Mam trochę naiwne spojrzenie na wymiar sprawiedliwości. Niby zna się wiele przykładów, w których ten system nie tylko zawodzi poszkodowanych na całej linii, ale jeszcze im w różny sposób szkodzi, a mimo to człowiek nadal żyje w złudzeniu, że właśnie tam… w sali sądowej doczeka się upragnionej sprawiedliwości. Może ta myśl powinna być w nas zakorzeniona, by nie myśleć o wzięciu sprawy w swoje ręce i odpłaceniu komuś złem za zło.
A jak wyglądało to w przeszłości ze zbrodniarzami wojennymi, którzy dopuścili się takich okrucieństw, których żadne więzienie czy szybka egzekucja nie potrafiłyby zmazać? I tu historia nie napawa nas optymizmem, podając przykłady katów, którzy nigdy nie widzieli celi od środka i cieszyli się dobrym życiem na wysokiej pozycji społecznej. Ale to są wszystko ogólniki, wycinki z biografii, czy jakieś fragmenty zasłyszane z różnych źródeł, bez poznania przyczyny takiego ponurego stanu rzeczy.
Książka polskiego sędziego Józefa Musioła głębiej wchodzi w tę materię. „Człowiek i zbrodnia” jest właściwie zlepkiem trzech książek, które można też znaleźć w dorobku tego autora. Każda z nich skupia na innym epizodzie prawnym i wszystkie były związane z czasami wojennymi.
PRZESŁUCHANIE
W „Przesłuchaniu” towarzyszymy autorowi bezpośrednio w jego sędziowskiej pracy, którą przyszło mu wykonać trzydzieści lat po wojnie. Do jego zadań należało przepytywanie i utrwalenie na piśmie wypowiedzi osób, które były ofiarami eksperymentów pseudomedycznych i pseudonaukowych w różnych obozach koncentracyjnych. Odtworzono w pewnym stopniu dialogi z tymi ludźmi, co sprawiało, że odbiór był szczególnie sugestywny.
Co ciekawe autor przytoczył nie tylko suchą relację z tych rozmów, ale podzielił się również swoimi osobistymi przemyśleniami, rozterkami czy emocjami. Te przesłuchiwania nie pozostawiają go w żadnym stopniu obojętnym. Napawały go wieloma obawami, choć próbował sobie narzucić zawodową bezstronność i starał się trzymać ściśle tematu. Szybko się jednak przekonał, że nie jest to rutynowa praca, a urzędowy dialog nie przebiegnie tak gładko.
Czuł się tam przede wszystkim nie na miejscu. Nie umiał się odnaleźć w swojej roli. Jak przesłuchiwać człowieka, który był nie tylko więźniem obozu koncentracyjnego, ale został też poddany wbrew swojej woli eksperymentom, które zniszczyły mu życie? Czy powinno się w ogóle w taki sposób przepytywać ofiary, które zostały skazane przez niemieckich sędziów na lagier? Jak właściwie ocenić moralnie działania tych wszystkich zbrodniarzy-lekarzy?
Autor miał też problemy z wyborem odpowiedniej formy przesłuchiwania i borykał się z niezręcznościami, gdy próbował podważyć jakieś obozowe wydarzenie, które nie wydawało mu się logiczne. Jednak szybko się przekonał, że jego rozumowanie było niewłaściwe. Te decyzje, które podejmowali Niemcy w obozach, nie miały nic wspólnego z logiką, rozsądkiem czy konsekwencją.
Była to więc trudna sytuacja. Z jednej strony sędzia chciał zachować zawodowy dystans, a z drugiej nie potrafi powstrzymać emocji i wybuchów empatii, które się w jego pytaniach uzewnętrzniały. Nie było to nic dziwnego, zważywszy na to, jakie zbrodnie sędzia i protokolantka utrwalili na piśmie. Choć pan Musioł sam przeżył wojnę, to przesłuchiwani przytaczali takie wspomnienia, od których nawet jemu włos się na głowie zjeżył.
