchiego. Wyjaśniają się pewne tajemnice z poprzednich dwóch części, wątki się zamykają.
Generalnie lektura trudna w odbiorze ale dająca satysfakcję z czytania.
Świat i bohaterowie bardzo obrazowo scharakteryzowani wraz z dylematami moralnymi ich dręczącymi.
Po tej lekturze muszę jednak odetchnąć i przeczytać coś lżejszego.
"Pusta przestrzeń" to książka, z którą spotkałem się podczas poszukiwania perełek z gatunku antyutopii. Zachęcony tytułem jak i dobrą opinią postanowiłem zakupić książkę. Sama książka bogata jest w wyjątkowy styl pisarski, a dodatkowym atutem są znakomite opisy samych postaci, co oddaje niesamowity klimat czytanemu dziełu. Trzeba jednak dodać, iż jest to ciężka w odbiorze książka, która została napisana w doskonałym stylu, co jest dowodem na to, że mamy do czynienia ze znakomitym pisarzem. W zasadzie nie wiem czego oczekiwałem od tej książki, ale myślę, że był to ślepy traf.
"Pusta przestrzeń" to książka, z którą spotkałem się podczas poszukiwania perełek z gatunku antyutopii. Zachęcony tytułem jak i dobrą opinią postanowiłem zakupić książkę. Sama książka bogata jest w wyjątkowy styl pisarski, a dodatkowym atutem są znakomite opisy samych postaci, co oddaje niesamowity klimat czytanemu dziełu. Trzeba jednak dodać, iż jest to ciężka w odbiorze...
Książka specyficzna jak wszystkie tego autora. Poprzednim tomom trylogii dawałem po 7/10, Pustej Przestrzeni daję 6/10. Nie jest jakoś zauważalnie gorsza, ale jak dla mnie wszystkie minione wątki zostały "połapane" zbyt pobieżnie.
Książka specyficzna jak wszystkie tego autora. Poprzednim tomom trylogii dawałem po 7/10, Pustej Przestrzeni daję 6/10. Nie jest jakoś zauważalnie gorsza, ale jak dla mnie wszystkie minione wątki zostały "połapane" zbyt pobieżnie.
Bardzo dobra. Bardzo abstrakcyjna, momentami absurdalna. Ciężka i ambitna. Wymaga skupienia, bardzo bujnej wyobraźni i otwartego umysłu, bo niektóre koncepcje są tu bardzo abstrakcyjne. Książka wyzwanie.
Bardzo dobra. Bardzo abstrakcyjna, momentami absurdalna. Ciężka i ambitna. Wymaga skupienia, bardzo bujnej wyobraźni i otwartego umysłu, bo niektóre koncepcje są tu bardzo abstrakcyjne. Książka wyzwanie.
Akcja trylogii dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych: w teraźniejszości (poczynając od końca roku 1999 do niedalekiej przyszłości, mniej więcej 2050-2060) i odległej przyszłości (w XXV wieku i na początku XXVI). Ogólnie rzecz biorąc, pomiędzy pierwszym, a trzecim tomem mija około 50 lat. Opisując uniwersum, skupię się jednak na świecie futurystycznym, ponieważ współczesny nie wymaga komentarza - nawet w częściach osadzonych w latach pięćdziesiątych XXI wieku, świat przedstawiony nie różni się od rzeczywistego.
Nocne niebo rozświetla blask Traktu Kefahuchiego - widocznego z każdego punktu, w którym autor umiejscowił akcję wątku futurystycznego. Nazywany również K-Traktem (szczególnie w "Pustej przestrzeni"), jest definiowany jako widoczna gołym okiem osobliwość bez horyzontu zdarzeń. Niezbadany przez żadną z międzygwiezdnych cywilizacji, pozostaje, wydawałoby się, ostatnią tajemnicą stojącą na drodze do poznania sensu wszechświata. Mimo sąsiedztwa Wielkiej Niewiadomej, ludzkość bardzo dobrze prosperuje. Utrzymuje kontakty z obcymi, korzysta z nowych technologii i, wręcz doskonale, asymiluje się do życia na różnych planetach. Bohaterowie ani razu nie odwiedzają Ziemi, a gdy w ogóle o niej wspominają, używają określenia "Stara Ziemia". Można by z tego wywnioskować, że błękitna planeta dawno już straciła swoje znaczenie dla cywilizacji ludzkiej. Sam świat robi wielkie wrażenie. Pisarzowi science fiction, tak naprawdę, trudno jest być oryginalnym. W gatunku powstało już tyle zwariowanych i genialnych pomysłów na społeczeństwo przyszłości, że stworzenie czegoś zupełnie nowego i odkrywczego graniczy z cudem. Harrisonowi się udało. Każdemu, kto zdecyduje się w przyszłości przeczytać tę trylogię, polecam zwrócić szczególną uwagę na K-statki oraz postacie K-kapitanów i ich motywacje. Jak na fikcyjną technologię, wyjątkowo mocno pobudzają do myślenia, wzbudzają stanowczo zbyt silne i sprzeczne emocje, by je zignorować.
Czytelnik poznaje uniwersum z punktu widzenia dziesięciu kluczowych postaci (dwóch z wątku współczesnego, ośmiu z futurystycznego). Mamy tutaj genialnego, acz zwyrodniałego fizyka - seryjnego mordercę (Michael Kearney), jego byłą żonę - anorektyczkę i socjopatkę (Anna Waterman), K-Kapitan zmagającą się z traumami z przeszłości (Seria Mau), byłego kapitana statków kosmicznych, obecnie twinka (ichniejszy odpowiednik narkomana), niewiedzącego co dokładnie ze sobą zrobić (Ed Chianese), przewodnika po Strefie Zdarzenia Saudade (Vic Serotonin), detektywa i głównego antagonistę tego ostatniego (Lens Aschemann) i jego asystentkę (prawie do końca trylogii nieumiejącą zdecydować się jak ma na imię), załogę statku Nova Swing, a jednocześnie stałych bywalców barów na Saudade, niebezpośrednich uczestników konfliktu poprzednio wymienionych (Liv Hula, Gruby Antoyne, Irene). W skrócie: dość spore grono ekscentrycznych osobowości. Tworząc różnorodnych bohaterów, wypadałoby przypisać każdemu z nich odpowiednio charakterystyczny idiolekt. Niestety, Harrison nie podjął się tego zadania - wszyscy bohaterowie, może oprócz Serii Mau, wypowiadają się niemalże w ten sam sposób i to w dodatku dość ordynarny. Niepotrzebne nagromadzenie wulgaryzmów i motywów skatologicznych do pewnego stopnia szokuje, potem jednak zaczyna żenować. Warsztat natomiast jest bardzo nierówny - zdarzają się sceny napisane przepięknie oraz (często nawet poprzedzając te pierwsze) niemalże grafomańskie.
ŚWIATŁO
Pierwsza część trylogii składa się z trzech wątków (Michael Kearney, drugoplanowo Anna Waterman, wówczas jeszcze Kearney, Seria Mau, Ed Chianese), powiązanych ze sobą poprzez postać tajemniczego Shrandera oraz następujące motywy: wyparcia, ucieczki, strachu i wewnętrznej przemiany. Bardzo zachęcający początek cyklu, dobrze wprowadza w świat, prezentując najciekawsze jego aspekty, takie jak wcześniej wspominane K-statki, manewrujące w wielowymiarowej hiperprzestrzeni, krawcy genetyczni i ich pakiety modyfikacji oraz twink-tanki, dzięki którym można sobie wykupić możliwość czasowego stania się kimś innym (nieco przywodzące na myśl zderzenie rzeczywistości z powieści Dicka). Wszystkie te wynalazki stwarzają doskonałą okazję, by uciec od samego siebie. I tak, Michael koczuje z miejsca na miejsce, zabijając niewinnych, by oddalić się od przerażającego widma Shrandera, Seria Mau rezygnuje z człowieczeństwa na rzecz K-statków, a Ed Chianese uzależnia się od twinkowania. Przeszłość jednak nie daje o sobie zapomnieć, w rezultacie czego, bohaterowie będą musieli stanąć twarzą w twarz ze swoimi demonami i przedstawicielem pradawnej cywilizacji, który rozumie ludzkość lepiej niż sami ludzie.
"Światło" wypada znacznie lepiej niż "Nova Swing" i "Pusta przestrzeń" głównie przez dwie postacie: Serię Mau i Shrandera. O tej pierwszej już wspominałam w kontekście K-statków i idiolektów. Jest to zdecydowanie najlepiej przedstawiona postać w całej trylogii - prawdę mówiąc, gdyby nie ona, całkowicie zwątpiłabym w umiejętności autora w dziedzinie tworzenia przekonujących bohaterów. Shrander natomiast, sam w sobie, stanowi tajemnicę, przydającą powieści klimatu nietypowego dla science fiction. W moim odczuciu, to jedyna część Traktu Kefahuchiego, którą warto przeczytać.
NOVA SWING
Kryminał w stylu noir, umiejscowiony na planecie Saudade, w której doszło do osobliwego wydarzenia - kawałki Traktu Kefahuchiego zaczęły spadać na ziemię, tworząc Strefę Zdarzenia - miejsce niepodlegające prawom fizyki. Cały pomysł przywodzi na myśl "Stalkera" Tarkowskiego (każdemu, kto jeszcze tego filmu nie widział, polecam obejrzeć przed lekturą). Jedyna część trylogii o jednolitej płaszczyźnie czasowej - cała akcja dzieje się w przyszłości, w dodatku na jednej planecie. Wszystkie postaci są w jakiś sposób uwikłane w główną intrygę. Co prawda, miejsce akcji jest całkiem sporym miastem, ale, w zestawieniu z pozostałymi tomami, wydaje się niemalże klaustrofobiczne. Główni bohaterowie - z jednej strony Vic Serotonin, Liv Hula, Gruby Antoyne, Irene, z drugiej - Lens Aschemann i jego bezimienna asystentka, toczą spór. Vic, centralna postać powieści nielegalnie oprowadza po Strefie spragnionych surrealistycznych wrażeń śmiałków. Niezależnie od tego, coś dziwnego dzieje się z Traktem Kefahuchiego i z tajemniczego obszaru zaczynają się wyłaniać nierzeczywiści ludzie, próbujący nauczyć się żyć. Pojawiają się również przypadki dziwacznych śmierci - zwłoki unoszą się w powietrzu i, orbitując wokół jakiegoś niewidzialnego punktu, stopniowo znikają.
Nie jestem miłośniczką wątków kryminalnych, a już w szczególności w stylu noir. Mimo to "Nova Swing" wydaje mi się znośna. Nie jest to jednak powód, dla którego uważam, że z całej trylogii godnym polecenia jest jedynie "Światło" - istnieją nawet kryminały, którym dałam maksymalną ocenę (dla zainteresowanych - polecam Natsuo Kirino, wszystkie jej przetłumaczone na język polski powieści, z wyjątkiem (i tak wspaniałej) "Wyspy Tokio", zawierają wątek kryminalny, a naprawdę je uwielbiam) - problemem jest, wciąż uwierający styl Harrisona, sprawiający, że jedna część naprawdę wystarczy. Powtórka z rozrywki - wszechobecne ekskrementy, wymioty i "pieprzenie" (w ten sposób każda postać, bez względu na charakter wyraża się o seksie - dotyczy to wszystkich trzech tomów Traktu Kefahuchiego). Z "Novy Swing" pochodzi również część tytułu tego posta - "Kosmos w klimacie noir" - tak nazywa się jeden z rozdziałów, świetne podsumowanie atmosfery powieści. Jeśli już komuś miałabym to polecić, to wielbicielom tej właśnie konwencji, jako ciekawostkę.
PUSTA PRZESTRZEŃ
W ostatnim tomie, autor powraca do wątków z dwóch poprzednich - zarówno współczesnego, jak i futurystycznego - czytelnik spotyka ponownie wszystkich pozostałych przy życiu głównych bohaterów oraz paru nowych, choć mniej znaczących dla całości fabuły. Wyjaśnia wiele spraw, niektóre dosłownie, inne między wierszami (odczytywanie ukrytych znaczeń to główny powód, dla którego, przy dość negatywnym nastawieniu do trylogii, oceniłam ją względnie wysoko - w tym względzie, Harrison dostarcza okazji do inteligentnej rozrywki - choć zapewne wszystkich znaczeń nie odczytałam), dzięki czemu można się w Trakcie Kefahuchiego doszukać rozważań autora nad sposobami radzenia sobie z traumą, zagubieniem w świecie i odnalezienia, wydawałoby się straconegoj czasu tożsamości. Potwierdza również parę przypuszczeń, powstałych podczas lektury "Światła" i "Novy Swing". I, niestety, utwierdza w przekonaniu, że recenzowana seria stanowi, pod względem warsztatu, kolosalne nieporozumienie. To, co dało się wybaczyć poprzednim częściom, poprzez eksperymentowanie z uniwersum czy też klimatem, w "Pustej przestrzeni" staje się wtórne, a więc w żadnym razie niewytłumaczalne przez oryginalność. Niemniej, fabularnie, trzeci tom wypada nieco lepiej niż drugi, co plasuje go na bardzo podobnym poziomie.
Generalnie, uważam, że jeśli ktoś nie poprzestał na "Świetle" i zafundował sobie "Novę Swing", powinien przeczytać również "Pustą przestrzeń" - na podobnej zasadzie, co opisywana parę postów wcześniej, według której zdecydowałam się przeczytać "W pogoni za dalekim głosem" Yamady tylko dlatego, że przeczytałam już wszystko poza tą konkretną pozycją. Po dwóch tomach, można się przyzwyczaić nawet do żenującego warsztatu, choćby ze względu na nieżenującą treść.
