Wczesne ostrzeganie jest niezastąpione nie tylko w wojsku. Używając do zagrożeń środowiska terminologii stamtąd zaczerpniętej, jesteśmy już w “kotle” niczym 6. Armia Paulusa.
W tym zgrabnym, kipiącym erudycją eseju, Judith Schalansky daje się poznać z zupełnie innej strony niż w dotychczasowych moich dwóch jej książkach: pisze o zagrożeniach dla natury, w tym dla ptaków i “cieków wodnych” (czy jest brzydsze określenie rzek i strumieni?).
Jak przystało na tak wyrafinowaną formę narracyjną, tekst zaczyna się od nawiązań do “Poetyki” Arystotelesa.
“Tak w istocie wygląda człowiek, który potrzebuje ratunku przed samym sobą albo raczej najbardziej uciążliwą wersją samego siebie – biczownikiem na pokaz, niegotowym na rezygnację z posiadanych przywilejów” - stwierdza Autorka, nie kryjąc, jak bardzo jest zaangażowana w opisywany temat.
Zadaje pytanie o istnienie jakiegoś punktu zwrotnego w dziejach ludzkości. “Przecież musi istnieć jakiś punkt zwrotny w fabule – wyjście ewakuacyjne, strategia ucieczki”. Wyjścia a może i dojścia Autorka widzi w zapomnianej już dzisiaj funkcji kanarka w kopalni, ostrzegającego przed tlenkiem węgla, bezwonnym gazem, który zabija górników.
Tylko kto miałby być ”kanarkiem”? W tym kontekście opisuje “jak kanarek wpadł w ten dół, to powiedzenie, ten obraz antropocenu”.
“W Południowej Walii, hrabstwie Northumberland i regionie Midlands znajdowały się najwydajniejsze zagłębia węglowe na świecie. W tym kraju – kolebce industrializacji węgiel służył za paliwo dla głośno sapiących maszyn, cudownych konstrukcji z mnóstwem kół zębatych”. Wmieszało to do atmosfery ogromne ilości dwutlenku węgla i wpędziło w biedę rzesze robotników.
A kanarki? W 19. wieku szkocki fizjolog John Scott Haldane wyjaśniał wypadek, w którym zginęło 57 górników i 30 koni pociągowych. Udowodnił, że większość ofiar nie zginęła skutek podziemnej eksplozji czy braku tlenu, lecz z powodu zatrucia czadem, bezbarwnym i bezwonnym gazem.
“+Haldane traktował życie jak wielki autoeksperyment+ - jego biograf nazwał go wręcz "kanarkiem w kopalni”, który dla dobra nauki wciąż testuje na sobie rozmaite hipotezy i występuje podwójnej roli naukowca i nieustraszonego królika doświadczalnego”.
Pierwotnie rolę kanarków miały pełnić myszy, bo naukowiec odkrył, że o wiele szybciej padają one przy czadzie niż człowiek. “Jako że gryzonie i tak są pod ziemią wszechobecne, a na dodatek słyną z podkradania racji żywnościowych, pracownicy kopalni okazują się nieufni wobec tego pomysłu. Myszy wystąpią w roli czujek lub straży przedniej ludzkiej medycyny nieco później, gdy genetycy upodobają je sobie jako zwierzęta modelowe”.
Zamiast się poddać, nasz bohater “znajduje inne zwierzę stałocieplne o niewielkich rozmiarach – poręczne, niedrogie i niemal tak łatwe w prowadzeniu jak myszy - lecz - w odróżnieniu od nich – chętnie trzymane w domach. Zwierzęciem tym jest kanarek.(..) Ptak traci przytomność około 20 minut wcześniej niż przebywający w tych warunkach człowiek”.
“A objawy zatrucia czadem trudno u kanarka przeoczyć, ponieważ ptak momentalnie przestaje śpiewać i spada nieprzytomny z drążka, dając jasny sygnał niebezpieczeństwa”.