Nie ułatwiało też sprawy, że przesłuchiwanych było tak wielu. Każdy z nich odtworzył inny horror, na który mało kto jest tak naprawdę przygotowany. Niektórzy odseparowali się emocjonalnie od swoich wypowiedzi, a inni nie potrafili tego zrobić. Minęło trzydzieści lat, a skutki pozostają z nimi do końca życia. Przesłuchiwani nie tylko ograniczają się do słów. Pokazują też swoje obozowe numery, odsłaniają swoje blizny po eksperymentach. Ich kalectwo widać często jak na dłoni. Nie są zdolni do pracy, nie mogą mieć dzieci albo znajdują się pod stałą obserwacją lekarską. Zupełnie, jakby to oni ponosili jakąś karę.
Pomiędzy przesłuchaniami autor opisuje swoje podróże do RFN, które były dla niego często bardzo emocjonujące. Przytoczył listy pożegnalne, które wysłali więźniowie tuż przed egzekucją. Wchodził też mimowolnie w kontakt z powojennym pokoleniem Niemców z lat 70, poznając ich nastawienie do Polski, Polaków i do ich wspólnej wojennej przeszłości.
Zainteresował się także nastrojami politycznymi w Niemczech. Czy ludzie pamiętają o zbrodniach hitlerowskich? Czy pamięć przetrwa tysiące lat, jak zapowiedział dr Hans Frank? Autor rozwiewa jakiekolwiek idealistyczne złudzenia. Jeśli same ofiary chcą zapomnieć o traumatycznych wydarzeniach, to wnioski nasuwają się same. Co najwyżej opozycja wykorzystywała przeszłość, by coś na tym zyskać, ale to marna pamięć.
ŚWIADKOWIE
W tej pracy skupiamy się na procesach zbrodniarzy Majdanka, które rozpoczęły się już 1944 i trwały do wczesnych lat 80. Autor skoncentrował się na trzecim procesie, który toczył się przed zachodnioniemieckim sądem w Düsseldorfie. Rozpoczął się on od 26 listopada 1975 roku i ciągnął się do 30 czerwca 1981. Na ławie oskarżonych zasiadło w sumie szesnastu byłych członków SS oraz funkcjonariuszy obozu koncentracyjnego w Majdanku, choć dwóch z nich zostało wycofanych z procesu ze względów zdrowotnych.
W Majdanku zgładzono według szacunków około 75 000 osób. Wśród oskarżonych byli między innymi: Hermann Hackmann, Wilhelm Reinartz, Heinrich Schmidt, Thomas Ellwanger, Emil Laurich, Heinz Villain, Hildegard Lächert, Rosa Süss, Charlotte Mayer, Hermine Böttcher, Hermine Braunsteiner-Ryan. Wszyscy odpowiadali na początku z wolnej stopy.
Proces toczył się długo, bo prawie sześć lat i przebiegał w bardzo stresującej atmosferze. Był nie tylko trudny dla świadków, którzy musieli przebywać (o zgrozo) w pobliżu oskarżonych, ale także dla niemieckiego sędziego, któremu adwokaci bardzo utrudniali pracę i grozili, że odwołają go ze stanowiska, jeśli będzie ich ograniczał. Oni także przedłużali celowo ten proces, gnębiąc jeszcze bardziej straumatyzowanych świadków.
Szczególnie zajadłym osobnikiem był obrońca Ludvik Bock, który próbował na wszelkie możliwe sposoby podważyć wiarygodność świadków, zastawiając na nich pułapki słowne albo wplątując ich w skomplikowane gierki psychologiczne. Ponadto rzucał niestworzonymi teoriami, w których zbrodnie w Majdanku były tylko częścią polskiej propagandy. Zasugerował też, by odseparować w trakcie przesłuchań świadków od oskarżonych, a nie odwrotnie. Chciał także wnieść wniosek o tymczasowe aresztowanie byłej więźniarki, która była zmuszona wnosić cyklon B do komór. Dla niego była to nie tyle praca, co osobista misja, by gnębić Polaków. Dlaczego? Kto wie, ale jego przynależność do skrajnie prawicowej NPD była dosyć wymowna. Na szczęście usunięto go po jakimś czasie z procesu.
