Dziecięcy ogród

Okładka książki Dziecięcy ogród
Geoff Ryman Wydawnictwo: Prószyński i S-ka fantasy, science fiction
511 str. 8 godz. 31 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Child garden
Data wydania:
2000-02-15
Data 1. wyd. pol.:
2000-02-15
Liczba stron:
511
Czas czytania
8 godz. 31 min.
Język:
polski
ISBN:
8372554439
Tłumacz:
Jacek Chełminiak
Średnia ocen

                5,4 5,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dziecięcy ogród w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dziecięcy ogród

Średnia ocen
5,4 / 10
36 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1877
202

Na półkach:

Książka opisuje historię i przeżycia wewnętrzne Mileny, wrażliwej kobiety/dziewczyny/dziecka, szukającej własnego miejsca w dziwnym świecie. Lektura oryginalna i przejmująca, dobrze wpasowałaby się w serię" uczta dla wyobraźni". Ciężko mi wystawić ocenę, z jednej strony przykuwała uwagę, a z drugiej mocno się dłużyła. Męczyłam ją bardzo długo i myślę, że można by ją było skrócić o 1/3 bez utraty treści i sensu. Autor miał oryginalne pomysły i stworzył intrygujący świat, jednak nie mogłam się doczekać końca. Na pewno nie polecam osobom szukającym rozrywki, relaksu czy też szybkiej akcji. Subiektywnie przyjemność z czytania oceniam może na 3 gwiazdki, wyobraźnię autora na 8, a że przeciętna ta książka na pewno nie jest, stawiam 6.

Książka opisuje historię i przeżycia wewnętrzne Mileny, wrażliwej kobiety/dziewczyny/dziecka, szukającej własnego miejsca w dziwnym świecie. Lektura oryginalna i przejmująca, dobrze wpasowałaby się w serię" uczta dla wyobraźni". Ciężko mi wystawić ocenę, z jednej strony przykuwała uwagę, a z drugiej mocno się dłużyła. Męczyłam ją bardzo długo i myślę, że można by ją było...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

92 użytkowników ma tytuł Dziecięcy ogród na półkach głównych
  • 47
  • 45
32 użytkowników ma tytuł Dziecięcy ogród na półkach dodatkowych
  • 21
  • 5
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Dziecięcy ogród

Inne książki autora

Okładka książki The Best Science Fiction of the Year: Volume 1 David Brin, John Chu, Neil Clarke, Brenda Cooper, Seth Dickinson, Taiyo Fujii, Yoon Ha Lee, Hao Jingfang, Nancy Kress, Naomi Kritzer, Rich Larson, Ann Leckie, David D. Levine, Ken Liu, Paul McAuley, Ian McDonald, Seanan McGuire, Sean McMullen, Sam J. Miller, An Owomoyela, Chen Qiufan, Robert Reed, Alastair Reynolds, Kelly Robson, Geoff Ryman, Carter Scholz, Martin L. Shoemaker, Carrie Vaughn, Nick Wolven, Caroline M. Yoachim, Aliette de Bodard
Ocena 0,0
The Best Science Fiction of the Year: Volume 1 David Brin, John Chu, Neil Clarke, Brenda Cooper, Seth Dickinson, Taiyo Fujii, Yoon Ha Lee, Hao Jingfang, Nancy Kress, Naomi Kritzer, Rich Larson, Ann Leckie, David D. Levine, Ken Liu, Paul McAuley, Ian McDonald, Seanan McGuire, Sean McMullen, Sam J. Miller, An Owomoyela, Chen Qiufan, Robert Reed, Alastair Reynolds, Kelly Robson, Geoff Ryman, Carter Scholz, Martin L. Shoemaker, Carrie Vaughn, Nick Wolven, Caroline M. Yoachim, Aliette de Bodard
Okładka książki Wielka księga horroru, t.2 Fergus Gwynplaine MacIntyre, Glen Hirshberg, Caitlín R. Kiernan, Richard Matheson, David Morrell, Kim Newman, Geoff Ryman, Don Tumasonis
Ocena 5,7
Wielka księga horroru, t.2 Fergus Gwynplaine MacIntyre, Glen Hirshberg, Caitlín R. Kiernan, Richard Matheson, David Morrell, Kim Newman, Geoff Ryman, Don Tumasonis
Geoff Ryman
Geoff Ryman
Geoff Ryman (ur. w 1951) brytyjski pisarz science fiction i fantasy. Urodził się w Kanadzie. W wieku lat 11 przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie studiował historię i anglistykę na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Mieszka w Anglii. Bibliografia: - The Warrior Who Carried Life (1985) - The Unconquered Country (1986) - Dziecięcy ogród (The Child Garden 1989, wyd. pol. 2000) - Was (1992} - 253 lub Metrotatr (253, or Tube Theatre, po raz pierwszy opublikowana w formie hipertekstu, wyd. pol. 2000) - Lust (2001) - Air (2005) - Pol Pot's Beautiful Daughter (2006).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Punkt Einsteina Samuel R. Delany
