Anime i Manga… Manga i Anime – dwa można by rzec synonimy oznaczające jedne z najbardziej popularnych form treści (czy też same treści) z kultury masowej tworzonej przez twórców z kraju kwitnącej wiśni. To właśnie japoński komiks i specyficzna konwencja animacji, zwana anime, są wyznacznikiem tego czym jest ta azjatycka popkultura i jak bardzo jest ona specyficzna w stosunku do ,,typowego” amerykańskiego bądź europejskiego komiksu czy animacji, czy w ogóle w stosunku do rozrywki z ,,Zachodu”. Coś w tym jest, bowiem te dwa nader chętnie sięgane przez ,,masy" media potrafią wywrócić do góry nogami nasze pojęcie o tym, co to znaczy ,,dobry, ba!, świetny” serial czy film animowany lub wyborna narracja graficzna; z mangami i anime jest tak, że jak już raz ich zasmakujesz, będąc wcześniej do tych komiksowo-filmowo-serialowych form osobą całkowicie odwróconą plecami, niechętną i jakby gnuśną do ich całościowego wizerunku, przekazu czy wydźwięku, to nagle z człowieka kpiącego z japońskiego mangowo-anime” dorobku kulturowego na świecie, po doświadczeniu danego przez ciebie tomu mangi lub filmu, a nawet odcinka czy sezonu określonego serialu, stajesz się do końca nie wiedzieć czemu jego zwolennikiem.
Tak, mangi i animacje z kraju kwitnącej wiśni sprawiają, że coś się w ludziach porusza, że nie mając bladego pojęcia dlaczego tak się dzieje zaczyna coś jednak się do nas w tej kwestii odzywać: to siła, a może i bóstwo z japońskich wierzeń, po prostu coś... przekonuje nasze ,,cztery leniwe litery” do tego typu narracji graficznych, do tego typu form audiowizualnych. I to jest w tym elemencie japońskiej rozrywki wręcz fantastyczne, z racji dziedzictwa kultury globalnej ewoluującej do miana sztuki w obrębie ,,masówki". Bo anime i manga równa się również różnorodność – zarówno rozmaitość gatunkowa, ale i pod względem rodzaju odbiorcy, graficzna, stylistyczna, związana z pomysłami na kreacje dużej ilości rozmaitych form. Mówiąc inaczej, w tym aspekcie w japońskiej popkulturze dzieje się tyle, i dodatkowo dzieje się dobrze, że każdy z fanów, który doświadcza ichniejszej animacji i komiksu całym sobą, w pełnej mocy, nie może się nazwać inaczej jak tylko ,,Animemangoholikiem”; rzecz jasna jest to określenie idące w jak najbardziej pozytywnym kierunku odbioru, bo ,,uzależnienie” od takiej rozrywki, kreowanego przez sprytne ręce i umysł tak oryginalnie spoglądającego na świat narodu, to uzależnienie ,,pozytywne”, zwłaszcza jeśli obcowanie z tymi formami ma swoje granice i nie staje się czymś totalnie nagminnym, w naszym życiu najważniejszym. Z mojej prywatnej perspektywy nazwać tego rodzaju ,,popkulturowym… holikiem”, stety bądź nie, jeszcze się nie mogę, ale zarówno manga jak i anime są dla mojej geekowskiej pasji niezwykle ważne, stanowiące solidny procent jej ,,wypełnienia”, do tego stopnia, że nieważne czy dany tom lub Uniwersum, które to w danym momencie czytam i analizuję jest totalnie ,,skiszniałe i skaszaniałe” lub genialne do potęgi entej i totalnego nad tym rozpływu, to i tak zawsze do tego rodzaju doświadczenia, do tych konkretnych konwencji animacji i komiksu podchodzę z pełnym szacunkiem i optymizmem.
