Są tacy ludzie, z którymi chciałoby się siedzieć gdziekolwiek i rozmawiać godzinami. Przy kawie, kieliszku koniaku, domowej jajecznicy; snując wspomnienia o życiu, o tych którzy odeszli, o tych, do których wciąż można zadzwonić. Po prostu być ze sobą, wsłuchiwać się w swoje głosy i patrzeć na siebie z niegasnącym zainteresowaniem – wiedząc, że nie ma tam żadnego niezrozumienia czy nieszczerości. Jako dokładnie takich kompanów wyobrażałam sobie zawsze Krystynę Demską-Olbrychskę i Daniela Olbrychskiego. Wspaniali mówcy, nad wyraz inteligentni, z bagażem doświadczeń i znajomości, które można by pomieścić w kilku pokaźnych tomach. Tym razem część z tych historii wysłuchała i spisała Katarzyna Rygiel w książce „Dary losu. Niezwykłe zdarzenia, które były naszym udziałem, i ludzie, dzięki którym świat był i jest piękny”, która ukazała się nakładem Agory.
„…ludzi zbliża stosunek do świata, pewien poziom w zawodzie, miara talentu i porozumienia, brak konkurencji. Nadawanie na podobnych falach powoduje, że chociaż nie pracują razem, mogą za sobą tęsknić”.
Mimo, że sami bohaterowie to postacie, które mają wiele do zaoferowania kulturze polskiej już od wielu lat i można się z nimi w wielu kwestiach nie zgadzać, nie sposób odmówić im charyzmy, celnych komentarzy na temat rzeczywistości, niesamowitego humoru i zamieniania codziennego życia w wyjątkowe chwile, z cudownymi ludźmi u boku. I właśnie ci ludzie są tutaj na pierwszym miejscu. Demska i Olbrychski z czułością i ogromną empatią opowiadają w dwugłosie o swoich przyjaciołach, znajomych, sąsiadach i wyjątkowych przypadkach oraz przygodach, które były wspólnym udziałem.
Czasami pani Krystyna z impetem wprowadza temat, by pozwolić mężowi na jego rozwinięcie, innym razem to mąż uzupełnia wspomnienia żony, „podkręcając” barwnie opowieść i przypominając o tym, co umknęło drugiej stronie. Czyta się to jak wartką powieść akcji i grozy pomieszanej z romansem i dobrą obyczajówką (do tego ze szczyptą najwyższych lotów poezji!), by na końcu żałować, że to już i…pragnąc zacząć od nowa. O każdym piszą prawdziwie, szczerze, z polotem, uchylając z prywatnego życia tyle, ile wypada. Piękna to opowieść o czasach i ludziach, bez których polska i europejska kultura oraz sztuka byłyby uboższe.
Na kartach lektury znajdziemy opowieści o przyjaźniach i spotkaniach z największymi. „Przemówią” i zmaterializują się nam m.in. Andrzej Wajda, Maja Komorowska, Zbyszek Cybulski, Jerzy Hoffman, Adam Michnik, Krystyna Janda, Adam Hanuszkiewicz, Karol Wojtyła, Kuba Morgenstern, Gustaw Holoubek, Czesław Niemen, Wołodia Wysocki i Bułat Okudżawa, Jadwiga Jankowska-Cieślak, państwo Rubinsteinowie, Michaił Barysznikow, Franciszek Starowieyski, Nikita Michałkow, Ewa Czyżewska, Agnieszka Osiecka, Andrzej Seweryn, Krzysztof Krawczyk, Wojciech Młynarski, Marlena Milwiw, państwo Celińscy, ks. Konrad Herrmann, państwo Chlebińscy, Piotr Fronczewski, Angelina Jolie, Gérard Depardieu, Jean-Paul Belmondo. Plejada największych i bliskich naszym rozmówcom. Aż żal, że myśmy ich nie (po)znali! Olbrychscy mieli ten przywilej i jawią się po lekturze jako posiadający jakąś magiczną nić do świata, który rozpłynął się, zniknął, pozostawiając za sobą dymki z papierosów, sterty biletów teatralnych i najwspanialsze arcydzieła muzyczne, filmowe oraz literackie…Pan Daniel pisze o wielkich artystach i oczywiście o pięknych kobietach, pani Krystyna wspomina ważnych mężczyzn i babskie przyjaźnie:
„Kiedy dwie baby spędzają sześć, siedem godzin codziennie, to o czymś muszą rozmawiać, więc gadałyśmy o wielu rzeczach…”.
