Gdyby to była realistyczna książka, można byłoby ją zaliczyć do literatury, powiedzmy z nurtu “radości z odzyskanego śmietnika”, bo tu m. in. tak ukazany ukazany świt Niepodległości w 1918 r.
Ale to książka, w której fabuła ma najmniejsze znaczenie. W przeciwieństwie do języka, bo fraza znów niezwykle oryginalna, jak w niedawno czytanej “Skazie”, której jednak ta książka nieco jednak ustępuje.
Oryginalna to rzecz, do czego Autorka ma wybitną skłonność i aczkolwiek tematycznie zupełnie inna niż tamta, to pokrewieństwo z nią zdradza m. in silnie zaakcentowana bezcelowość ludzkich starań…
Język także na tym samym mistrzowskim poziomie. Jako wyborna stylistka, Tulli posługuje się zdaniami, jakich przeciętny Autor dziś już nie tworzy, a przeciętny czytelnik nie trawi. Dla mnie to oczywiście największa wartość, zaraz po oniryczności tej prozy.
Na szczęście to nie żadne reality, zwłaszcza że w centrum narracji jest rozpad rzeczywistości, kres marzeń głównych bohaterów, szaleństwo czy śmierć ważnych mieszkańców fikcyjnych Ściegów, leżącego gdzieś nad morzem miasteczka z pruskiego zaboru. Autorka na szczęście nie przywiązuje wagi do topograficznych i nie tyko szczegółów, dzięki czemu wraz z nią dajemy się ponieść fali niezwyczajnych zdarzeń.
Magdalenie Tulli bliżej tu do klimatów Schulza czy Marqueza niż do dokumentowania historii, która jest tylko pretekstem do ukazania oryginalnych bohaterów poszczególnych części Autorka nie byłaby sobą, gdyby obok braku tradycyjnej narracji wprowadziłaby tu jednego bohatera. W centrum są tu bowiem kolejno trzy osoby, będące główną osnową każdej z trzech części, poświęconych kolejno: cierpieniu, konsumpcjonizmowi a na koniec szaleństwu.
To taki niezwyczajny świat, w którym np. pieniądze z czasem bledną a zdjęcia ciemnieją. “To zły znak, najgorszy jaki może być [to ich zdjęcia ciemnieją] – denerwowały się pokojówki. – Wy głupie, pod koniec oszczędzał odczynniki, ot i wszystko – śmiał się z nich chłopiec od aptekarza, który znał się na rzeczy”.
I tak do końca ten nieskończony dialog między tym co nierzeczywiste, a tym, co realne….
Nieco cytatów dla zachęty:
“Byli to bowiem weseli grenadierzy o twardych sercach, którym życie wydawało się wszystkim, czego tylko można zapragnąć i czym prawie nigdy nie bywa”.
“W fabryce płyt gramofonowych Neumanna szlachetne tenory, butne barytony, budzące grozę lub wesołość basy i przejrzyste jak szkło soprany wtłaczano z pomocą niemelodyjnie hałasujących maszyn w czarną materię ebonitu, gdzie pozostawały niewidoczne, lecz słyszalne, na zawsze owinięte w bawełnę niezrozumiałych włoskich słów”.
“Garnizon szwedzki lepszy jest od rosyjskich, pruskich i austriackich pod każdym względem, tak jak szwedzki zabór lepszy jest od wszelkich innych możliwych zaborów”.
“Werble, rechocąc prostacko, podawały takt dufnym puzonom, trąbka trąbiła, że życie jest piękne, a skrzypce, ledwo nadążając, z pijackim łkaniem skarżyły się, że za szybko ucieka”.
“Proklamację o utworzenie Królestwa Polskiego odczytał mieszkańcom Ściegów drugi z kolei niemiecki komendant miasta”.
“Nie było już w Ściegach niczego, co odwróciłoby uwagę cudem ocalałych żołnierzy od kałuży piwa na stole, po której wozili palcami, otwierając kanały łączące odległe jeziora, przekształcając małe zatoczki w ogromne oceany, zatapiając ostatnie skrawki suchego lądu”.
“Kiedy gotyckie litery kolejowych napisów stały się już prawie niewidoczne, gimnazjaliści pozrzucali tablice wespół z uczniami szewskimi i piekarczykami. Podeptali niemieckie napisy i odebrali broń żołnierzom z kolejowego patrolu”.
