Duchy ze Sleath

Okładka książki Duchy ze Sleath
James Herbert Wydawnictwo: Zysk i S-ka Cykl: David Ash (tom 2) horror
407 str. 6 godz. 47 min.
Kategoria:
horror
Format:
papier
Cykl:
David Ash (tom 2)
Tytuł oryginału:
the Ghosts of Sleath
Data wydania:
1999-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1999-01-01
Liczba stron:
407
Czas czytania
6 godz. 47 min.
Język:
polski
ISBN:
837150621X
Tłumacz:
Robert P. Lipski
Średnia ocen

                6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Duchy ze Sleath w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Duchy ze Sleath

Średnia ocen
6,8 / 10
87 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1412
957

Na półkach: ,

No wreszcie mi się trafił klasyczny horror . Duchy ze Sleath to mroczna opowieść o zemście , strachu i oczywiście duchach . Tytułowa miejscowość to miejsce ukryte przed światem , skrywające swoje niechlubne tajemnice . Miejsce gdzie jest inny świat , gdzie ludzie żyją swoim życiem . Tak jest do momentu przybycia badacza zjawisk paranormalnych . Silna aura głównego bohatera doprowadza do kumulacji dziwnych zdarzeń . Jedna z lepszych powieści autora, które dotychczas przeczytałem.

No wreszcie mi się trafił klasyczny horror . Duchy ze Sleath to mroczna opowieść o zemście , strachu i oczywiście duchach . Tytułowa miejscowość to miejsce ukryte przed światem , skrywające swoje niechlubne tajemnice . Miejsce gdzie jest inny świat , gdzie ludzie żyją swoim życiem . Tak jest do momentu przybycia badacza zjawisk paranormalnych . Silna aura głównego bohatera...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

308 użytkowników ma tytuł Duchy ze Sleath na półkach głównych
  • 181
  • 127
55 użytkowników ma tytuł Duchy ze Sleath na półkach dodatkowych
  • 31
  • 6
  • 5
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Duchy ze Sleath