Punkt Einsteina
Samuel R. Delany
Pora stanąć w obronie tej książki, skoro tak kiepsko jest oceniana przez czytelników, a jednak w 1967 roku zdobyła nagrodę Nebula. Sądzę, że „Einstein Intersection” spodobało się miłośnikom science fiction z dwóch powodów: po pierwsze widmo tajemnicy unoszące się nad światem przedstawionym oraz ciężka w interpretacji, niejednoznaczna końcówka, która nie jednego pokonała. Ja natomiast wiedziałem z wyprzedzeniem, że ostatnie 30 stron ma zrobić mi sieczkę z mózgu, dlatego z maksymalnym skupieniem i determinacją podszedłem do finałowych scen i wydaje mi się, że rozumiem, co Delany chciał przekazać. Na pewno sprawy nie ułatwia symboliczny wymiar tej historii, ponieważ jeśli się nie poznasz na symbolach to wyjdziesz z lektury sfrustrowany kompletnie surrealistycznym (tym samym niezrozumiałym bez klucza) zakończeniem. Akcja powieści rozgrywa się w dalekiej przyszłości, w której ludzkości już nie ma, a Ziemię przejęli przybysze o humanoidalnej formie (to tym razem nie jest bzdura, to podobieństwo do człowieka, ale żeby zrozumieć dlaczego, musicie przeczytać książkę). Rozpoczynamy naszą przygodę na niewielkiej wsi. Jej mieszkańcy dzielą się na funkcjonalnych (pełnosprawnych) i niefunkcjonalnych (niepełnosprawnych, czy to z niedostatków fizycznych, umysłowych czy genetycznych). Funkcjonalni dzielą się na trzy płcie: Lo (mężczyźni), La (kobiety), Le (hermafrodyci). Niefunkcjonalnych traktuje się jak zwierzęta. Pewnego razu dziewczyna głównego bohatera Lobey’a zostaje zamordowana przez istotę niewiadomego pochodzenia, co skłania mężczyznę do podjęcia wędrówki za zbrodniarzem, który być może (jakimś cudem) przywróci ukochanej życie. Na początku Delany rysuje przed nami kilka scenek rodzajowych i nakreśla sposób funkcjonowania tego społeczeństwa. Pojawiają się oczywiste pytania o pochodzenie przybyszów i losów ludzkości, a tym samym czujemy dezorientację związaną z tym, jak świat poza wioską obecnie wygląda. Wypełniają go bowiem zmutowane stworzenia oraz iście mityczne kreatury, jednocześnie od czasu do czasu napotykamy jakieś pozostałości po technologicznej cywilizacji człowieka. Uwielbiam klimaty dying earth (choć tu Ziemia nie umiera, ale chodzi mi w tym wypadku o bardzo odległą perspektywę czasową, w której jesteśmy pieśnią przeszłości) i Delany od początku zaprosił mnie do eksploracji tego świata, na równi z głównym bohaterem musimy się wiele nauczyć, poznać mnóstwo zasad funkcjonowania poza wioską, zrozumieć dokładnie motywy nami kierujące oraz odkryć ostateczny cel wędrówki (ponieważ nie są one do końca przejrzyste na początku powieści, gdyż pewne nadprzyrodzone elementy odgrywają istotną rolę w przebiegu wydarzeń). Po drodze napotkamy wskazówki odnośnie natury obcych oraz kim jest nasz antagonista. Krótko tylko dodam, że styl Delany’ego naprawdę mi się podobał. Autor nie pisze na jedno kopytu, posługuje się prostymi zdaniami by nagle zaskoczyć jakimś zgrabniejszym ozdobnikiem, delikatnie łamie czwartą ścianę i w pewien sposób nawiązuje do przyszłych wydarzeń we wstawkach na początku rozdziałów. Nie powiem, żeby ten element jakoś szczególnie dodał wartości lekturze, ale ten meta-komentarz samego pisarza był czymś całkiem oryginalnym w powieści SF tamtych lat. W każdym razie Delany ma delikatne pióro i potrafi opisywać wydarzenia oraz miejsce akcji w sposób wystarczająco pogłębiony, abyśmy mogli poczuć się w świecie przedstawionym. Ostatnie ostrzeżenie przed wielkim finałem: to nie jest książka przygodowa o