Hotel ZNP

Okładka książki Hotel ZNP
Izabela Tadra Wydawnictwo: Wydawnictwo Filtry literatura piękna
176 str. 2 godz. 56 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2024-04-17
Data 1. wyd. pol.:
2024-04-17
Liczba stron:
176
Czas czytania
2 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
9788396995056
Średnia ocen

                5,6 5,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Hotel ZNP w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Hotel ZNP



książek na półce przeczytane 2419 napisanych opinii 1439

Oceny książki Hotel ZNP

Średnia ocen
5,6 / 10
138 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
106
17

Na półkach:

Hotel nie stoi w jednym miejscu. On się przesuwa — razem z nią.

Belcia przechodzi przez niego jak przez serię próbnych wcieleń, jak przez garderobę, w której ktoś nieustannie zmienia kostiumy, a lustra nigdy nie są ustawione pod właściwym kątem. Pokój nie jest pokojem — jest pauzą między jedną wersją siebie a drugą. Łóżko pamięta więcej niż ona chce pamiętać. Ściany nie zatrzymują dźwięków, tylko je rozciągają, jakby każde zdanie wypowiedziane w tym hotelu było trochę nie na swoim miejscu.
Zaczyna się zawsze podobnie: ktoś na nią patrzy i już wie. Już decyduje. Już projektuje.

Tu będziesz córką.
Tu – kobietą, która powinna się uspokoić.
Tu – kimś, kto wreszcie „osiadł”.
Tu – kimś, kogo można pożądać, ale niekoniecznie rozumieć.

Belcia przyjmuje to wszystko jak ubrania z drugiej ręki. Trochę za ciasne, trochę za luźne, zawsze pachnące kimś innym. Nosi je przez chwilę. Przegląda się. Poprawia. Udaje, że to pasuje.
Najdłużej zatrzymuje się przy włosach.
Bo włosy są jedyną rzeczą, którą można jeszcze ułożyć. Jeszcze poprawić. Jeszcze wymyślić od nowa. Rosną — więc obiecują ciągłość. Dają złudzenie, że coś jednak jest jej, że coś da się kontrolować. Ale nawet one wymykają się rękom: skręcają się nie tak, jak trzeba, opadają, elektryzują się od cudzych dotknięć.

Fryzura jako projekt życia.
Projekt, który nigdy nie zostaje ukończony.

Mężczyźni pojawiają się jak przystanki. Niektórzy chcą ją zatrzymać, inni tylko sprawdzić, czy istnieje. Każdy coś w niej widzi, ale nikt nie widzi jej całej — może dlatego, że ona sama nigdy nie stoi w całości. Zawsze trochę obok siebie. Zawsze w ruchu, który nie prowadzi do celu, tylko oddala od poprzedniej wersji.

Matka, ciotka, mąż, kochankowie — to nie są osoby, tylko siły. Kierunki nacisku. Sposoby ustawiania ciała i głosu. Belcia przechodzi przez nie jak przez lekko uchylone drzwi, nigdy nie zatrzymując się na tyle długo, by powiedzieć: „to ja”.

Hotel nie jest miejscem. Jest stanem.

Stanem, w którym życie układa się w serię drobnych pomyłek. Źle dobrane słowo. Źle odczytany gest. Źle przyjęta rola. Nic spektakularnego — tylko ta codzienna, cicha katastrofa niedopasowania, która nie wybucha, tylko się sączy.

I dlatego to wszystko przypomina operetkę.

Bo jest w tym coś przerysowanego, coś kampowego — role większe niż życie, emocje trochę za głośne, sytuacje balansujące na granicy śmiechu. Ale śmiech przychodzi z opóźnieniem. Najpierw jest napięcie. Najpierw jest ta dziwna świadomość, że wszyscy grają, tylko nikt nie zna scenariusza.

Belcia też gra.

Tylko że jej rola nie ma końca. Nie ma premiery. Nie ma oklasków.

Jest tylko kolejny pokój.
Kolejne lustro.
Kolejna próba ułożenia włosów tak, żeby tym razem — choć przez chwilę — wyglądały jak coś, co można nazwać sobą.

Hotel nie stoi w jednym miejscu. On się przesuwa — razem z nią.

Belcia przechodzi przez niego jak przez serię próbnych wcieleń, jak przez garderobę, w której ktoś nieustannie zmienia kostiumy, a lustra nigdy nie są ustawione pod właściwym kątem. Pokój nie jest pokojem — jest pauzą między jedną wersją siebie a drugą. Łóżko pamięta więcej niż ona chce pamiętać. Ściany nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

280 użytkowników ma tytuł Hotel ZNP na półkach głównych
  • 157
  • 120
  • 3
40 użytkowników ma tytuł Hotel ZNP na półkach dodatkowych
  • 13
  • 10
  • 5
  • 4
  • 3
  • 3
  • 2