Inne książki autora

James Herbert
James Herbert
Czołowy brytyjski autor powieści z gatunku horroru.Od czasu jego debiutu w 1974 roku książki Herberta systematycznie trafiają na szczyty list bestsellerów, przetłumaczono je na ponad pięćdziesięciu milionów egzemplarzy.Herbert umiejętnie łączy elementy horroru i thrillera, po mistrzowsku prowadzi akcję i buduje napięcie, co jest źródłem inspiracji dla wielu twórców literatury i filmu grozy.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Miasto trumien Gary Braunbeck
Miasto trumien
Gary Braunbeck
Wydane w 2008 roku „Miasto Trumien” to horror nowoczesny, horror XXI wieku, łączący element nadprzyrodzony z realistyczną grozą wywoływaną przez współczesne masowe zbrodnie. + W mieście Cedar Hill zwanym również „Miastem Trumien” (od czasu katastrofy z lat 60tych XX wieku, kiedy to wyleciała w powietrze miejscowa fabryka trumien, rozrzucając swe produkty po całej okolicy) dochodzi do krwawej łaźni - nieznany morderca ogniem pistoletu maszynowego zabija wszystkich klientów i obsługę lokalu pod nazwą „Knajpa Dawnych Indian”. Efekty policyjnego śledztwa są szokujące - znalezione na miejscu masakry odciski palców pasują do…zmarłych oraz do odcisków najsłynniejszych seryjnych morderców w USA. Badanie akt wskazuje, że do kolejnych masakr dochodzi w niepokojąco podobnych okolicznościach, zupełnie tak, jakby były one częścią jakiegoś większego planu. W międzyczasie w mieście wybucha prawdziwa epidemia zbrodni. W serii brutalnych zabójstw giną kolejni mieszkańcy miasta. Żądza mordu przenosi się niczym Covid-19, a między ludźmi zaczyna krążyć dawna miejska legenda o seryjnym mordercy zwanym „Pałączydłem”, Jakby tego było mało, na jednym z miejskich cmentarzy pojawia się ni stąd ni zowąd kilkanaście nieoznaczonych grobów, które, wraz z kolejnymi ofiarami, ponownie znikają Prowadzący śledztwo policjant łączy siły z księdzem, kanonikiem w kościele przy cmentarzu, który zdaje się mieć jakąś wiedzę o źródle całego tego szaleństwa i pomysł na dalsze działania… + „Miasto Trumien” to pozycja nierówna. Braunbeck znakomicie sobie radzi z makabrą. Sceny kolejnych morderstw są rewelacyjnie opisane, pełne ultra-przemocy i efektów gore. Wybornie wypadają liczne jump scare’y. Bardzo dobry jest również główny pomysł na powieść, intrygujący, niebanalny, taki „z rozmachem”. Niestety, po słabej stronie jest konstrukcja. Szarpana, rwąca się narracja, niezbyt wdzięczny styl, co rusz grzęznący na jakichś fabularnych manowcach. Do tego niechlujność opowieści - niepokończone, urwane w pół wątku motywy, kiepsko rozegrane sytuacje. W konsekwencji powyższych wad w opowiadaną historię wkrada się czasami chaos. Do tego dochodzą niezbyt udani, nieprzekonujący bohaterowie. Mam wrażenie, że Braunbeck za bardzo się spieszył pisząc „Miasto Trumien”. Materiał tak obszerny i wielowątkowy wymagałby znacznie większego, „kingowskiego” rozmiaru. Wtedy znalazłaby się odpowiednia przestrzeń i na bogaty „background” opowieści i na rozbudowaną, wielowątkową fabułę z wieloma postaciami. A tak, to autor gna przez książkę czasami na grube skróty na przełaj przez te pieczarki, od jednej makabrycznej sceny do drugiej a zdezorientowany czytelnik czasami sam siebie pyta „ale o co tutaj chodzi?” „Miasto Trumien” nie jest powieścią złą, co to to nie, zresztą była ona nominowana do Bram Stoker Award w roku 2009 - zatem warto przeczytać, ale ma się wrażenie, że to trochę zmarnowany potencjał na Naprawdę Dobry Horror. Bardzo niewielką powieść uzupełniają dwa opowiadania osadzone e Cedar Hill, ale też nie wnoszą nic szczególnie ciekawego. Pierwsze, „Zagram Ci Bluesa”, zbudowane jest na kanwie znanej bluesowej legendy (tej z „Crossroad Blues” Roberta Johnsona) - aniołowie światła i ciemności grają co jakiś czas w lokalnej knajpie bluesa na gitarach, by dać ludzkości rozkosz muzyki (sic!), a drugie, „Składka Związkowa” to dość licha kopia z ligottiańskiego korpo-horroru (bo bez jego talentu) z banalną konstatacją , że „człowiek to fabryka”.