„Mogę powiedzieć z uśmiechem, że w ramionach miałem najwspanialsze kobiety, aktorki z Europy i nie tylko, które lubiłem, z którymi się zaprzyjaźniałem…”.
Nie ma w tym ani grama pychy, chwalipięctwa czy wywyższania się, choć przecież państwo Olbrychscy byliby z tego usprawiedliwieni.
Wszyscy stale spotykamy w życiu nowe osoby, wchodzimy w nowe środowiska, czasem na poważnie zmieniamy cały swój dotychczasowy los, kończymy związki, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, ale zawsze obok są jacyś ważni dla nas ludzie. Gdy w większym gronie pojawia się ktoś nowy, miło i kulturalnie jest, gdy inni interlokutorzy patrzą i zwracają się także do niego. Właśnie takie ma się poczucie po tej lekturze: pani Krystyna i pan Daniel nikogo w swoim życiu nie traktowali i nie traktują obojętnie, każdemu dają głos, chociaż mogliby mówić tylko o sobie i nikt by się o to nie obraził. O nikim nie opowiadają w sposób miałki, nawet o tych, którzy gdzieś tam kiedyś zawiedli, zaniechali, wycofali się z relacji lub nie odpowiedzieli na wysłany list.
Plany filmowe, sceny teatralne, ekskluzywne hotele i drewniane domki w lesie; rozmowy do rana w słynnych restauracjach i wódeczka popijana w przyczepie podczas kręcenia filmu. Miłość do podróżowania, do zwierząt i do ludzi. Barwnie, interesująco, zaskakująco, niebanalnie. W anegdotach, których tutaj nie brakuje (a cudowne są chociażby te o spotkaniu Mariny Vlady z Włodzimierzem Wysockim, „zielonych” śniadaniach Czesława Niemena czy twardym godzeniu Hoffmana z Olbrychskim przy szpitalnym łóżku Walentyny Hoffmanowej) i w poważnych zdaniach, kryje się całe bogactwo przeżyć i ludzkich przypadków; życia które tak szybko mija, ale może dawać tyle radości, niespodziewanych zwrotów akcji i wspomnień. Oczywiście, sami bohaterowie także odsłaniają wiele ze swojego świata, ale robią to już dyskretniej, pomiędzy opowieściami o innych i mam wrażenie, że przesunęli ciężar swoich własnych losów bardziej na sam początek i koniec książki, dając pierwszeństwo swoim wielkim przyjaciołom oraz zwierzętom. Krystyna Demska-Olbrychska pięknie i z czułością opowiada jeszcze o ukochanych kotach i psach, a Daniel Olbrychski odsłania tajniki szabli i jazdy konnej i snuje opowieści o koniach, tych w filmie jak i w życiu („Nie tylko spotkania ze wspaniałymi ludźmi, artystami, wybitnymi sportowcami nazywam darami losu”).
Katarzyna Rygiel ułożyła te wszystkie historie w pewien rodzaj scenariusza, który ze strony na stronę daje czytelnikom coraz więcej emocji i przyjemnego oczekiwania na ciąg dalszy. Bohaterowie nie zawiedli. O tak! Jaki to byłby wspaniały film!
A sami artyści tak podsumowują swoją historię:
„Lubimy podróże, uwielbiamy spotkania z niezwykłymi ludźmi, ale najbardziej kochamy nasz dom w Podkowie. I czy wracamy ze świata, czy z krótkiego, kilkugodzinnego pobytu w Warszawie, towarzyszą nam zawsze te same emocje, ta sama radosna ekscytacja, kiedy nasz samochód skręca w ulicę prowadzącą do domu […] Nie zaglądaliśmy sobie przez ramię w czasie tych oddzielnych wspomnień. Oboje uważamy, że największym dla nas darem losu jest naszych wspólnie przeżytych kilka ostatnich dekad. Ubarwionych częstymi kłótniami, bo takie mamy charakterki. Dziękujemy za przeczytanie tej książki do końca”.
Przyznam się na koniec do czegoś: będę niedługo czytać ponownie.
