Fiasko. Amerykańska awantura wojenna w Iraku 2003-2005
Thomas E. Ricks
To jest pozycja, która w dość dużym stopniu odnosi się do dziedziny, w której zostałem wyedukowany (licho bo licho, ale jednak) przez nasze państwo, więc siłą rzeczy odbierałem Fiasko na dwóch poziomach: z ciekawością, jak każdy inny czytelnik, ale i bardzo krytycznie (bo przez pryzmat określonych oczekiwań), jak osoba, które ma jakieś (umiarkowane, wcale nie ogromne) pojęcie o omawianej materii (przynajmniej w zakresie polityki).
Krótkie podsumowanie i skrótowa opinia poniżej. A jeszcze niżej... rozbudowana opinia, bo nie mogłem się powstrzymać ;P
Fiasko, wbrew ewentualnym sugestiom jakoby było czymś więcej, jest po prostu pisanym na gorąco publicystycznym komentarzem do amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 roku. Takie podejście wiąże się z oczywistymi korzyściami, ale i słabościami. Fajnie, że widać tutaj różne spojrzenia i autor nie ograniczył się jedynie do oficjalnych opinii, a nawet przeciwnie: chętnie zderzył je z tym co ludzie zaangażowani w "aferę" faktycznie myśleli. Z drugie stron wywód nastawiony głównie na prezentacje opinii jest chaotyczny, momentami zaś niepotrzebnie dramatyzowany. Widać tutaj ogrom pracy: autor utopił swoją książkę w ogromie cytatów, zebrał wypowiedzi pracowników cywilnych, szeregowców, poruczników, kapitanów, pułkowników, generałów, polityków z dołu piramidy, z środka piramidy i z wierzchołka piramidy, z lewa, prawa, środka... I to jest połowa problemu: po prostu cytatów jest za dużo. To ten typ publicystyki, w której pomiędzy cytatem a faktem stawia się znak równości - znamy to z uczelni: nie pisz o swoich wnioskach i przemyśleniach, ale cytuj kogoś, kogokolwiek, będzie lepiej. W tym ujęciu Fiasko to przede wszystkim obszerny katalog czyichś wypowiedzi - lepiej by się materii książki przysłużyło ograniczenie do zaledwie 20% tychże, ale za to lepiej wyselekcjonowanych i poddanych krytycznej ocenie. Niezależnie od tego Fiasko robi dobrą robotę w innym zakresie: dostarcza naprawdę niezłego spojrzenia na wojnę w Iraku dla osób, które nie są zbytnio zaangażowane w temat, lub które wiedzą tylko tyle, ile dowiedziały się z ulubionego kanału informacyjnego. Jest to zatem lektura lepsza niż żadna i bez wątpienia mająca swoje mocne strony, ale zarazem nadmiernie rozbudowana, chaotyczna, dość subiektywna i momentami po prostu odtwórcza.
Teraz pora na dłuższą polemikę. Zacznę od tego, że oczywiście zgadzam się z autorem co do ogólnej krytyki inwazji na Irak - była źle przygotowana i jeszcze gorzej umocowana w prawie międzynarodowym oraz tragicznie przeprowadzona. Stanowiła potężne obciążenie dla USA, zarówno polityczne, jak i finansowe, a jej rezultaty okazały się co najmniej głęboko rozczarowujące. Bez wątpienia Irak był błędem Busha i chyba faktycznie zostanie mu on zapamiętany jako najważniejsza wpadka. Był też Irak błędem i wtopą niemal całej struktury amerykańskiej polityki i wojskowości. O tym pisze autor: o systemie kontroli, który zawiódł, o hierarchii wojskowej, która nie stanęła na wysokości zadania, o milionie nadużyć, nieporozumień, kłamstw i wypaczeń. Irak to porażka pod wieloma względami porównywalna do Wietnamu, jednak mniej krwawa i mniej problematyczna społecznie. Ukazanie tego w jednej pozycji ma swoją wartość.
Nieco gorzej wygląda rzecz w szczegółach.