PODSUMOWANIE
Trakt Kefahuchiego zawodzi i dzieli czytelników Uczty Wyobraźni (a więc ludzi przyzwyczajonych do sporych dziwactw) - niektórzy go kochają, inni uważają, że trylogia jest zdecydowanie za słaba na tę serię. Należę do tej drugiej grupy, trudno mi pojąć, dlaczego w ogóle się w niej znalazła. Nie tylko ona zresztą - również i reszta twórczości Harrisona (nawet pomimo sympatii dla "Viriconium"). Można się tu doszukać intrygujących interpretacji (jedną z nich nawet miałam okazję przeczytać - przedstawiała wątek futurystyczny jako projekcję wyobraźni bohaterów współczesnych), ale sposób przedstawienia opowieści pozostawia zdecydowanie zbyt wiele do życzenia. Metafora nie wystarczy, by uczynić coś ambitnym - o czym, niestety, wielu zdaje się zapominać. Nie twierdzę przy tym, że autentyczni fani trylogii powinni się wstydzić - daleko mi do tego. Chcę jedynie zaznaczyć, że ukryty sens nie zmienia automatycznie szmiry w wybitne dzieło - a z taką opinią spotykam się, ostatnimi czasy, zdecydowanie za często. Fantastyka, w zasadzie, bez względu na podgatunek, opiera się na metaforach. Wyobraźnia ma swoje źródło w obserwacji i przetwarzaniu rzeczywistości. Dlatego, nawet jeśli wątek fantastyczny powstaje jedynie, by przedstawić świat inny niż rzeczywisty, pomysł na odmienną cechę jest w jakiś sposób powiązany z autentyczną, a dekodowanie ukrytych znaczeń przypomina nieco psychoanalizę. Nawet jeśli autor wprowadza je świadomie, dlaczego granica między wybitnym, a przeciętnym miałaby zależeć jedynie od stopnia świadomości autora? W końcu, sama metafora nie przedstawia automatycznie żadnej idei - stwarza jedynie okazję do prowadzenia z czytelnikiem gry, zagadkę, mającą go zmusić do myślenia. Oczywiście, dobrze, gdy człowiek myśli, ale zadania z matematyki w szkole spełniają tę samą funkcję - czy to oznacza, że każdy, kto stworzy w miarę skomplikowane zadanie matematyczne, jest geniuszem? Nie dajmy się zwariować! Udana metafora może znacznie podnieść wartość i wzmocnić przesłanie całości, ale jest ona jedynie środkiem stylistycznym i sama w sobie, niepoparta żadną odkrywczą ideą, w prozie niewiele znaczy. Piszę to, by uczulić ewentualnych wielbicieli, którzy, w zetknięciu z krytyką ich ulubionych dzieł, wyzywają jej autora od głupców, nierozumiejących przekazu autora. Pozwolę sobie powiedzieć, że rozumiem wystarczająco wiele, by stwierdzić, że mi to nie wystarcza i nie widzę sensu rozciągania fabuły na całą trylogię. "Światło" wystarczy.
Opublikowano także na blogu: esothsphere.blogspot.com
Akcja trylogii dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych: w teraźniejszości (poczynając od końca roku 1999 do niedalekiej przyszłości, mniej więcej 2050-2060) i odległej przyszłości (w XXV wieku i na początku XXVI). Ogólnie rzecz biorąc, pomiędzy pierwszym, a trzecim tomem mija około 50 lat. Opisując uniwersum, skupię się jednak na świecie futurystycznym, ponieważ...
Kończy się moja przygoda z trylogią Harrisona. Aż się prosi napisać o zakończeniu, jednak nie chcę nikomu niczego zdradzać. Po słabszym drugim tomie, Harrison wraca do sprawdzonej formy, czyli przeplatania teraźniejszości z przyszłością. Tym razem Autor skupia się na Annie, żonie Michael'a Kearney'a.
Ale po co streszczać fabułę? Przecież nie o to chodzi w recenzji.
Harrison jest niesamowicie dowcipnym facetem. Tak, wnioskuję po tych trzech tomach. Przeplata mnóstwo tzw. "smaczków", które zdradzają, po przeczytaniu zakończenia, z czym tak naprawdę obcowaliśmy. Tempo jak tempo. To, co dzieje się przed zakończeniem, to bardziej gra z Czytelnikiem. Ciągłe intrygowanie poprzez zanudzenie. Harrison w ogóle jest pełen sprzeczności. Chce się o nim napisać wszystko i nic. I chyba to jest najlepsze - to, jak Czytelnicy reagują po lekturze. Są peany, są żale. Cała gama emocji. Tylko najwięksi potrafią coś takiego.
Kończy się moja przygoda z trylogią Harrisona. Aż się prosi napisać o zakończeniu, jednak nie chcę nikomu niczego zdradzać. Po słabszym drugim tomie, Harrison wraca do sprawdzonej formy, czyli przeplatania teraźniejszości z przyszłością. Tym razem Autor skupia się na Annie, żonie Michael'a Kearney'a.
Ale po co streszczać fabułę? Przecież nie o to chodzi w...
Gdybym miał teraz krótko powiedzieć o czym jest cała trylogia Harrisona to stwierdziłbym, że o szukaniu sposobu na radzenie sobie ze swoją przeszłością. O tym jak definiowana jest nasza przyszłość: jak mocno przez różne traumy, lęki, bagaże doświadczeń z przeszłości a jak słabo przez potencjalne możliwości jakie oferuje rzeczywistość i życie samo w sobie.
Mam teorię wedle której jedynymi bohaterami (w przynajmniej jedynymi z naszej "normalnej" rzeczywistości) są osoby występujące w wątku Michaela Kearneya z "Światła" i Anny Waterman z "Pustej Przestrzeni". Reszta bohaterów i rzeczywistość w której funkcjonują to nie jest wcale XXV wiek w naszej linii świata - to raczej projekcje pragnień, obsesji, dążeń, obaw i patologii dwójki głównych bohaterów.
Do dyskusji pozostaje to, czy owe projekcje to tylko symbol i jedna wielka przenośnia czy może jednak jakaś prawdziwa rzeczywistość ontologicznie ukonstytuowana przez kod zapisany na twardym dysku, który Kearney zostawia żonie. Osobiście bliżej mi do drugiego rozwiązania.
Jest wiele tropów w trylogii, które spowodowały, że interpretuję świat przedstawiony właśnie tak (nie będę ich teraz wyjaśniał, tylko zaznaczę - jak kto ciekaw to możemy pogadać):
- koty
- tatuaż na ręce Sprake'a
- tekst napisany pisakiem na ciele pierwszej ofiary Kearneya i Sprake’a
- Sprake (rudy chudzielec) i Nowi Ludzie (rudzi chudzielce)
- dość wulgarne i dosadne podejście do tematów seksu - owe "rżnięcia" i masturbacje które tak mocno zostały zauważone przez wielu internautów ale nie zostały wzięte pod uwagę jako jeden z kluczy do fabuły. A jeśli Harrison używa tak często pewnych motywów to na bank nie robi tego przypadkowo.
- czaszkowe radio
- istnienie w "XXV wieku" takich tworów jak riksze, samochody cadillaki rocznik 1952, osoby spod krawieckiej igły o fenotypie Einsteina lub Monroe.
- świat ze wspomnień/snów Serii Mau
- kwestionowanie rzeczywistości przez bohaterów (np. Aschemann, Bonaventure)
- i kilka jeszcze innych
Takie podejście do ontologii w trylogii Harrisona prowadzi do następującej konkluzji:
Michael Kearney toczy batalię o własną przyszłość, toczy ją z demonami przeszłości, z samoizolacją spowodowaną przerażeniem własną przypadłością (widzenie prawdziwej natury świata jako deterministycznego algorytmu). Fatalizm nie do przejścia, tarot i kości Shrandera, które miały za zadanie wprowadzić odrobinę losowości w jego życie nie działają jak powinny, są bezużyteczne. Nieuchronność własnej przyszłości przeraża przez całe życie - dopiero coś w rodzaju objawienia na plaży pod koniec Światła pozwala mu pójść dalej i uciec z "Cierniowa" - z własnego wewnętrznego więzienia. Kearney ostatecznie zrozumiał, że był w błędzie - że powinien przestać się panicznie bać i może wziąć swoje życie we własne ręce. I ważne jest tutaj dopełnienie historii Kearneya w ostatnich rozdziałach przez postacie Serii Mau (biały kot, symbol przeszłości, która jest już nie do zmiany, z którą powinniśmy się pogodzić) oraz Eda Chianese (czarny kot, symbol przyszłości, której nie powinniśmy planować całkiem rozumowo lecz raczej powinniśmy dać się porwać nieskończonej liczbie możliwości - jak Ed dał się porwać Traktowi).
Historia Anny to trochę inne podejście. Anna Waterman to również osoba dręczona przeszłością podobnie jak jej były mąż. Dręczona wspomnieniami o nim, którego już z niewyjaśnionych powodów słabo pamięta. Podtytuł "Pustej Przestrzeni" to "The Haunting". W interpretacji "na gorąco, zaraz po zamknięciu książki" - chodzi tu o nawiedzanie Anny przez samą siebie (i o nawiedzanie asystentki - alter ego Anny - również przez samą siebie) podczas jej superpozycji w Alefie. Ale może właśnie chodzi również o nawiedzanie nas przez naszą przeszłość, wybory, które podjęliśmy? Może można odrzucić przeszłość, wymazać ją i ruszyć do przodu? A może można mimo, wszystko kreować swoją przyszłość w oderwaniu od tego co było? Niekoniecznie jak się okazuje. Zarówno Anna jak i Asystentka (wersja Anny w której pozbawiona jest ona bagażu przeszłości) nie mogą w żaden sposób wpłynąć na wydarzenia, które już nastąpiły. Pamięć o przeszłość i kreowanie przyszłości muszą zawsze współistnieć w harmonii jak yin i yang (czarne i białe koty).
Oczywiście mam mnóstwo wątpliwości i innych wariackich przypuszczeń (czy Tate w ogóle istniał? co dokładnie stało się z Kearneyem? co oznacza trzykrotnie widziana przez różne osoby wizja waginy wyłaniająca się ze ściany? co oznacza jedna z najbardziej rypiących mózg scen w trylogii, czyli zbiorowa masturbacja w domu Tate'a przy "czaszkowym radiu", którą podgląda Anna z twardym dyskiem w ręku?)
Kończę spojlerowanie.
To co napisałem to tylko wierzchołek góry lodowej i tak naprawdę moja interpretacja po jednokrotonym czytaniu po kilkuletniej przerwie. Do Harrisona będę wracał na pewno nie raz i zapewne nastepnym razem jeszcze inne rzeczy mi się pokażą (tak samo mam np. z Wolfem). Bo może jeszcze udało by się bardziej nawiązać do "Drogi Serca" - mam też parę wniosków ale już nie będę się rozpisywał (Pam/Lucas/Karzeł vs. Anna/Michael/Shrander). A może ledwie musnąłem istotę rzeczy, może tylko się ślizgam po powierzchni, a może jednak nie zrozumiałem, a może warstw interpretacyjnych jest o wiele więcej w coraz drobniejszej skali, jak we fraktalnej strukturze rzeczywistości, którą widzi Kearney.
Czytajcie Harrisona :) Jego twórczość to jest naprawdę o wiele, wiele więcej niż się wydaje z wierzchu. - tylko trzeba mieć na nią naprawdę sporo czasu i wypoczęty umysł co akurat ostanio posiadałem.
Gdybym miał teraz krótko powiedzieć o czym jest cała trylogia Harrisona to stwierdziłbym, że o szukaniu sposobu na radzenie sobie ze swoją przeszłością. O tym jak definiowana jest nasza przyszłość: jak mocno przez różne traumy, lęki, bagaże doświadczeń z przeszłości a jak słabo przez potencjalne możliwości jakie oferuje rzeczywistość i życie samo w sobie.
Do cyklu „Trakt Kefahuchiego” podchodziłem z pewnym dystansem. Na podstawie recenzji i opinii znajomych wytworzyłem sobie w głowie obraz książek innych, specyficznych, momentami ciężko strawnych. Tym większe było, zatem, moje zdziwienie kiedy okazało się, że po skończeniu „Światła” ręka sama wyciągnęła z półki „Nova Swing” a zaraz po niej w moich dłoniach wylądowała „Pusta przestrzeń”. Nie oznacza to wcale, że, wbrew obiegowym opiniom, proza Harrisona jest łatwa lekka i przyjemna. Wprost przeciwnie, znaków zapytania znajdziemy tu więcej niż odpowiedzi a godłem pisarza i jego trylogii zdaje się być nieokreśloność. Ale po kolei.
„Światło” to powieść o bardzo klarownej strukturze: obserwujemy trzy przeplatające się wątki związane z trzema głównymi aktorami powieści.
Akcja pierwszego z nich dzieje się w czasie nam współczesnym a głównym bohaterem jest naukowiec, Michael Kerney. Dość szybko dowiadujemy się (a raczej wynika to z treści kolejnych rozdziałów), że Michael, wraz ze swym współpracownikiem, Brianem Tatem będzie odpowiedzialny za jedno z najbardziej przełomowych odkryć w dziejach ludzkości. Póki co jednak fizyk miota się między praca naukową, a własnymi, dość poważnymi problemami emocjonalnymi, w tym zupełnie niejasnymi relacjami z byłą żoną Anną. Dodatkowo całego jego życie naznaczone jest obecnością tajemniczej i złowrogiej istoty nazywanej Shranderem.
Akcja dwóch pozostały wątków głównych „Światła” rozgrywa się w przyszłości, w roku 2400. Obserwujemy kapitan Serię Mau Genlicher podróżującą k-statkiem zwanym „Białą Kotką” oraz Eda Chianese, mieszkańca Nowego Wenusportu uzależnionego od wirtualnych przeżyć w tankach.
Niemym świadkiem wszystkich wydarzeń jest Trakt Kefahuchiego, osobliwy fragment kosmosu, odkryty jeszcze w czasach Michaela ale wciąż pozostający zagadką.
Namiastkę tego czym wspomniany Trakt może być otrzymujemy w „Nova Swing”. Druga powieść z cyklu przenosi nas do Saudade, miasta przyszłości, w okolicach którego powstała strefa Zdarzenia utworzona przez spadające z kosmosu fragmenty wspomnianego Traktu. Narzucające się od razu skojarzenia z „Piknikiem na skraju drogi” są jak najbardziej na miejscu, przy czym należy zaznaczyć, że dzieło Harrisona to jednak zupełnie inna powieść korzystająca raczej z motywu „strefy” dodatkowo krzyżując go z kryminałem w klimatach noir. Głównym bohaterem powieści zdaje się być Vic Serotin, egoistyczny przemytnik czerpiący pełnymi garściami z możliwości jakie daje sąsiadująca z Saudade tajemnicza strefa. Po drugiej stronie barykady znajduje się ścigający Vica detektyw Aschemann współpracujący z, budzącą kontrowersyjne odczucia, Asystentką. Jak to jednak u Harrisona bywa fabuła skręca w różne strony i element będący zwieńczeniem „Nova Swing” staje się częściowo punktem wyjścia dla „Pustej Przestrzeni”.