walce ze smokami. Jest to znacznie ciekawsza opowieści, której głębia ujawnia się dopiero na kilkunastu ostatnich stronach. Docieramy do zakończenia gdzie Delany gubi czytelników. I nic dziwnego, to nie ich wina, ale też nie wina autora, ponieważ te uczucie zagubienia jest częścią uroku. Czytelnicy narzekają na natłoczenie motywów mitologicznych, odniesień do popkultury i tego, że jest to wszystko wymieszane i dezorientujące, myśląc chyba, że Delany zrobił to kompletnie bez żadnego celu narracyjnego. Powód tego zabiegu jest bardzo prosty, wyłożony w pierwszym zdaniu opisu okładkowego: „Opuszczona przez ludzi Ziemię zasiedliła humanoidalna rasa, usiłująca upodobnić się do swych poprzedników i przeżyć ich historię na nową”. W jaki sposób mogli czerpać wiedzę o ludzkości? Z urywków informacji, które po nas pozostały: z informacji prasowych, dokumentacji, opracowań humanistycznych, książek, tekstów piosenek, jednym słowem fragmentów kultury, bez pełnego zrozumienia ich rzeczywistego znaczenia. Dlatego mówią o Beatlesach, Orfeuszu, Elvisie jako bogu czy rock’n’rollu jako niebie. Nie do końca rozumieją konteksty, ale bardzo chcą nas naśladować z powodu fascynacji. I dlatego bohaterowie przywołują różne postacie historyczne i fikcyjne. Cała kultura człowieka przekształciła się w mit, który wpływał na zachowanie kompletnie odmiennej rasy przybyszów. Czym są mity? Według autora są to schematy rzeczywistości, które odtwarzamy na nowo, pełne utartych ścieżek postępowania, które nieświadomie przyjmujemy za własne i właściwe. Archetypy wpływają na nas, jednak pozostają NIEZMIENNE w swoim przesłaniu, choć ich geneza sięga czasów kompletnie różnych od tych dzisiejszych. Nowe epoki tworzące nowe cywilizacje wymagają zupełnie nowej mitologii. W kontekście powieści arcywróg Dziecko Śmierci stoi na straży starej mitologii, Zielonooki „kreuje z niczego” nowe opowieści, natomiast melodia wygrywana na flecie-toporze przez Lobey’a sięga głęboko w serca współczesnych ludzi, nadając znaczenia tematom leżących w bliskiej orbicie ich codziennych potrzeb. Nie da się tego prosto wytłumaczyć, ale z pewnością jest to opowieść o ewolucji/zmienności mitologii i archetypów, które podświadomie stanowią niewidzialny ciężar na naszych barkach i determinują nasze poczynania, tak jak to miało miejsce w przypadku nowych władców Ziemi chcących bezmyślnie podążać za tymi opowieściami, mimo że się to kompletnie nie sprawdzało, ponieważ byli zbyt różni od swoich ludzkich poprzedników (nie tylko w ujęciu czasowym, ale również w wymiarze fizycznym). Wyjaśnienie, czym jest „Einstein Intersection” bardzo mi się podobało. Oczywiście nie jest to twarde science, to coś jak kot schrödingera – pewna ilustracja idei będącej jakby połączeniem limitu naszego pojmowania wszechświata i dopuszczeniem istnienia zmiennych nieograniczonych przez fizykę tego czterowymiarowego uniwersum (jakoś gdy czytałem te wyjaśnienia Delany’ego myślałem o spontanicznej kreacji cząstek wirtualnych w procesie kwantowych fluktuacji). W każdym razie jest to miejsce, gdzie dzieją się cudownie nieoczekiwane rzeczy. Sądzę, że całkowita wartość książki jest większa niż suma ich składowych. Jest tu coś oryginalnego, coś nieokreślonego w pełni (a to ważna cecha, gdy wychodzisz poza mainstreamową literaturę fantastyczną opierającej się na dosłownym opisywaniu tego, co widzą bohaterowie), jest w niej coś niebanalnego i intrygującego, co sprawiło, że przeczytałem końcówkę na wyrywki dwa razy. Książka nie ma zbyt wiele konwencjonalnie rozumianej akcji, ale ciągle dostarcza nam jakieś pole do interpretacji, jakąś cząstkę informacji, którą możemy popchnąć nasze zrozumienie tego świata, coś, co przybliży nas do głębszego zrozumienia symboliki, jaką zaserwował nam Delany. A jest mnóstwo do interpretowania w tych ostatnich stronach. W latach 