Galfryd - awatar Galfryd
ocenił na 6 5 lat temu
Nemesis Shaun Hutson
Nemesis
Shaun Hutson
Jedna wielka orgia makabry, przemocy i seksu. Ale co tam. Lubię takie książki. Świetna jest fabuła. Mroczne, nieetyczne eksperymenty, dzieci o morderczych skłonnościach to jest coś co w takich książkach zawsze cenie. Książka opowiada o małżeństwie któremu dwójka zwyrodnialców zamordowała córkę. Na małżeństwo spadają też inne kłopoty natury małżeńskiej. Ostatecznie wyprowadzają się oni do miejscowości Hinkston. Tam dzieją się dziwne rzeczy z dziećmi. Dzieciaki w miejscowości wykazują sadystyczne skłonności, malują makabryczne rysunki, torturują zwierzęta (sic!) itp. Jednak prawdziwy koszmar zaczyna się gdy Sue decyduje się podać dziwnemu zabiegowi sztucznego zapłodnienia. Akcja książki jest prowadzona w ciekawy sposób. Już na samym początku mamy pokazane jak wyglądały eksperymenty z przyśpieszaniem rozwoju embrionów, w latach 40 XX wieku. Sceny eksperymentów przeplatają się z czasami współczesnymi pokazującymi perypetie małżeństwa i scenami krwawych morderstw w Hinkston. Wszystkie wątki są prowadzone ciekawie, a zakończenia historii nie sposób przewidzieć. A końcówka, dynamiczna i pełna ciągłego napięcia jest genialna. Książka zawiera na prawdę dużą dawkę wszelkiej makabry, przemocy, wyuzdanego seksu. Czasami czułem się tym nieco przytłoczony, niemalże tak jak czytając twórczość Edwarda Lee. Nie jest to typowa B klasowa pulpa, gdzie choć pojawia się, przemoc i golizna to nawet jak się człowiek skrzywi, przy jakiejś scenie to i tak ma się banana na ustach. Całości bliżej do prozy ekstremalnej, niż do radosnej twórczości Smitha, czy innych mu podobnych. Żeby nie było tak różowo, a raczej czerwono :)Książka ma też wady. Czasem denerwują zachowania bohaterów. Ich działania bywają często głupie i podejmowane od czapy. Np. gdy mąż Susan próbuje dopaść na własną rękę mordercę ich dziecka. Rozumiem że gość nie jest żadnym detektywem, ani policjantem, ale do zlinczowania morderców i gwałcicieli swojej córki powinien się konkretnie przygotować. Zwłaszcza że gość wie że bandytów było dwóch. Logiczne zatem jest że wiedząc jak wygląda jeden z nich, to powinien próbować od razu wyśledzić tego drugiego psychopatę, a następnie przystąpić do działania. Zamiast tego facet gania po mieście, za niebezpiecznym zwyrodnialcem, aż ten wyląduje na torach. Genialna robota, nie? Ten wątek jest w całości durny i jak dla mnie można by go zastąpić go kolejnymi eksperymentami na Embrionach, lub scenami morderstw dokonywanymi przez dzieciaki w Hinkston. Ogólnie postać męża Susan jest maksymalnie durna i odpychająca. I to nie jest głupota która jest bynajmniej zabawna, jak w twórczości Smitha. Gdzie gburowaci, przerysowani, nierzadko durni bohaterowie byli fajni i pocieszni w tych swoich wyskokach. Tej postaci nie da się lubić za nic w świecie. O ile Susan da się jeszcze po ludzku zrozumieć, że po śmierci dziecka obsesyjnie pragnie mieć drugie. To jego zachowania nikt nie zrozumie nigdy i niech tak zostanie. Ogólnie świetna powieść grozy, z pogranicza horrory ekstremalnego i literatury klasy B. Kto lubi takie klimaty i ma silny żołądek będzie w niebo wzięty. Inni cóż... To książka nie dla nich. :)
Marcin Fryncko - awatar Marcin Fryncko
ocenił na 8 6 lat temu
Egzorcysta William Peter Blatty