Tagi i tematy do książki Hotel ZNP

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Winda Schindlera Darko Cvijetić
Winda Schindlera
Darko Cvijetić
„W Czerwonym wieżowcu śmierć zawsze dobrze się czuła i nigdy nie odeszła bez wiana. Wokół wieżowca zabijano i tańczono koło, wiele się działo, wiele dzieci zostało poczętych, wielu zmarłych wywożono dużą windą.” Książka liczy zaledwie osiemdziesiąt stron, ale jak wiele w niej treści, którą poznaje się z wielkim zaangażowaniem i mocno przeżywa. Coś na kształt wycinkowych opowieści, podporządkowanych klimatowi wojny domowej, przywołujących splot różnych losów ludzkich. Wielkie blokowisko, Czerwony Wieżowiec w Prijedorze i jego sąsiad Błękitny Wieżowiec. Na każdym piętrze osiem mieszkań i indywidualne historie. Lata wprowadzania się, organizowania zwykłej codzienności, nawiązywania sąsiedzkich relacji, dziecięcych zabaw w windzie, w zakamarkach korytarzy, a nawet na dachowym poziomie. Wspólna dla wszystkich rutyna codzienności. Wychodzenia do pracy, chowania się w czterech ścianach, komunikowania się na balkonach, poznawania się w windach. Głośne dziecięce zabawy w piaskownicy, spotkania dorosłych na ławeczkach. A później w ten świat wkracza wojna domowa, nacjonalistyczne umocnienia, religijne uprzedzenia, nieustanne strzały, bezprawne egzekucje, wredne donoszenia, perfidne zdrady i nieludzkie zemsty. Narzędzie zabawy staje się bronią, bezpieczne azyle pułapką, indywidualne winy zbiorową odpowiedzialnością. Przygodę z „Windą Schindlera” rozpoczynamy od przejmującego opisu losów rodziny, ogrodu i jabłonki Taiba, jakże obrazowego i przemawiającego do wyobraźni, szalenie symbolicznego i niesamowicie parabolicznego. Później podążamy szlakiem opowieści o wybranych mieszkańcach drapacza numer sto jeden. Poznajemy różnorodne okoliczności losów cyrkowego artysty, inżyniera z pobliskiej kopalni, młodej aktorki, znanego piłkarza, ekonomisty, studenta prawa, majstra od wind, człowieka obsługującego spychacza i wielu innych. Mieszanka pochodzenia, przynależności, wykształcenia, zawodów i tradycji. I coraz głośniej rozbrzmiewające głosy śmiercionośnych zdarzeń, obozów internowania, zbrodni wojennych, masowych grobów, nieusprawiedliwionego wymierzania sprawiedliwości, cierpienia, bólu i krzywd. Braterstwo zmienia się we wrogość, jedność w skrajny nacjonalizm, bliskość w separację. Wojna zmienia ludzi, wyzbywa z odruchów zahamowań, zwalnia od odpowiedzialności za czyny, wyzwala to, co w człowieku najgorsze. A im większa zmiksowana zbiorowość ludzka, tym więcej konfliktów. Boszniacy, Chorwaci, Serbowie i inne nacje w kotle galopującej nienawiści i bezsensownych zbrodni. Książka warta uwzględnienia w planach czytelniczych, przejmujące świadectwo indywidualnych losów, bolesnej historii, która nigdy nie powinna przybrać wojennego obrotu. bookendorfina.pl
Izabela Pycio - awatar Izabela Pycio
ocenił na 7 26 dni temu
Wszyscy mieli w dupie, co stało się z Carlottą James Hannaham
Wszyscy mieli w dupie, co stało się z Carlottą
James Hannaham
3 lipca, Carlotta wychodzi na warunkowe po 20 latach spędzonych w więzieniu. Trafiła tam za to, że przypadkowo znalazła się z niewłasciwą osobą, w niewłaściwym miejscu. Radiowóz wypluwa ją przed galerią handlową. "Czyje som te wszystkie bryki? George Jetsona z jetsonów?"( jestem tak stara że rozumiem ten żart bez przypisów). Carlotta musi zmierzyć się ze światem, który wygląda zupełnie inaczej niż go pamięta i zawalczyć o swoje w nim miejsce, wrócić na łono rodziny, w której nikt na nią nie czeka, jak najszybciej znaleźć pracę i bezpieczne lokum jak tez odnowić relacje ze swoim synem, którego ostatnio widziała jak miał 5 lat. Sprawę utrudnia fakt, że do więzienia trafiła jako Dave, i tam dopiero zdecydowała się, że chce żyć jako kobieta. Towarzyszymy jej przez jeden dzień wolności, kiedy w dwóch różnych butach i fioletowej garsonce z lumpeksu krąży po Brooklynie, od rodzinnego domu pełnego obcych ludzi, przez biuro kuratorki, miejsce gdzie prawie dostaje pracę, stypę, po imprezę na plaży. Spotyka podczas tego dnia różnych członków rodziny, starych znajomych, ucieka przed facetem, którego potraktowała sosem tabasco w oko i