Autor poświęcił wiele uwagi świadkom, którzy są przedstawieni w prasie jako bezimienna masa. Przytoczył wywiady z nimi oraz wypowiedzi z samego procesu. Skupił się szczególnie na ich odczuciach i wspomnieniach z Majdanka. Ci ludzie mieli nie tylko trudności z przypomnieniem sobie po latach szczegółów, ale przede wszystkim musieli przezwyciężyć strach przed stawieniem czoła przeszłości.
Jednak to nie wspomnienia były najbardziej koszmarne, ale przede wszystkim bliski kontakt z dawnymi oprawcami w trakcie procesu czy między rozprawami. Szczególnie na przerwach dochodziło do kilku strasznych incydentów. Co to za rzeczywistość, w której dawne ofiary obozów były zmuszone mijać się ze swoimi katami na korytarzu?
Gdy śledzimy ten proces dokładniej, można wychwycić również i w tym przykładzie, w jakiej opłakanej kondycji znajdował się wymiar sprawiedliwości. System karny względem zbrodniarzy wojennych był jakąś kpiną, a przebieg procesu naraził ofiary na szykany i retraumtyzacje. Upływający czas zadziałał na korzyść oskarżonych, a ciągnący się przez lata proces sprawił tylko, że wszyscy chcieli mieć go jak najszybciej za sobą.
Autor nie chciał swoich czytelników jedynie szokować. Przede wszystkim zarysował sytuację społeczną i polityczną w tamtych czasach, odnosząc się do zbrodni niemieckich w Majdanku. Dzięki jego wykształceniu mogliśmy się też przyjrzeć takiej rozprawie sądowej od strony kuchni. Wyłączając kontrowersyjne aspekty czy potknięcia, był to trudny do przygotowania i poprowadzenia proces. Zapoznanie się z topografią i życiem codziennym obozu, weryfikacja wypowiedzi świadków czy kompletowanie dokumentacji kosztowało tysiące godzin pracy. Jak ogarnąć ten chaos informacyjny? Jak się odnaleźć wśród ofiar i zbrodniarzy? Jak prawidłowo zrozumieć powagę tych zbrodni? I w końcu… jak właściwie ukarać przestępców? Z tymi pytaniami musiała się kadra sędziowska i prokuratorska poważnie zmierzyć.
SĘDZIA I KAT, CZYLI JEDEN DZIEŃ DOKTORA THÜMMLERA
Jak tytuł wskazuje, ostatnia praca skupia się wokół niemieckiego zbrodniarza hitlerowskiego Johannesa Thümmlera, który był zarówno sędzią doraźnym, jak i komendantem SIPO. To w sumie taki Mengele ze świata prawniczego, który także uniknął kary, choć wcale nie zniknął z powierzchni ziemi.
Autor przyjrzał się w tej części jego karierze, koncentrując się szczególnie na jego zbrodniczej pracy w okresie okupacji niemieckiej. Pracował z początku w Katowicach, a potem krótko w Auschwitz, gdzie do końca zabijał więźniów w białych rękawiczkach. Ten mało znany zbrodniarz wojenny słynął szczególnie z tego, że skazywał ludzi taśmowo na śmierć w drodze administracyjnej, nie wykazując żadnego zainteresowania ich sytuacją. Ponieważ „Ordnung muss sein” odbywał się „proces”, ale zazwyczaj ograniczał się on do sprawdzenia danych i zadaniu kilka rutynowych pytań. Trwało to 2-3 minuty, dzięki czemu mógł skazać na śmierć wiele osób w ciągu dnia. Wyroki wykonywano tuż po ich wydaniu.