Egzorcysta
William Peter Blatty
Są historie, które od lat funkcjonują w popkulturze jako „te, których lepiej nie oglądać po zmroku”. I dla mnie właśnie takim tytułem od zawsze był „Egzorcysta” od Williama Petera Blatty’ego. Bo prawda jest taka: horrory filmowe nigdy nie były moją bajką. Z jednego, bardzo prostego powodu – ja po prostu… nie lubię się bać. A właściwie: boję się bać 😅 Muzyka, nagłe zwroty akcji, obrazy, których nie da się „odzobaczyć” – to zdecydowanie nie dla mnie. I dlatego nigdy nie obejrzałam ekranizacji „Egzorcysty”. I szczerze? Nadal nie zamierzam. Ale książka? To już zupełnie inna historia. Bo czytanie daje pewien komfort. Można zwolnić, można na chwilę odłożyć, można… ominąć fragment, który robi się zbyt intensywny. Strach działa tu inaczej – bardziej wyobrażeniowo, ciszej, ale momentami równie skutecznie. I właśnie z tej ciekawości sięgnęłam po wznowienie tej powieści. Chciałam wiedzieć, co tak naprawdę kryje się za legendą. I teraz już wiem jedno – niektórych scen naprawdę nie chciałabym zobaczyć na ekranie. Historia Chris MacNeil i jej córki Regan zaczyna się dość niewinnie. Dwunastoletnia dziewczynka, tabliczka ouija, kontakt z „Kapitanem Howdym”. A potem wszystko zaczyna się powoli wymykać spod kontroli. Dziwne zjawiska, zmiany w zachowaniu, coś, czego nie potrafią wyjaśnić lekarze. I tu pojawia się to, co w tej książce działa najlepiej. To narastające poczucie niepokoju. To moment, w którym racjonalne wyjaśnienia przestają wystarczać. To bezsilność – matki, lekarzy, ludzi, którzy próbują znaleźć odpowiedź tam, gdzie jej nie ma. Motyw kryzysu wiary, który przechodzi ojciec Karras, też wypada bardzo dobrze. To nie jest tylko historia o opętaniu. To też opowieść o zwątpieniu, o granicach ludzkiego rozumienia i o tym, jak trudno uwierzyć w coś, co kompletnie nie mieści się w znanym nam świecie. Ale… nie będę udawać, że to była książka idealna. Bo dla mnie była bardzo nierówna. Są fragmenty naprawdę mocne, niepokojące, momentami wręcz trudne do czytania. Takie, które zostają w głowie i budują klimat grozy, z którego ta historia słynie. Ale obok nich są też długie partie, które zwyczajnie mnie wynudziły. Dużo tu medycznych analiz, rozmów, opisów, które spowalniają akcję. I choć rozumiem, że to miało budować wiarygodność całej sytuacji, to momentami miałam wrażenie, że napięcie po prostu siada. To nie jest horror, który cały czas trzyma w napięciu. To raczej historia, która falami buduje atmosferę – raz przyspiesza, raz zwalnia, czasem aż za bardzo. Czy było warto? Tak. Bo to książka, którą warto znać – choćby ze względu na jej kultowy status i wpływ na popkulturę. I mimo tych dłużyzn, mimo momentów znużenia, to doświadczenie było… ciekawe. Ale czy sięgnę po film? Absolutnie nie 😅 „Egzorcysta” to historia, która udowadnia, że największy strach rodzi się gdzieś pomiędzy wiarą a zwątpieniem. I że czasem wyobraźnia działa mocniej niż obraz. A ja zdecydowanie wolę, kiedy to ja decyduję, jak bardzo chcę się bać.
dorotbook - awatar dorotbook
ocenił na 7 8 dni temu
Mnich William H. Hallahan
Mnich
William H. Hallahan
"- Widzicie przed sobą potęgę nienawiści - powiedział. I wyruszył sam do Edenu. Rozpoczął się bój między niebem a piekłem." "Mnich" to opowieść o wiecznej tułaczce i walce aniołów z demonami. Anioł Tytmoteusz musi tułać się po świecie dopóki rasa ludzka mu nie wybaczy. Jednak jednostek zdolnych do takiego wybaczania rodzi się niewiele, w dodatku sokolica Szatana zawsze jest szybsza od anioła i zabija wszystkie dzieci z purpurową aurą zanim jeszcze zaczną mówić... Nie do końca tego spodziewałam się po książce, ale finalny efekt wzbudził moją sympatię. Na