kuratorką, które chce jej zbadać siki. Szalony jest to dzień, gęsty w zdarzenia i nieprzewidywalny, okraszony brutalnymi więziennymi wspomnieniami. Carlotta jest bohaterką wyjątkową, bardzo z krwi i kości, niesamowicie odważną i walczącą o życie na własnych zasadach mimo skrajnie niesprzyjających okoliczności. I paradoksalnie bardziej wolną niż większość ludzi, których znam. Pozbawioną strachu, bo wszystko co najgorsze już jej się przytrafiło, i kochającą życie, mimo, że nie ma nic oprócz nadziei na lepsze jutro. Fabuła tej książki pędzi jak kręcący się bączek, który wypadł z toru. Język unurzany w ulicy i więzieniu, soczysty i wulgarny ma swój swoisty rytm. Charlotta wypluwa swój gniew, ból i rozczarowanie z siłą wodospadu. Sama przeciwko światu, który ma ją w dupie. Rzecz nietuzinkowa.
uczta_babette - awatar uczta_babette
ocenił na 7 10 miesięcy temu
Uśpione Anthony Passeron
Uśpione
Anthony Passeron
W sielskim, niemal sennym klimacie prowincjonalnego, francuskiego miasteczka, gdzie czas zdaje się odmierzać jedynie rytm otwierania rzeźni i niedzielnych obiadów, Anthony Passeron snuje bolesną sagę swojej rodziny. „Uśpione” to opowieść o milczeniu, które staje się bardziej niszczycielskie niż sama choroba. Autor powraca do lat 80., by przez pryzmat losów swojego stryja Désiré oraz dziadków – właścicieli prosperującego zakładu masarskiego – ukazać, jak epidemia AIDS brutalnie wtargnęła w skostniałe struktury prowincjonalnej społeczności, rozrywając więzi i niszcząc reputację budowaną przez pokolenia. Dla rodziny Passeronów, zakorzenionej w tradycyjnych wartościach południowej Francji, pojawienie się „różowej dżumy” było katastrofą nie tylko medyczną, ale przede wszystkim moralną. Désiré, młody i pełen życia chłopak, staje się „pacjentem zero” w tej mikroskali, przynosząc ze sobą ze świata wielkich miast piętno narkomanii i nieznanej choroby. W miasteczku, gdzie każdy każdego zna, choroba nie jest diagnozą – jest wstydem, który trzeba ukryć za szczelnie zamkniętymi okiennicami. Passeron po mistrzowsku kreśli ten kontrast: z jednej strony zapach świeżych ziół, słońce Prowansji i spokój prowincji, z drugiej – dusząca atmosfera sekretu, strach przed dotykiem i powolne konanie w samotności, o którym nie wolno mówić głośno nawet przy rodzinnym stole. Moja ocena 7/10 wynika z uznania dla niezwykle osobistego, a jednocześnie powściągliwego tonu tej prozy, choć momentami brakuje jej większej siły rażenia w warstwie emocjonalnej. Największą zaletą „Uśpionych” jest połączenie intymnego wspomnienia z rzetelnym reportażem naukowym. Autor przeplata tragedię swojej rodziny z historią wyścigu zbrojeń medycznych w Paryżu, gdzie naukowcy z Instytutu Pasteura próbowali wyprzedzić Amerykanów w odkryciu wirusa HIV. Ta dwutorowość pozwala zrozumieć, dlaczego na prowincji pomoc nadeszła tak późno – gdy nauka błądziła po omacku, społeczeństwo zdążyło już wydać wyrok na „odmieńców”. Książka, choć krótka i zwarta, chwilami wydaje się zbyt chłodna, niemal beznamiętna. Rozumiem, że ten dystans to pancerz ochronny autora, jednak sprawia on, że czytelnik niekiedy czuje się bardziej obserwatorem danych statystycznych niż uczestnikiem rodzinnego dramatu. Ponadto wątki medyczne, choć fascynujące, bywają momentami zbyt suche w zestawieniu z gęstą atmosferą francuskiej wsi. Mimo to, „Uśpione” to lektura ważna i poruszająca. To hołd dla pokolenia, które zniknęło po cichu, bez pożegnań, wymazane z rodzinnych albumów przez strach i ignorancję. Passeron nie tylko rozlicza się z przeszłością, ale też oddaje głos tym, którzy przez dekady pozostawali w uśpieniu, ukryci pod warstwą prowincjonalnego kurzu. To przestroga przed tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy lęk przed osądem sąsiadów wygrywa z miłością do najbliższych. Solidna, mądra i niezwykle estetyczna literacko podróż do serca ciemności ukrytego w blasku słońca Nicei i jej okolic.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 6 dni temu
Fuga Lauren Groff
Fuga
Lauren Groff