ZAPRASZAM serdecznie NA SWOJĄ STRONĘ Z RECENZJAMI: https://www.facebook.com/TatraLang
Opinia
„Wiem, że mogę być aktorką. Lubię być aktorką. Włazić w ten nierealny świat. Wszystko jest w nim nierealne, nawet gdy w scenariuszu piszą samą prawdę. Aktor sobą tworzy ten inny świat. Szczęśliwy człowiek, który wybrał coś, co sobie wymarzył”.
Aby napisać o tej książce, walczyłam ze sobą chwilkę, ale postanowiłam jednak wyjść tutaj poza osobiste odczucia i spojrzeć na tę (auto)biografię szerzej. Uwielbiam Ewę Szykulską jako aktorkę i kobietę - poprzez liczne wywiady, wypowiedzi, role, działalność na rzecz zwierząt, wydaje mi się charakterologicznie dość bliska. Czasy w których grała w teatrze oraz w filmie dziś wielu z nas wspomina z ogromną nostalgią, a jej głos, podejście do świata i ludzi oraz zwierząt są na tyle rozpoznawalne w mediach, że Pani Ewa dla wielu stała się osobą wręcz kultową.
Szykulska ma w sobie zresztą niezwykłą lekkość bycia „dociążaną” dużą świadomością swojego losu i otaczającego ją, niekoniecznie zawsze przyjaznego świata.
Mimo tego, książka trochę mnie przygniotła swoją chaotycznością oraz nierównym stylem. Nie jest to zarzut, ale pewna czytelnicza uwaga. Być może to wina wydawców lub autorki, bo da się odczuć, że bardzo chcieli upchnąć na kilkudziesięciu stronach dosłownie wszystko, co się tyczy bohaterki. Z drugiej strony, być może taki był dokładnie zamysł i trzeba na to spojrzeć inaczej: pani Ewa po prostu taka jest, co sugeruje już sam tytuł - mamy więc tu dokładnie podany jeden, wielki mętlik.
Niezależnie od tego, „Entliczek mętliczek. Ewa Szykulska w rozmowie z Karoliną Prewęcką” to ciepła i pełna subtelnego humoru opowieść o codzienności widzianej oczami kobiety, która swoje już przeszła, ale wciąż zachowała naiwną (w dobrym tego słowa znaczeniu) ciekawość otaczającego ją świata — świata, w którym zwykłe chwile mają w sobie odrobinę magii, dzięki ludziom, zwierzętom, roślinom i pięknym wspomnieniom.
„…jestem aktorką „na dotyk”, a nie ze sceny, z oddalenia”.
Mamy więc wspomnienia życia prywatnego i dzieciństwa (od połowy książki), opowieści o rolach i pragnieniach ról, wspomnienia ważnych mężczyzn i tuzów ze świata filmu oraz desek teatralnych. Jest dużo, na bogato, a wszystko to „podlane” licznymi luźnymi cytatami, wierszami oraz wypowiedziami aktorki, a także, czego nie mogło nie zabraknąć, mnóstwem fotografii z życia zawodowego i prywatnego aktorki. Mam wrażenie, że niezależnie od tego na której stronie otworzymy tę książkę, to historię Ewy Szykulskiej w każdym punkcie będziemy czytać od nowa, aby zatoczyć koło i wrócić od końca do początku.
Szykulska owszem, pisze o sobie, ale zawsze „poprzez ludzi”, a na kartach książki wspomina największe polskie nazwiska: Wajda, Kondratiuk (Janusz, pierwszy mąż, przyp.tłum.), Kobiela, Szajna, Wilhelmi, Norowicz, Braunek, Mikulski, Charewicz, Kaczor, Cieślak, Janowska, Lipińska, Stalińska, Zającówna, Janda, Pernej (Zbigniew, drugi mąż, przyp.tłum.) i wielu innych.
W jej życiu prowadzili ją ścieżkami nie zawsze oczywistymi, ale stąd te niejednoznaczności, role z grymasem, ze słynnymi nakładkami na zęby czy spalonymi, przykrótkimi włosami, które stały się podobnie jak głos znakiem rozpoznawczym Pani Ewy. Zawsze oryginalnie, na bakier, nieraz nieśmiało „że z takim głosem mimo wszystko można”, by za chwilę „przypierdolić i odskoczyć”, jak radził aktorce nieodżałowany kolega, Roman Wilhelmi.