wstępie przypomnę, że motyw aniołów i demonów jest jednym z moich ulubionych, nic więc dziwnego, że książka mnie wciągnęła. Bardzo spodobało mi się specyficzne przedstawienie Szatana - historia jaka go spotkała pokazuje go jako tego najbardziej pokrzywdzonego przez Boga i anioły. To on jest tym zdradzonym i to jemu chcemy kibicować przez większość książki. Przerażający, aczkolwiek kapitalny zabieg rzucający nowe światło na nauki kościoła. Przedłużeniem tej sztuczki jest nasze nastawienie do Tymoteusza. Ja na początku książki bardzo go nie lubiłam. Stopniowo jednak zyskiwał w moich oczach i pod koniec zaczęłam mu nawet kibicować. Bardzo lubię takie zmiany i ewolucję uczuć w książkach. Było jednak parę rzeczy, które mnie irytowały. Na przykład przeskoki w czasie, które były nagłe i ciężko było się zorientować co się zmieniło i ile główny bohater ma teraz lat. Poza tym stanowczo brakowało tu horroru. Było to mroczne fantasy, ale zdecydowanie nie czułam tu grozy. A szkoda. Zakończenie mnie zaskoczyło - było dziwne i niekonwencjonalne, pozostało otwarte, przez co można jedynie snuć domysły, co się wydarzyło i co będzie działo się dalej. Nie uważam tego jednak za minus - wszystko, co w książkach oryginalne zyskuje moje poparcie. Ogólnie rzecz biorąc polecam książkę fanom tego motywu oraz gatunku. Jeśli szukacie grozy, próżno szukać... Ale jak chcecie poczytać o potyczkach Nieba i Piekła - zachęcam do lektury!
Nietuzinkowy - awatar Nietuzinkowy
ocenił na 7 3 lata temu
Najciemniejsza część lasu Ramsey Campbell
Najciemniejsza część lasu
Ramsey Campbell
Jest to pierwsza książka z pogranicza thrilleru i horroru w moim dorosłym życiu. Zaczęłam ją czytać ponieważ na okładce znalazłam napis fantastyka, a nie lubię porzucać książek więc pomimo, że czasami zamykałam książkę bo dreszcze na karku były już nie do zniesienia to i tak dobrnęłam szczęśliwe do końca. Z początku lektura mnie nie porwała ale po jakimś czasie nawet wciągnęła. Z jedej strony fabuła wydaje się rozbudowana, choć osobiście czasami miałam niestety odczucie niedopracowania lub niedomówienia, które wynikało z mojej ludzkiej ciekawości. Dużym plusem jest fakt, że autor maniakalnie wplata w swoje opisy lat i naturę przez co nawet sam czytelnik może się poczuć jakby był w środku niego. Zakończenie pozostawiło mnie z lekkim niedosytem ponieważ został zamknięty pewien wątek, a nie (według mnie) cała historia. Pomysł na książkę był jak dla mnie całkiem nowy co może wynikać oczywiście z mojego braku obycia w literaturze z dreszczykiem ale i tak wiał dla mnie przyjemną nowością. Z jednej strony książka fajna ale z drugiej jak dla mnie zbyt ciężki kaliber ponieważ moja wyobraźnia po przeczytaniu nawet jednego rozdziału nie dawała mi potem spać. Nie mogę polecicić tej książki z czystym sercem fanom strasznych historii czy thrillerów ponieważ zbyt mało ich przeczytałam jednak jeśli ktoś szuka czegoś w tym stylu to wydaje mi się, że nie będzie zawiedziony. Jedyne co troszeczkę mi przeszkadzało w tej książce to dość nużace opisy (które miejscami można by nazwać istnie tolkienowskimi), które prawdopodobnie miały na celu zbudowanie napięcia, a mnie przyprawiały o ból głowy i robiły w niej tak duży mętlik, że czasami bałam się iż sama zwariuję.
lajcik_bajcik - awatar lajcik_bajcik
ocenił na 6 7 lat temu
Dzień śmierci Shaun Hutson
Dzień śmierci
Shaun Hutson