Ostatni tom trylogii powraca do struktury poznanej w „Świetle” - trzy historie opisane
w przeplatających się rozdziałach. Ponownie wracamy na Ziemię i obserwujemy życie rozchwianej emocjonalnie Anny, byłej żony Michaela. Sądząc po metryce kobiety, akcje dzieje się dwie – trzy dekady po wydarzeniach z pierwszego tomu. Oprócz tego obserwujemy dalsze losy bohaterów poznanych w „Nova Swing” czyli tajemniczej Asystentki z Saudade, oraz wspólników
z transportowej, międzygwiezdnej firmy „Fracht Luzem”. Celowo pomijam tutaj ich personalia aby nie zdradzać rozwiązań fabularnych z końca drugiego tomu cyklu.
Jak wspomniałem na wstępie prozę M.J. Harrisona cechuje spora nieokreśloność. Zwolennicy prowadzenia fabuły od A do Z, jasnych i klarownych rozwiązań oraz domykania wszystkich wątków nie znajdą z autorem wspólnego języka. U Brytyjczyka bowiem fabuła stanowi często pretekst do podrzucenia idei, pomysłów czy przedstawienia złożonych relacji międzyludzkich. Wszystkie części cyklu wypełnione są wątkami, które nie mają początku lub końca (czasem ani jednego ani drugiego). Nietrudno się domyślić, że poszczególne wątki będą się ze sobą w jakiś sposób splatać ale autor pozostawia całe mnóstwo niedopowiedzeń a nieraz celowo wpycha czytelnika w ślepą uliczkę. Dodatkowo należy pamiętać, że mamy do czynienia z twardą fantastyką naukową i to nielichego kalibru. Nie bez powodu twórczość Harrisona bywa nazywana fantastyką kwantową. Śmiałe wizje potrafiące zawstydzić nasza wyobraźnię to nieodłączna część cyklu. W tym momencie nasuwa mi się obrazek dziecka przed którym ktoś rozsypał wieloelementowe puzzle i dodatkowo nie przedstawił obrazka, który trzeba ułożyć. Można poskładać ramę oraz co bardziej charakterystyczne elementy ale w wielu miejscach nie wiadomo co począć. Dodatkowo, w trakcie układania, okazuje się, że niektórych elementów zwyczajnie brakuje i trudno powiedzieć czy ktoś o nich zapomniał czy zostały może zgubione przez nieuwagę układającego.
Niezależnie jednak o tego jak bardzo czasem czułem się zgubiony nie potrafiłem się złościć na autora. Po prostu czułem, że za tym wszystkim stoi jeden spójny pomysł a nie zbieranina przypadkowych idei.
Podobne, niejednoznaczne odczucia można mieć w stosunku do warstwy językowej trylogii. Autor posługuje się sprawnym czasami nawet hipnotycznym piórem, doskonale opisującym świat i relacje między bohaterami. Czasami zdarza mu się jednak zejść do całkowicie surowego, pierwotnego języka. Mimo że w trakcie całego cyklu dochodzi do sporej ilości zbliżeń seksualnych trudno mówić tutaj o warstwie erotycznej. Głównie dlatego, ze autor nie pisze o seksie a o rżnięciu traktując tą czynność dość przedmiotowo. Zdarzają się też momenty kiedy bohaterowi nagle chce się po prostu srać. Taka surowa dosłowność może czasem przeszkadzać a wręcz jawić się jako odstręczająca.
Cóż, trzeba sobie jasno powiedzieć, że „Trakt Kefahuchiego” to nie jest cykl dla każdego. Mnie osobiście konwencja kupiła, jestem zadowolony z czasu spędzonego z lekturą i chętnie sięgnę jeszcze po twórczość M.J. Harrisona. Najprościej rzecz ujmując uznaję lekturę cyklu jako satysfakcjonującą. Zdaje sobie jednak sprawę, że nawet wśród zwolenników fantastyki naukowej znajdą się osoby, które nie zostaną fanami Brytyjczyka.
Na koniec chciałbym rzec słowo o polskim wydaniu trylogii. Wszystkie książki ukazały się w ramach znakomitej serii „Uczta Wyobraźni” wydawnictwa MAG. Myślę, że nie trzeba dodawać nic poza tym gdyż ta seria sama w sobie jest gwarantem wysokiej jakości książki jako produktu.
Do cyklu „Trakt Kefahuchiego” podchodziłem z pewnym dystansem. Na podstawie recenzji i opinii znajomych wytworzyłem sobie w głowie obraz książek innych, specyficznych, momentami ciężko strawnych. Tym większe było, zatem, moje zdziwienie kiedy okazało się, że po skończeniu „Światła” ręka sama wyciągnęła z półki „Nova Swing” a zaraz po niej w moich dłoniach wylądowała „Pusta...
Nie rozwodząc się zbytnio - "Pusta przestrzeń" była dla mnie ogromnym zawodem. Parafrazując samego Autora - powieść ta wydaje się niczym więcej, jak kulturowym bełkotem, z którego nic konkretnego i ważnego nie wynika. Co zaś najgorsze, po lekturze zmieniły się też moje odczucia względem wcześniejszych części trylogii Harrisona. Wszystkie te historie utraciły jakby nagle na znaczeniu, stały się pretekstem do popisania się niecodziennym jak na fantastykę stylem. Z radością pozbędę się tego balastu z mojej półki.
Nie rozwodząc się zbytnio - "Pusta przestrzeń" była dla mnie ogromnym zawodem. Parafrazując samego Autora - powieść ta wydaje się niczym więcej, jak kulturowym bełkotem, z którego nic konkretnego i ważnego nie wynika. Co zaś najgorsze, po lekturze zmieniły się też moje odczucia względem wcześniejszych części trylogii Harrisona. Wszystkie te historie utraciły jakby nagle na...
Uczta Wyobraźni to niezwykła seria, jedna z moich ulubionych. Wymagająca czasu i skupienia, ale zapewniająca niezwykłe literackie doznania.
Z Michaelem J. Harrisem miałam już styczność przy lekturze „Nova swing”, gdzie oczarował mnie swoim stylem i wyobraźnią. Używa bogatego, barwnego języka i odmalowuje nim nieziemskie historie.
„Pusta przestrzeń” kończy trylogię składającą się ze „Światła” i „Nova Swing”. Całość powieści jest nieszablonowa, trudno ją okiełznać o poukładać – trzeba ją po prostu przeczytać :) Mamy w niej do czynienia z kilkoma, powiązanymi i przeplatającymi się wątkami. Ponownie spotykamy też bohaterów poznanych w dwóch poprzednich tomach – Annę oraz załogę Nova Swing.
Michael John Harrison to bardzo specyficzny pisarz , wzbudza skrajne odczucia – albo się go uwielbia albo nie znosi. Ja uwielbiam jego styl pisania, pełen niedopowiedzeń i metafor, pełen ukrytej symboliki. Nie jest to łatwa lektura, trzeba się mocno skupić, czasem zdarzało mi się wracać do niektórych fragmentów, aby zrozumieć, o co chodzi. Ale było warto! Świat wirtualny stworzony przez Autora jest niezwykły, zupełnie z innej bajki, niepowtarzalny i bardzo oryginalny.
„Pusta przestrzeń” to nie jest lekkie i odprężające czytadło, to dość trudna książka, ale pozostawiająca w umyśle czytelnika trwały ślad. Nie można o niej łatwo zapomnieć. Moja wyobraźnia podczas tej uczty dostała niezłą pożywkę – czego i Wam życzę !
Uczta Wyobraźni to niezwykła seria, jedna z moich ulubionych. Wymagająca czasu i skupienia, ale zapewniająca niezwykłe literackie doznania.
Z Michaelem J. Harrisem miałam już styczność przy lekturze „Nova swing”, gdzie oczarował mnie swoim stylem i wyobraźnią. Używa bogatego, barwnego języka i odmalowuje nim nieziemskie historie.
"Pusta przestrzeń" jest trudną książką. Jej treść budują trzy pozornie niezależne wątki, które w miarę upływu lektury zaczynają budować jedną całość. Narracja opiera się o wiedzę bohaterów, którzy w różny sposób postrzegają swoją rzeczywistość i w mocno zindywidualizowany sposób opisują ją, poddają się jej i wtapiają w jej konstrukcję. Dowód? Anna żyje w "naszej" rzeczywistości, Tony w jakimś świecie przyszłości, gdzieś w kosmosie, detektyw prowadząca jego sprawę niby też żyje w świecie Tonego, ale odbiera go już zupełnie inaczej. Dodatkowo płaszczyzna, w której łączą się wszystkie wątki, jest tak jakby poza dosłownym zrozumieniem, jak ulotna i na wpół realna siła. Jak widać konstrukcja i forma opowiadania nie jest wcale prosta. Ciężko tutaj uchwycić jakąkolwiek dosłowność, nie znamy "historii" postaci, musimy sami zrozumieć wiele zagadnień, żeby móc odczytać w sposób prawidłowy stronę przyczynowo-skutkową całej powieści. Przeplatają się tutaj różne formy - jest kryminał, jest horror, jest fantasy, science fiction, nurt filozoficzny i parę innych. Wyjątkowo godne podziwu jest tutaj jednak to, że przy całej tej dziwacznej niby konstrukcji nie odczuwamy żadnych zgrzytów czy niekonsekwencji. Pozycję czyta się płynnie i gładko, choć z niemałym wysiłkiem umysłowym, do którego zmusza nas samodzielne konstruowanie elementów treści, które autor celowo pominął i zostawił w gestii domysłów. Polecam serdecznie wszystkim tym, którzy dość mają powszechnej, prymitywnej literatury dla rozchichotanych nastolatków i zmęczonych kur domowych!
"Pusta przestrzeń" jest trudną książką. Jej treść budują trzy pozornie niezależne wątki, które w miarę upływu lektury zaczynają budować jedną całość. Narracja opiera się o wiedzę bohaterów, którzy w różny sposób postrzegają swoją rzeczywistość i w mocno zindywidualizowany sposób opisują ją, poddają się jej i wtapiają w jej konstrukcję. Dowód? Anna żyje w "naszej"...
„Pusta przestrzeń” to trzeci, a zarazem ostatni tom trylogii Trakt Kefahuchiego autorstwa M. Johna Harrisona, pisarza na tyle specyficznego, że z reguły albo się jego dzieła kocha, albo się w nich nie gustuje. Obok Chapmana i Duncana należy do najbardziej kontrowersyjnych autorów opublikowanych jak dotąd w serii Uczta Wyobraźni i w gruncie rzeczy trudno jego prozę polecać lub odradzać, nawet znając upodobania konkretnego czytelnika. To lektura-niespodzianka, która budzi skrajne odczucia. Po Harrisona trzeba po prostu sięgnąć i sprawdzić, czy dołączy się do grona zachwyconych, czy może rozczarowanych. Ja niestety staję po stronie tych drugich.
Ci, których opis specyficznej i niestandardowej prozy Harrisona zachęca, muszą jednak pamiętać o tym, że zaczynanie lektury od „Pustej przestrzeni” nie jest rozsądnym pomysłem. Najpierw czytamy „Światło”, potem „Nova Swing”. A potem decydujemy, czy mamy już dość, czy wręcz przeciwnie. „Pusta przestrzeń” to, niestety, najsłabszy tom trylogii. W „Świetle” najmocniejszym punktem była kreacja świata, na którą składają się zarówno nowatorskie pomysły autora, jak choćby K-statki, jak i skąpienie informacji o tymże świecie i wrzucanie czytelnika na głęboką wodę, by zaoferować mu koło ratunkowe dopiero w którymś z dalszych rozdziałów. Z kolei w „Nova Swing” na pierwszy plan wysunął się klimat — sam pisarz zatytułował jeden z rozdziałów „Kosmos w stylu noir” i był to opis nad wyraz trafny. Tymczasem w „Pustej przestrzeni” otrzymujemy kalki tego, co już znamy, zarówno na poziomie treści, jak i formy.
Największym plusem tomu trzeciego jest połączenie ze sobą wielu wcześniejszych wątków — w czasach współczesnych ponownie spotykamy Annę, żonę Michaela, znajdującą się obecnie w jeszcze gorszym stanie psychicznym niż poprzednio, korzystającą z pomocy specjalisty; śledzimy perypetie załogi Nova Swing, którą tworzą Liv Hula, mona Irene i Gruby Antoyne poznani na kartach drugiego tomu trylogii; towarzyszymy też byłej asystentce detektywa Aschemanna w kolejnym śledztwie w Saudade, gdzie Strefa nie odgrywa już równie znaczącej roli co kiedyś. Cieszy ta rola klamry łączącej ze sobą dwie poprzednie części cyklu, cóż jednak z tego, skoro fabuła, tradycyjnie już u Harrisona, stoi w miejscu i w gruncie rzeczy zmierza donikąd. Bohaterowie — również: jak zawsze — miotają się i nie wiedzą, czego tak właściwie chcą od życia. Oczywiście, trudno nie dostrzegać w tym motywu przewodniego, ale nie jest łatwo przejmować się postaciami skrajnie antypatycznymi, skrzywionymi przez autora do granic możliwości, a momentami wręcz karykaturalnymi.
Bez zmian także na płaszczyźnie językowej. Harrison przemiela w kolejny sposób te same opisy i dialogi, choć ci, którzy mają za sobą poprzednie dwa tomy, zdążyli się już pewnie znieczulić na jego zamiłowania do opisywania ludzi, ich uczuć i ich fizjologii w sposób odpychający. Kolejne sceny, mające — chyba? — szokować, po prostu śmieszą, zwłaszcza gdy autor po raz wtóry z lubością używa tych samych słów i konstrukcji; każdy z bohaterów „rzyga”, każdy „rżnie się”, co jakiś czas rzuci jakąś „kurwą”. Na poziomie językowym, tak samo jak na poziomie koncepcyjnym, fabularnym i formalnym, to po prostu powtórka z tego, co znamy już albo ze „Światła”, albo z „Nova Swing”.
Nie chcę nikogo do lektury Harrisona zniechęcać, ale trudno mi ukrywać, że nie podzielam zachwytów i nie rozumiem fenomenu autora. Owszem, jego powieści wyróżniają się; owszem, trudno je zaszufladkować, przylepić na nich gatunkową etykietę. Ale nie potrafię się wyzbyć wrażenia, że mało kto będzie czerpał przyjemność ze spotkania z tego typu prozą, głównie z uwagi na specyficzne podejście do fabuły, bohaterów i stylu. A szkoda, gdyż potencjał zdecydowanie tkwi w tym świecie i koncepcjach pokroju K-statków, tanków, krawców czy Strefy Zdarzenia. Spróbujcie jednak, sięgnijcie po „Światło” i zdecydujcie, czy Trakt Kefahuchiego jest dla Was. Dla mnie — zdecydowanie nie.
