Drugie spotkanie

Okładka książki Drugie spotkanie
Maciej Miłkowski Wydawnictwo: Wydawnictwo Zeszytów Literackich literatura piękna
124 str. 2 godz. 4 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2017-02-13
Data 1. wyd. pol.:
2017-02-13
Liczba stron:
124
Czas czytania
2 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364648502
Średnia ocen

                7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Drugie spotkanie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Drugie spotkanie i

Biuro rzeczy zagubionych



902 346 50

Oceny książki Drugie spotkanie

Średnia ocen
7,0 / 10
36 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
336
286

Na półkach:

Wprawne, fachowe pióro realistycznej prozy z dobrymi, a momentami genialnymi pomysłami. Im dalej w zbiór niestety poziom przestaje być równy, jest kilka opowiadań wyraźnie słabszych, lekko trącących żenadą (trochę personalnych wynurzeń o rozwodach i fantazji o romansach najlepiej z lesbijkami niestety robi swoje). Stąd nie jest to proza olśniewająca, choć nie da się jej odmówić olśniewających momentów.

Wprawne, fachowe pióro realistycznej prozy z dobrymi, a momentami genialnymi pomysłami. Im dalej w zbiór niestety poziom przestaje być równy, jest kilka opowiadań wyraźnie słabszych, lekko trącących żenadą (trochę personalnych wynurzeń o rozwodach i fantazji o romansach najlepiej z lesbijkami niestety robi swoje). Stąd nie jest to proza olśniewająca, choć nie da się jej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