Japońska kultura popularna jest tak dziwnie i niespotykanie w stosunku do kulturowej globalności i otwartości ,,na wariackich papierach” zakręcona, tak różnorodna i tak płodna w kolejne komiksowo-anime tytuły, że aż można dostać od tego wszystkiego swego rodzaju stanu ducha nerda, który nazywam, co może wydać się dość osobliwe: ,,pro-japońskim popkulturowym kręciołkiem”. Tak, potrafi się od tego wszystkiego pomieszać w fanowskiej mózgownicy – to właśnie w tych rozrywkowych mediach, które ogarnia od dekad cały świat, tkwi jakiś ,,twórczy palec boży”, który zalewa wręcz każdego ,,doświadczającego” jakimś nieopisanym natchnieniem: za każdą kolejną przeczytaną mangą lub obejrzanym odcinku lub sezonie danego wybranego przez nas anime, aż się sam w duch zaczynasz siebie pytać: ,,ale zaraz, co by tu przeczytać, obejrzeć, jaki kolejny tom lub epizod wziąć na warsztat, bo przecież tyle tego się nam dostarcza, z taką werwą i twórczą pasją realizuje i wydaje, że paradoks decyzyjności przy przygotowaniu i wyborze kolejnej z lektur lub filmowo-serialowego eksperymentu z japońskiego segmentu treści tych mediów, staje się sprawą choro-naturalną. I tak ta ,,normalna sytuacja” ostatnio dopadła moje ,,leniwe cztery litery”, które miały, choć tylko początkowy, ale jednak mnie ,,dosięgający”, problem z ,,geekowskim ogarnięciem tematu” na zasadzie ,,do diaska, które teraz tomy danych Uniwersów mogę w mandze przeczytać, które serie odcinkowe bądź filmy wziąć na warsztat?!”. Nie tylko i Ja, ale przy tego rodzaju ,,popkulturowych sprawach nie cierpiących zwłoki”, te ,,odpowiednie na już!” wybory dopadają większość przesyconych, aż nadto zbyt dobrymi anime-mangowo a’la ,,crazy good vibes” wiciami energii i fajnych fluidów... fanów. Jednak, niech nam żyłka na skroni nie pęknie, spokojna głowa, chwila na głębszy oddech, bo świata nie zabraknie – w końcu nadejdą te konkretne momenty które po krótkiej i śmiałej decyzji będą ,,tymi właśnie… tymi z kolejnym japońskim komiksem lub animacją wyczekiwanymi, jakby od zarania dziejów momentami”. Dłuższego bajdurzenia u mnie nie było, u innych popkulturowiczów w tym japońskim mikrokosmosie form rozrywki zapewne również – ta ,,antydecyzyjność” stała się niedawno jedynie wspomnieniem; chłodna kalkulacja, szacunek do japońskiej kultury i obyczajów, zaufanie temu, co Japończycy są w stanie dać w danym gatunku, dla danego typu odbiorcy w swoich komiksach i animacjach, a także wiele innych ,,impulsywnych” czynników, sprawiły, że ,,śmigiem-migiem” geekowsko zadecydowałem. Dlatego też zawołałem więc w myślach: ,,Na ostrza noży gangsterów Yakuzy!”, kolejnym tomem, a właściwie Światem, które biorę na czytelniczy mangowy warsztat jest pilotowe rozdanie mangi ,,ERASED. Miasto, z którego zniknąłem” autorstwa Kei Sanbe. Intuicja i gusta zwyciężyły – ów wybór okazał się dla mnie prawie że rewelacyjny, tak samo bardzo dobry jak obejrzenie świetnego klimatem, narracją, postaciami: anime o tej samej nazwie, które stworzono w oparciu o tak słynną serię komiksów, o której niniejszym w recenzjo-opinii deliberuję.