Kocham książki Lauren Groff. W "Fudze" Groff pokazuje, że w opowiadaniach radzi sobie równie dobrze, jak w powieściach. Powiedziałabym, że jej wszystkie dzieła charakteryzuje absolutne zadedykowanie do opowiedzenia konkretnej historii - nie ma tu zbędnych elementów, wszystko do pewnego stopnia ma znaczenie. Groff ani nie przedłuża, ani nie ucina historii za szybko, zamiast tego potrafi idealnie wymierzyć ich długość. "Lucky Chow Fun" - solidne rozpoczęcie zbioru, podobało mi się zgłębienie takiej małomiasteczkowej wspólnoty i jej grzechów. Biorąc pod uwagę wypuszczone niedawno akta Epsteina, to opowiadanie nabiera całkowicie nowego znaczenia. "L. DeBard i Aliette" - przeczytałam gdzieś, że to opowiadanie jest retellingiem historii Abelarda i Heloizy, które nie czytałam, ale mogę powiedzieć, że samo opowiadanie mi się podobało. Doceniam jego melancholijność, spokój i okazjonalną makabryczność. "Mażoretka" - jedno z moich ulubionych opowiadań ze zbioru. Sama koncepcja mażoretki i nastawienia bohaterki do jej roli dobrze oddaje idee trzeciej fali feminizmu - choć początkowo protagonistka przyjmuje swoją rolę, by zadowolić mężczyzn w jej życiu, później odkrywa, że może być mażoretką przede wszystkim dla siebie, ponieważ podoba jej się ta rola, a nie dlatego, że chce się w ten sposób przypodobać innym. Jest to przy tym opowiadanie nie o tragedii, a raczej o wyjściu z niej i metaforycznym odrodzeniu się. "Blythe" - kolejne świetne opowiadanie, aktualne zwłaszcza obecnie. Można tę historię interpretować jako komentarz na temat sztuki i jej natury - swoboda kontra cierpienie - ale sądzę, że jest to jednak opowiadanie o tym, jak społeczeństwo wykorzystuje nasze momenty słabości i zmusza nas do myślenia, że nasze problemy czynią nas specjalnymi w dobrym tego słowa znaczeniu, i że w momencie, w którym się z nimi uporamy, przestaniemy być wartościowi w oczach innych. Bo tak naprawdę problemem tutaj nie jest choroba afektywna dwubiegonowa Blythe czy jej sztuka performance'owa - problemem jest to, że krytycy uznają jej własne problemy za to, co czyni jej sztukę tak dobrą, przez co spada coraz głębiej i głębiej na dno, a jej stan psychiczny się pogarsza - tylko po to, by zachwycić krytyków. "Żona dyktatora" - dość słabe opowiadanie, właściwie nie wiem, co miało na celu przekazać. "Przełom" - znakomite opowiadanie, można powiedzieć, że dekonstrukcja historii z rodzaju "Kobieta sukcesu wraca do swojego małego miasteczka, w którym odkrywa starą miłość". Tyle że to nie jest miłość, to jest nostalgia i romantyzowanie małomiasteczkowej prostoty. Kochankowie są od siebie zbyt różni, by mogli się wzajemnie porozumieć i żyć razem, i żadne z nich tego nie dostrzega. "Pan Przelotny" - to zdecydowanie jedno z bardziej poetyckich opowiadań Groff, które jednak pozostaje dość niejednoznaczne w kwestii przekazu. Sądzę, że jest to historia o tym, jak zbytnio gonimy za wyidealizowanymi postaciami, zamiast docenić to, co mamy, i w efekcie dajemy sobą manipulować. Z powodu rozpoczęcia skojarzyło mi się trochę z "Rebeką" Daphne du Maurier, choć tematycznie o wiele lepiej pasuje tu "Prowincjonalny fotograf" tej samej autorki. Bardzo podobała mi się scena z motylami, dość dobrze ukazuje obrazowy, ale nie przesadzony, styl pisania Groff. "Fuga" - to opowiadanie mnie skołowało, ale też zachwyciło. Mamy tu do czynienia z trzema/czterema różnymi historiami, z pozoru niepowiązanymi, które jednak szybko zaczynają się ze sobą splatać - a mimo to autorka i tak oszukuje nas do końca. Lubię Jaime, jest chyba najciekawszą bohaterką w tej antologii, za to nienawidzę Jasona. Myślałam, że po Cholliem i Antoinette z "Fatum i furii" nie spotka już u Groff tak paskudnych postaci, a jednak się pomyliłam. Chciałabym tylko, żeby postać Lily została lepiej rozwinięta, zwłaszcza w kontekście jej stanu psychicznego. "Delikatne ptaki jadalne" - wobec tego opowiadania mam mieszane uczucia. Było zdecydowanie odpychające, i choć doceniam przekaz odnośnie slut-shamingu i hipokryzji, to jednak sądzę, że postać Bern jest po prostu kiepsko napisana. Jej życie seksualne ma ukazać jej niezależność, ale jest tak przesadzone, że wydaje się być wręcz karykaturalne. Nie wspominając już o tym, że seks traktuje tylko jako narzędzie do zaspokojenia własnej potrzeby uwagi, a nie jako oznakę zaufania; żaden z jej partnerów jej nie obchodzi, i w wielu przypadkach traktuje ich nie w porządku, jako że z żadnym z nim nie ustala, że ma to być relacja czysto seksualna, i w dodatku nie kryje się w ogóle z faktem, że sypia z Parnellem, mimo że Wiktor o tym nie wie, a ona wie, że on jest w niej zakochany. Opowiadanie nie jest złe, ale postać Bern powinna zostać napisana lepiej i w sposób bardziej realistyczny. Opowiadania od najlepszego do najgorszego: "Blythe", "Mażoretka", "Przełom", "Fuga", "L. DeBard i Aliette", "Lucky Chow Fun", "Pan Przelotny", "Delikatne ptaki jadalne" i "Żona dyktatora"