138 użytkowników ma tytuł Drugie spotkanie na półkach głównych
  • 97
  • 41
16 użytkowników ma tytuł Drugie spotkanie na półkach dodatkowych
  • 9
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Maciej Miłkowski
Maciej Miłkowski
Ur. 1980. Prozaik, tłumacz, krytyk literacki. Na antenie internetowego Radia Studnia prowadzi program o literaturze „Mól książkowy”.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zimowe królestwo Philip Larkin
Zimowe królestwo
Philip Larkin
Ach literatura, ta sztuczka magiczna, ezoteryczna, wystarczy jakoby dobrać zgrabnie słowa te ładne i piękne - wzywają mnie - jak kwiaty na łące, aniołów oczy i zestroić je cudem we frazę co błyszczy na niebie gwiazdozbiorem. Księżycowe krople na mą duszę i spacer. Materia wczesnego poranka, coraz bardziej przejrzysta, jezioro lśni jak zwierciadło, wysoko na niebie samolot niczym maleńki srebrny opiłek, iskra wykrzesana z ciszy. Cień nagle okrył dolinę, płyną obłoki szybko niby myśli, połyskliwy deszcz, szept drzew, skradzione na chwilkę słońce. Kuliki lecące od wschodu krzyknęły chyba na powitanie, jazda rowerem nad rzekę, na drugim jej brzegu gałęzie wierzby płaczącej zwieszają się tworząc namiot nad butwiejącym czółnem. Błogie wspomnienie, nastrój dawnych dni, zapach wodorostów, powiew nostalgii. I ta wspaniała dziewczyna poznana zimą w czasie wojny, kiedy jedyne światło zdawało się pochodzić z zalegającego w zaspach śniegu. I z Niej. Udało się ją przywołać, wyczarować z listnych gałązek, z lśnień wody, z promieni słońca. Stała daleka, utkana z cieni, ciemnozielone lasy okrywały wzgórza. A w dole rzeki schyłek dnia, złote światło odbija się od wody, ukazując roje owadów unoszących się na przezroczystych skrzydłach. Cała społeczność ptaków śpiewających szuka schronienia w szmaragdowych koronach drzew. Pohukiwanie puszczyków tajemniczo witających zmierzch. I my. Przepych baśniowej krainy. Księżyc świeży wydobyty prosto z mennicy, a gdy zmroczył się krajobraz, nadał mgle kolor perłowy. I znowu zima, napięta chłodem czasza powietrza, obojętna, skorupa mrozu, zawieszona udręka, w ciemności górującej jak katedra, kim jest ta dziewczyna? W spiralach niepamięci zadrgał słaby krzyk. A w białym, przejmującym świetle latarni w jasnoniebieskiej tęczówce szła po kamieniach bruku obłożonych brudnymi płachtami śniegu drobna jej postać, taka samotna. Zachwycająca, senna odyseja.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 10 2 miesiące temu
Sztuczki Joanna Lech
Sztuczki
Joanna Lech
Jestem głęboko przekonana, że pewne książki, szczególnie te, które uderzają w nasze emocje z siłą tsunami, ukrywają się na półce, by w stosownym momencie przykuć nasz wzrok i szepnąć: teraz moja kolej. W "Sztuczkach" odnalazłam swoje dzieciństwo. Grupa rówieśników ważniejszych niż rodzina. Baza, która ważniejsza niż dom. Zabawa w czterech pancernych, sekrety - te wypowiedziane i te, które nie potrzebują słów. Podczas lektury moja pamięć była jak pudełko zrobione na zajęciach z techniki przez przyjaciela narratorki - w nim (w niej) same skarby, "pamiątki po lecie, pamiątki z dzieciństwa". Wspaniałe wątki, chociaż zupełnie nie z moich wspomnień - dziadka i babci (które umrze pierwsze?), przekraczania granic (biedne kijanki, stonki i inni bracia mniejsi), ojca-alkoholika i jego trumien... I wreszcie najważniejszy - i dla fabuły, i dla narratorki - on, Andy. Chłopak w centrum wydarzeń, chłopak w centrum uczuć. Sedno dzieciństwa i jego koniec. 28 lutego minie 31 lat od dnia, w którym odszedł z tego świata ktoś prawie taki jak Andy, a to zakończyło moje dzieciństwo. Za wcześnie, jak to z końcem dzieciństwa bywa. Im bliżej tej daty, tym intensywniej wspominam, nawet po tylu latach, bo pamięć coraz bardziej ulotna. Dlatego "Sztuczki" trafiły idealnie w swój czas i uderzyły w serce, odsłaniając blizny. Victor Hugo powiedział, że melancholia to szczęście bycia smutnym. "Sztuczki" to kwintesencja melancholii. Ostatnie sceny, niczym literacka wersja obrazów Marca Chagalla pokazują, że przeszłość będzie w nas zawsze, nawet jeśli boli. A może właśnie dlatego.
