rozwiń zwiń

Bałtyk. Podróż literacka

Okładka książki Bałtyk. Podróż literacka
Tor Eystein Øverås Wydawnictwo: Wielka Litera publicystyka literacka, eseje
488 str. 8 godz. 8 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Til: En litterær reise
Data wydania:
2025-06-04
Data 1. wyd. pol.:
2025-06-04
Liczba stron:
488
Czas czytania
8 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
9788383602349
Tłumacz:
Ewa M. Bilińska, Marta Petryk, Witold Biliński
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Bałtyk. Podróż literacka w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Bałtyk. Podróż literacka

Średnia ocen
7,1 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
569
562

Na półkach:

Czytając Bałtyk natknąłem się na stwierdzenie, że jest to erudycyjny esej wędrowny i wydaje mi się, że pięknie wpisuje się to określenie w tekst o regionie Morza Bałtyckiego.

Autor podróżując przez państwa regionu szukał punktów wspólnych i graniczących, będących nośnikiem ich tożsamości społecznej, historycznej i geograficznej. Na przykładzie historycznych wydarzeń znanych postaci jak Tomasz Mann czy Immanuel Kant zaprezentował bogactwo i spuściznę kulturową tego obszaru. Jednakże, jest to przede wszystkim tekst oddający hołd przyrodzie, która tworzy ten nieprzenikniony północny przyczulek scalający kulturę dziewięciu krajów, podobnych, a jednak różnych.

Płyniemy w tej podróży przez lądy, granice wraz z autorem i zastanawiamy się nad sensem fizycznych i mentalnych limitów, które sami sobie tworzymy. Gdyby tak świat istniał bez podziałów i narzuconych sztywnych form świat przyrody stanowił by jeden samoregulujący się organizm. Bardzo ciekawa, refleksyjno-filozoficzna to podróż w głąb bałtyckiej tożsamości.

Polecam.

Współpraca barterowa z Wydawnictwem Wielka Litera

Czytając Bałtyk natknąłem się na stwierdzenie, że jest to erudycyjny esej wędrowny i wydaje mi się, że pięknie wpisuje się to określenie w tekst o regionie Morza Bałtyckiego.

Autor podróżując przez państwa regionu szukał punktów wspólnych i graniczących, będących nośnikiem ich tożsamości społecznej, historycznej i geograficznej. Na przykładzie historycznych wydarzeń...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