Fox - awatar Fox
ocenił na 8 2 miesiące temu
Idzie tu wielki chłopak Grzegorz Bogdał
Idzie tu wielki chłopak
Grzegorz Bogdał
"Idzie tu wielki chłopak” (Wydawnictwo Czarne, 2023), najnowszy zbiór opowiadań Grzegorza Bogdała, to książka, która pojawiła się po sześcioletniej przerwie od debiutanckiej „Florydy” (Wydawnictwo Czarne, 2017). Za swój powrót na literacką scenę Bogdał zdobył prestiżowe wyróżnienia – Nagrodę Literacką Gdynia oraz Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza, a także liczne nominacje. Tym razem autor powraca z dziesięcioma opowiadaniami, osadzonymi w ,,trochę szturchniętej” rzeczywistości – świecie, który wydaje się znajomy, a jednocześnie jest delikatnie wykrzywiony, jakby dotknięty ręką, która przesuwa oczywiste elementy w stronę absurdu, zmieniając ich kształt i znaczenie. Aż cztery z dziesięciu historii krążą wokół tytułowego „wielkiego chłopaka” i jego bliskich, tworząc nie tylko odrębne opowieści, ale także pewien przekrój rodzinny, rozpięty na przestrzeni około trzydziestu lat. To nie są jednak proste zestawienia epizodów z życia. Strukturę można określić raczej jako mikropowieść, z rozrzuconą po zbiorze narracją, w której przeszłość odsłania się fragment po fragmencie w przeciwnym kierunku. Bogdał zmyślnie prowadzi narrację „na wstecznym biegu”, dzięki czemu tytułowy „wielki chłopak” staje się z każdym kolejnym opowiadaniem coraz mniejszy. Nie chodzi tu jednak o psychologizację czy odkrywanie dziecięcych traum, a raczej odnajdywanie tego, co buduje relacje i wpływa na dynamikę rodzinną: gestów i słów. To nielinearne podejście pozwala autorowi na stopniowe ujawnianie skomplikowanych procesów emocjonalnych, które towarzyszą zarówno rozpadowi, jak i próbom odbudowy rodzinnych więzi; wysiłków dążących do scalenia rodziny i ostatecznie ich zaniechania. „Idzie tu…” to więc książka głównie o często zbudowanych na niedopowiedzeniach relacjach międzyludzkich oraz tym, co je kształtuje i buduje bliskość. Każde opowiadanie ze zbioru jest jak sprężyna, która powoli się napina, żeby w końcu odskoczyć – przy akompaniamencie fajerwerku, śmiechu czy gorzkiej puenty, a czasem wszystkiego naraz. Ta struktura, w której napięcie rośnie stopniowo, budując nieuchronność punktu kulminacyjnego, jest kwintesencją strategii Bogdała. Autor gra z naszymi oczekiwaniami, chwiejąc stabilnością znanych fabularnych klisz i wykradając czytelnikowi komfort przewidywalności. Każde z opowiadań zostaje bowiem w pewnym momencie wytrącone z równowagi – robi zaskakujący zwrot lub domyka się w poukładaną kompozycję za pomocą zdania, kwestii dialogu czy jakiegoś nieoczekiwanego zdarzenia. Wrażenie ,,wzięcia czytelnika z zaskoczenia” i złapania go na haczyk osiągnięte zostaje za pomocą sprytnego zabiegu: oferując tylko minimalne zahaczenia o tło fabularne czy przedstawienie postaci, Bogdał pozwala nam wypełnić w nich luki, pobiec umysłom po znajomych torach, aby w pewnym momencie haczyk zagiąć i pociągnąć nas ku nowym, nieoczywistym rozwiązaniom. Ten sprytny manewr widać chociażby w ,,Idzie tu wielki chłopak (I)”. Bliska bohaterom kapucynka zostaje bowiem porwana przez drapieżcę, co powoduje jeszcze większy wzrost napięcia kumulowanego między parą bohaterów. Wszystko zmierza ku znanej katastrofie – ta relacyjna bomba wybuchnie, czara goryczy się przeleje, to będzie ten kawałek słomy, który złamie plecy wielbłąda. Tymczasem Bogdał umiejętnie prowadzi akcję w innym kierunku – zupełnie jakby zniknięcie kapucynki było reżyserowanym błędem, przygotowanym, by uśpić czujność czytelnika. Niczym w scenie po napisach kapucynka nagle powraca, ale ,,[n]ic nie