"We wrześniu 1939 roku wybucha wielka wojna. Wszystkim wydawało się, że potrwa tylko parę tygodni i wszystko wróci do normy. A już z pewnością nikt się nie spodziewał, że dotrze do niewielkiej willi stojącej przy jednej z uliczek na obrzeżach Lwowa".
"Mała wojna" książka Katarzyny Ryrych, którą bardzo cenię i uwielbiam, napisała kolejne dzieło, w mojej skromnej ocenie. Tak lekko, tak delikatnie, tak czule dobierając słowa. Książka kierowana dla najmłodszych, ale i dorosły czytelnik poczuje ukłucie w sercu czytając tę niezwykłą opowieść. Trudną, smutną, z niedopowiedzeniem, z żalem, smutkiem, ale też nadzieją na lepsze jutro, a także z wiarą i niegasnącą nadzieją, że na świecie oprócz tych złych niosących śmierć ludzi, są także całe zastępy dobrych, cudownych, wspaniałych, wyjątkowych i cichych osób, które miały w sobie tak wiele odwagi i miłości do drugiego człowieka, że nie zważając na nic, nosili brzemię i bezinteresowną pomoc nawet za cenę życia, narażając się na śmierć.
Podczas wojny było tak wielu cichych i bezimiennych bohaterów, że to właśnie nim można śmiało zadedykować tę książkę. Przez pierwsze karty książki zastanawiałam się, o co chodzi z tą małą wojną? Jaki jest jej sens? Czy w ogóle można powiedzieć o wojnie, że ma jakiś sens? Ciekawe...
Autorka bowiem przedstawia nam dwie małe bohaterki, niesforne panienki Jankę i Lilkę. Dziewczynki są utalentowane muzycznie, jedna uczy się gry na skrzypcach, Lilka na fortepianie. Mimo, że jest wojna i cały świat pogrąża się w chaosie, ich ojciec został wysłany do wojska, znikają ludzie. Ich sąsiedzi, kupiec który sprzedawał chałwę, dentysta Goldberg, którego jako jedynego się nie bały. Zniknęły koleżanki, całe rodziny. Jedzenia jest mniej, nie ma szkoły. Dziewczynki uczą się w domu, czytają "Trylogię" Sienkiewicza i utwory Adama Mickiewicza, to w tym wszystkim babcia i mama starają się uczynić wszystko, aby dzieci miały względną normalność.
Dlatego też obie chodzą nieprzerwanie do sąsiedniego domu nieopodal na naukę, na prywatne lekcje muzyki u Maestro Stefana. To dystyngowany Pan, jeszcze w młodym wieku, kawaler, człowiek sztuki oddany muzyce. Zawsze elegancki, nienagannie ubrany i bardzo wymagający. Pewnego dnia podczas zajęć obie dziewczynki wyczuły, że coś jakby się zmieniło, jakby w tym pięknym domu Maestra ktoś jeszcze był i je obserwował. Ponadto Pan Stefan zaczął zachowywać się inaczej, a był znany z tego, że zawsze wszystko robi tak samo wedle własnej rutyny. Dziewczynki to tak bardzo zaciekawiło, że postanowiły go obserwować i śledzić. Zachowanie babci także było dla nich niecodzienne, szykowała więcej jedzenia, które kazała dziewczynkom zanosić do samotnego nauczyciela.
Małe panienki, a zwłaszcza Janka miały detektywistyczne zacięcie, naczytały się też kryminałów z Sherlokiem Holmes'em. Janka wybadała, że na schodach domu Maestra ma porozrzucane zabawki, ołowiane żołnierzyki i babcia dostarcza mu mleko, jabłka i inne dobra. Dzieli się ubraniami. Maestro nadal udziela lekcji Lilce i Jance, ale jest bardziej ostrożny i niezwykle tajemniczy.
Choć wojna toczy się dalej, nad głowami co rusz przelatują eskadry samolotów, słychać w oddali wybuchy, kobiety muszą żyć, muszą przetrwać. Seniorka rodziny w ogóle jest niezwykłą postacią i sporo można się od niej nauczyć, przede wszystkim jej niesamowitej woli życia, przetrwania i nadziei. To ona jest opoką, skałą, ostoją tego domu, to ona daje siłę, by w cichości walczyć i przetrwać. Jak sama mówi, przeżyła powstanie, Syberię i pierwszą wojnę, to i tę przetrwa.
Babcia robi wszystko, żeby uchronić wnuczki przed złem oraz żeby nie wyszły na jaw jej sekrety mogące narazić wszystkich na wielkie niebezpieczeństwo i zsyłkę, a nawet śmierć. Jednak upilnowanie tak niesfornych małych i ciekawskich kóz, niestety nie jest łatwe. Ich dociekliwość i badawczy, analityczny umysł sprawiają babci sporo kłopotu.
Opowieść "Mała wojna" Katarzyny Ryrych pokazuje nam czytelnikom zwykłych, normalnych ludzi z tamtych lat, zaangażowanych i nieobojętnych na los bliźniego. Te kolejne karty książki, które odkryłam pozwoliły mi na poznanie prawdy, takiej smutnej i bolesnej, że "mała wojna" to tak naprawdę wielka batalia ludzi o ludzi. To wojna z wrogiem widzialnym i niewidzialnym, wojna o przetrwanie, o jedzenie, o to, by nie dać się złapać, by się dobrze schować. To ogromne oddanie siebie za cenę życia swojego i drugiego człowieka. Przyznam, że miałam ciarki czytając o dzielnym Maestro. Oni wszyscy, ci bezimienni i ci, którzy zapisali się na kartach naszej historii toczyli zaciętą małą wojnę w tej wielkiej strasznej wojnie XX wieku. Nie na froncie, nie z bagnetem, czy w czołgu jak "Pancerni", ale poprzez pomoc i ratunek, by każdy miał szansę przetrwać to zło, to wielkie szaleństwo ludzkiej nienawiści, że istnieje rasa panów, nadludzi i podludzi.
Jest to książka adresowana do dzieci i młodzieży, napisana nieinfantylnie, ale prosto, przystępnie, słowo po słowie. Wplatane akcenty muzyki, sztuki i literatury, beztroski świat zabawy niewinnych dzieci przeplata sie z mgłą zawieszoną na nieboskłonie, osnutego pożogą wojenną. Refleksja, jak życie jest kruche, ulotne, jak też to że nie mieszkasz w mieście tylko na wsi, co zwiększa twoje szanse na przeżycie.
Katarzyna Ryrych potrafiła ująć w tej książce tak wiele różnych emocji. Dziecięcą ciekawość, ale też lęk i strach co przyniesie jutro. Janka odkryła ten wielki sekret, nie umiała pohamować swojego żywego temperamentu po ojcu. Stanęła przed babcią i wyznała, że wszystko wie. I w tym miejscu można się zatrzymać i poddać głębokiej analizie też jej zachowanie. Porozmawiać z dziećmi na ten temat, jak niebezpieczne mogą być dziecięce igraszki i podchody, które mogą doprowadzić do daleko zakrojonych i przykrych w skutkach sytuacji. Często nieroztropność i nierozwaga mogłyby doprowadzić do tragedii. Najbardziej zrozumieją to ci, którzy tego doświadczyli. Kiedy już dziewczynki poznały prawdę, kto skrywa się w domu nauczyciela, stają się odpowiedzialne za ich los. To bardzo trudne.
Książka w cichy sposób daje do myślenia i przybliża prawdę o mordowaniu Żydów i innych nacji, które nie podobały się rasie panów. Poznajemy dobrych bohaterów, dobre wzorce godne naśladowania. Myślę, że ta książka spokojnie mogłaby by być lekturą szkolną, nadaje się idealnie do omawiania jej na lekcjach języka polskiego. Jak wiele tu postaw, przykładów dla dzieci, bo książka przedstawia właśnie losy dzieci z obu stron wojennej zawieruchy. Autorka pokazała, że wojna ma różne oblicza, że istnieje dobro i zło, a pośród tego wszystkiego są zawsze ludzie, którzy jeśli mają możliwość, mogą zdecydować, jaką drogę życia wybiorą.
"Wiele mówi się o bohaterach ginących w nierównej walce tam, gdzie szalała wielka wojna, zaś ci, którzy prowadzili swoją małą wojnę, pomagając najsłabszym tego świata - dzieciom, starcom, chorym - odeszli w zapomnienie...