Ptaki cieszą się wielką sympatią górników. “Co chwilę spoglądali na kanarki i troszczyli się o nie – i to nie tylko dlatego, że ich własne życie zależało od tych stworzeń – w chwili zagrożenia zaś ratowali swoich wybawców”.
“Nie bez wzruszenia czytałam o żalu, jaki ogarnął górników, gdy w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku zastąpiono kanarki znacznie czulszymi, lecz bezdusznymi +elektronicznymi nosami+”.
“Człowiek odkrywa coraz to nowe bogactwa naturalne w skorupie globu, a ich wydobycie wydaje się uzależnione wyłącznie od możliwości technicznych i opłacalności. Słowo +eksploracja+ dzielą od +eksploatacji+ zaledwie dwie litery”.
A “pod koniec XIX wieku ruszyła sprzedaż wysyłkowa wielu zwierząt z adnotacją na paczce +ostrożnie żywy ptak+, śmiertelna w skutkach, lecz mimo to powszechna".
“Utrzymywali, że wszelkie formy działalności artystycznej u swego zarania były li tylko rodzajem wabika, zachętą do interakcji seksualnych. (...)
Istnieje też jednak inne, skromniejsze, lecz mimo to przemawiające do wyobraźni wyjaśnienie fenomenu śpiewu ptaków. Zgodnie z nim świergoty poszukiwania i trele to przede wszystkim tak zwane głosy kontaktowe, czyli to, co robią również ludzie, gdy wydając dźwięki, starają się przekonać świat wokół, a po trosze i samych siebie, że nadal istnieją”.
“Najstarsze poradniki zalecają wyłupiać lub zszywać samcom oczy, dzięki czemu miałyby się stawać bardziej rozśpiewane, tymczasem według nieco nowszych pozycji, aby osiągnąć ten efekt, warto trzymać ptaki pojedynczo. Obecnie uważa się, że dobrze jest trzymać kanarki w parach, a jeszcze lepiej w grupach, ponieważ śpiew służy im do imponowania innym osobnikom – w równej mierze rywalom, co potencjalnym partnerkom – a tym samym do wyznaczania granic terytorium”.
Ale co z całą resztą, nie tylko z kopalniami? Metafora z kanarkiem na niewiele się zda: “Przecież Ziemia to nie kopalnia, z której można po prostu uciec w razie zagrożenia. Milknące ptaki może i potrafiły ostrzegać przed czadem, ale nie przed tym, że wydobycie i spalanie węgla oraz innych paliw ze skamieniałych stworzeń pociąga za sobą także wypuszczanie do atmosfery innego związku tlenu i węgla, który tak dramatycznie zmieni warunki życia na Ziemi, że przyszłość stanie się nie tylko niepewna, ale wręcz straszna”.
“Co można nazwać początkiem końca? (...) Czy już samo górnictwo, czy może dopiero skonstruowanie bomby atomowej, które nie byłoby możliwe bez wydobycia rudy uranu? Pierwsze czy drugie z osiągnięć naukowych Fritza Habera? Opracowaną przez niego metodę pozyskiwania syntetycznych nawozów, które – co prawda kosztem zasolenia gleby i zaburzenia obiegu azotu w przyrodzie – umożliwiły wyżywienie, a zatem i istnienie miliardów ludzi, czy też technologię produkcji gazów bojowych, wykorzystywanych do zabijania żołnierzy wroga podczas I wojny światowej?”.
“Nie kto inny, jak cichy bohater niniejszego tekstu, poczciwy, stary Haldane, tym razem w roli dyżurnego kanarka aliantów, udał się na front podczas drugiej bitwy pod Ypres w maju 1915 roku, aby odkryć że śmiercionośne opary to w istocie chlor, i szybko zaprojektować prowizoryczną maskę gazową”.
“Kto wie, czy gdyby zwolnić ze służby wszystkie tak zwane zwierzęta użytkowe, nie poradziłyby one sobie doskonale bez naszej pomocy”.
Od dawna wiadomo, co nas czeka. “Historia życia na Ziemi nie jest utworem scenicznym, a człowiek stanowi w niej, owszem, zdumiewający, ale jednak efemeryczny białkowy epizod, który zniknie tak samo jak wiele innych cudownych stworzeń”.