mogło teraz sprawić, by pozwoliła się wziąć na ręce albo oddała pióro, które ściskała w dłoni. Wiatr zrzucał gniazda. Nikt i nic na tym świecie nie miało takiej mocy”. Finał opowiadania przekracza więc to, co zdawało się nieuniknione. Autor pozornie pozwala czytelnikowi na wypełnienie świata swoimi oczekiwaniami – po to, aby nagle je roztrzaskać. Opowiadania Bogdała to zarazem wyzwania i obietnice – to literatura, która nie idzie na skróty ani nie idzie na łatwiznę, ale oferuje nagrodę za podążanie tropami nieoczywistymi, za dostrzeganie szczegółów, które przeplatają się z całością jak nitki czarnego humoru czy surrealistyczne, absurdalne wątki. Każde opowiadanie ze zbioru jest jak sprężyna, która powoli się napina, żeby w końcu odskoczyć Bo ,,smaczków” jest wiele. Bogdał tworzy fascynujące uniwersum, w którym elementy z różnych opowieści współistnieją i wzajemnie się dopełniają. Brzmi to banalnie, dopóki się nie zobaczy, w jaki sposób korzysta z tego autor. Ostatnie zdania każdego opowiadania, często subtelnie, odbijają motywy znane już z innych tekstów. Tak dzieje się na przykład ze zdaniem „Znikaj, wiewióreczko”, które powraca w jednym z późniejszych fragmentów, tym razem jako wiewiórczy kostium jednego z bohaterów. Jest też ogień, który w „Ręce w ogniu” ogrzewa bohaterów, a w sąsiedniej historii – „Przeprawie” – staje się upragnionym ratunkiem dla postaci zamarzających w śniegu, który wpada im za cholewki. Podobnie jak kapucynka, która odmawia wejścia do samochodu, w późniejszej historii wyłania się jako postać, której do samochodu nie wpuszczono i tenże ptak zdaje się odpłacać symbolicznie za to odrzucenie. W ten sposób Bogdał tworzy świat, w którym kolejne mikrohistorie zdają się przenikać, jakby postacie mogły z łatwością spotkać się w jednej rzeczywistości, dzielić wspólne tło zdarzeń i być może nawet wędrować razem. Ostatecznie „Idzie tu wielki chłopak” to również literatura drogi wymykająca się tradycyjnym wyobrażeniom podróży, którą można w pełni przewidzieć czy zaplanować. Bohaterowie Bogdała poruszają się w obrębie codzienności, ale mimo że ich droga nie ma konkretnego kierunku, wciąż prowadzi ich naprzód, niezależnie od tego, czy chcą dotrzeć do wieży telewizyjnej, spotkać się ze szwagrem powracającym po latach z więzienia, czy zmagają się z rozczarowaniem wynikającym z relacji. Droga ma tu jednak charakter nie tylko dosłowny, ale także symboliczny: wędrówka Bogdałowych bohaterów staje się metaforą podejmowanych przez nich prób odnalezienia się w świecie. Postacie idą więc do przodu, jadą, nieustannie są w ruchu, ale ich podróż nie jest liniowa, czasem zdają się błądzić, zbaczać z trasy, innym razem przemierzają tę rzeczywistość na oślep, nie do końca świadomi, dokąd zmierzają. To przywołuje motyw egzystencjalnej wędrówki – ale nie w stylu heroicznych podróży, lecz raczej tułaczki pełnej niekończących się zakrętów i dziwnych przystanków. Droga nie jest jedynie przestrzenią między początkiem a końcem, lecz stanem, w którym trwają bohaterowie. Droga nie jest jedynie przestrzenią między początkiem a końcem, lecz stanem, w którym trwają bohaterowie Mimo wszystko podążanie za ,,myślotokiem” bohaterów i wytrzymanie nierównomiernego tempa narracji to jednak dość wymagające zadanie. Nieustannie zmieniająca się dynamika, jak i konstrukcja samej prozy, w której niektóre fragmenty wybijają się na pierwszy plan, aby za moment zniknąć w gąszczu kolejnych myśli, sprawiają, że lektura momentami staje się przytłaczająca. W pisaniu opierającym się na wewnętrznych dialogach kryje się bowiem ryzyko – jest ono jak młotek, którym można zarówno wbić gwóźdź, jak i roztrzaskać czaszkę. Bogdał w swoich opowiadaniach raz mistrzowsko prowadzi narrację, budując napięcie i wciągając nas w pozornie proste historie, innym razem sprawia, że tempo siada, a fragmenty zdają się nie pasować do siebie. Ostatecznie jednak ta nierówność opowieści jest tak naprawdę zamierzoną grą (z) formą, która wprowadza nas w wewnętrzne, intymne przestrzenie bohaterów. Pozwalając narracji na nieprzewidywalne zmiany rytmu, autor zbliża nas do tego, w jaki sposób rzeczywiście przeżywamy i porządkujemy własne myśli. Ostatecznie