---
Zarówno tę recenzję, jak i wiele innych tekstów znajdziecie na moim blogu: http://oceansoul.waw.pl/ Serdecznie zapraszam!
„Pusta przestrzeń” to trzeci, a zarazem ostatni tom trylogii Trakt Kefahuchiego autorstwa M. Johna Harrisona, pisarza na tyle specyficznego, że z reguły albo się jego dzieła kocha, albo się w nich nie gustuje. Obok Chapmana i Duncana należy do najbardziej kontrowersyjnych autorów opublikowanych jak dotąd w serii Uczta Wyobraźni i w gruncie rzeczy trudno jego prozę polecać...
"Nie próbuj niczego, jeśli nie czujesz się zagubiona albo nie płoniesz. W przeciwnym razie, jak zdołałabyś to zapamiętać?"
Akcja powieści zaczyna się od momentu, w którym Anna Waterman, zasadniczo główna bohaterka, wraz ze swoim kotem znajduje coś obrzydliwie dziwnego, wyglądającego jak zwierzęce wnętrzności. Zaniepokojona kobieta postanawia zadzwonić do swej córki Marnie, z którą przez wiele lat nie miała kontaktu. Dziewczyna odzywała się do matki tylko wtedy, gdy chciała przypomnieć jej o zbliżającej się wizycie u doktor Alpert - psycholog, która sprawowała nad nią pieczę od ponad trzech lat. Współpracę z pacjentką rozpoczęła od analizowania snu podopiecznej, który nieustannie ją dręczył. Anna nie miała bowiem łatwego życia. Odkąd była nastolatką, miała problemy natury umysłowej. Zaczęło się od anoreksji, na którą zachorowała w wieku dziewiętnastu lat. Z biegiem czasu kobieta stawała u kresu wytrzymałości, co wiązało się z dwoma próbami samobójczymi. Wszystko uległo zmianie, gdy poznała swego przyszłego męża.
Niestety patrząc z perspektywy minionych lat, jego obecność nie wniosła w życie Anny niczego dobrego. Mężczyzna ten wykładał fizykę matematyczną na jednym z londyńskich uniwersytetów i, mimo że jego prawdziwe nazwisko to Kearney, pragnął, aby nazywano go Brianem Tatem. Charakteryzowały go ogromne skłonności do depresji, która prawdopodobnie była motorem do misji samobójczej. Pewnego wieczoru Michael zanurzył się w Atlantyku i ślad po nim zaginął; jego ciała nigdy nie odnaleziono. Informacje dotyczące jego śmierci są jedynie spekulacjami i niepotwierdzonymi teoriami, albowiem najbliższa mu osoba starannie wyparła ze swej pamięci wszystkie wspomnienia, w których on się znajdował. Znalazła pocieszenie u boku innego mężczyzny, z którym zaszła w ciążę i wkrótce urodziła córkę; nigdy nie łączyła jej z nią żadna głębsza więź.
W kolejnym wątku przedstawionym przez autora, najważniejszymi postaciami są Gruby Antoyne, Liv Hula i Irene, czyli twórcy przedsiębiorstwa Saudade. Później poznajemy również Asystentkę, której budową cechują się roboty, a nie istoty ludzkie. Mimo że chciałabym napisać więcej o historii tych bohaterów, boję się, że naprawdę bym to zrujnowała. Harrison stworzył bowiem świat, w którym nic nie jest oczywiste, a czytelnik przy zapoznawaniu się z lekturą, zadaje sobie mnóstwo pytań, nie mogąc dopasować do siebie kolejnych części układanki. Pusta przestrzeń jest zagadką, której nie potrafię rozszyfrować. Jest to sequel Światła i Nova Swing, będących częściami Trylogii Traktu Kefahuchiego. Wszystkie trzy powieści należą do cyklu wydawnictwa MAG, noszącego nazwę Uczta Wyobraźni. Czy jednak czytanie tej książki było ucztą dla mojej wyobraźni?
Przed decyzją przeczytania tej pozycji zapoznałam się z jej krótkim opisem, który zaciekawił mnie do tego stopnia, że musiałam się po nią sięgnąć niemal natychmiast. Rozpoczynając lekturę, opowieść wywołała we mnie pozytywne uczucia, o których pozostaniu byłam pewna. Szybko jednak pozbawiłam się tych wrażeń... Niestety wraz z przewracaniem kolejnych kartek, fabuła stawała się coraz nudniejsza, o ile w ogóle można w przypadku tej książki o niej wspominać. Tempo, w jakim autor próbował rozwijać wszystkie trzy wątki jednocześnie, był lekko mówiąc powolny. Przez niemal dwieście stron nie działo się praktycznie nic, a ja, jako czytelnik, chciałam jak najszybciej skończyć tę katorgę.
Mimo że autor trylogii żyje w czasach współczesnych i w takich również napisał swą książkę, jego styl pisania pozostawia dużo do życzenia. Będąc osobą, która do ulubionych powieści zalicza takie, które czyta się z przyjemnością, nie zadowoliłam się Pustą przestrzenią. Czytanie sprawiało mi wiele trudności zwłaszcza wtedy, gdy po męczącym dniu chciałam odprężyć się, siadając w fotelu z lekką książką w ręku. Tej pozycji z pewnością nie można wrzucić do takiego worka. Zaliczając się do science-fiction, a co za tym idzie - do fantastyki, nie ma w sobie nic ciekawego, a jedynie coś skomplikowanego. Niełatwo jest rozgryźć zamiary autora względem tego dzieła. Nie należy ono do najłatwiejszych i nie wywoła uśmiechu na twarzy nastolatka, który do tej pory czytał tylko literaturę młodzieżową, charakteryzującą się treścią łatwą w odbiorze. Trylogia Harrisona jest jej całkowitym przeciwieństwem.
Mówiąc otwarcie i bez zbędnego przedłużania: Pusta przestrzeń nie należy do moich ulubionych książek. Nie mogłam zrozumieć wielu wątków, a jedyny, który naprawdę mi się spodobał, zaliczany jest do obyczajowego. Przez cały czas czułam się zdezorientowana, nie wiedząc, co autor mógł mieć na myśli, zagłębiając się we wszystkie możliwe szczegóły i poświęcając im naprawdę długie chwile na opisy. Polecę tę książkę tylko i wyłącznie osobom, które zapoznały się z poprzednimi częściami trylogii Harrisona i lubią jego styl. Pozostali możliwe, że nie dobrną do zakończenia tej historii, a nawet jeśli im się to uda, będą - podobnie do mnie - głęboko zawiedzeni.
"Nie próbuj niczego, jeśli nie czujesz się zagubiona albo nie płoniesz. W przeciwnym razie, jak zdołałabyś to zapamiętać?"
Akcja powieści zaczyna się od momentu, w którym Anna Waterman, zasadniczo główna bohaterka, wraz ze swoim kotem znajduje coś obrzydliwie dziwnego, wyglądającego jak zwierzęce wnętrzności. Zaniepokojona kobieta postanawia zadzwonić do swej córki Marnie,...
"...Powiedziałam, że zrobiłaś ze swojego życia opis chwili bieżącej, ciepły neon nad restauracjami "Pizza Hut" i pubami, zamazany przez lekki deszczyk i odbijający się w każdej płytkiej kałuży; odpowiedziała, że słyszy oddech szczura dwa pomieszczenia stąd, ale nikt w to nie uwierzył. Mówi: co to właściwie jest czas? Nie wciskaj mi kitu, wiem, co to czas. Cokolwiek robisz, ty suko, nie wciskaj mi kitu. Nastała noc. Chodzi o to, że to mem. Wysyłam sygnał w zakresie fal radiowych, radaru oraz popierdolonych 27-40 kiloherców, i natychmiast otrzymuję odpowiedź z wydm, odbieram impuls sonaru i w jednej chwili zjawia się ona: to patch miłosny, moja droga, patch miłosny. W tym świecie jesteśmy pozostałościami własnego człowieczeństwa."
Powyższy cytat może wydawać się dziwny i niezrozumiały, chaotyczny. I w rzeczywistości, taki właśnie jest. Tym samym, idealnie odzwierciedla treść "Pustej przestrzeni" - sequela "Światła" i "Nova Swing". Nie czytałam tych dwóch powieści, jednak, kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłam zacząć od trzeciego i sprawdzić czy będę miała ochotę na więcej. Prawdę mówiąc, wciąż jestem niezdecydowana.
Dzięki M. John Harrisonowi mamy okazję poznać historię Asystentki z mnóstwem modyfikacji - bardziej robota niż człowieka - która prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa Toniego Reno; załogi statku Nowa Swing - Liv Hulę, Grubego Antoyne'a i mon Irene - która zajmuje się sprawą tajemniczych artefaktów z osławione cyrku madame Shane oraz Annę Waterman, która próbuje poukładać sobie życie po stracie męża, podczas gdy córka uważa ją za wariatkę. Wszyscy oni żyją w świecie, w którym codziennością są statki kosmiczne, seks na ulicach i modyfikacje, zmieniające wygląd, pozwalające wyostrzyć zmysły i "ulepszające" organizm.
Zdecydowanie nie jest to książka dla miłośników akcji. Osobiście, przez cały czas, podczas czytania, próbowałam doszukać się jakiejś fabuły i znalazłam jej nikłe zalążki. Prawie nic się nie dzieje. Wszystko przyspiesza dopiero pod koniec powieści. Miłośnicy głębokich uczuć też nie znajdą w "Pustej przestrzeni" nic dla siebie. Autor skupił się na oddaniu emocji poprzez tok myślowy bohaterów i następujące po sobie zdarzenia. Owe zdarzenia, poza pewnymi wyjątkami, są tak naprawdę zbitkiem podróży i obrazów.
Choć w teorii wszystko się skończyło, w rzeczywistości nic nie zostało wyjaśnione i na koniec pojawia się jeszcze więcej tajemnic. Po przeczytaniu książki czytelnik ma więcej pytań niż odpowiedzi.
Powieść jest ciężka w odbiorze. Harrison stworzył świat dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, który jednak sporo różni się od naszego, więc trzeba skupić się na jego odbiorze. Dla tych osób, które bardzo lubią skomplikowane rzeczywistości, z pewnością będzie to coś fascynującego, ale reszta może sobie nie poradzić i uznać książkę za nudną.
Bohaterowie są bardzo zróżnicowani, ale ich osobowość nie została w pełni ukazana. Gdyby wykorzystać ten potencjał, byłoby zdecydowanie ciekawiej.
Pomimo tych wad, "Pusta przestrzeń" nie jest złą książką. Dzięki magii świata przedstawionego, czyta się ją naprawdę dobrze. Jak wspomniałam wcześniej, niestety, nie przypadnie do gustu osobom, lubującym się w prostej fabule i lekkiej lekturze. Jest przeznaczona raczej dla konkretnej grupy odbiorców i ktoś o innych preferencjach nie powinien po nią sięgać.
"...Powiedziałam, że zrobiłaś ze swojego życia opis chwili bieżącej, ciepły neon nad restauracjami "Pizza Hut" i pubami, zamazany przez lekki deszczyk i odbijający się w każdej płytkiej kałuży; odpowiedziała, że słyszy oddech szczura dwa pomieszczenia stąd, ale nikt w to nie uwierzył. Mówi: co to właściwie jest czas? Nie wciskaj mi kitu, wiem, co to czas. Cokolwiek robisz,...
Bardzo dobre zakończenie trylogii (czy raczej trzech luźno powiązanych książek). Niemniej głównie dla fanów Harrisona, bo jego pisarstwo albo się lubi, albo nie. Więcej: http://shadowmage.nast.pl/2013/02/pusta-przestrzen-m-john-harrison-recenzja/
Bardzo dobre zakończenie trylogii (czy raczej trzech luźno powiązanych książek). Niemniej głównie dla fanów Harrisona, bo jego pisarstwo albo się lubi, albo nie. Więcej: http://shadowmage.nast.pl/2013/02/pusta-przestrzen-m-john-harrison-recenzja/
Zagubiona perełka wśród obecnie pisanych powieści, to taki Jonathan Carrol, Marquez, Vonneghut. Jak mało jest tego typu książek, pełnych rozbuchanej wyobraźni, obrazów i światła opisanych słowem? I to jeszcze sfów! Cała powieść miała być dopowiedzeniem, uzupełnieniem dwóch poprzednich części a tak naprawdę przydałaby się czwarta dymykająca. Ta część jest w swoim wydźwięku i strukturze najbardziej podobna do jedynki a jednocześnie niestety mniej domknięta, pozostawia zbyt wiele otwartych kwestii. Dla mnie sprawa Anny była mniej ważna niż sprawa ostatecznej misji Nova swing i Eda, czy zapobiegł wojnie? Tego nie wiemy.. Rozdział o labiryncie, o planetoidzie alefa i kobiety kocie bardzo przypomina opowieść o Hyperionie, jak Geins przypomina sobie drogę i pułapki przez labirynt to miałam totalnie Hyperionie skojarzenie.. Ogólnie wszystko było super do czas zakończenia, tak bardzo był otwarty, tak strasznie nagle się skończył, nie rozwiązał dla mnie najważniejszych aspektów, a szkoda, zawiodłam się bardzo.. Język jak zawsze poziom master, piękny, poetycki, konstrukcja zdań to małe cuda, pisarz puszcza przed nami wodze swojej wyobraźni niczym małe perły, uczta wyobraźni, szkoda, że bez solidnego pierdolnięcia na koniec, brakowało mi spektakularnej końcówki, było zbyt przyziemnie i filozoficznie, autor skupił się na teraźniejszości a ja chciałam być wśród gwiazd na Trakcie!
Zagubiona perełka wśród obecnie pisanych powieści, to taki Jonathan Carrol, Marquez, Vonneghut. Jak mało jest tego typu książek, pełnych rozbuchanej wyobraźni, obrazów i światła opisanych słowem? I to jeszcze sfów! Cała powieść miała być dopowiedzeniem, uzupełnieniem dwóch poprzednich części a tak naprawdę przydałaby się czwarta dymykająca. Ta część jest w swoim wydźwięku i...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGratuluję tym czytelnikom, którzy wiedzą, o co w tej książce chodzi. Przeczytałam do końca, ale mało co z tego zrozumiałam, wyobraźnia też miała problem z pokazaniem mi, co też autor miał na myśli. Do tej lektury chyba trzeba się nieźle czymś najarać, żeby wpaść w odpowiedni klimat.