Nie walczyli przy pomocy broni, używali serca jak tajemniczy Maestro, którego jedno jedyne zdjęcie zachowało się w rodzinnym albumie
- ale ginęli jak żołnierze".
Przedstawione postacie są prawdziwe. Dziewczynki i ich babcia i Maetro Stefan, nauczyciel muzyki, obywatel Lwowa żyli naprawdę, zobaczycie ich zdjęcia na końcu książki. Tam też dowiecie się, jak cała historia się skończyła. Opowieść o nich przetrwała.
Jeszcze cytat:
"Siedziałam, wpatrując się w pomarańcze, podarunek z innego świata, i myślałam, że tak naprawdę nie ma małej czy dużej wojny. Są tylko ludzie - zawsze jacyś my i oni. A o naszym życiu czasami decyduje cokolwiek, choćby kawałek drewna".
A na moją refleksję, czy wojna ma sens, mogę odpowiedzieć sobie słowami autorki:
"Zajęło mi sporo czasu, nim zrozumiałam, że wojna, duża czy mała, wydobywa z ludzi to, co najgorsze lub.... najlepsze".
Całym sercem polecam.
Milej lektury :)
Opinia
Rodowity Górnoślązak porusza tematykę Powstań Śląskich z perspektywy dziecka? Tyle wystarczyło mi, aby chcieć zapoznać się z tą pozycją. A gdy dodatkowo otrzymałam nie tylko historię dziecka dla dzieci, ale i analizę ówczesnych realiów pogłębioną o różne, interesujące zagadnienia, to odczułam pełną satysfakcję z lektury.
[SPOILER]
Dziecko do pewnego czasu myśli schematycznie, nie dostrzega wszystkich niuansów, ocenia świat wg własnego konstruktu myślowego. Jest czyste. Od trosk i skomplikowanych analiz powinno mieć w swoim życiu rodziców, których rolą ma być łagodzenie jego trosk, branie na swoje barki ciężaru dylematów i skomplikowania tego świata. Ale czy da się całkowicie uchronić dziecko przed cierpieniem?
W książce można odnaleźć wiele przykładów, gdy dziecko, uczestnicząc w tragedii dorosłych, postrzega jednak świat inaczej, wg własnych odczuć. Widać to poprzez niektóre zabiegi, jak np. ukazanie bólu dorosłego z perspektywy dziecka poprzez utratę głosu przez matkę: dziecko przypisuje to działaniom "złego" listonosza, który dostarczył list z tragiczną wiadomością, a nie ludziom faktycznie odpowiedzialnym za tragedię.
Górnoślązacy wiele wycierpieli w swojej historii, najczęściej zupełnie niesłusznie. Sama nie do końca chyba zdawałam sobie sprawy z tego, że nawet wygrane Powstania okupione były ich śmiercią, torturami, poświęceniem, biedą. Nie można o tym zapominać. I warto doceniać ludzi, którzy walczą o prawdę i szacunek do historii, a zwłaszcza o krzewieniu jej w umysłach najmłodszych.
Pisanie książek dla dzieci to, wbrew pozorom, o wiele większe wyzwanie niż pisanie książek dla dorosłych. Wobec dorosłych można pozwolić sobie na dosłowność, brak taryfy ulgowej. Natomiast dzieci zasługują na przekaz łagodniejszy, choć oczywiście nierozwodniony. Stąd przecież w bajkach często pojawiają się różne metafory, alegorie. Dlatego też stworzenie wartościowej książki dla dzieci to nie lada wyczyn.
Cieszę się, że trafiłam na tę pozycję i szczerze ją polecam.
Rodowity Górnoślązak porusza tematykę Powstań Śląskich z perspektywy dziecka? Tyle wystarczyło mi, aby chcieć zapoznać się z tą pozycją. A gdy dodatkowo otrzymałam nie tylko historię dziecka dla dzieci, ale i analizę ówczesnych realiów pogłębioną o różne, interesujące zagadnienia, to odczułam pełną satysfakcję z lektury.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to[SPOILER]
Dziecko do pewnego czasu myśli...