„Sprawa głosu wyszła na egzaminie do szkoły teatralnej. W tamtych czasach był po prostu niechodliwy. Młoda aktorka miała mieć głos dziewiczy, delikatny. Wiedziałam, że mój jest inny. Jeszcze nie rozumiałam jego wartości, ale już intuicyjnie szukałam potwierdzenia, że z takim głosem mam coś do zrobienia w tym zawodzie”.
Pytania Karoliny Prewęckiej tworzą wyjątkowy klimat – dyskretne ukierunkowanie, dopytanie, a zarazem przestrzeń dla samej bohaterki by snuła swoją opowieść…Czasami tych pytań jest więcej, by za chwilę pozwolić już samej aktorce na monolog.
Nienarzucające pytania, wnikanie w świat, którego już nie ma, a za którym Aktorka szaleńczo tęskni: za rodzicami, siostrą, ukochanym mężem, zwierzakami. Pięknie się te pojedyncze historie z życia Szykulskiej spinają z życiem teatralnym i filmowym z przeszłości i tym obecnym, gdzie miejsca dla niej już trochę brakuje. A przecież gdy spojrzeć wstecz w archiwa, to tych ról Szykulskiej, w serialach lat 70-tych i 80-tych oraz w filmach i na wielkich scenach teatralnych, uzbiera się bardzo dużo.
Dzisiaj niestety niewykorzystywana zawodowo. Osobna. Oryginalna. Otwarta na ciekawe propozycje. Bliska ludziom i dla ludzi, bo jakże inaczej uprawiać ten zawód, będąc na nieustannym widoku i pod presją, z nie zawsze przychylnymi ocenami?
„Ja w tej chwili, jasne, że się nie spełniam, jasne, że praktycznie nie gram, ale z drugiej strony zawsze sobie zakładałam, że nie ilość, ale jakość. Są aktorzy, którym wystarczy jeden, dwa filmy, żeby przeniknąć do wyobraźni i pamięci widza […] Na niektórych się czeka, żeby ich obejrzeć. Nie muszą grzeszyć urodą, mogą być po prostu niezwykle interesujący”.
To historia o wrażliwości pytającej i przepytywanej, odkrywaniu emocji oraz budowaniu relacji obu kobiet, z których jedna dyskretnie towarzyszy, a druga przypomina, że warto zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na świat z ciekawością oraz otwartym sercem, i że pomimo zakończenia wielu etapów w życiu, wciąż może się zdarzyć jeszcze coś nieoczekiwanego. Ta książka to także dowód na to, że można być rozpoznawalną twarzą, ze sławnym nazwiskiem, ale w codziennym życiu tak zwyczajnie egzystować, wyprowadzać o drugiej w nocy psa, mieć w domu kurz na niezliczonych bibelotach i zero pretensji do losu.
W nie tak dawnym, świetnym wywiadzie udzielonym Katarzynie Kubisiowskiej dla bożonarodzeniowego wydania Tygodnik Powszechny, Ewa Szykulska nie bała się o sobie pięknie powiedzieć:
„Nie walczę ze starością, walczę o starość. Jak już sobie powiedziałam, że jestem stara, to jakby spadło ze mnie dziesięć lat. Trzeba zaakceptować delikatny swój rozpad. Poza tym aktorstwo nie polega na tym, żeby mówić o sobie gorzej, ale by mówić mniej. A samo życie w swojej istocie jest piękne. I bardzo kruche”.
Więc na końcu wciąż jest nadzieja. W działaniu i w bezruchu. Dla każdego. Mimo wszystko.
ZAJRZYJ DO MNIE I CZYTAJ: https://www.facebook.com/TatraLang
„Wiem, że mogę być aktorką. Lubię być aktorką. Włazić w ten nierealny świat. Wszystko jest w nim nierealne, nawet gdy w scenariuszu piszą samą prawdę. Aktor sobą tworzy ten inny świat. Szczęśliwy człowiek, który wybrał coś, co sobie wymarzył”.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAby napisać o tej książce, walczyłam ze sobą chwilkę, ale postanowiłam jednak wyjść tutaj poza osobiste odczucia i spojrzeć na tę...