Gratuluję tym czytelnikom, którzy wiedzą, o co w tej książce chodzi. Przeczytałam do końca, ale mało co z tego zrozumiałam, wyobraźnia też miała problem z pokazaniem mi, co też autor miał na myśli. Do tej lektury chyba trzeba się nieźle czymś najarać, żeby wpaść w odpowiedni klimat.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie wiem, jak ocenić tę książkę. Nie dobrnąłem do końca, nie dałem rady. To po prostu zbyt fantastyczna fantastyka. Jakaś kobieta Schrödingera, jakaś materia zmieniająca się w czystą matematykę, nieludzkie modyfikacje ludzi, a wreszcie – o co tu w ogóle chodzi? Może to i dobra powieść, ale przekracza moje możliwości.
Nie wiem, jak ocenić tę książkę. Nie dobrnąłem do końca, nie dałem rady. To po prostu zbyt fantastyczna fantastyka. Jakaś kobieta Schrödingera, jakaś materia zmieniająca się w czystą matematykę, nieludzkie modyfikacje ludzi, a wreszcie – o co tu w ogóle chodzi? Może to i dobra powieść, ale przekracza moje możliwości.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZwieńczenie cyklu Trakt Kefachuchiego. Wyjaśniają się pewne tajemnice z poprzednich dwóch części, wątki się zamykają.
Generalnie lektura trudna w odbiorze ale dająca satysfakcję z czytania.
Świat i bohaterowie bardzo obrazowo scharakteryzowani wraz z dylematami moralnymi ich dręczącymi.
Po tej lekturze muszę jednak odetchnąć i przeczytać coś lżejszego.
Zwieńczenie cyklu Trakt Kefachuchiego. Wyjaśniają się pewne tajemnice z poprzednich dwóch części, wątki się zamykają.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGeneralnie lektura trudna w odbiorze ale dająca satysfakcję z czytania.
Świat i bohaterowie bardzo obrazowo scharakteryzowani wraz z dylematami moralnymi ich dręczącymi.
Po tej lekturze muszę jednak odetchnąć i przeczytać coś lżejszego.
"Pusta przestrzeń" to książka, z którą spotkałem się podczas poszukiwania perełek z gatunku antyutopii. Zachęcony tytułem jak i dobrą opinią postanowiłem zakupić książkę. Sama książka bogata jest w wyjątkowy styl pisarski, a dodatkowym atutem są znakomite opisy samych postaci, co oddaje niesamowity klimat czytanemu dziełu. Trzeba jednak dodać, iż jest to ciężka w odbiorze książka, która została napisana w doskonałym stylu, co jest dowodem na to, że mamy do czynienia ze znakomitym pisarzem. W zasadzie nie wiem czego oczekiwałem od tej książki, ale myślę, że był to ślepy traf.
"Pusta przestrzeń" to książka, z którą spotkałem się podczas poszukiwania perełek z gatunku antyutopii. Zachęcony tytułem jak i dobrą opinią postanowiłem zakupić książkę. Sama książka bogata jest w wyjątkowy styl pisarski, a dodatkowym atutem są znakomite opisy samych postaci, co oddaje niesamowity klimat czytanemu dziełu. Trzeba jednak dodać, iż jest to ciężka w odbiorze...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka specyficzna jak wszystkie tego autora. Poprzednim tomom trylogii dawałem po 7/10, Pustej Przestrzeni daję 6/10. Nie jest jakoś zauważalnie gorsza, ale jak dla mnie wszystkie minione wątki zostały "połapane" zbyt pobieżnie.
Książka specyficzna jak wszystkie tego autora. Poprzednim tomom trylogii dawałem po 7/10, Pustej Przestrzeni daję 6/10. Nie jest jakoś zauważalnie gorsza, ale jak dla mnie wszystkie minione wątki zostały "połapane" zbyt pobieżnie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo dobra. Bardzo abstrakcyjna, momentami absurdalna. Ciężka i ambitna. Wymaga skupienia, bardzo bujnej wyobraźni i otwartego umysłu, bo niektóre koncepcje są tu bardzo abstrakcyjne. Książka wyzwanie.
Bardzo dobra. Bardzo abstrakcyjna, momentami absurdalna. Ciężka i ambitna. Wymaga skupienia, bardzo bujnej wyobraźni i otwartego umysłu, bo niektóre koncepcje są tu bardzo abstrakcyjne. Książka wyzwanie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAkcja trylogii dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych: w teraźniejszości (poczynając od końca roku 1999 do niedalekiej przyszłości, mniej więcej 2050-2060) i odległej przyszłości (w XXV wieku i na początku XXVI). Ogólnie rzecz biorąc, pomiędzy pierwszym, a trzecim tomem mija około 50 lat. Opisując uniwersum, skupię się jednak na świecie futurystycznym, ponieważ współczesny nie wymaga komentarza - nawet w częściach osadzonych w latach pięćdziesiątych XXI wieku, świat przedstawiony nie różni się od rzeczywistego.
Nocne niebo rozświetla blask Traktu Kefahuchiego - widocznego z każdego punktu, w którym autor umiejscowił akcję wątku futurystycznego. Nazywany również K-Traktem (szczególnie w "Pustej przestrzeni"), jest definiowany jako widoczna gołym okiem osobliwość bez horyzontu zdarzeń. Niezbadany przez żadną z międzygwiezdnych cywilizacji, pozostaje, wydawałoby się, ostatnią tajemnicą stojącą na drodze do poznania sensu wszechświata. Mimo sąsiedztwa Wielkiej Niewiadomej, ludzkość bardzo dobrze prosperuje. Utrzymuje kontakty z obcymi, korzysta z nowych technologii i, wręcz doskonale, asymiluje się do życia na różnych planetach. Bohaterowie ani razu nie odwiedzają Ziemi, a gdy w ogóle o niej wspominają, używają określenia "Stara Ziemia". Można by z tego wywnioskować, że błękitna planeta dawno już straciła swoje znaczenie dla cywilizacji ludzkiej. Sam świat robi wielkie wrażenie. Pisarzowi science fiction, tak naprawdę, trudno jest być oryginalnym. W gatunku powstało już tyle zwariowanych i genialnych pomysłów na społeczeństwo przyszłości, że stworzenie czegoś zupełnie nowego i odkrywczego graniczy z cudem. Harrisonowi się udało. Każdemu, kto zdecyduje się w przyszłości przeczytać tę trylogię, polecam zwrócić szczególną uwagę na K-statki oraz postacie K-kapitanów i ich motywacje. Jak na fikcyjną technologię, wyjątkowo mocno pobudzają do myślenia, wzbudzają stanowczo zbyt silne i sprzeczne emocje, by je zignorować.
Czytelnik poznaje uniwersum z punktu widzenia dziesięciu kluczowych postaci (dwóch z wątku współczesnego, ośmiu z futurystycznego). Mamy tutaj genialnego, acz zwyrodniałego fizyka - seryjnego mordercę (Michael Kearney), jego byłą żonę - anorektyczkę i socjopatkę (Anna Waterman), K-Kapitan zmagającą się z traumami z przeszłości (Seria Mau), byłego kapitana statków kosmicznych, obecnie twinka (ichniejszy odpowiednik narkomana), niewiedzącego co dokładnie ze sobą zrobić (Ed Chianese), przewodnika po Strefie Zdarzenia Saudade (Vic Serotonin), detektywa i głównego antagonistę tego ostatniego (Lens Aschemann) i jego asystentkę (prawie do końca trylogii nieumiejącą zdecydować się jak ma na imię), załogę statku Nova Swing, a jednocześnie stałych bywalców barów na Saudade, niebezpośrednich uczestników konfliktu poprzednio wymienionych (Liv Hula, Gruby Antoyne, Irene). W skrócie: dość spore grono ekscentrycznych osobowości. Tworząc różnorodnych bohaterów, wypadałoby przypisać każdemu z nich odpowiednio charakterystyczny idiolekt. Niestety, Harrison nie podjął się tego zadania - wszyscy bohaterowie, może oprócz Serii Mau, wypowiadają się niemalże w ten sam sposób i to w dodatku dość ordynarny. Niepotrzebne nagromadzenie wulgaryzmów i motywów skatologicznych do pewnego stopnia szokuje, potem jednak zaczyna żenować. Warsztat natomiast jest bardzo nierówny - zdarzają się sceny napisane przepięknie oraz (często nawet poprzedzając te pierwsze) niemalże grafomańskie.
ŚWIATŁO
Pierwsza część trylogii składa się z trzech wątków (Michael Kearney, drugoplanowo Anna Waterman, wówczas jeszcze Kearney, Seria Mau, Ed Chianese), powiązanych ze sobą poprzez postać tajemniczego Shrandera oraz następujące motywy: wyparcia, ucieczki, strachu i wewnętrznej przemiany. Bardzo zachęcający początek cyklu, dobrze wprowadza w świat, prezentując najciekawsze jego aspekty, takie jak wcześniej wspominane K-statki, manewrujące w wielowymiarowej hiperprzestrzeni, krawcy genetyczni i ich pakiety modyfikacji oraz twink-tanki, dzięki którym można sobie wykupić możliwość czasowego stania się kimś innym (nieco przywodzące na myśl zderzenie rzeczywistości z powieści Dicka). Wszystkie te wynalazki stwarzają doskonałą okazję, by uciec od samego siebie. I tak, Michael koczuje z miejsca na miejsce, zabijając niewinnych, by oddalić się od przerażającego widma Shrandera, Seria Mau rezygnuje z człowieczeństwa na rzecz K-statków, a Ed Chianese uzależnia się od twinkowania. Przeszłość jednak nie daje o sobie zapomnieć, w rezultacie czego, bohaterowie będą musieli stanąć twarzą w twarz ze swoimi demonami i przedstawicielem pradawnej cywilizacji, który rozumie ludzkość lepiej niż sami ludzie.
"Światło" wypada znacznie lepiej niż "Nova Swing" i "Pusta przestrzeń" głównie przez dwie postacie: Serię Mau i Shrandera. O tej pierwszej już wspominałam w kontekście K-statków i idiolektów. Jest to zdecydowanie najlepiej przedstawiona postać w całej trylogii - prawdę mówiąc, gdyby nie ona, całkowicie zwątpiłabym w umiejętności autora w dziedzinie tworzenia przekonujących bohaterów. Shrander natomiast, sam w sobie, stanowi tajemnicę, przydającą powieści klimatu nietypowego dla science fiction. W moim odczuciu, to jedyna część Traktu Kefahuchiego, którą warto przeczytać.
NOVA SWING
Kryminał w stylu noir, umiejscowiony na planecie Saudade, w której doszło do osobliwego wydarzenia - kawałki Traktu Kefahuchiego zaczęły spadać na ziemię, tworząc Strefę Zdarzenia - miejsce niepodlegające prawom fizyki. Cały pomysł przywodzi na myśl "Stalkera" Tarkowskiego (każdemu, kto jeszcze tego filmu nie widział, polecam obejrzeć przed lekturą). Jedyna część trylogii o jednolitej płaszczyźnie czasowej - cała akcja dzieje się w przyszłości, w dodatku na jednej planecie. Wszystkie postaci są w jakiś sposób uwikłane w główną intrygę. Co prawda, miejsce akcji jest całkiem sporym miastem, ale, w zestawieniu z pozostałymi tomami, wydaje się niemalże klaustrofobiczne. Główni bohaterowie - z jednej strony Vic Serotonin, Liv Hula, Gruby Antoyne, Irene, z drugiej - Lens Aschemann i jego bezimienna asystentka, toczą spór. Vic, centralna postać powieści nielegalnie oprowadza po Strefie spragnionych surrealistycznych wrażeń śmiałków. Niezależnie od tego, coś dziwnego dzieje się z Traktem Kefahuchiego i z tajemniczego obszaru zaczynają się wyłaniać nierzeczywiści ludzie, próbujący nauczyć się żyć. Pojawiają się również przypadki dziwacznych śmierci - zwłoki unoszą się w powietrzu i, orbitując wokół jakiegoś niewidzialnego punktu, stopniowo znikają.
Nie jestem miłośniczką wątków kryminalnych, a już w szczególności w stylu noir. Mimo to "Nova Swing" wydaje mi się znośna. Nie jest to jednak powód, dla którego uważam, że z całej trylogii godnym polecenia jest jedynie "Światło" - istnieją nawet kryminały, którym dałam maksymalną ocenę (dla zainteresowanych - polecam Natsuo Kirino, wszystkie jej przetłumaczone na język polski powieści, z wyjątkiem (i tak wspaniałej) "Wyspy Tokio", zawierają wątek kryminalny, a naprawdę je uwielbiam) - problemem jest, wciąż uwierający styl Harrisona, sprawiający, że jedna część naprawdę wystarczy. Powtórka z rozrywki - wszechobecne ekskrementy, wymioty i "pieprzenie" (w ten sposób każda postać, bez względu na charakter wyraża się o seksie - dotyczy to wszystkich trzech tomów Traktu Kefahuchiego). Z "Novy Swing" pochodzi również część tytułu tego posta - "Kosmos w klimacie noir" - tak nazywa się jeden z rozdziałów, świetne podsumowanie atmosfery powieści. Jeśli już komuś miałabym to polecić, to wielbicielom tej właśnie konwencji, jako ciekawostkę.
PUSTA PRZESTRZEŃ
W ostatnim tomie, autor powraca do wątków z dwóch poprzednich - zarówno współczesnego, jak i futurystycznego - czytelnik spotyka ponownie wszystkich pozostałych przy życiu głównych bohaterów oraz paru nowych, choć mniej znaczących dla całości fabuły. Wyjaśnia wiele spraw, niektóre dosłownie, inne między wierszami (odczytywanie ukrytych znaczeń to główny powód, dla którego, przy dość negatywnym nastawieniu do trylogii, oceniłam ją względnie wysoko - w tym względzie, Harrison dostarcza okazji do inteligentnej rozrywki - choć zapewne wszystkich znaczeń nie odczytałam), dzięki czemu można się w Trakcie Kefahuchiego doszukać rozważań autora nad sposobami radzenia sobie z traumą, zagubieniem w świecie i odnalezienia, wydawałoby się straconegoj czasu tożsamości. Potwierdza również parę przypuszczeń, powstałych podczas lektury "Światła" i "Novy Swing". I, niestety, utwierdza w przekonaniu, że recenzowana seria stanowi, pod względem warsztatu, kolosalne nieporozumienie. To, co dało się wybaczyć poprzednim częściom, poprzez eksperymentowanie z uniwersum czy też klimatem, w "Pustej przestrzeni" staje się wtórne, a więc w żadnym razie niewytłumaczalne przez oryginalność. Niemniej, fabularnie, trzeci tom wypada nieco lepiej niż drugi, co plasuje go na bardzo podobnym poziomie.