Moja osobista przygoda z ,,Erased”, co zresztą w moim przypadku, jako schemat jest dość częste, rozpoczęła się od obejrzenia w danym Uniwersum serii konkretnego anime, aby potem przysiąść do lektury od początku cyklu mang komiksów, które dla ogólnego wora treści Uniwersum stanowiły archetyp i najważniejsze źródło danych. Wchłonięcie tych nastu odcinków ,,Erased” długo mi nie zajęło – to była przedłużona chwila, świetny emocjonalnie akt, do tego stopnia, że całościowy fenomen tej produkcji określiłbym jeszcze inaczej: jest to na tyle ważna dla popkultury animacja, tak ciekawie osadzona w realiach współczesnego świata, mimo iż ciągle jest to fikcja, że na pewno Netflix, MAX, a nawet i PrimeVideo - te platformy streamingowe właśnie - bezproblemowo poradziłyby sobie w przeniesieniu albo anime ,,Erased" albo jego archetypu, czyli mangi o tym samym tytule, na mały ekran, a może i na formę kinowego hitu. To zawiły, trochę sentymentalny Świat, w anime ze specyficzną linią narracji i gęstym do niemożliwości, na dodatek inteligentnym, mega śledczo-kryminalnym klimacikiem. A jak zaskoczyła mnie startujący z cyklem mang, tom 1 tej serii komiksów? Pilot ,,Miasta, z którego zniknąłem”, faktycznie… zaskakuje, ale w o wiele bardziej zawiły i ,,innawy” sposób niż adaptacja. Początkowo historia, którą – nie spoilerując – znamy z serialu, zaczyna się w podobny, co do tychże odcinków ,,Erased” sposób, i wygląda na teoretycznie prostą z początku, powoli się samo-napedząjącą i rozwijającą w fabule, opowieść. ,,Kreska” dodaje surowości, zwłaszcza grubachny kontur, niekiedy tuszowanie oraz ,,kreślenia” pod różnym kątem związane z wypełnieniami tła, konturów postaci etc. To wszystko wygląda rodem jak z growego ,,Maxa Payne’a” – mamy więc prawie że wizualny kryminał i thriller psychologiczny, do którego wkrótce dołącza (manga nie potęguje tego wrażenia jak anime, w którym element tej ,,podróży” jest w doświadczeniu przez widza prawie że namacalny, dziejący się też szybko) motyw podróży w czasie Satoru, który jak na mangę pilotową serii nie robi aż takiego zamieszania w strukturze świata przedstawionego, jak dokonuje tego owe naście odcinków omawianej serii. ,,Schocking” emocjonalno-fabularny przychodzi w tomie pierwszym ,,Erased” sporadycznie, najbardziej w okolicach końca całości.
Dramatyczna strona mangowego otwarcia Uniwersum ,,Miasta, z którego zniknąłem” nie imponuje tak jak tego oczekiwało się od Świata, które w tak kapitalny sposób odebrało się poprzez oglądanie jego wybornie, z nutą iście hitchcockowskiej perfekcji, opcji anime. To swego rodzaju problem i refleksja zarazem: w mandze dostaje się o wiele więcej treści: najrozmaitszych danych, w tym tekstu, scalającego się z jego przekazem obrazu, tworzonych relacji między postaciami, dziwnych powiązań, w których każda kolejna doświadczana strona daje ci coraz większy wgląd w to jak głęboka fabularnie i emocjonalnie jest to historia, historia, którą masz w rękach – i to fakt faktem ma miejsce w mandze, o której niniejszym mowa, co z kolei jest szansą w jej przypadku na dłuższą refleksję nad tym, co przechodzi główny bohater (mimo iż jest to dopiero tom 1), z jakimi trudnościami decyzyjnymi się zmaga, podczas nazwijmy to ,,skoków umysłu” poprzez czasoprzestrzeń, na które tak naprawdę Satoru Fujinuma nie do końca ma wpływ, a których doświadczenie odciska na nim piętno moralnego dylematu ,,że coś jednak mogło się zrobić, tak aby wiele osób w przeszłości uratować”. Problem w tym (i tu pojawia się ten problem, o którym nieco powyżej na początku akapitu wspominam), iż tom 1 ,,Erased” nie ma w sobie koniecznej w tej historii prostoty, jakby skrócenia i uporządkowania całości scenariusza – gdyby tak przedstawiano anime Uniwersum, jak robi to manga z ,,Erased”, to serial… cóż miałby nie 12 a od 24 do 30 odcinków.