243 użytkowników ma tytuł Bałtyk. Podróż literacka na półkach głównych
  • 207
  • 28
  • 8
21 użytkowników ma tytuł Bałtyk. Podróż literacka na półkach dodatkowych
  • 12
  • 4
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Rozchwiane kanarki, głębokie doły Judith Schalansky
Rozchwiane kanarki, głębokie doły
Judith Schalansky
Wczesne ostrzeganie jest niezastąpione nie tylko w wojsku. Używając do zagrożeń środowiska terminologii stamtąd zaczerpniętej, jesteśmy już w “kotle” niczym 6. Armia Paulusa. W tym zgrabnym, kipiącym erudycją eseju, Judith Schalansky daje się poznać z zupełnie innej strony niż w dotychczasowych moich dwóch jej książkach: pisze o zagrożeniach dla natury, w tym dla ptaków i “cieków wodnych” (czy jest brzydsze określenie rzek i strumieni?). Jak przystało na tak wyrafinowaną formę narracyjną, tekst zaczyna się od nawiązań do “Poetyki” Arystotelesa. “Tak w istocie wygląda człowiek, który potrzebuje ratunku przed samym sobą albo raczej najbardziej uciążliwą wersją samego siebie – biczownikiem na pokaz, niegotowym na rezygnację z posiadanych przywilejów” - stwierdza Autorka, nie kryjąc, jak bardzo jest zaangażowana w opisywany temat. Zadaje pytanie o istnienie jakiegoś punktu zwrotnego w dziejach ludzkości. “Przecież musi istnieć jakiś punkt zwrotny w fabule – wyjście ewakuacyjne, strategia ucieczki”. Wyjścia a może i dojścia Autorka widzi w zapomnianej już dzisiaj funkcji kanarka w kopalni, ostrzegającego przed tlenkiem węgla, bezwonnym gazem, który zabija górników. Tylko kto miałby być ”kanarkiem”? W tym kontekście opisuje “jak kanarek wpadł w ten dół, to powiedzenie, ten obraz antropocenu”. “W Południowej Walii, hrabstwie Northumberland i regionie Midlands znajdowały się najwydajniejsze zagłębia węglowe na świecie. W tym kraju – kolebce industrializacji węgiel służył za paliwo dla głośno sapiących maszyn, cudownych konstrukcji z mnóstwem kół zębatych”. Wmieszało to do atmosfery ogromne ilości dwutlenku węgla i wpędziło w biedę rzesze robotników. A kanarki? W 19. wieku szkocki fizjolog John Scott Haldane wyjaśniał wypadek, w którym zginęło 57 górników i 30 koni pociągowych. Udowodnił, że większość ofiar nie zginęła skutek podziemnej eksplozji czy braku tlenu, lecz z powodu zatrucia czadem, bezbarwnym i bezwonnym gazem. “+Haldane traktował życie jak wielki autoeksperyment+ - jego biograf nazwał go wręcz "kanarkiem w kopalni”, który dla dobra nauki wciąż testuje na sobie rozmaite hipotezy i występuje podwójnej roli naukowca i nieustraszonego królika doświadczalnego”. Pierwotnie rolę kanarków miały pełnić myszy, bo naukowiec odkrył, że o wiele szybciej padają one przy czadzie niż człowiek. “Jako że gryzonie i tak są pod ziemią wszechobecne, a na dodatek słyną z podkradania racji żywnościowych, pracownicy kopalni okazują się nieufni wobec tego pomysłu. Myszy wystąpią w roli czujek lub straży przedniej ludzkiej medycyny nieco później, gdy genetycy upodobają je sobie jako zwierzęta modelowe”. Zamiast się poddać, nasz bohater “znajduje inne zwierzę stałocieplne o niewielkich rozmiarach – poręczne, niedrogie i niemal tak łatwe w prowadzeniu jak myszy - lecz - w odróżnieniu od nich – chętnie trzymane w domach. Zwierzęciem tym jest kanarek.(..) Ptak traci przytomność około 20 minut wcześniej niż przebywający w tych warunkach człowiek”. “A objawy zatrucia czadem trudno u kanarka przeoczyć, ponieważ ptak momentalnie przestaje śpiewać i spada nieprzytomny z drążka, dając jasny sygnał niebezpieczeństwa”. Ptaki cieszą się wielką sympatią górników. “Co chwilę spoglądali na kanarki i troszczyli się o nie – i to nie tylko dlatego, że ich własne życie zależało od tych stworzeń – w chwili zagrożenia zaś ratowali swoich wybawców”. “Nie bez wzruszenia czytałam o żalu, jaki ogarnął górników, gdy w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku zastąpiono kanarki znacznie czulszymi, lecz bezdusznymi +elektronicznymi nosami+”. “Człowiek odkrywa coraz to nowe bogactwa naturalne w skorupie globu, a ich wydobycie wydaje się uzależnione wyłącznie od możliwości technicznych i opłacalności. Słowo +eksploracja+ dzielą od +eksploatacji+ zaledwie dwie litery”. A “pod koniec XIX wieku ruszyła sprzedaż wysyłkowa wielu zwierząt z adnotacją na paczce +ostrożnie żywy ptak+, śmiertelna w skutkach, lecz mimo to powszechna". “Utrzymywali, że wszelkie formy działalności artystycznej u swego zarania były li tylko rodzajem wabika, zachętą do interakcji seksualnych. (...) Istnieje też jednak inne, skromniejsze, lecz mimo to