Generalnie, uważam, że jeśli ktoś nie poprzestał na "Świetle" i zafundował sobie "Novę Swing", powinien przeczytać również "Pustą przestrzeń" - na podobnej zasadzie, co opisywana parę postów wcześniej, według której zdecydowałam się przeczytać "W pogoni za dalekim głosem" Yamady tylko dlatego, że przeczytałam już wszystko poza tą konkretną pozycją. Po dwóch tomach, można się przyzwyczaić nawet do żenującego warsztatu, choćby ze względu na nieżenującą treść.
PODSUMOWANIE
Trakt Kefahuchiego zawodzi i dzieli czytelników Uczty Wyobraźni (a więc ludzi przyzwyczajonych do sporych dziwactw) - niektórzy go kochają, inni uważają, że trylogia jest zdecydowanie za słaba na tę serię. Należę do tej drugiej grupy, trudno mi pojąć, dlaczego w ogóle się w niej znalazła. Nie tylko ona zresztą - również i reszta twórczości Harrisona (nawet pomimo sympatii dla "Viriconium"). Można się tu doszukać intrygujących interpretacji (jedną z nich nawet miałam okazję przeczytać - przedstawiała wątek futurystyczny jako projekcję wyobraźni bohaterów współczesnych), ale sposób przedstawienia opowieści pozostawia zdecydowanie zbyt wiele do życzenia. Metafora nie wystarczy, by uczynić coś ambitnym - o czym, niestety, wielu zdaje się zapominać. Nie twierdzę przy tym, że autentyczni fani trylogii powinni się wstydzić - daleko mi do tego. Chcę jedynie zaznaczyć, że ukryty sens nie zmienia automatycznie szmiry w wybitne dzieło - a z taką opinią spotykam się, ostatnimi czasy, zdecydowanie za często. Fantastyka, w zasadzie, bez względu na podgatunek, opiera się na metaforach. Wyobraźnia ma swoje źródło w obserwacji i przetwarzaniu rzeczywistości. Dlatego, nawet jeśli wątek fantastyczny powstaje jedynie, by przedstawić świat inny niż rzeczywisty, pomysł na odmienną cechę jest w jakiś sposób powiązany z autentyczną, a dekodowanie ukrytych znaczeń przypomina nieco psychoanalizę. Nawet jeśli autor wprowadza je świadomie, dlaczego granica między wybitnym, a przeciętnym miałaby zależeć jedynie od stopnia świadomości autora? W końcu, sama metafora nie przedstawia automatycznie żadnej idei - stwarza jedynie okazję do prowadzenia z czytelnikiem gry, zagadkę, mającą go zmusić do myślenia. Oczywiście, dobrze, gdy człowiek myśli, ale zadania z matematyki w szkole spełniają tę samą funkcję - czy to oznacza, że każdy, kto stworzy w miarę skomplikowane zadanie matematyczne, jest geniuszem? Nie dajmy się zwariować! Udana metafora może znacznie podnieść wartość i wzmocnić przesłanie całości, ale jest ona jedynie środkiem stylistycznym i sama w sobie, niepoparta żadną odkrywczą ideą, w prozie niewiele znaczy. Piszę to, by uczulić ewentualnych wielbicieli, którzy, w zetknięciu z krytyką ich ulubionych dzieł, wyzywają jej autora od głupców, nierozumiejących przekazu autora. Pozwolę sobie powiedzieć, że rozumiem wystarczająco wiele, by stwierdzić, że mi to nie wystarcza i nie widzę sensu rozciągania fabuły na całą trylogię. "Światło" wystarczy.
Opublikowano także na blogu: esothsphere.blogspot.com
Akcja trylogii dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych: w teraźniejszości (poczynając od końca roku 1999 do niedalekiej przyszłości, mniej więcej 2050-2060) i odległej przyszłości (w XXV wieku i na początku XXVI). Ogólnie rzecz biorąc, pomiędzy pierwszym, a trzecim tomem mija około 50 lat. Opisując uniwersum, skupię się jednak na świecie futurystycznym, ponieważ...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKończy się moja przygoda z trylogią Harrisona. Aż się prosi napisać o zakończeniu, jednak nie chcę nikomu niczego zdradzać. Po słabszym drugim tomie, Harrison wraca do sprawdzonej formy, czyli przeplatania teraźniejszości z przyszłością. Tym razem Autor skupia się na Annie, żonie Michael'a Kearney'a.
Ale po co streszczać fabułę? Przecież nie o to chodzi w recenzji.
Harrison jest niesamowicie dowcipnym facetem. Tak, wnioskuję po tych trzech tomach. Przeplata mnóstwo tzw. "smaczków", które zdradzają, po przeczytaniu zakończenia, z czym tak naprawdę obcowaliśmy. Tempo jak tempo. To, co dzieje się przed zakończeniem, to bardziej gra z Czytelnikiem. Ciągłe intrygowanie poprzez zanudzenie. Harrison w ogóle jest pełen sprzeczności. Chce się o nim napisać wszystko i nic. I chyba to jest najlepsze - to, jak Czytelnicy reagują po lekturze. Są peany, są żale. Cała gama emocji. Tylko najwięksi potrafią coś takiego.
Kończy się moja przygoda z trylogią Harrisona. Aż się prosi napisać o zakończeniu, jednak nie chcę nikomu niczego zdradzać. Po słabszym drugim tomie, Harrison wraca do sprawdzonej formy, czyli przeplatania teraźniejszości z przyszłością. Tym razem Autor skupia się na Annie, żonie Michael'a Kearney'a.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAle po co streszczać fabułę? Przecież nie o to chodzi w...
Gdybym miał teraz krótko powiedzieć o czym jest cała trylogia Harrisona to stwierdziłbym, że o szukaniu sposobu na radzenie sobie ze swoją przeszłością. O tym jak definiowana jest nasza przyszłość: jak mocno przez różne traumy, lęki, bagaże doświadczeń z przeszłości a jak słabo przez potencjalne możliwości jakie oferuje rzeczywistość i życie samo w sobie.
Mam teorię wedle której jedynymi bohaterami (w przynajmniej jedynymi z naszej "normalnej" rzeczywistości) są osoby występujące w wątku Michaela Kearneya z "Światła" i Anny Waterman z "Pustej Przestrzeni". Reszta bohaterów i rzeczywistość w której funkcjonują to nie jest wcale XXV wiek w naszej linii świata - to raczej projekcje pragnień, obsesji, dążeń, obaw i patologii dwójki głównych bohaterów.
Do dyskusji pozostaje to, czy owe projekcje to tylko symbol i jedna wielka przenośnia czy może jednak jakaś prawdziwa rzeczywistość ontologicznie ukonstytuowana przez kod zapisany na twardym dysku, który Kearney zostawia żonie. Osobiście bliżej mi do drugiego rozwiązania.
Jest wiele tropów w trylogii, które spowodowały, że interpretuję świat przedstawiony właśnie tak (nie będę ich teraz wyjaśniał, tylko zaznaczę - jak kto ciekaw to możemy pogadać):
- koty
- tatuaż na ręce Sprake'a
- tekst napisany pisakiem na ciele pierwszej ofiary Kearneya i Sprake’a
- Sprake (rudy chudzielec) i Nowi Ludzie (rudzi chudzielce)
- dość wulgarne i dosadne podejście do tematów seksu - owe "rżnięcia" i masturbacje które tak mocno zostały zauważone przez wielu internautów ale nie zostały wzięte pod uwagę jako jeden z kluczy do fabuły. A jeśli Harrison używa tak często pewnych motywów to na bank nie robi tego przypadkowo.
- czaszkowe radio
- istnienie w "XXV wieku" takich tworów jak riksze, samochody cadillaki rocznik 1952, osoby spod krawieckiej igły o fenotypie Einsteina lub Monroe.
- świat ze wspomnień/snów Serii Mau
- kwestionowanie rzeczywistości przez bohaterów (np. Aschemann, Bonaventure)
- i kilka jeszcze innych
Takie podejście do ontologii w trylogii Harrisona prowadzi do następującej konkluzji:
Michael Kearney toczy batalię o własną przyszłość, toczy ją z demonami przeszłości, z samoizolacją spowodowaną przerażeniem własną przypadłością (widzenie prawdziwej natury świata jako deterministycznego algorytmu). Fatalizm nie do przejścia, tarot i kości Shrandera, które miały za zadanie wprowadzić odrobinę losowości w jego życie nie działają jak powinny, są bezużyteczne. Nieuchronność własnej przyszłości przeraża przez całe życie - dopiero coś w rodzaju objawienia na plaży pod koniec Światła pozwala mu pójść dalej i uciec z "Cierniowa" - z własnego wewnętrznego więzienia. Kearney ostatecznie zrozumiał, że był w błędzie - że powinien przestać się panicznie bać i może wziąć swoje życie we własne ręce. I ważne jest tutaj dopełnienie historii Kearneya w ostatnich rozdziałach przez postacie Serii Mau (biały kot, symbol przeszłości, która jest już nie do zmiany, z którą powinniśmy się pogodzić) oraz Eda Chianese (czarny kot, symbol przyszłości, której nie powinniśmy planować całkiem rozumowo lecz raczej powinniśmy dać się porwać nieskończonej liczbie możliwości - jak Ed dał się porwać Traktowi).
Historia Anny to trochę inne podejście. Anna Waterman to również osoba dręczona przeszłością podobnie jak jej były mąż. Dręczona wspomnieniami o nim, którego już z niewyjaśnionych powodów słabo pamięta. Podtytuł "Pustej Przestrzeni" to "The Haunting". W interpretacji "na gorąco, zaraz po zamknięciu książki" - chodzi tu o nawiedzanie Anny przez samą siebie (i o nawiedzanie asystentki - alter ego Anny - również przez samą siebie) podczas jej superpozycji w Alefie. Ale może właśnie chodzi również o nawiedzanie nas przez naszą przeszłość, wybory, które podjęliśmy? Może można odrzucić przeszłość, wymazać ją i ruszyć do przodu? A może można mimo, wszystko kreować swoją przyszłość w oderwaniu od tego co było? Niekoniecznie jak się okazuje. Zarówno Anna jak i Asystentka (wersja Anny w której pozbawiona jest ona bagażu przeszłości) nie mogą w żaden sposób wpłynąć na wydarzenia, które już nastąpiły. Pamięć o przeszłość i kreowanie przyszłości muszą zawsze współistnieć w harmonii jak yin i yang (czarne i białe koty).
Oczywiście mam mnóstwo wątpliwości i innych wariackich przypuszczeń (czy Tate w ogóle istniał? co dokładnie stało się z Kearneyem? co oznacza trzykrotnie widziana przez różne osoby wizja waginy wyłaniająca się ze ściany? co oznacza jedna z najbardziej rypiących mózg scen w trylogii, czyli zbiorowa masturbacja w domu Tate'a przy "czaszkowym radiu", którą podgląda Anna z twardym dyskiem w ręku?)
Kończę spojlerowanie.
To co napisałem to tylko wierzchołek góry lodowej i tak naprawdę moja interpretacja po jednokrotonym czytaniu po kilkuletniej przerwie. Do Harrisona będę wracał na pewno nie raz i zapewne nastepnym razem jeszcze inne rzeczy mi się pokażą (tak samo mam np. z Wolfem). Bo może jeszcze udało by się bardziej nawiązać do "Drogi Serca" - mam też parę wniosków ale już nie będę się rozpisywał (Pam/Lucas/Karzeł vs. Anna/Michael/Shrander). A może ledwie musnąłem istotę rzeczy, może tylko się ślizgam po powierzchni, a może jednak nie zrozumiałem, a może warstw interpretacyjnych jest o wiele więcej w coraz drobniejszej skali, jak we fraktalnej strukturze rzeczywistości, którą widzi Kearney.
Czytajcie Harrisona :) Jego twórczość to jest naprawdę o wiele, wiele więcej niż się wydaje z wierzchu. - tylko trzeba mieć na nią naprawdę sporo czasu i wypoczęty umysł co akurat ostanio posiadałem.
Gdybym miał teraz krótko powiedzieć o czym jest cała trylogia Harrisona to stwierdziłbym, że o szukaniu sposobu na radzenie sobie ze swoją przeszłością. O tym jak definiowana jest nasza przyszłość: jak mocno przez różne traumy, lęki, bagaże doświadczeń z przeszłości a jak słabo przez potencjalne możliwości jakie oferuje rzeczywistość i życie samo w sobie.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMam teorię wedle...
Do cyklu „Trakt Kefahuchiego” podchodziłem z pewnym dystansem. Na podstawie recenzji i opinii znajomych wytworzyłem sobie w głowie obraz książek innych, specyficznych, momentami ciężko strawnych. Tym większe było, zatem, moje zdziwienie kiedy okazało się, że po skończeniu „Światła” ręka sama wyciągnęła z półki „Nova Swing” a zaraz po niej w moich dłoniach wylądowała „Pusta przestrzeń”. Nie oznacza to wcale, że, wbrew obiegowym opiniom, proza Harrisona jest łatwa lekka i przyjemna. Wprost przeciwnie, znaków zapytania znajdziemy tu więcej niż odpowiedzi a godłem pisarza i jego trylogii zdaje się być nieokreśloność. Ale po kolei.
„Światło” to powieść o bardzo klarownej strukturze: obserwujemy trzy przeplatające się wątki związane z trzema głównymi aktorami powieści.
Akcja pierwszego z nich dzieje się w czasie nam współczesnym a głównym bohaterem jest naukowiec, Michael Kerney. Dość szybko dowiadujemy się (a raczej wynika to z treści kolejnych rozdziałów), że Michael, wraz ze swym współpracownikiem, Brianem Tatem będzie odpowiedzialny za jedno z najbardziej przełomowych odkryć w dziejach ludzkości. Póki co jednak fizyk miota się między praca naukową, a własnymi, dość poważnymi problemami emocjonalnymi, w tym zupełnie niejasnymi relacjami z byłą żoną Anną. Dodatkowo całego jego życie naznaczone jest obecnością tajemniczej i złowrogiej istoty nazywanej Shranderem.