ola_gratka - awatar ola_gratka
oceniła na 8 2 miesiące temu
Floryda Grzegorz Bogdał
Floryda
Grzegorz Bogdał
„Floryda” sprawiła mi kłopot. W „Ty mnie, ja ciebie” poznajemy historię sobowtóra Freddiego Mercury’ego. Jest niedorozwinięta Renata, od której zalatywało „jak z pustej puszki po sardynkach”, śmiała się na wdechu i raz na miesiąc proponowała bohaterowi opowiadania, aby został jej mężem. Kariera, sukces i udawanie. Nyska pełna sobowtórów, kolorowy świat reklamy i vipowskich imprez. Moda taka. „Stiszowity”, z pierwszym zdaniem tnącym jak nóż: „Będziemy żreć piach, ptaszyno”. Opowieści starej kobiety o ludziach, przyjezdnej młodzieży, tytułowej wsi. Gęsta, brudna i nieludzko ludzka. Kra-kra. Krwawe, deliryczne i mordercze „Oczko w głowie”, opowiadanie na granicy szaleństwa, absolutnie najlepsze ze zbioru. Jest też „Pierwszy list do Franciszka”, groteska przez łzy, rynsztok wypełniony tęczową deszczówką, miłość cielesna i nadludzka,a to przecież opowieść o prostej dziewczynie. Później „Ujście”, w którym dama „miała tyłek jak słońce Florydy” a twarz „jak Bagna Biebrzańskie”. Do tego wątek uzdrowionego przez cudotwórcę mężczyzny. Gdzie tu miejsce, zapytacie, by uprawiać narzekactwo? Kłopot ów, kłopocik, wynikał z zawinionego przeze mnie niedbalstwa, albowiem miałem tę bezczelność przeczytać najpierw genialne opowiadania ze zbioru „Idzie tu wielki chłopak”, by następnie sięgnąć po debiutancką „Florydę”. Różnica to (aż) sześć lat. I mimo, że we „Florydzie” jest coś, co wciąga, w bogdałowe grząskie i pokrętnie zaskakujące bagienko, to będę uważać i głosić, że „Floryda” „Chłopaka” nie pokonała. Wciąż ujmuje mnie kapitalny język autora, zasysające zdania, zwłaszcza zaczynające opowiadania, otwierające akapity (pan Bogdał umie w początki), oklejająca, niekiedy brudna i duszna, może nawet klaustrofobiczna aura czy jakkolwiek nazwać bizarne wrażenie, którego doświadczałem wraz z bohaterami „Florydy”. To wszystko świadczy o prawdziwej wyjątkowości, choć przyznać się muszę, że – niestety – niewiele mi w głowie z „Florydy” zostało (z drugiej strony do opisu swych wrażeń z lektury zasiadłem kilka miesięcy po jej zakończeniu, trzeba więc mieć na uwadze starczą amnezję). „Chłopaka” czytałem „ło matko jedyna kiedy” i jednak siedzi we mnie głębiej, bardziej rezonuje i jeśli kiedyś przyjdzie mi ochota, ponownie sięgnę raczej po „późniejszego” Bogdała.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 6 1 rok temu
Centuria. Sto krótkich powieści rzek Giorgio Manganelli
Centuria. Sto krótkich powieści rzek
Giorgio Manganelli
Każdego dnia po przebudzeniu - przebudzeniu opornym i rzec by można leniwym - ten pan zaczyna szybką inwentaryzację świata. Już dawno zdał sobie sprawę, że za każdym razem budzi się w innym punkcie wszechświata, chociaż ziemia, która jest jego miejscem zamieszkania, nie wydaje się na pozór zmieniona. Jako dziecko nabrał przekonania, że w swoim ruchu poprzez przestrzeń ziemia przechodzi niekiedy w pobliżu czy wręcz przez środek piekła, ale nie wolno jej nigdy przejść przez środek raju, bo takie doświadczenie uczyniłoby niemożliwą, zbyteczną, śmieszną wszelką kontynuację świata. A zatem raju musi ziemia unikać za wszelką cenę, by nie zakończyć precyzyjnych i niepojętych planów stworzenia. Nawet teraz w nim - dorosłym mężczyźnie, który prowadzi własny samochód - coś z tej dręczącej hipotezy pozostało. Trochę ją zlaicyzował i pytanie, które sobie zadaje, jest bardziej metafizyczne i na pozór obojętne: on wie, że w czasie gdy spał, cały świat zmienił miejsce - jak tego dowodzą sny - i że każdego ranka kawałki świata, mniej czy bardziej wciągnięte w grę, ułożone są inaczej. On nie rości sobie prawa do tego, by wiedzieć, co oznacza ta zmiana miejsca, lecz