Nie do końca zgadzam się z autorem w ramach jego krytyki doktrynalnej armii amerykańskiej. Autor sugeruje, że skupienie się na wygrywaniu bitew i oddanie prymatu szczeblowi operacyjnemu działań zbrojnych okazało się błędem, który w efekcie uniemożliwił USA uzyskanie korzyści z militarnego sukcesu uderzenia na Irak. Jego zdaniem Armia powinna myśleć nie tylko o niszczeniu przeciwnika, lecz również o tym, co po zwycięstwie. Mimo, że przytoczył kilka interesujących cytatów - każdy autorstwa osoby o większych kompetencjach niż ja (co przyznaję uczciwie) - ja widzę w tym klasyczne narzekanie typu "tak źle i tak niedobrze". Armia opiera się na organizacji, organizacja armii opiera się na doktrynie - doktryna zaś, to właśnie swego rodzaju filozofia próbująca zdefiniować co jest ważne i gdzie jest środek ciężkości działań zbrojnych. Armia nie jest w stanie być wszystkim i realizować wszystkich zadań - żadna, nawet amerykańska. Autor nawet nie zająknął się jakim cudem US Army - stworzona przecież do obrony interesów największego mocarstwa na Ziemi - miałaby jednocześnie wygrywać wojny pełnoskalowe i asymetryczne, ze szczególnym uwzględnieniem tak zwanych działań counterinsurgency, czyli przeciwko szeroko rozumianym rebeliantom. Jak, drogi autorze? Do tej pory wynaleziono tylko dwie metody radzenia sobie z powstańcami: wyrżnięcie w pień zarówno samych bojowników, jak i tych frakcji społeczeństwa, które ich karmią lub pacyfikowanie na poziomie ekonomicznym i politycznym (oddziaływania miękkie). To zaś już wymaga działania czynników politycznych i cywilnych, podczas kiedy wojskom przysługuje w takim układzie rola wspomagająca, nie zaś wiodąca. Poza tym, wbrew temu co pisze autor, szczebel operacyjny nie odpowiada za wygrywanie bitew, ale właśnie łączenie sukcesów taktycznych z wymogami strategii (operacja to składowa wielu działań) - nadal jednak mówimy o strategii w takim zakresie, jaki zostaje przydzielony wojsku do realizacji. W USA wojsko nie ma możliwości prawnych i organizacyjnych tworzenia polityki międzynarodowej, nie decyduje też o zakresie własnych działań. Czemu wojsko miałoby się zastanawiać nad tym jak kontrolować społeczeństwo jakiegoś obcego kraju, zwłaszcza jeśli sama koncepcja inwazji na ów kraj jest przez owe wojsko kontestowana jako bezsensowna, a politycy nie sygnalizują takiej potrzeby?
Autor wpadł w pułapkę, która ilustruje problem często spotykany w literaturze publicystycznej: zbieranie całej dostępnej krytyki, bez wnikania na ile dana krytyka ma sens, a na ile jest po prostu narzekaniem dla narzekania. Przy kompletnej polaryzacji amerykańskiego systemu politycznego właściwie cały estabilishment - z wliczeniem także wojskowego i okołowojskowego - ma w Stanach Zjednoczonych logiczną skłonność definiowania opinii przez pryzmat sympatii politycznych. Sam autor też ślizga się po pewnych wnioskach - buduje je nijako niechcący i szybko porzuca, jeśli tylko nie pasują do jego wizji. Przykładem niech będzie zysk polityczny wyniesiony przez administrację Busha z inwazji na Irak - autor w zasadzie sam wiedzie nas do zrozumienia, że dla tej ekipy wojna sama w sobie była opłacalna, z uwagi na możliwość rozładowania napięć społecznych i wykazania stanowczości gabinetu, a więc z tego powodu parcie do inwazji miało sens polityczny. Autor siada jednak na płocie - jego zdaniem to, że coś muczy i daje mleko wcale nie powinno oznaczać, że jest to krowa. Krzyczy, że coś jest bez sensu, podczas kiedy owe coś ma sens, który autorowi nie musi się podobać (jako i nie musi się podobać nam). Brzydki i zły sens, to nadal sens.
Dalej, w kwestii słabości: książka poświęcona jest militarnej obecności USA w Iraku, ale w rzeczywistości zdecydowana większość focusu poszła na jednostki Armii, a spośród nich na dwie dywizje - 4. Dywizję Piechoty będącą przykładem samego zła i 101. Powietrznodesantową, którą z kolei ukazano jako niemal idealną. Pierwsze informacje o Gwardii Narodowej pojawiają się gdzieś w okolicy 60% i są lakoniczne, a przecież GN zapewniała do 1/3 całości amerykańskich sił w Iraku. Marines też są potraktowani po macoszemu i też dopiero w okolicy 60% książki autor poświęca im nieco więcej uwagi, pisząc o ich powrocie do Iraku... choć zapomniał wspomnieć jak wyglądał charakter ich obecności zanim w ogóle opuścili Irak.