60, latach Nowej Fali, czytelnicy oczekiwali nowych, nieoczywistych pomysłów, które zachęcą ich do eksploracji, do rozmawiania o interpretacjach między sobą, miłośnikami science fiction. Dziś mało rozmawiamy o książkach, a jeszcze mniej próbujemy zrozumieć rzeczy wymykające się naszemu zrozumieniu. Łatwiej jest powiedzieć, że bełkot, stracić kilka godzin życia i przejść bezrefleksyjnie do następnej książki. Nie twierdzę, że Samuel Delany napisał arcydzieło, ale z pewnością napisał intrygującą książkę. ------------ Średnia ocena na portalu wynika wyłącznie z braku zrozumienia końcówki, która jest rzeczywiście trudna w ugryzieniu. Widać to po opiniach, w których mitologiczne i popkulturowe odniesienia są traktowane jako nietrafiona decyzja autora odnośnie formy, a nie wynikające bezpośrednio z fabularnych ram historii. Książkę można przeczytać w 1 dzień (150 stron). Czy zapamiętam tą opowieść na dłużej? Być może nie, ale na pewno skłoniła mnie do zapoznania się z bardziej znaną twórczością Samuela R. Delany (która notabene też jest słabo oceniana, a więc chcę się przekonać, czy i tam dostrzegę jakieś interesujące mnie smaczki).
Jacob94 - awatar Jacob94
ocenił na 7 2 lata temu
Będą im świecić gwiazdy James Blish
Będą im świecić gwiazdy
James Blish
James Blish jest jednym z kultowych północnoamerykańskich twórców klasycznej fantastyki naukowej. Jednocześnie trudno nie odnieść wrażenia, że to pisarz przyćmiony przez wielkie nazwiska z połowy XX wieku, jak chociażby Arthur C. Clarke czy Isaac Asimov. Bez wątpienia wpływ na to miała także przedwczesna śmierć Blisha – zaledwie w wieku 54 lat zmarł na raka płuc. Niemniej w Stanach jego powieści cieszyły się sporą popularnością, co pozwoliło mu porzucić pracę biologa, by żyć wyłącznie z pisania. Za powieść „Kwestia sumienia” (wznowioną w Polsce w 2021 roku w serii Wehikuł czasu wydawnictwa Rebis) otrzymał w 1959 roku nagrodę Hugo, czyli jedno z najważniejszych wyróżnień dla pisarza sf w USA. W Polsce Blish jest niemal zapomniany. Oprócz wspomnianej nagrodzonej powieści i pojedynczych opowiadań, w latach 90. ubiegłego wieku za sprawą wydawnictwa Amber (Wielka Seria SF) wydany został czterotomowy cykl „Latające miasta”, zapoczątkowany książką „Będą im świecić gwiazdy”. W tej krótkiej powieści, w zasadzie można ją określić nowelą, pisarz przedstawił niedaleką dla jego czasów przyszłość (2013 rok), w której nauka doszła do ściany, zdaje się niemożliwej do przebicia. Brak jakichkolwiek postępów, przy jednoczesnych niebotycznych kosztach badań, niejako zmuszają naukowców do zrewidowania dotychczasowej wiedzy i szukania alternatywnych dróg i rozwiązań – „przeproszenia” teorii wcześniej odrzuconych. Szybko okazuje się, że może to przynieść efekty daleko poważniejsze w skutkach, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, wprowadzając ludzkość w nową erę i przekształcając ją w pełnoprawną cywilizację typu II według skali Kardaszowa (oczywiście Blish w momencie pisania nie mógł jej jeszcze znać). „Będą im świecić gwiazdy” ukazała się w 1956 roku, na 13 lat przed pierwszym lądowaniem na księżycu. Mogłoby się więc wydawać, że powieść zestarzała się co najmniej źle, jak niektóre wizje innych klasyków, w tym wspomnianych Clarke’a i Asimova. Tymczasem Blish staje się więcej niż aktualny, zwłaszcza kiedy spojrzymy na świat nauki. Na dobrą sprawę problemy, z którymi mierzymy się dzisiaj, są tymi samymi, jakie przedstawiono w powieści: rzeczywistość praktycznie z roku na roku udowadnia nam, że jest bardziej złożona i tajemnicza niż jesteśmy w stanie pojąć. Kolejne teorie naukowe i wykonywane wokół nich eksperymenty pochłaniają olbrzymie środki, a efektów – takich, jakich oczekujemy – zdecydowanie brak. Ponadto Blish, mimo że przedstawił wizję świata wysoko rozwiniętego, w którym ludzkość skolonizowała cały Układ Słoneczny, odkrywając przy tym dziesiątą planetę (wtedy nikt jeszcze nie spinał się o Plutona), uniknął – przynajmniej w pierwszym tomie – rozbudowanego futuryzmu technologicznego, który najszybciej i najboleśniej potrafi się zestarzeć w klasycznych powieściach sf. W „Będą im świecić gwiazdy” tego nie ma. Ot, statki kosmiczne latają na Jupiter V (Amaltea, księżyc Jowisza) i inne kolonie, po których ludzie poruszają się w skafandrach, a wszelkie prace wykonują za pomocą zdalnie sterowanych maszyn i robotów. No i świetnie, w ogóle tu nie czuć kurzu i retro stylu, charakterystycznego chociażby dla Stanisława Lema. Choć książka posiada głównych bohaterów i przedstawia ich losy, tak naprawdę opowiada wiele złożonych historii (co przy 176 stronach jest czymś imponującym). Całość napakowana jest rozważaniami z dziedzin medycyny, fizyki i astrofizyki, zgłębianymi poprzez eksperymenty związane z owymi alternatywnymi, niegdyś odrzuconymi teoriami (np. Paula Diraka czy Johna Wheelera). Mnie urzekł przede wszystkim Most – monumentalna konstrukcja, największa i najbardziej skomplikowana budowla, jakiej podjęła się ludzkość. Powstaje on na Jowiszu, z wykorzystaniem materiałów całkowicie odmiennych dla ziemskich standardów budowlanych, biorąc pod uwagę warunki, jakie panują na gazowym olbrzymie. To zdecydowanie najlepsze fragmenty powieści, spektakularne i widowiskowe (bo któż nie chciałby z powierzchni Amaltei chociaż przez chwilę popatrzeć na przepotężnego Jowisza, który wypełnia niemal całe niebo). No i cóż, nie pozostało mi nic innego, jak poznać dalsze losy „Latających miast”, jednocześnie licząc, że cykl zostanie wznowiony przez jedno z polskich wydawnictw (a mamy przecież kilka serii skupionych wokół klasyki sf). Tymczasem szukajcie amberowych wydań z drugiej ręki, można je zdobyć za kilka złotych… https://statekglupcow.pl/2025/10/01/czasami-trzeba-zrobic-krok-wstecz-beda-im-swiecic-gwiazdy-james-blish/
Maciej Szmajdziński - awatar Maciej Szmajdziński
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Szardik Richard Adams
Szardik
Richard Adams
"Szardik" pojawił się w orbicie moich zainteresowań za sprawą "Słownika miejsc wyobrażonych", ale w zasadzie nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. Ku mojemu zaskoczeniu okazał się tym, co obiecywano mi w "Księciu nicości" czy "Źródle Mamerkusa", czyli historią o funkcjonowaniu religii i jej wypaczeniu - z tą różnicą, że końcowe przesłanie "Szardika" jest optymistyczne i przede wszystkim głęboko humanitarne, czego nie śmiem się spodziewać po trylogii Bakkera (ale może przyjdzie mi odszczekać te słowa, kiedy już przeczytam "Myśl tysiąckrotną"). "Szardik" zrobił na mnie wrażenie książki niezwykle dojrzałej, dopracowanej i świadomie zaplanowanej, bez popadania w sztywność czy tendencyjność. Historia o niedźwiedziu uważanym za Moc Bożą skłania do rozmyślań o tym, jak wielka jest rola ludzkiej interpretacji i o tym, że znaki i cuda są znakami i cudami wyłącznie dlatego, że za takie zostały uznane przez ludzi, którzy nadają sens chaotycznym i przypadkowym zbiegom okoliczności. Jednocześnie Adams nie stwierdza nihilistycznie, że w związku z tym żaden sens nie istnieje - wręcz przeciwnie. Ogromną zaletą książki jest to, że Szardik jest rzeczywiście niedźwiedziem, zachowuje się i myśli po zwierzęcemu. Co, nawiasem mówiąc, pokazuje, jak bardzo Adams lubił i szanował zwierzęta. Oprócz tego świat jest spójny i ciekawy, z subtelnie zarysowaną historią tworzącą wrażenie dawności. Język chwilami stylizowany na epos może niektórych znużyć, ale mnie akurat przypadł do gustu. Bohaterowie sensownie poprowadzeni, dosyć skomplikowani moralnie. Jedyny naprawdę czarny charakter - handlarz niewolników - przedstawiony bez przerysowania i tanich chwytów, a jednak przyprawia o ciarki bardziej niż niejeden grimdarkowy złol.