celem jest zreplikowanie ludzkiego systemu przeżywania. W nowej książce Bogdała widać w końcu pewną ciągłość z wcześniejszą „Florydą”, gdzie dominowały zewnętrzne i wewnętrzne monologi. Wprowadzenie do ,,Idzie tu…” mieszanej narracji pozwala na świeże ujęcie, ale mimo to wpływ „monologizowania” wciąż jest odczuwalny – szczególnie tam, gdzie narracja zaczyna się rozwlekać, zupełnie jakby tytułowy chłopak nagle wyhamował i przystanął. Co jednak najważniejsze, u Bogdała nie ma ,,wzruszającej ckliwości” czy ,,poruszającej czułości”, jak to zazwyczaj bywa w opowieściach o zwyczajnych ludziach, którym po prostu nie wyszło. Autor konsekwentnie unika łatwych, sentymentalnych tropów i nie oferuje tanich wzruszeń. I mimo że to opowieści o ciągach rozczarowań, odejściach osób ważnych, samotności i ucieczkach od niej, to w żadnym wypadku nie można książki Bogdała nazwać nihilistyczną. Pewnie, na horyzoncie ciągle coś majaczy, poczucie schyłkowości czai się gdzieś za rogiem, a koniec zdaje się nieunikniony, Bogdał jednak skupia się na procesie adaptacji: bohaterowie jego opowiadań uczą się, jak żyć z tym, co im się przytrafiło, i jak redefiniować swoje plany, kiedy rzeczywistość okazuje się niesprzyjająca czy niezrozumiała. Ostatecznie fabularny szkielet ma tu niewielkie znaczenie i jest dość prosty – to w końcu proza o ludziach, którym przytrafiły się rzeczy, o tym, jak sobie radzą w swój nieporadny sposób i o tym, co się dzieje potem. Nieważne jest to, że w większości przypadków ich wysiłek nie przynosi oczekiwanych rezultatów – istotne jest za to samo próbowanie i poszukiwanie w sobie siły. Brzmi banalnie, ale Bogdał unika nadmiernej dramatyzacji czy martyrologii bohaterów, kierując swoją uwagę na samo próbowanie, które podsumować można końcowym zdaniem jednego z opowiadań: ,,Kiedy poczuł ciężar ciągnący go w dół, zaparł się”. Nie chodzi tu jednak o moralizatorstwo czy prawienie morałów, że ,,każda porażka to lekcja” – autor wykazuje, że samo ciągłe próbowanie staje się codziennym wysiłkiem, który, choć rzadko prowadzi do spektakularnych zwycięstw, nadaje życiu bohaterów specyficzną, niemal cichą godność. W ich małych, codziennych porażkach znajduje się w końcu pewna wartość – nie efektowna czy łatwa do dostrzeżenia, ale bliska i prawdziwa, przypominająca, że życie toczy się dalej nawet wtedy, gdy jest się ,,przegrywem”. Bogdał ostatecznie nie wyraża sprzeciwu wobec niesprawiedliwości świata, a raczej przyznaje, że chociaż wszyscy jesteśmy przegrywami, to wypada zobaczyć, co da się z tego zrobić. Bo zrobić da się wiele. Wystarczy pobawić się narracją, dodać kapkę absurdu, porzucić oczywistości przy tworzeniu postaci. Na kartach tej książki spotykamy bohaterów niezwykłych – od dźwigowego, który przyuważa w jednym z mieszkań osobę chodzącą w stroju kosmonauty, przez mężczyznę w przebraniu wiewiórki, aż do dwóch przyjaciół obserwujących znikający most. To postacie jakby wyciągnięte z ponurej tragikomedii – mało prawdopodobne, ale jednak możliwe. Nie jest to przecież proza, która odbija się bezpośrednio w realnej siatce zdarzeń, a raczej taka, która przedstawia ludzkie istnienie, wychylone w stronę absurdalności. Bogdał nie ogranicza się jednak do świata ludzi – wprowadza na scenę zwierzęta, które przeżywają własne historie, i równolegle splata ich ścieżki z losami ludzkich bohaterów. Małpka kapucynka, banda dzików czy najmniejszy kucyk na świecie nie są tu jedynie tłem; ich obecność, choć nieoczekiwana, staje się kolejnym głosem w opowieści o dziwacznej, nieuchwytnej rzeczywistości. Sam autor nie tłumaczy bezpośrednio roli tych towarzyszy, sytuując ich może bardziej na pograniczu naszego zrozumienia, niemal jako symboliczne przypomnienie o pierwotnej, nieujarzmionej naturze. W końcu zwierzęta, choć nie wchodzą w klasyczny dialog z bohaterami, tworzą swoisty kontrapunkt do człowieczego punktu widzenia. Ich obecność pozwala na spojrzenie z innej perspektywy: równolegle do człowieczych dylematów i pytań o sens toczy się rytmiczny taniec pierwotnych odruchów i impulsów. Zwierzęta u Bogdała po prostu są, żyją swoim rytmem, będąc obok i absorbując jedynie to, co oferuje im chwila, wnosząc więcej ,,czystego