wie, że czasami czuje obecność otchłani, kuszenie przepaści czy rzadko pojawiających się długich nizinnych przestrzeni, po których chciałby się toczyć - zdarza mu się myśleć o sobie jak o kulistym ciele niebieskim - bez końca: czasami zdaje mu się niejasno, że czuje zioła, kiedy indziej ma podniecające, ale często przykre wrażenie, że oświetla go kilka słońc, nie zawsze sobie przyjaznych. Innym razem słyszy wyraźnie huk fal, który może oznaczać burze lub ciszę morską: jeszcze innym razem objawia mu się brutalnie jego własna pozycja w świecie: kiedy na przykład okrutne i uważne szczęki zaciskają mu się na karku , jak to się musiało przytrafiać nieskończoną ilość razy jego przodkom, którzy tracili życie w paszczy dzikich zwierząt i których twarzy nigdy nie widział. Od dawna nauczył się, że nikt nie budzi się nigdy we własnym pokoju; więcej, doszedł do wniosku, że nie istnieje pokój, że ściany i prześcieradła są złudzeniem, udawaniem; wie, że jest zawieszony w próżni, że podobnie jak inni, jest punktem centralnym świata, z którego rozchodzą się nieskończone nieskończoności. Wie, że nie zniósłby tego całego horroru i że pokój, a nawet otchłań i piekło są wymysłem, który ma go bronić.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 9 3 lata temu
Skoruń Maciej Płaza
Skoruń
Maciej Płaza
„Ja – skoruń, chodząca lewizna, próżniak, matołek”. Tak widział się syn wyrosły „między dwoma zwichrowanymi drzewami”. Ojcem – zwykłym wieśniakiem, sołtysem, sadownikiem, ateistą, nauczycielem majster-klepką o twardych, szybkich rękach i duszy buntownika a matką - byłą pielęgniarką, pobożną i zasadniczą kobietą. Oboje nie wyobrażali sobie życia „gdzie indziej niż tu, w zakolu Wisły, na jabłkowych wzgórzach, z których widać Wierzbiniec, gminne miasteczko o czerwonych dachach”. Ojcowiźnie gospodarza obejścia. Wybrali miejsce, ale nie czas. Lata 80. ubiegłego wieku pełne marnoty według ojca, bo „gdzie nie popatrzysz, tam marnie, i to marnota naprawdę najmarniejsza z marnych, koślawa, śmierdząca: sklepy puste, wszystko na kartki, głupiego »malucha« dostać trudno, nie mówiąc o ciągniku”. W wiecznej kłótni z rodzonym bratem, których konflikt przenosił się na jakość życia wszystkich wokół. Tajemnice rodzinne te podziały pogłębiały. Spojrzenie jego trzynastoletniego syna, tytułowego skorunia, obserwującego relacje dorosłych i zmaganie się bliskich z życiem, który próbował je na swój nastoletni sposób rozwikłać, by wpasować się w nie i znaleźć wśród nich własne miejsce, to nie tylko lekcje życia w jego dojrzewaniu czy retrospekcje dziejów rodziny pozwalające zrozumieć postawy ojca, stryja i matki. To również przepiękna, choć bolesna opowieść o emocjach. Autor niezwykle czule opowiadał o brutalizmie życia nieustannie zaskakującego niewiadomymi, z którymi trzeba było sobie radzić. Dokonywać piekielnie trudnych wyborów, licząc się z ich dotkliwymi skutkami. Łagodnie przekonywał o bezkompromisowej naturze jego nurtu nie do końca tylko pięknym, pomyślnym, szczęśliwym i stałym w radości. Przynoszącym zrozumienie o złych wyborach, by ratować dobro. Niekoniecznie korzystne dla innych. Każdy z bohaterów wyrazisty i charakterystyczny tworzył środowisko tak dobrze oddające zróżnicowanie wiejskie w PRL-u, w którym powojenny awans klasowy chłopa pomimo upływu dekad nie do końca jeszcze odciął korzenie od pochodzenia. W którym ich dzieci jeszcze nosiły w sobie umiłowanie ojcowizny rozumianej dopiero w sytuacjach granicznych. Dla którego „jednemuś zabójcą, drugiemu bratem, jednemuś zbawcą, drugiemu katem”. A wszystko to ujęte w przepięknych, plastycznych obrazach. Urzekających opisami ziemi sandomierskiej, gdzie „pola wznosiły się jak szata skrojona ze zblakłych zieleni”, a wzgórza „mieniły się zielenią sadów i żółcią ściernisk” brzemienne ludzkim życiem. Tak dobrze znanych mi z powieści „Robinson w Bolechowie” i „Golem”. naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 8 8 miesięcy temu