Manga ,,Miasta beze mnie”, której tytuł, jako nazwa serii/Świata komiks właśnie podkreśla z lekko ukrytej strony, ot pośrednio, że chyba mało kto z nas chciałby znaleźć się na miejscu Satoru, przeżywającego swego rodzaju rozdarcie uczuciowe-decyzyjne, na którym to ciąży tytaniczna odpowiedzialność z racji talentu i przekleństwa zarazem ,,cofania się” w czasie do chwil, na które nasz ,,MC” nie wpływu, a które być może ,,zaraz!” zaowocują jakimś złym zdarzeniem, jest bardziej dramatyczna i siadająca na emocjach, miejscami z lekką stagnacją, którą jednak jest w stanie pociągną rysunek, powinna być czytana po obejrzeniu tych 12 epizodów ,,Ereased” – nie ukrywam, pilot mangi świetnie uzupełnia emocje do danych, realizowanych przez serial odcinków odpowiednich do tego, co analogicznie przedstawia manga. Warto w tym elemencie napomknąć, iż uczucia Satoru, chaos, którego on doznaje w związku z atakującymi go przeszłymi zdarzeniami oraz idącymi z tym w parze emocjami dobrze wytłuszcza i podciąga grafika. ,,Kreska” nie jest perfekcyjna, ale niektóre akcenty w bardziej tragicznych i depresyjnych i skakających do góry w tętnie akcji sekwencjach barw czerni, przetartej szarości i dziwnie stosowanych wypełnieniach konturów postaci oraz elementów otoczenia, robią solidne emocjonalne wrażenie. I dzięki tym elementom manga ta zyskuje funkcję dopełnienia tej niepośredniej strony Uniwersum - bez emocji i dramatyzmu, nic tutaj nie ma prawa bytu, a po to jest ten komiks właśnie.
Perspektywa opowieści ze strony Satoru, wejście w jego zbłąkany i ambiwalentny umysł stają się w mandze w porównaniu do anime praktycznie dotykalne. Całościowo, licząc wszystko to, co zawiera się w tworzeniu danego Świata w serialu jak i komiksie, w tym przypadku zwycięża konwencja anime. Jest jednak pełne ultra-optymizmu światełko w tunelu, co do tego, jak dramatyczno-fabularnie rozwinie się wytłuszczana dość mocno, indywidualna, dość odpowiednia dla bardziej wrażliwych czytelników, emocjonalna strona całej tej opowieści, której ,,ulega" z racji swojej specyficznej mocy Satoru - opowieści, którą mam nadzieję doświadczyć w pełni scenariuszowej, rozwiniętej w intensywny thriller i suspens, krasie w następnym i następnym... no i następnym tomie mangowej rzeczywistości ,,Miasta beze mnie".
Opinia
Po dramatycznych wydarzeniach z poprzednich tomów pora na powrót do typowego szkolnego życia. Jednakże niekoniecznie oznacza to wyłącznie obyczajowych problemów nastolatków.
W dalszym ciągu przeprowadzane są testy mające wyłonić uczniów, którzy mają pojechać na wycieczkę szkolną. Poza tym bohaterowie udadzą się wspólnie na zakupy, a także poznają uroki superbohaterskiego obozu młodzieżowego.
Obawiałem się, że wątek testów skupi się jedynie na głównym bohaterze, a reszta postaci będzie stanowić jedynie tło. Na szczęście tym razem wiele postaci może się wykazać. Szczególnie w pamięć zapadają wątki Momo Yaoyorozu i Minoru Minety. Podobało mi się też, że testy były dopasowane do poszczególnych uczniów, a także można było poznać zdolności nauczycieli.
Spodziewałem się też, że wyprawa do centrum handlowego odegra jedynie humorystyczną rolę. Zostaje tu jednak wprowadzony pewien złowrogi element, który stanowi najprawdopodobniej zapowiedź przyszłych wydarzeń.
Wycieczka szkolna to pretekst do pokazania kolejnych intensywnych elementów szkolenia. Wprowadzony też zostaje chłopiec, który nie znosi bohaterów. Jak na razie uważam go za zbędny wątek, ponieważ domyślam się w jaką stronę zostanie to poprowadzone.
Pod względem graficznym po raz pierwszy zacząłem zwracać uwagę na kostium Momo Yaoyorozu. Moim zdaniem jest zbyt odważny jak na tak młodą bohaterką, chociaż ma to uzasadnienie fabularne.
Ten tom był miłym zaskoczeniem, ponieważ wyciągnął ciekawe elementy z oklepanych motywów. Nie udało się niestety uniknąć pewnych tropów, ale może fabuła kolejnych tomów znowu pójdzie inaczej niż tego się spodziewam.
Po dramatycznych wydarzeniach z poprzednich tomów pora na powrót do typowego szkolnego życia. Jednakże niekoniecznie oznacza to wyłącznie obyczajowych problemów nastolatków.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW dalszym ciągu przeprowadzane są testy mające wyłonić uczniów, którzy mają pojechać na wycieczkę szkolną. Poza tym bohaterowie udadzą się wspólnie na zakupy, a także poznają uroki superbohaterskiego...