OZM - awatar OZM
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Zderzenie czołowe Bruce Bethke
Zderzenie czołowe
Bruce Bethke
Rok 1984, George Orwell. Pierwsze skojarzenie czym inspirował się autor w pierwszych rozdziałach "Zderzenia". I na inspiracji się skończyło. I w sumie dobrze. Nie miałem ochoty na moralizowanie czytelnika tylko na nieskrępowaną rozrywkę. I nie zawiodłem się! Bohater wywalony z bezdusznej korporacji zaczyna bawić się na własną rękę w wirtualnej rzeczywistości. Tak zaczyna się odjechany cyberpunk jakim jest opisywany tytuł. Okulary wirtualne, rękawice sensoryczne, skarpety sensoryczne i pewna... hmm... zabawka (także sensoryczna, a jakże) od zespołu projektowego ProctoProd TM. Książka ta pisana z perspektywy pierwszej osoby położyła mnie na łopatki. Czyta się ją jak żywy pamiętnik, przemawia do nas osobiście. Powieść napisana w 1995 r. (2002 r. wydanie PL) daje mocno w kość odrobinę chybionymi wizjami roku 2005. w sferze zabawy w wirtualnej rzeczywistości. W sferze środków są nietrafione. Jednak pojawiające się schematy działają jak najbardziej. Nie przytaczam własnych porównań aby nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom. Jedyne co mogę powiedzieć to, że wątek samochodu bohatera ciągnący się całą powieść rozśmieszał mnie za każdym razem. Powiem tylko tyle, dzieje się grubo, dzieje się szybko i wszystko po bandzie. Zakończenie lekko przewidziałem ale nie zepsuło mi to luźnej zabawy ani trochę. Jedyne co mogę zarzucić to moja niezaspokojona chęć głębszego poznania świata. Niektóre momenty bezczelnie przegadane gdzie chciałbym poznać więcej szczegółów. No może jeszcze drugim minusem jest w sumie brak głębszego sensu. Zapaleńcy pewnie znajdą ten morał, sens, nadzieję na lepsze jutro. Po co? - pytam się. Dużo się dzieje, z humorem, prosty język, cięte riposty, bohater nawiązuje kontakt z czytelnikiem i w sumie nie zanudza go. Mocna, dobra, (nawet bardzo dobra, niech zaryzykuję) pozycja rozrywkowa. Polecam! Aha, ocenę na BDB przyklepał fakt, że zdołałem tę książkę połknąć w dwa dni. Wchłonąłem ją jak Bugatti Veyron cały bak paliwa czekając na jeszcze. A stacji paliw po prostu NI MA...