Żywoty urojone i inne prozy Marcel Schwob
Żywoty urojone i inne prozy
Marcel Schwob
Jest w „Żywotach urojonych” magia sięgająca czasów zamierzchłych. Jakaś tajemnica i jednocześnie prawda. Fikcja i mistyfikacja najwyższych lotów, czego wyrazem jest pierwsza część zbioru, w której Schwob, zakładając kilkanaście osobliwych masek, prezentuje zmyślone, a jednocześnie mocno osadzone w rzeczywistym gruncie życiorysy nietuzinkowych postaci (a przy tym - za oszczędność słów!), m.in. wyrzutków, łotrzyków i nieudaczników. Jest opowieść o Empedoklesie, który wskrzeszał zmarłych i recytował homeryckie wiersze, aż stał się bogiem (po którym ocalał jeno „sandał spiżowy”), Herostracie, słynnym podpalaczu, którego imię miało zniknąć w otchłani zapomnienia (w noc jego największego dzieła przyszedł na świat Aleksander Macedoński), cyniku Kratesie, który jadł pestki słonecznika i puszczał parę wiatrów, Klodii, matronie wszeteczna, która skończyła w wodach Tybru. Jest też Petroniusz-romanista (ginie z wbitym nożem w szyi), kacerz Frate Dolcino (płonie na stosie), jest tu również opowieść o zawistnym rymopisie i… i wszystkich ich łączy to, że nie mają grobów. Borgesowskie krótkie formy, cięte, zgryźliwe i mądre (a mówią, że to Borges czerpał z prozy Schwoba!). Wspaniała zabawa dla erudytów i początkujących humanistów. Zamknięty w kilku kartkach świat człowieczych przywar i charakterów (a to przecież również opowieść o nas, współczesnych). Historia poprzez ludzi; hołd oddany jednostkom, tym błyskotliwym perłom. W następnej części - „Krucjacie dziecięcej”, Schwob głos oddaje wysłanym w 1212 roku na pewną śmierć dzieciom, nędznym klechom, trędowatym i papieżom. To opowieść o zniewoleniu i ślepej sile religii, manii wiary i jednocześnie jej potędze. Średniowieczny kościół i moc oddziaływania wspólnoty. Epifania i obłąkanie w jednym. Cudownie niepokojące; żarliwa gorliwość i uniesienie, które pozwala objawić boga. Jest również „Księga Monelli”, po której nie mogę się pozbierać. Tutaj Schwob dotknął absolutu: „Kochaj chwile. Wszelka miłość, która trwa, jest nienawiścią”. „Czyń w chwili. Wszelki trwający czyn jest królestwem umarłych”. „Nie ufaj rzeczom przeszłym, nie buduj pięknych trumien dla chwil, co minęły: myśl o zabiciu tych, które nadejdą”. „Nie traw minionych dni, karm się rzeczami, które mają przyjść”. I na koniec: „Dziw się wszystkiemu. Bowiem różne jest wszystko w życiu jednakim w śmierci”. „Nie znaj sam siebie”. Wrócę do Schwoba. Po wielokroć, wrócę. Rewelacyjna, niepokojąca okładka by Fajne Chłopaki (słów brak, czołembiję!) + przekłady: Leon Schiller, Wincenty Korab-Brzozowski, Zenon Przesmycki-Miriam, Bronisława Ostrowska. Posłowie Jana Gondowicza.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 9 8 miesięcy temu
Świat w płomieniach Siri Hustvedt
Świat w płomieniach
Siri Hustvedt
Harriet Burden, po mężu Lord, jest artystką, która na własnej skórze odczuła, jak trudno być artystką w męskim świecie sztuki, na dodatek będąc żoną znanego i cenionego marszanda. Kiedy ktoś pyta znajomych jej męża, czy kojarzą Harriet, to niewielu mówi o jej sztuce, za to wielu o tym, jakie niesamowite przyjęcia wydawała… Bez komentarza. Kiedy mąż umiera, Harriet przechodzi przez okres głębokiej depresji, a później postanawia zrobić coś bardzo nieortodoksyjnego, swoisty eksperyment. Znajduje trzech mężczyzn artystów i „przywdziewa ich maski”, żeby pokazać trzy swoje prace - wielkie, dziwne instalacje. Każdy z nich godzi się na wypożyczenie swojej twarzy i nazwiska. I przy dwóch pierwszych mistyfikacjach wszystko idzie dobrze, gorzej przy trzeciej, bo artysta o pseudonimie Rune okazuje się przebiegłym facetem, który przywłaszczy sobie prace Harriet, a o niej powie, że przecież ona może mówić, co chce, oskarżać go bezpodstawnie, bo ma problemy psychiczne po śmierci męża (kobieta wariatka, kobieta histeryczka, kobieta ze zbyt silnymi