Akcja dwóch pozostały wątków głównych „Światła” rozgrywa się w przyszłości, w roku 2400. Obserwujemy kapitan Serię Mau Genlicher podróżującą k-statkiem zwanym „Białą Kotką” oraz Eda Chianese, mieszkańca Nowego Wenusportu uzależnionego od wirtualnych przeżyć w tankach.
Niemym świadkiem wszystkich wydarzeń jest Trakt Kefahuchiego, osobliwy fragment kosmosu, odkryty jeszcze w czasach Michaela ale wciąż pozostający zagadką.
Namiastkę tego czym wspomniany Trakt może być otrzymujemy w „Nova Swing”. Druga powieść z cyklu przenosi nas do Saudade, miasta przyszłości, w okolicach którego powstała strefa Zdarzenia utworzona przez spadające z kosmosu fragmenty wspomnianego Traktu. Narzucające się od razu skojarzenia z „Piknikiem na skraju drogi” są jak najbardziej na miejscu, przy czym należy zaznaczyć, że dzieło Harrisona to jednak zupełnie inna powieść korzystająca raczej z motywu „strefy” dodatkowo krzyżując go z kryminałem w klimatach noir. Głównym bohaterem powieści zdaje się być Vic Serotin, egoistyczny przemytnik czerpiący pełnymi garściami z możliwości jakie daje sąsiadująca z Saudade tajemnicza strefa. Po drugiej stronie barykady znajduje się ścigający Vica detektyw Aschemann współpracujący z, budzącą kontrowersyjne odczucia, Asystentką. Jak to jednak u Harrisona bywa fabuła skręca w różne strony i element będący zwieńczeniem „Nova Swing” staje się częściowo punktem wyjścia dla „Pustej Przestrzeni”.
Ostatni tom trylogii powraca do struktury poznanej w „Świetle” - trzy historie opisane
w przeplatających się rozdziałach. Ponownie wracamy na Ziemię i obserwujemy życie rozchwianej emocjonalnie Anny, byłej żony Michaela. Sądząc po metryce kobiety, akcje dzieje się dwie – trzy dekady po wydarzeniach z pierwszego tomu. Oprócz tego obserwujemy dalsze losy bohaterów poznanych w „Nova Swing” czyli tajemniczej Asystentki z Saudade, oraz wspólników
z transportowej, międzygwiezdnej firmy „Fracht Luzem”. Celowo pomijam tutaj ich personalia aby nie zdradzać rozwiązań fabularnych z końca drugiego tomu cyklu.
Jak wspomniałem na wstępie prozę M.J. Harrisona cechuje spora nieokreśloność. Zwolennicy prowadzenia fabuły od A do Z, jasnych i klarownych rozwiązań oraz domykania wszystkich wątków nie znajdą z autorem wspólnego języka. U Brytyjczyka bowiem fabuła stanowi często pretekst do podrzucenia idei, pomysłów czy przedstawienia złożonych relacji międzyludzkich. Wszystkie części cyklu wypełnione są wątkami, które nie mają początku lub końca (czasem ani jednego ani drugiego). Nietrudno się domyślić, że poszczególne wątki będą się ze sobą w jakiś sposób splatać ale autor pozostawia całe mnóstwo niedopowiedzeń a nieraz celowo wpycha czytelnika w ślepą uliczkę. Dodatkowo należy pamiętać, że mamy do czynienia z twardą fantastyką naukową i to nielichego kalibru. Nie bez powodu twórczość Harrisona bywa nazywana fantastyką kwantową. Śmiałe wizje potrafiące zawstydzić nasza wyobraźnię to nieodłączna część cyklu. W tym momencie nasuwa mi się obrazek dziecka przed którym ktoś rozsypał wieloelementowe puzzle i dodatkowo nie przedstawił obrazka, który trzeba ułożyć. Można poskładać ramę oraz co bardziej charakterystyczne elementy ale w wielu miejscach nie wiadomo co począć. Dodatkowo, w trakcie układania, okazuje się, że niektórych elementów zwyczajnie brakuje i trudno powiedzieć czy ktoś o nich zapomniał czy zostały może zgubione przez nieuwagę układającego.
Niezależnie jednak o tego jak bardzo czasem czułem się zgubiony nie potrafiłem się złościć na autora. Po prostu czułem, że za tym wszystkim stoi jeden spójny pomysł a nie zbieranina przypadkowych idei.
Podobne, niejednoznaczne odczucia można mieć w stosunku do warstwy językowej trylogii. Autor posługuje się sprawnym czasami nawet hipnotycznym piórem, doskonale opisującym świat i relacje między bohaterami. Czasami zdarza mu się jednak zejść do całkowicie surowego, pierwotnego języka. Mimo że w trakcie całego cyklu dochodzi do sporej ilości zbliżeń seksualnych trudno mówić tutaj o warstwie erotycznej. Głównie dlatego, ze autor nie pisze o seksie a o rżnięciu traktując tą czynność dość przedmiotowo. Zdarzają się też momenty kiedy bohaterowi nagle chce się po prostu srać. Taka surowa dosłowność może czasem przeszkadzać a wręcz jawić się jako odstręczająca.
Cóż, trzeba sobie jasno powiedzieć, że „Trakt Kefahuchiego” to nie jest cykl dla każdego. Mnie osobiście konwencja kupiła, jestem zadowolony z czasu spędzonego z lekturą i chętnie sięgnę jeszcze po twórczość M.J. Harrisona. Najprościej rzecz ujmując uznaję lekturę cyklu jako satysfakcjonującą. Zdaje sobie jednak sprawę, że nawet wśród zwolenników fantastyki naukowej znajdą się osoby, które nie zostaną fanami Brytyjczyka.
Na koniec chciałbym rzec słowo o polskim wydaniu trylogii. Wszystkie książki ukazały się w ramach znakomitej serii „Uczta Wyobraźni” wydawnictwa MAG. Myślę, że nie trzeba dodawać nic poza tym gdyż ta seria sama w sobie jest gwarantem wysokiej jakości książki jako produktu.
Do cyklu „Trakt Kefahuchiego” podchodziłem z pewnym dystansem. Na podstawie recenzji i opinii znajomych wytworzyłem sobie w głowie obraz książek innych, specyficznych, momentami ciężko strawnych. Tym większe było, zatem, moje zdziwienie kiedy okazało się, że po skończeniu „Światła” ręka sama wyciągnęła z półki „Nova Swing” a zaraz po niej w moich dłoniach wylądowała „Pusta...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKolejna książka Harrisona, z która mam styczność. Jak i poprzednim razem wcale nie żałuję, że ją przeczytałem
Kolejna książka Harrisona, z która mam styczność. Jak i poprzednim razem wcale nie żałuję, że ją przeczytałem
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie rozwodząc się zbytnio - "Pusta przestrzeń" była dla mnie ogromnym zawodem. Parafrazując samego Autora - powieść ta wydaje się niczym więcej, jak kulturowym bełkotem, z którego nic konkretnego i ważnego nie wynika. Co zaś najgorsze, po lekturze zmieniły się też moje odczucia względem wcześniejszych części trylogii Harrisona. Wszystkie te historie utraciły jakby nagle na znaczeniu, stały się pretekstem do popisania się niecodziennym jak na fantastykę stylem. Z radością pozbędę się tego balastu z mojej półki.
Nie rozwodząc się zbytnio - "Pusta przestrzeń" była dla mnie ogromnym zawodem. Parafrazując samego Autora - powieść ta wydaje się niczym więcej, jak kulturowym bełkotem, z którego nic konkretnego i ważnego nie wynika. Co zaś najgorsze, po lekturze zmieniły się też moje odczucia względem wcześniejszych części trylogii Harrisona. Wszystkie te historie utraciły jakby nagle na...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toUczta Wyobraźni to niezwykła seria, jedna z moich ulubionych. Wymagająca czasu i skupienia, ale zapewniająca niezwykłe literackie doznania.
Z Michaelem J. Harrisem miałam już styczność przy lekturze „Nova swing”, gdzie oczarował mnie swoim stylem i wyobraźnią. Używa bogatego, barwnego języka i odmalowuje nim nieziemskie historie.
„Pusta przestrzeń” kończy trylogię składającą się ze „Światła” i „Nova Swing”. Całość powieści jest nieszablonowa, trudno ją okiełznać o poukładać – trzeba ją po prostu przeczytać :) Mamy w niej do czynienia z kilkoma, powiązanymi i przeplatającymi się wątkami. Ponownie spotykamy też bohaterów poznanych w dwóch poprzednich tomach – Annę oraz załogę Nova Swing.
Michael John Harrison to bardzo specyficzny pisarz , wzbudza skrajne odczucia – albo się go uwielbia albo nie znosi. Ja uwielbiam jego styl pisania, pełen niedopowiedzeń i metafor, pełen ukrytej symboliki. Nie jest to łatwa lektura, trzeba się mocno skupić, czasem zdarzało mi się wracać do niektórych fragmentów, aby zrozumieć, o co chodzi. Ale było warto! Świat wirtualny stworzony przez Autora jest niezwykły, zupełnie z innej bajki, niepowtarzalny i bardzo oryginalny.
„Pusta przestrzeń” to nie jest lekkie i odprężające czytadło, to dość trudna książka, ale pozostawiająca w umyśle czytelnika trwały ślad. Nie można o niej łatwo zapomnieć. Moja wyobraźnia podczas tej uczty dostała niezłą pożywkę – czego i Wam życzę !
http://markietanka-mojeksiazki.blogspot.com/2013/03/pusta-przestrzen-michael-john-harrison.html
Uczta Wyobraźni to niezwykła seria, jedna z moich ulubionych. Wymagająca czasu i skupienia, ale zapewniająca niezwykłe literackie doznania.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ Michaelem J. Harrisem miałam już styczność przy lekturze „Nova swing”, gdzie oczarował mnie swoim stylem i wyobraźnią. Używa bogatego, barwnego języka i odmalowuje nim nieziemskie historie.
„Pusta przestrzeń” kończy trylogię...
"Pusta przestrzeń" jest trudną książką. Jej treść budują trzy pozornie niezależne wątki, które w miarę upływu lektury zaczynają budować jedną całość. Narracja opiera się o wiedzę bohaterów, którzy w różny sposób postrzegają swoją rzeczywistość i w mocno zindywidualizowany sposób opisują ją, poddają się jej i wtapiają w jej konstrukcję. Dowód? Anna żyje w "naszej" rzeczywistości, Tony w jakimś świecie przyszłości, gdzieś w kosmosie, detektyw prowadząca jego sprawę niby też żyje w świecie Tonego, ale odbiera go już zupełnie inaczej. Dodatkowo płaszczyzna, w której łączą się wszystkie wątki, jest tak jakby poza dosłownym zrozumieniem, jak ulotna i na wpół realna siła. Jak widać konstrukcja i forma opowiadania nie jest wcale prosta. Ciężko tutaj uchwycić jakąkolwiek dosłowność, nie znamy "historii" postaci, musimy sami zrozumieć wiele zagadnień, żeby móc odczytać w sposób prawidłowy stronę przyczynowo-skutkową całej powieści. Przeplatają się tutaj różne formy - jest kryminał, jest horror, jest fantasy, science fiction, nurt filozoficzny i parę innych. Wyjątkowo godne podziwu jest tutaj jednak to, że przy całej tej dziwacznej niby konstrukcji nie odczuwamy żadnych zgrzytów czy niekonsekwencji. Pozycję czyta się płynnie i gładko, choć z niemałym wysiłkiem umysłowym, do którego zmusza nas samodzielne konstruowanie elementów treści, które autor celowo pominął i zostawił w gestii domysłów. Polecam serdecznie wszystkim tym, którzy dość mają powszechnej, prymitywnej literatury dla rozchichotanych nastolatków i zmęczonych kur domowych!
"Pusta przestrzeń" jest trudną książką. Jej treść budują trzy pozornie niezależne wątki, które w miarę upływu lektury zaczynają budować jedną całość. Narracja opiera się o wiedzę bohaterów, którzy w różny sposób postrzegają swoją rzeczywistość i w mocno zindywidualizowany sposób opisują ją, poddają się jej i wtapiają w jej konstrukcję. Dowód? Anna żyje w "naszej"...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Pusta przestrzeń” to trzeci, a zarazem ostatni tom trylogii Trakt Kefahuchiego autorstwa M. Johna Harrisona, pisarza na tyle specyficznego, że z reguły albo się jego dzieła kocha, albo się w nich nie gustuje. Obok Chapmana i Duncana należy do najbardziej kontrowersyjnych autorów opublikowanych jak dotąd w serii Uczta Wyobraźni i w gruncie rzeczy trudno jego prozę polecać lub odradzać, nawet znając upodobania konkretnego czytelnika. To lektura-niespodzianka, która budzi skrajne odczucia. Po Harrisona trzeba po prostu sięgnąć i sprawdzić, czy dołączy się do grona zachwyconych, czy może rozczarowanych. Ja niestety staję po stronie tych drugich.
Ci, których opis specyficznej i niestandardowej prozy Harrisona zachęca, muszą jednak pamiętać o tym, że zaczynanie lektury od „Pustej przestrzeni” nie jest rozsądnym pomysłem. Najpierw czytamy „Światło”, potem „Nova Swing”. A potem decydujemy, czy mamy już dość, czy wręcz przeciwnie. „Pusta przestrzeń” to, niestety, najsłabszy tom trylogii. W „Świetle” najmocniejszym punktem była kreacja świata, na którą składają się zarówno nowatorskie pomysły autora, jak choćby K-statki, jak i skąpienie informacji o tymże świecie i wrzucanie czytelnika na głęboką wodę, by zaoferować mu koło ratunkowe dopiero w którymś z dalszych rozdziałów. Z kolei w „Nova Swing” na pierwszy plan wysunął się klimat — sam pisarz zatytułował jeden z rozdziałów „Kosmos w stylu noir” i był to opis nad wyraz trafny. Tymczasem w „Pustej przestrzeni” otrzymujemy kalki tego, co już znamy, zarówno na poziomie treści, jak i formy.
Największym plusem tomu trzeciego jest połączenie ze sobą wielu wcześniejszych wątków — w czasach współczesnych ponownie spotykamy Annę, żonę Michaela, znajdującą się obecnie w jeszcze gorszym stanie psychicznym niż poprzednio, korzystającą z pomocy specjalisty; śledzimy perypetie załogi Nova Swing, którą tworzą Liv Hula, mona Irene i Gruby Antoyne poznani na kartach drugiego tomu trylogii; towarzyszymy też byłej asystentce detektywa Aschemanna w kolejnym śledztwie w Saudade, gdzie Strefa nie odgrywa już równie znaczącej roli co kiedyś. Cieszy ta rola klamry łączącej ze sobą dwie poprzednie części cyklu, cóż jednak z tego, skoro fabuła, tradycyjnie już u Harrisona, stoi w miejscu i w gruncie rzeczy zmierza donikąd. Bohaterowie — również: jak zawsze — miotają się i nie wiedzą, czego tak właściwie chcą od życia. Oczywiście, trudno nie dostrzegać w tym motywu przewodniego, ale nie jest łatwo przejmować się postaciami skrajnie antypatycznymi, skrzywionymi przez autora do granic możliwości, a momentami wręcz karykaturalnymi.