WojteK - awatar WojteK
ocenił na 7 11 lat temu
Całkowe drzewa Larry Niven
Całkowe drzewa
Larry Niven
W kosmicznej dżungli. Przyszłość, potomkowie ziemskich kolonistów zamieszkują gigantyczne struktury przypominające drzewa. Żyją tam niemalże w stanie nieważkości. Śledzimy tutaj losy grupki osób wysłanych na drugi koniec drzewa przez głodujące plemię w poszukiwaniu pożywienia. Konstrukcja świata jest naprawdę bardzo oryginalna. Niestety brakuje tutaj pewnego wprowadzenia i łatwo się można pogubić. Na szczęście na początku książki znajdują się pewne schematy, a na końcu jest krótki słowniczek. Jednakże kiedy już pojmie się zasady świata przedstawionego, można się zachwycić pomysłowością autora, który obmyślił tu całą specyficzną biologię czy nawet kierunki świata. Przy tym nie zapomniał też o wpływie specyficznych warunków na ludzkie ciała i bohaterowie różnią się trochę od swoich ziemskich przodków. Całość kojarzyła mi się trochę z powieścią „Cieplarnia” Briana Aldissa osadzoną w odległej ziemskiej przyszłości, kiedy to flora przejęła władzę nad światem. Szkoda, że niestety sama fabuła nie jest zbyt pomysłowa. Jest to bardzo typowa historia drużyny, którą musi walczyć nie tylko z dziką fauną, ale również z wrogimi plemionami. Pod koniec pojawia się pewne urozmaicenie, ale moim zdaniem nie jest ono w pełni wykorzystane. Całkiem interesujący są za to zróżnicowani bohaterowie, ale niestety powieść jest zbyt krótka, by dać im się w pełni rozwinąć. Warto przeczytać tę powieść ze względu na interesujący świat i bohaterów. Niestety nie jest to łatwa książka i w sumie niezbyt skomplikowana fabuła może sprawić, że niektórzy uznają, że ostatecznie nie jest ona warta trudu lektury.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 7 7 lat temu
Miasto Clifford D. Simak
Miasto
Clifford D. Simak
Ciekawostka dla entuzjastów retro fantastyki. A jest bardzo retro i to zarówno w formie (jest to bardziej śledzenie przemyśleń i tez autora wygłaszanych przez kolejne tworzone na ten poczet postacie) jak i w treści (np. część przygód dziejąca się na pięknej i zamieszkanej „powierzchni” Jowisza). No ale jest to książka z 1952 roku! I jak na 1952 r. trzeba oddać, że pomysły i koncepty w niej zawarte są zupełnie zwariowane. I to też dotyczy także formy. Otóż jest to zbiór opowiadań ale traktowanych jako archaiczne podania, w zasadzie „mity”, których akcja dzieje się w ogromnych odstępach czasu. Mity na temat legendarnej cywilizacji „człowieka”, do tego analizowane przez inteligentne społeczeństwo Psów. Każde opowiadanie jest opatrzone również stosownym komentarzem naukowym (Psów, i to dość sceptycznym). To jest naprawdę całkiem nowoczesna i ciekawa w tamtych czasach koncepcja literacka. A i w przypadku treści też jest wiele motywów wyprzedzających swój czas. Nie tylko podróże kosmiczne i podbój układu słonecznego czy degradacja i upadek ludzkiej cywilizacji gdy ta osiągnęła pełnię możliwości zaspokajanie swoich potrzeb. Mamy tu też transhumanizm, przenoszenie świadomości, światy równoległe, zjawiska i byty nadprzyrodzone, gadające i myślące zwierzęta, inteligentne roboty, mutantów, marsjan czy analizę natury skłonności do przemocy. Jeden wielki, imponujący mix. Tyle tylko, że… no czyta się to już dzisiaj tak sobie. Być może dlatego, że tak naprawdę są to głównie rozważania (dość ciekawe) autora, powkładane w usta pretekstowych postaci i sytuacji (dość ciekawych). Jest to bardziej rozprawka pełna odważnych pomysłów ale też i takich zupełnie absurdalnych czy rolująych oczy. Albo zdezaktualizowanych. Głównym motorem do czytania była u mnie chęć poznania tego jak ta nasza planetarna historia się wreszcie zakończy ale i to się z czasem trochę rozmyło. W raczej niezbyt angażujących oparach nadprzyrodzonych duchów i i przenikań między-wymiarowych. A być może to wszystko wina tych Psów ze sztucznie wykształconym aparatem mowy, które utrudniały mi zaangażowanie się ;) Cieszę się, że przebrnąłem choć polecam już tylko mocnym entuzjastom tego typu książek.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 6 1 rok temu

Cytaty z książki Dziecięcy ogród

Więcej
Geoff Ryman Dziecięcy ogród Zobacz więcej
Więcej