Osobna kategoria to błędy merytoryczne, na szczęście dość nieliczne, ale za to łatwe do wychwycenia (np. JDAM to nie jest "Joint Direction Attack Munition" ale "Joint Direct Attack Munition" i nie są to bomby precyzyjne ale ogonowe zestawy adaptacyjne przekształcające zwyczajne, "głupie" bomby w amunicję sterowaną. Na to nakłada się kiepska redakcja - na początku jeszcze całkiem niezła, ale w miarę posuwania się w głąb książki coraz gorsza, aż w drugiej połowie wręcz tragiczna: czasami losowa kolejność wyrazów, liczne literówki czy wprost zagubione wyrazy sugerują, że nikt tego chyba nie czytał, a korektę prowadzono na podstawie tego co podkreślił edytor tekstu.
Koniec końców Fiasko to całkiem niezła pozycja, ale nie dość dobra. Trochę zbyt jednostronna i wcale nie chodzi mi o szukanie obiektywnych powodów inwazji na Irak - wystarczy wskazać te polityczne, bowiem to właśnie one są przecież kluczowe dla ludzi trzymających władzę. Być może w zbyt wielkim stopniu oczekiwałem pozycji politologicznej i polemicznej, a dostałem bardzo rozbudowany artykuł dziennikarski, pisany z zewnątrz i "z góry". Fiasko nie polemizuje, po prostu krytykuje. To, że krytykuje, poniekąd słusznie, jest okay, z tym nie dyskutuję. Jednak po książce tych gabarytów spodziewałbym się więcej niż tylko mielenia tych samych argumentów. Nie traktując Fiaska w kategoriach polemicznych otrzymujemy dobrą i treściwą pozycję dziennikarską, przedstawiającą wiele szczegółów związanych z politycznym i wojskowym przygotowaniem inwazji na Irak, pozwalającą nam zajrzeć za kulisy złożonych procesów decyzyjnych lub po prostu dostrzec jak polityka wielkiego mocarstwa de facto zależy od woli pojedynczych osób, mających w sobie dość determinacji by skierować nawę państwową w nowym kierunku. W tym zakresie brakło mi odpowiednio błyskotliwych wniosków - autor chyba sam nie dostrzegł pełnego potencjału swojego dzieła, ale te wnioski można wyciągnąć samemu.
Opinia
Jakub Polit we wstępie pisze, że "praca ma nieuchronnie charakter szkicowy". No, cóż, fajny to szkic, który ma prawie tysiąc stron tekstu. A tematyka jest szalenie ciekawa i poza pewnymi wydarzeniami jak Nankin praktycznie w ogóle nieznana. Czytanie tej książki poraża, jeśli czytelnik zda sobie sprawę o jakich tak naprawdę wartościach liczbowych operujemy, przykładowo chińskie straty w walkach w prowincji Zhejiang w 1942 roku wynoszą tyle ile straty amerykańskie na froncie europejskim w przeciągu całej II wojny światowej. Oczywiście, książka to wielka mieszanina wojny i polityki. Rozpoczyna się od incydentu mandżurskiego w 1931 roku i tak poznajemy czternaście lat stosunków chińsko-japońskich, których kulminacja to oczywiście wojna 1937-1945, rozpoczęta incydentem na Moście Marco Polo. No i tu już wchodzimy w wieloaspektowe rozważania na różne tematy, Mamy oczywiście działania militarne, opisano wiele bitew i starć jak chociażby Szanghaj, Nankin, Wuhan, ale mamy też sporo rozważań politycznych, myślę, że często niezwykle ciekawych - dlaczego Japonia nie zaatakowała ZSRR w 1941 roku, jak wyglądała aliancka pomoc Lend-Lease dla Chin. Sporo jest też oczywiście o innych rzeczach dotyczących chińskiego społeczeństwa - stosunku do własnej armii, kolaboracji. W tle jeszcze dzieją się rozgrywki wewnątrzchińskie między Kuomintangiem a komunistami Mao. Żeby nie było, w tym wszystkim są też Japończycy, sporo miejsca autor poświęca również temu jak postrzegali Chińczyków, jak ich traktowali itp. Na minus warstwa edytorska dzieła, brak spacji między wyrazami, mimo, że częsty, to jednak tak nie wkurza jak irytujące literówki. Ta pozycja to typowy "must have" dla każdego kto interesuje się historią.
Jakub Polit we wstępie pisze, że "praca ma nieuchronnie charakter szkicowy". No, cóż, fajny to szkic, który ma prawie tysiąc stron tekstu. A tematyka jest szalenie ciekawa i poza pewnymi wydarzeniami jak Nankin praktycznie w ogóle nieznana. Czytanie tej książki poraża, jeśli czytelnik zda sobie sprawę o jakich tak naprawdę wartościach liczbowych operujemy, przykładowo...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to