Energiczny pulpowy zombie horror, w którym żywa akcja i dużo grozy pozwalają przejść do porządku nad brakami logicznymi i wadami warsztatowymi. + Podczas porządkowania terenu przycmentarnego dwaj robotnicy odnajdują miejsce pochówku straconej przed laty czarownicy. Jeden z nich zabiera z grobu tajemniczy medalion. Magiczna moc artefaktu zamienia go w monstrum - po przybyciu do domu morduje żonę i córkę. Kolejnej nocy ginie sąsiadka. Potwór wyrywa oczy swym ofiarom. Policja wkrótce osacza zbrodniarza - w ciągu dnia jest on niezwykle osłabiony i łatwo zostaje schwytany. Gdy zapada ciemność, odzyskuje on siły i wpada w morderczy szał. Wyrywa się z uwięzi w szpitalu, do którego został przewieziony, by ostatecznie, wypadając z okna, zginąć wraz z pilnującym go pielęgniarzem. To jednak dopiero początek koszmaru. Ciała obu mężczyzn wracają do życia i w niezmiernie efektownej scenie wydobywają się ze świeżych grobów, mordując przy okazji miejscowego księdza. Od tej pory w mieście znikają kolejni ludzie. Okazuje się, że każdy zabity natychmiast dołącza do rosnącej hordy krwiożerczych, bezokich zombie. Potwory, kierowane przez grabarza atakują dom szefa miejscowej policji, w którym jego żona bada przeklęty medalion. Na szczęście w walce przeciw nim skuteczna okazuje się bron palna. Policjanci rozpoczynają szukanie kryjówki potworów... + "Dzień Śmierci" Shauna Hutsona lokuje się wpół drogi pomiędzy twórczością Guya N.Smitha a Grahama Mastertona. Od tego pierwszego Hutson zapożyczył angielską prowincję z jej niepowtarzalnym klimatem, od drugiego dynamiczną, pełną makabry i przemocy akcję. W rezultacie powstał zgrabny, pełen akcji horror, który powinien przypaść do gustu sympatykom obu wspomnianych autorów. Jasne, w powieści nie ma nic odkrywczego, motywy przeklętego artefaktu, zemsty po latach, ataki zombie - wszystko to było już wałkowane w horrorze ze sto razy. Ale też nie w nowatorskich pomysłach siła Hutsona, a w werwie, z jaką opowiada on swoją historię, w stężeniu makabry i grozy, w dynamicznej akcji. I tutaj Hutson wypada bardzo korzystnie. Historia szybko mknie naprzód, mnożą się kolejne jump scare'y a żywe trupy wypadają niezmiernie efektownie, przywołując echo znanych z filmowego cyklu hiszpańskich templariuszy (podsobne jak kinowe monstra, zombiaki Hutsona są pozbawione oczu). Overall radosny, pulpowy fun bez szczególnych ambicji czy pretensji. Słabiej wypada konstrukcja postaci. Bohaterowie "Dnia Smierci" są papierowi do bólu, a opisy relacji międzyludzkich młodemu Hutsonowi wyszły pociesznie. Podczas gdy taki Guy N. Smith potrafi, tworząc swych bohaterów, cedzić złośliwości kwaśne jak zeschła cytryna, to idylliczne opisy małżeńskiego szczęścia szefa policji, upływającego pomiędzy młodzieńczym seksem i wzajemnym szeptaniem "kocham cię" niepomiernie śmieszą. Jest też powieść fabularnie niechlujna, nawet uwzględniając jej pulpowy charakter. Zupełnie nie wiadomo, po co w prologu pojawia się torturowana i stracona czarownica (jej postać już później nie wraca). Zniknięcie kilkuset osób w miasteczku obchodzi, wydaje się, wyłącznie grupkę miejscowych policjantów. Do tego dochodzi jeszcze banalny, generyczny finał. No i te dwumiesięczne badania, w wyniku których udało się ustalić, że "Mortis Dei" oznacza "Dzień Śmierci" - nie dziwota, że Anglicy sobie Brexit przegłosowali. Tytani intelektu normalnie... Pomijając wyżej wymienione mankamenty (większość z nich złożyć można na młody wiek autora - pisząc "Dzień Śmierci" Hutson miał, jak sam pisze, dziewiętnaście lat) całość opisana jest całkiem zręcznie i czyta się piorunem. Dużo horroru w horrorze, dynamiczna akcja, efektowne żywe trupy i do tego wszechobecny pulpowy klimat. Byłby fajny oldschoolowy film z tego. Fani Mastertona i Guya nie powinni być rozczarowani. Trochę naciągane 7/10.
Galfryd - awatar Galfryd
ocenił na 7 7 lat temu

Cytaty z książki Duchy ze Sleath

Więcej
James Herbert Duchy ze Sleath Zobacz więcej
Więcej