życia”, przeżywając je na pierwotnym poziomie, bez nadmiaru pytań i narracyjnych komplikacji. Chociaż wszyscy jesteśmy przegrywami, to wypada zobaczyć, co da się z tego zrobić Istotny jest w końcu fakt, że bohaterami zbioru opowiadań są głównie mężczyźni, i to mężczyźni, którzy wydają się zagubieni w swojej codzienności, jakby żyli w świecie rozpiętym między obowiązkami a ucieczką od nich. To bohaterowie zmagający się z wewnętrznymi konfliktami, którzy nie potrafią – bądź nie chcą – nawiązać autentycznego kontaktu z otaczającym światem. Niewolni od problemów komunikacyjnych unikają odpowiedzialności za swoje decyzje i pozostają w ten sposób zawieszeni pośród niezałatwionych spraw i piętrzących się problemów. To bohaterowie, którzy, popychani potrzebą przestrzeni, dosłownie i metaforycznie uciekają od świata: dźwigowy, który zamyka się w kabinie żurawia budowlanego, by z góry oglądać paradującą w stroju kosmonauty postać; Szymon i ojciec wchodzący na wieżę telewizyjną czy dwójka przyjaciół oglądających z pagórka znikający most. Jak trafnie zauważa Igor Kierkosz w tekście napisanym dla „Dwutygodnika”, ta ucieczka to ,,[p]rosta kalkulacja – można spojrzeć z lotu ptaka na wszystkich wokół, a jednocześnie uciec przed wzrokiem innych”. Symboliczne odizolowanie bohaterów, zawieszenie między niebem a ziemią, obrazuje tak naprawdę również postacie innych mężczyzn – uciekających przed spojrzeniami, oceną, ale też samymi sobą, wybierających bezpieczny dystans, z którego można obserwować świat bez potrzeby konfrontacji z nim. To konkretne przedstawienie bohaterów – głównie męskich, zmagających się z kryzysem tożsamości, skrywających się za milczeniem – przysporzyło Bogdałowi dużo zarzutów, widocznych szczególnie w recenzjach i opiniach na portalach Goodreads czy LubimyCzytać: o pisanie męskie, tworzenie męskich opowiadań, ograniczenie opowiadań do refleksji nad kryzysem męskości. Te zarzuty o męską literaturę są w jakiejś mierze uzasadnione, jeżeli w narracji Bogdała uznajemy prymat wątków fabularnych związanych z kryzysem męskości. Jednak autor stara się uchwycić coś więcej – to nie są w końcu tylko portrety mężczyzn, ale przede wszystkim portrety ludzi w kryzysie, którzy radzą sobie tak, jak mogą. Ludzi samotnych i bezradnych wobec rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Planeta w końcu obraca się z trudem. Będą musieli się przyzwyczaić. Zapraszam na mojego Instagrama https://www.instagram.com/rybamaglos/, gdzie regularnie publikuję recenzje.
Rybamaglos - awatar Rybamaglos
ocenił na 9 2 miesiące temu
Kundle Katarzyna Groniec
Kundle
Katarzyna Groniec
o debiucie literackim piosenkarki dowiedziałem się przypadkiem z programu I PR, gdzie recenzentka zachwycała się treścią. a że wtrąciła jeszcze, że akcja książki dzieje się na śląsku, musiałem sprawdzić. _______ i rzeczywiście, akcja tej mikropowieści toczy się na śląsku, w okolicach Toszka. losy bohaterów przeplatają się wzajemnie i są powiązane z faktami historycznymi. osią tych wydarzeń jest legenda o św. Jerzym, która metaforycznie konweniuje z poszczególnymi bohaterami. _______ mnie najbardziej podobała się postać Goryla. uważam, że został świetnie przedstawiony, a język śląski jakim się posługiwał dodawał mu wiarygodności. również początkowe sceny w kościele przypomniały mi dzieciństwo, a dokładnie upominanie przez księdza dzieciaków. ksiądz z powieści robił to w dokładnie taki sam sposób jak ksiądz, który mnie uczył religii. _______ byłem pełen obaw czy #katarzynagroniec wiarygodnie odda swój śląski charakter. obawy okazały się jednak nie potrzebne, bo świetnie czyta się tę książkę mnie jako Ślązakowi. cieszę się również, że to śląski Śląsk, a nie polski został ukazany w treści. #kundle pewnie dlatego, że bohaterowie byli jakby bez rodowodu, istnieli, żyli, ale nikt ich poważnie nie traktował. czekam na kolejną śląską powieść autorki, która pięknym językiem daje upust swojej wrażliwości. lubię teksty piosenek Kasi, teraz polubiłem i książki.
Polubic_czytanie - awatar Polubic_czytanie
ocenił na 6 6 miesięcy temu

Cytaty z książki Hotel ZNP

Więcej
Izabela Tadra Hotel ZNP Zobacz więcej
Izabela Tadra Hotel ZNP Zobacz więcej
Więcej