Ci nieliczni, którzy jakiś sposobem uniknęli kary śmierci, w najlepszym wypadku zostali przeniesieni do obozów, gdzie mieli jakieś szanse na przeżycie, a w najgorszym ich akta trafiały znów na wokandę do ponownego „rozpatrzenia”. Wypuszczenia na wolność nie istniały w prawnym repertuarze Johannesa Thümmlera, a kara śmierci była „najdogodniejszym” rozwiązaniem problemu. To podejście uczyniło go perfekcyjnym narzędziem III Rzeszy, był wprost idealnym biurokratą, wydrążonym z sumienia i trzymający się ściśle nowego „prawa karnego”, który przygotowano specjalnie dla mieszkańców okupowanych ziem.
Książka przytoczyła niektóre z tych zbrodniczych dekretów, które wcielono już pod koniec października 1939 roku w życie. Z tych ubranych w prawniczy język szaleństw wynika, że jedynie praca dla Rzeszy nie groziła śmiercią. Nie ma żadnych wątpliwości, że prawo stało się w ich rękach po prostu kolejnym narzędziem do uciskania i likwidowania konkretnych jednostek czy grup. Nie bez przesady porównywano to działanie do gwałtu czy prostytucji.
Poprzez zbrodnicze działania Thümmlera uzyskaliśmy bardzo szokujący wgląd w to jak głęboko można zbezcześcić wymiar sprawiedliwości… i jak pozostać przy tym jeszcze bezkarnym. Tak, powojenny sąd nie potrafił w żaden sposób powiązać te śmierci z jego zbrodniczym sędziowaniem. Z kolei ci, którzy już trafiają na ławę oskarżonych, zawsze się domagają cywilizowanego, humanitarnego i sprawiedliwego procesu… często bardzo głośno, choć swoim ofiarom nie okazali nawet cienia litości.
PRAWO, ALE NIE SPRAWIEDLIWOŚĆ
Nowy rok ledwo się zaczął, a już znalazłam książkę, którą zapamiętam na wiele miesięcy, jak nie do końca roku. Praktycznie w całej literaturze wojennej można się natykać na bardzo poważnie przykłady pogwałcenia praw człowieka i niesprawiedliwości. W tego typu książkach przyjęliśmy to jako coś „normalnego”, że w trakcie wojny prawo, porządek i sprawiedliwość przestają być pewną stałą, na której możemy się opierać, nawet jeśli w trakcie pokoju nie działały sprawnie.
Jednak nie każda książka zajmuję się gruntownie tą materią. Jest to w sumie bardzo szeroki temat, który wymaga nie tylko wykształcenia prawniczego, ale też historycznego. Samo prawo konfliktów zbrojnych obejmuje wiele dziedzin, o których można byłoby napisać niejedną monografię.
Prace sędziego Musioła z lat 70. i 80. są pod tym względem wyjątkowe. Koncentrują się nie tylko na przytaczaniu suchych faktów, relacji czy danych statystycznych, ale zajmują się licznymi zagadnieniami moralnymi, które także mi chodziły po głowie, ale nie umiałam ująć swoich przemyśleń w coś konkretnego.
Czym tak naprawdę jest prawo? Kiedy wymiar sprawiedliwości przestaje spełniać swoją funkcję? Jak odróżnić sędziego od kata? Kiedy sąd przestaje istnieć? Przez pryzmat wojennych zbrodniarzy i ich niewybaczalnych czynów uzyskujemy konkretne odpowiedzi, które powinny z nami pozostać do końca życia.
Opinia
Bardzo dobra książka! Ilość zebranego przez autorkę materiału jest naprawdę imponująca. To co jednak jest największą zaletą to fakt, że dokonuje ona opisów nie tylko nazistowskich obozów zagłady i radzieckich gułagów, ale także sięga po mniej znane przypadki (Kuba, Filipiny czy więzienie Guantanamo). Polecam!
Bardzo dobra książka! Ilość zebranego przez autorkę materiału jest naprawdę imponująca. To co jednak jest największą zaletą to fakt, że dokonuje ona opisów nie tylko nazistowskich obozów zagłady i radzieckich gułagów, ale także sięga po mniej znane przypadki (Kuba, Filipiny czy więzienie Guantanamo). Polecam!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to