Autorka odnosi się też do zatrucia Odry. “Nie potrafiłam znaleźć słów, które pomieściłyby tysiące ton nieżywych zwierząt, już za życia znanych z tego, że nie mają głosu. Czytając artykuł w gazecie, zatrzymałam na dłużej wzrok na zdjęciu zatrutej rzeki. Nic nie było widać. I właśnie na tym polegał problem. Nie ma odwrotu. Kanarek już się chwieje”.
Wspomina o raporcie Greenpeace, obarczającym za to odpowiedzialnością trzy górnośląskie kopalnie węgla kamiennego. “Luki w polskim prawie – zauważają niemal lakonicznie działacze - w praktyce umożliwiają zrzut ścieków o zupełnie dowolnych stężeniach chlorków i siarczanów”.
“Największym wyzwaniem dla naszych czasów – czytałam oniemiała – nie są zmiany klimatu, utrata bioróżnorodności ani pandemie, lecz – jak twierdzą badacze – +nasza zbiorowa niezdolność do odróżniania faktów od fikcji+”.
Jest i o ptakach: “Milknące ptaki może i potrafiły ostrzegać przed czadem, ale nie przed tym, że wydobycie i spalanie węgla oraz innych paliw ze skamieniałych stworzeń pociąga za sobą także wypuszczanie do atmosfery innego związku tlenu i węgla, który tak dramatycznie zmieni warunki życia na ziemi, że przyszłość stanie się nie tylko niepewna, ale wręcz straszna”.
“Próbowałam wyobrazić sobie świat bez ptaków. To jak zastanawiać się nad tym, jak wygląda groza, jak brzmi martwa cisza, czym jest koniec świata”.
“Spostrzegłam stado szpaków na wieczornym niebie, chmarę opiłków żelaza płynnie przechodzących z jednego obrazu w drugi”.
Zakończenie nie jest optymistyczne: “Gdzieś przysiadła kapturka i śpiewała teraz swoją żywą, poranną piosenkę. Z pewnością obwieszczała z zapartym tchem jakiś ptasie wiadomości. Cieszyłam się, że ich nie rozumiem”. BTW: Głos kapturki należy do najpiękniejszych, swoje trele zawsze wyśpiewuje u mnie w Parku Skaryszewskim wiosną…
Opinia
Czytając Bałtyk natknąłem się na stwierdzenie, że jest to erudycyjny esej wędrowny i wydaje mi się, że pięknie wpisuje się to określenie w tekst o regionie Morza Bałtyckiego.
Autor podróżując przez państwa regionu szukał punktów wspólnych i graniczących, będących nośnikiem ich tożsamości społecznej, historycznej i geograficznej. Na przykładzie historycznych wydarzeń znanych postaci jak Tomasz Mann czy Immanuel Kant zaprezentował bogactwo i spuściznę kulturową tego obszaru. Jednakże, jest to przede wszystkim tekst oddający hołd przyrodzie, która tworzy ten nieprzenikniony północny przyczulek scalający kulturę dziewięciu krajów, podobnych, a jednak różnych.
Płyniemy w tej podróży przez lądy, granice wraz z autorem i zastanawiamy się nad sensem fizycznych i mentalnych limitów, które sami sobie tworzymy. Gdyby tak świat istniał bez podziałów i narzuconych sztywnych form świat przyrody stanowił by jeden samoregulujący się organizm. Bardzo ciekawa, refleksyjno-filozoficzna to podróż w głąb bałtyckiej tożsamości.
Polecam.
Współpraca barterowa z Wydawnictwem Wielka Litera
Czytając Bałtyk natknąłem się na stwierdzenie, że jest to erudycyjny esej wędrowny i wydaje mi się, że pięknie wpisuje się to określenie w tekst o regionie Morza Bałtyckiego.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor podróżując przez państwa regionu szukał punktów wspólnych i graniczących, będących nośnikiem ich tożsamości społecznej, historycznej i geograficznej. Na przykładzie historycznych wydarzeń...