“Trzecim i ostatni niemieckim komendantem Ściegów był pijanym feldfeblem, nawykłym do dźwigania papierów i wycierania rękawem krzeseł. Jego samozwańcze rządy utrzymały się od śniadania do obiadu”.
“Nikt już nie płakał, nawet narzeczone zabitych szeregowców. Zabrakło bowiem soli, która jest – jak wiadomo – esencją łez”.
“Zagłodzeni oberwańcy wypatrywali po kałużach jakiegoś kartofla, żeby go podnieść i zjeść, choćby na surowo. Ale nie było ani jednego, bo skąd miałby spaść?”.
“Na straganach leżało wszystko oprócz żywności. Ta jakby zapadła się pod ziemię, kryjąc się przed niepewnymi koronami polskimi i niemieckimi markami”.
“Znali się na wszystkim, mogli od ręki sprzedać fałszywe portugalskie paszporty oficerom Wrangla albo na zlecenie upłynnić pakiet bezwartościowych przedwojennych akcji kolei transsyberyjskiej”.
“Tango nieustępliwym rytmem pulsowało w skroniach pod kropelkami potu, przez chwilę każdy brał jego brutalność za własną i ledwo utrzymywał ją w ryzach, z fordanserką w jaskrawym makijażu balansując na przeciągniętej strunie, na granicy światła i mroku, miłości i nienawiści, życia i śmierci”.
“Wyruszył do Buenos Aires w trumnie obłożonej lodem, z kopią listu przewozowego przyklejoną na wieku, mając w plecach ranę od sprężynowego noża”.
“– Czy ja żyję? – pytał właściciel hotelu niknącym głosem.
– Sam pan wie, drogi panie Lapidus - odpowiadał doktor, odkładając słuchawkę. – Skoro pan zadał pytanie, zna pan i odpowiedź”.
“– Życie – mówił – samo w sobie nie jest ani złe, ani dobre. Tak samo śmierć. Cała rzecz w proporcjach. Niestety, drogi panie, jak ze wszystkim, tak i z tym, najtrudniej utrafić w punkt”.
“Chorzy na tyfus marudzili długo, nie mogli się zdecydować, czy chcą żyć, czy umrzeć.
– Wyzdrowieć? Żeby znowu obnosić nicowane łachy? – za plecami śmiali się szorstko z doktora”.
“Rozeszły się pogłoski o jakimś krawcu z gromadą dzieci, który po śmierci, tak jak za życia, spędzał dnie i noce nad robotą. O młodej matce, która nie chciała położyć się do trumny, zajęta kołysaniem niemowlęcia. O jedynaczce, której dla świętego spokoju pozwolono nacieszyć się nową lalką. Jakiś zazdrosny mąż rzekomo pragnął uniemożliwić wdowie ponowne zamążpójście, jakaś skąpa żona po śmierci codziennie przeglądała domowe rachunki, szukając dziury w całym”.
“Nikt nie zapłakał. Ani nad kupcami, którzy spłonęli, zabarykadowani w swoich sklepach. Ani nad szwaczkami pogrążonymi w ciemnościach. Ani nad pijanymi marynarzami, którzy poszli na dno. Ani nad oszukanymi żołnierzami wielkiej wojny. Ani tym bardziej nad małpami”.
“Kolejne wydarzenia zagubiły się w nadciągającym mroku, spowolniały w mroźnym powietrzu. Skąd brać nowe opowieści?”.
Opinia
Pierwsza powieść Manueli przyjęta przeze mnie w latach debiutu z pewną ekscytacją, bo czasy były takie a nie inne, a ja trochę młodszy. Czy się broni po latach? Zasadniczo tak, szczególnie dla ludzi czujących klimat epoki, jak słynne Jest Dawida Bienkowskiego. Daję wysoką ocenę, bo wbrew pozorom (krytyka często nie na miejscu) to dobra literatura.
Pierwsza powieść Manueli przyjęta przeze mnie w latach debiutu z pewną ekscytacją, bo czasy były takie a nie inne, a ja trochę młodszy. Czy się broni po latach? Zasadniczo tak, szczególnie dla ludzi czujących klimat epoki, jak słynne Jest Dawida Bienkowskiego. Daję wysoką ocenę, bo wbrew pozorom (krytyka często nie na miejscu) to dobra literatura.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to