Bez zmian także na płaszczyźnie językowej. Harrison przemiela w kolejny sposób te same opisy i dialogi, choć ci, którzy mają za sobą poprzednie dwa tomy, zdążyli się już pewnie znieczulić na jego zamiłowania do opisywania ludzi, ich uczuć i ich fizjologii w sposób odpychający. Kolejne sceny, mające — chyba? — szokować, po prostu śmieszą, zwłaszcza gdy autor po raz wtóry z lubością używa tych samych słów i konstrukcji; każdy z bohaterów „rzyga”, każdy „rżnie się”, co jakiś czas rzuci jakąś „kurwą”. Na poziomie językowym, tak samo jak na poziomie koncepcyjnym, fabularnym i formalnym, to po prostu powtórka z tego, co znamy już albo ze „Światła”, albo z „Nova Swing”.
Nie chcę nikogo do lektury Harrisona zniechęcać, ale trudno mi ukrywać, że nie podzielam zachwytów i nie rozumiem fenomenu autora. Owszem, jego powieści wyróżniają się; owszem, trudno je zaszufladkować, przylepić na nich gatunkową etykietę. Ale nie potrafię się wyzbyć wrażenia, że mało kto będzie czerpał przyjemność ze spotkania z tego typu prozą, głównie z uwagi na specyficzne podejście do fabuły, bohaterów i stylu. A szkoda, gdyż potencjał zdecydowanie tkwi w tym świecie i koncepcjach pokroju K-statków, tanków, krawców czy Strefy Zdarzenia. Spróbujcie jednak, sięgnijcie po „Światło” i zdecydujcie, czy Trakt Kefahuchiego jest dla Was. Dla mnie — zdecydowanie nie.
---
Zarówno tę recenzję, jak i wiele innych tekstów znajdziecie na moim blogu: http://oceansoul.waw.pl/ Serdecznie zapraszam!
„Pusta przestrzeń” to trzeci, a zarazem ostatni tom trylogii Trakt Kefahuchiego autorstwa M. Johna Harrisona, pisarza na tyle specyficznego, że z reguły albo się jego dzieła kocha, albo się w nich nie gustuje. Obok Chapmana i Duncana należy do najbardziej kontrowersyjnych autorów opublikowanych jak dotąd w serii Uczta Wyobraźni i w gruncie rzeczy trudno jego prozę polecać...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Nie próbuj niczego, jeśli nie czujesz się zagubiona albo nie płoniesz. W przeciwnym razie, jak zdołałabyś to zapamiętać?"
Akcja powieści zaczyna się od momentu, w którym Anna Waterman, zasadniczo główna bohaterka, wraz ze swoim kotem znajduje coś obrzydliwie dziwnego, wyglądającego jak zwierzęce wnętrzności. Zaniepokojona kobieta postanawia zadzwonić do swej córki Marnie, z którą przez wiele lat nie miała kontaktu. Dziewczyna odzywała się do matki tylko wtedy, gdy chciała przypomnieć jej o zbliżającej się wizycie u doktor Alpert - psycholog, która sprawowała nad nią pieczę od ponad trzech lat. Współpracę z pacjentką rozpoczęła od analizowania snu podopiecznej, który nieustannie ją dręczył. Anna nie miała bowiem łatwego życia. Odkąd była nastolatką, miała problemy natury umysłowej. Zaczęło się od anoreksji, na którą zachorowała w wieku dziewiętnastu lat. Z biegiem czasu kobieta stawała u kresu wytrzymałości, co wiązało się z dwoma próbami samobójczymi. Wszystko uległo zmianie, gdy poznała swego przyszłego męża.
Niestety patrząc z perspektywy minionych lat, jego obecność nie wniosła w życie Anny niczego dobrego. Mężczyzna ten wykładał fizykę matematyczną na jednym z londyńskich uniwersytetów i, mimo że jego prawdziwe nazwisko to Kearney, pragnął, aby nazywano go Brianem Tatem. Charakteryzowały go ogromne skłonności do depresji, która prawdopodobnie była motorem do misji samobójczej. Pewnego wieczoru Michael zanurzył się w Atlantyku i ślad po nim zaginął; jego ciała nigdy nie odnaleziono. Informacje dotyczące jego śmierci są jedynie spekulacjami i niepotwierdzonymi teoriami, albowiem najbliższa mu osoba starannie wyparła ze swej pamięci wszystkie wspomnienia, w których on się znajdował. Znalazła pocieszenie u boku innego mężczyzny, z którym zaszła w ciążę i wkrótce urodziła córkę; nigdy nie łączyła jej z nią żadna głębsza więź.
W kolejnym wątku przedstawionym przez autora, najważniejszymi postaciami są Gruby Antoyne, Liv Hula i Irene, czyli twórcy przedsiębiorstwa Saudade. Później poznajemy również Asystentkę, której budową cechują się roboty, a nie istoty ludzkie. Mimo że chciałabym napisać więcej o historii tych bohaterów, boję się, że naprawdę bym to zrujnowała. Harrison stworzył bowiem świat, w którym nic nie jest oczywiste, a czytelnik przy zapoznawaniu się z lekturą, zadaje sobie mnóstwo pytań, nie mogąc dopasować do siebie kolejnych części układanki. Pusta przestrzeń jest zagadką, której nie potrafię rozszyfrować. Jest to sequel Światła i Nova Swing, będących częściami Trylogii Traktu Kefahuchiego. Wszystkie trzy powieści należą do cyklu wydawnictwa MAG, noszącego nazwę Uczta Wyobraźni. Czy jednak czytanie tej książki było ucztą dla mojej wyobraźni?
Przed decyzją przeczytania tej pozycji zapoznałam się z jej krótkim opisem, który zaciekawił mnie do tego stopnia, że musiałam się po nią sięgnąć niemal natychmiast. Rozpoczynając lekturę, opowieść wywołała we mnie pozytywne uczucia, o których pozostaniu byłam pewna. Szybko jednak pozbawiłam się tych wrażeń... Niestety wraz z przewracaniem kolejnych kartek, fabuła stawała się coraz nudniejsza, o ile w ogóle można w przypadku tej książki o niej wspominać. Tempo, w jakim autor próbował rozwijać wszystkie trzy wątki jednocześnie, był lekko mówiąc powolny. Przez niemal dwieście stron nie działo się praktycznie nic, a ja, jako czytelnik, chciałam jak najszybciej skończyć tę katorgę.
Mimo że autor trylogii żyje w czasach współczesnych i w takich również napisał swą książkę, jego styl pisania pozostawia dużo do życzenia. Będąc osobą, która do ulubionych powieści zalicza takie, które czyta się z przyjemnością, nie zadowoliłam się Pustą przestrzenią. Czytanie sprawiało mi wiele trudności zwłaszcza wtedy, gdy po męczącym dniu chciałam odprężyć się, siadając w fotelu z lekką książką w ręku. Tej pozycji z pewnością nie można wrzucić do takiego worka. Zaliczając się do science-fiction, a co za tym idzie - do fantastyki, nie ma w sobie nic ciekawego, a jedynie coś skomplikowanego. Niełatwo jest rozgryźć zamiary autora względem tego dzieła. Nie należy ono do najłatwiejszych i nie wywoła uśmiechu na twarzy nastolatka, który do tej pory czytał tylko literaturę młodzieżową, charakteryzującą się treścią łatwą w odbiorze. Trylogia Harrisona jest jej całkowitym przeciwieństwem.
Mówiąc otwarcie i bez zbędnego przedłużania: Pusta przestrzeń nie należy do moich ulubionych książek. Nie mogłam zrozumieć wielu wątków, a jedyny, który naprawdę mi się spodobał, zaliczany jest do obyczajowego. Przez cały czas czułam się zdezorientowana, nie wiedząc, co autor mógł mieć na myśli, zagłębiając się we wszystkie możliwe szczegóły i poświęcając im naprawdę długie chwile na opisy. Polecę tę książkę tylko i wyłącznie osobom, które zapoznały się z poprzednimi częściami trylogii Harrisona i lubią jego styl. Pozostali możliwe, że nie dobrną do zakończenia tej historii, a nawet jeśli im się to uda, będą - podobnie do mnie - głęboko zawiedzeni.
http://oczami-czytelnika.blogspot.com/2013/02/pusta-przestrzen.html
"Nie próbuj niczego, jeśli nie czujesz się zagubiona albo nie płoniesz. W przeciwnym razie, jak zdołałabyś to zapamiętać?"
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAkcja powieści zaczyna się od momentu, w którym Anna Waterman, zasadniczo główna bohaterka, wraz ze swoim kotem znajduje coś obrzydliwie dziwnego, wyglądającego jak zwierzęce wnętrzności. Zaniepokojona kobieta postanawia zadzwonić do swej córki Marnie,...
"...Powiedziałam, że zrobiłaś ze swojego życia opis chwili bieżącej, ciepły neon nad restauracjami "Pizza Hut" i pubami, zamazany przez lekki deszczyk i odbijający się w każdej płytkiej kałuży; odpowiedziała, że słyszy oddech szczura dwa pomieszczenia stąd, ale nikt w to nie uwierzył. Mówi: co to właściwie jest czas? Nie wciskaj mi kitu, wiem, co to czas. Cokolwiek robisz, ty suko, nie wciskaj mi kitu. Nastała noc. Chodzi o to, że to mem. Wysyłam sygnał w zakresie fal radiowych, radaru oraz popierdolonych 27-40 kiloherców, i natychmiast otrzymuję odpowiedź z wydm, odbieram impuls sonaru i w jednej chwili zjawia się ona: to patch miłosny, moja droga, patch miłosny. W tym świecie jesteśmy pozostałościami własnego człowieczeństwa."
Powyższy cytat może wydawać się dziwny i niezrozumiały, chaotyczny. I w rzeczywistości, taki właśnie jest. Tym samym, idealnie odzwierciedla treść "Pustej przestrzeni" - sequela "Światła" i "Nova Swing". Nie czytałam tych dwóch powieści, jednak, kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłam zacząć od trzeciego i sprawdzić czy będę miała ochotę na więcej. Prawdę mówiąc, wciąż jestem niezdecydowana.
Dzięki M. John Harrisonowi mamy okazję poznać historię Asystentki z mnóstwem modyfikacji - bardziej robota niż człowieka - która prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa Toniego Reno; załogi statku Nowa Swing - Liv Hulę, Grubego Antoyne'a i mon Irene - która zajmuje się sprawą tajemniczych artefaktów z osławione cyrku madame Shane oraz Annę Waterman, która próbuje poukładać sobie życie po stracie męża, podczas gdy córka uważa ją za wariatkę. Wszyscy oni żyją w świecie, w którym codziennością są statki kosmiczne, seks na ulicach i modyfikacje, zmieniające wygląd, pozwalające wyostrzyć zmysły i "ulepszające" organizm.
Zdecydowanie nie jest to książka dla miłośników akcji. Osobiście, przez cały czas, podczas czytania, próbowałam doszukać się jakiejś fabuły i znalazłam jej nikłe zalążki. Prawie nic się nie dzieje. Wszystko przyspiesza dopiero pod koniec powieści. Miłośnicy głębokich uczuć też nie znajdą w "Pustej przestrzeni" nic dla siebie. Autor skupił się na oddaniu emocji poprzez tok myślowy bohaterów i następujące po sobie zdarzenia. Owe zdarzenia, poza pewnymi wyjątkami, są tak naprawdę zbitkiem podróży i obrazów.
Choć w teorii wszystko się skończyło, w rzeczywistości nic nie zostało wyjaśnione i na koniec pojawia się jeszcze więcej tajemnic. Po przeczytaniu książki czytelnik ma więcej pytań niż odpowiedzi.
Powieść jest ciężka w odbiorze. Harrison stworzył świat dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, który jednak sporo różni się od naszego, więc trzeba skupić się na jego odbiorze. Dla tych osób, które bardzo lubią skomplikowane rzeczywistości, z pewnością będzie to coś fascynującego, ale reszta może sobie nie poradzić i uznać książkę za nudną.
Bohaterowie są bardzo zróżnicowani, ale ich osobowość nie została w pełni ukazana. Gdyby wykorzystać ten potencjał, byłoby zdecydowanie ciekawiej.
Pomimo tych wad, "Pusta przestrzeń" nie jest złą książką. Dzięki magii świata przedstawionego, czyta się ją naprawdę dobrze. Jak wspomniałam wcześniej, niestety, nie przypadnie do gustu osobom, lubującym się w prostej fabule i lekkiej lekturze. Jest przeznaczona raczej dla konkretnej grupy odbiorców i ktoś o innych preferencjach nie powinien po nią sięgać.
"...Powiedziałam, że zrobiłaś ze swojego życia opis chwili bieżącej, ciepły neon nad restauracjami "Pizza Hut" i pubami, zamazany przez lekki deszczyk i odbijający się w każdej płytkiej kałuży; odpowiedziała, że słyszy oddech szczura dwa pomieszczenia stąd, ale nikt w to nie uwierzył. Mówi: co to właściwie jest czas? Nie wciskaj mi kitu, wiem, co to czas. Cokolwiek robisz,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo tohttp://kasandra-85.blogspot.com/2013/02/pusta-przestrzen-mjones-harrison.html
http://kasandra-85.blogspot.com/2013/02/pusta-przestrzen-mjones-harrison.html
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo dobre zakończenie trylogii (czy raczej trzech luźno powiązanych książek). Niemniej głównie dla fanów Harrisona, bo jego pisarstwo albo się lubi, albo nie. Więcej: http://shadowmage.nast.pl/2013/02/pusta-przestrzen-m-john-harrison-recenzja/
Bardzo dobre zakończenie trylogii (czy raczej trzech luźno powiązanych książek). Niemniej głównie dla fanów Harrisona, bo jego pisarstwo albo się lubi, albo nie. Więcej: http://shadowmage.nast.pl/2013/02/pusta-przestrzen-m-john-harrison-recenzja/
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to