emocjami – jak ja „uwielbiam” ten stereotyp). A „Poniżej” to jego dzieło, to jego kreacja, to jego pomysł. A potem na dodatek Rune umiera w dość niespodziewanych i może nieco podejrzanych okolicznościach. Możecie sobie wyobrazić, co się dzieje, kiedy Harriet próbuje głośno powiedzieć, że to ona jest autorką tych prac. Niektórzy wierzą, ale wielu nie. Przecież kobieta nie mogła stworzyć czegoś takiego. Przecież jeśli mężczyzna podpisał to swoim nazwiskiem, to kończy to dyskusję – on jest autorem. Ona może go inspirowała, może raz czy dwa pojawiła się w pracowni… Może… Powieść określana jest jako błyskotliwa i prowokacyjna. Zgadzam się. Została nominowana do Bookera w 2014, co świadczy o tym, że coś w niej jest. Też się zgadzam, rzeczywiście jest to dowód talentu autorki i jej literackiej wyobraźni, ale jednocześnie trzeba powiedzieć to jasno i głośno - ten literacki kunszt i wyobraźnia nie przełożyły się w tej powieści na linearne, „klasyczne” prowadzenie fabuły. Hustvedt skonstruowała opowieść, która jest jak szalona, fragmentaryczna układanka, jak utwór muzyczny, w którym kilka linii melodycznych pojawia się zaskakujących momentach, łączy ze sobą, zagłusza jedna drugą, przez chwilę brzmi synchronicznie, a potem rozjeżdża się absolutnie. Dlaczego tak jest? Bo „Świat w płomieniach” zapewne przypominałby projekty swojej powieściowej bohaterki – skomplikowane, zaskakujące, momentami zachwycające, momentami obrzydliwe, miniaturowe w jednym miejscu, przerysowane, karykaturalne lub monstrualne w drugim. I tak jak osoby oglądające dzieła Harriet Burden muszą się pochylić, spojrzeć uważnie, zauważyć detale i szczegóły, w których autorka przemyca całe mnóstwo informacji, które łatwo przegapić, jeśli nie jest się bardzo skupionym, to czytelnicy stają się takimi samymi uważnymi detektywami. Hustvedt nie napisała tradycyjnej powieści. Ona dała nam zbiór tekstów. Znajdziecie tu obszerne fragmenty dzienników Harriet, która ta pisała z pasją i bez ograniczeń ani ilościowych, ani tematycznych. Będą artykuły, listy, zapisy wywiadów i rozmów. Będą punkty widzenia całego mnóstwa osób, które z Harriet miały kontakt oraz takich, które wcale nie musiały go mieć, bo przecież można mieć wyrobione zdanie na każdy temat nawet bez znajomości opowieści obu stron jednego zdarzania czy historii, prawda panowie krytycy i panowie eksperci od sztuki? Ale ku mojemu zaskoczeniu taka forma powieści nie odebrała jej ani grama emocjonalności. Śledzenie historii Burden wywołuje cały wachlarz odczuć, pośmiejecie się, zapłaczecie, poczujecie obrzydzenie i zachwyt. Jednak nie będę nawet ukrywać, że to nie jest książka dla każdego. Jest takie piękne słowo - „erudycyjna” i ono tu pasuje jak ulał, bo autorka miesza gatunki, pisze o całej gamie tematów, odwołuje się swobodnie do nauki, literatury i sztuki, co skutkuje tym, że na jednej stronie mamy króciutki esej o filozofii, na kolejnej rozważania o neuronauce, a wszystko „posypane” cytatami z kilku książek. Tu nie ma miejsca na niezaangażowane czytanie. Na dodatek nawet uważny czytelnik będzie stawiany w sytuacji, kiedy jedno zdanie będzie zawierać trzy słowa, których się nie rozumie. I tak, znacie mnie, ja nie lecę i nie sprawdzam od razu wszystkiego, nie robię notatek i nie przyklejam karteczek. Uznaję, że na tym się nie znam, za to zna się pisarka i jej powieściowa bohaterka, doceniam, podziwiam i szanuję, ale nie rozdzieram szat, że nie wiem. Przy okazji niskie pokłony dla tłumacza tej powieści, Jerzego Kozłowskiego, bo ja mogę się po jakimś terminie naukowym lub fragmencie cytatu „prześlizgnąć” wzrokiem i umysłem, on nie miał takiej możliwości.
Intensywni - awatar Intensywni
ocenił na 8 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Drugie spotkanie

Więcej
Maciej Miłkowski Drugie spotkanie Zobacz więcej
Maciej Miłkowski Drugie spotkanie Zobacz więcej
Maciej Miłkowski Drugie spotkanie Zobacz więcej
Więcej