przemawiające do wyobraźni wyjaśnienie fenomenu śpiewu ptaków. Zgodnie z nim świergoty poszukiwania i trele to przede wszystkim tak zwane głosy kontaktowe, czyli to, co robią również ludzie, gdy wydając dźwięki, starają się przekonać świat wokół, a po trosze i samych siebie, że nadal istnieją”. “Najstarsze poradniki zalecają wyłupiać lub zszywać samcom oczy, dzięki czemu miałyby się stawać bardziej rozśpiewane, tymczasem według nieco nowszych pozycji, aby osiągnąć ten efekt, warto trzymać ptaki pojedynczo. Obecnie uważa się, że dobrze jest trzymać kanarki w parach, a jeszcze lepiej w grupach, ponieważ śpiew służy im do imponowania innym osobnikom – w równej mierze rywalom, co potencjalnym partnerkom – a tym samym do wyznaczania granic terytorium”. Ale co z całą resztą, nie tylko z kopalniami? Metafora z kanarkiem na niewiele się zda: “Przecież Ziemia to nie kopalnia, z której można po prostu uciec w razie zagrożenia. Milknące ptaki może i potrafiły ostrzegać przed czadem, ale nie przed tym, że wydobycie i spalanie węgla oraz innych paliw ze skamieniałych stworzeń pociąga za sobą także wypuszczanie do atmosfery innego związku tlenu i węgla, który tak dramatycznie zmieni warunki życia na Ziemi, że przyszłość stanie się nie tylko niepewna, ale wręcz straszna”. “Co można nazwać początkiem końca? (...) Czy już samo górnictwo, czy może dopiero skonstruowanie bomby atomowej, które nie byłoby możliwe bez wydobycia rudy uranu? Pierwsze czy drugie z osiągnięć naukowych Fritza Habera? Opracowaną przez niego metodę pozyskiwania syntetycznych nawozów, które – co prawda kosztem zasolenia gleby i zaburzenia obiegu azotu w przyrodzie – umożliwiły wyżywienie, a zatem i istnienie miliardów ludzi, czy też technologię produkcji gazów bojowych, wykorzystywanych do zabijania żołnierzy wroga podczas I wojny światowej?”. “Nie kto inny, jak cichy bohater niniejszego tekstu, poczciwy, stary Haldane, tym razem w roli dyżurnego kanarka aliantów, udał się na front podczas drugiej bitwy pod Ypres w maju 1915 roku, aby odkryć że śmiercionośne opary to w istocie chlor, i szybko zaprojektować prowizoryczną maskę gazową”. “Kto wie, czy gdyby zwolnić ze służby wszystkie tak zwane zwierzęta użytkowe, nie poradziłyby one sobie doskonale bez naszej pomocy”. Od dawna wiadomo, co nas czeka. “Historia życia na Ziemi nie jest utworem scenicznym, a człowiek stanowi w niej, owszem, zdumiewający, ale jednak efemeryczny białkowy epizod, który zniknie tak samo jak wiele innych cudownych stworzeń”. Autorka odnosi się też do zatrucia Odry. “Nie potrafiłam znaleźć słów, które pomieściłyby tysiące ton nieżywych zwierząt, już za życia znanych z tego, że nie mają głosu. Czytając artykuł w gazecie, zatrzymałam na dłużej wzrok na zdjęciu zatrutej rzeki. Nic nie było widać. I właśnie na tym polegał problem. Nie ma odwrotu. Kanarek już się chwieje”. Wspomina o raporcie Greenpeace, obarczającym za to odpowiedzialnością trzy górnośląskie kopalnie węgla kamiennego. “Luki w polskim prawie – zauważają niemal lakonicznie działacze - w praktyce umożliwiają zrzut ścieków o zupełnie dowolnych stężeniach chlorków i siarczanów”. “Największym wyzwaniem dla naszych czasów – czytałam oniemiała – nie są zmiany klimatu, utrata bioróżnorodności ani pandemie, lecz – jak twierdzą badacze – +nasza zbiorowa niezdolność do odróżniania faktów od fikcji+”. Jest i o ptakach: “Milknące ptaki może i potrafiły ostrzegać przed czadem, ale nie przed tym, że wydobycie i spalanie węgla oraz innych paliw ze skamieniałych stworzeń pociąga za sobą także wypuszczanie do atmosfery innego związku tlenu i węgla, który tak dramatycznie zmieni warunki życia na ziemi, że przyszłość stanie się nie tylko niepewna, ale wręcz straszna”. “Próbowałam wyobrazić sobie świat bez ptaków. To jak zastanawiać się nad tym, jak wygląda groza, jak brzmi martwa cisza, czym jest koniec świata”. “Spostrzegłam stado szpaków na wieczornym niebie, chmarę opiłków żelaza płynnie przechodzących z jednego obrazu w drugi”. Zakończenie nie jest optymistyczne: “Gdzieś przysiadła kapturka i śpiewała teraz swoją żywą, poranną piosenkę. Z pewnością obwieszczała z zapartym tchem jakiś ptasie wiadomości. Cieszyłam się, że ich nie rozumiem”. BTW: Głos kapturki należy do najpiękniejszych, swoje trele zawsze wyśpiewuje u mnie w Parku Skaryszewskim wiosną…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Hjem. Na północnych wyspach Ilona Wiśniewska
Hjem. Na północnych wyspach
Ilona Wiśniewska
Czytanie „Hjem” to była dla mnie czysta przyjemność. Nieśpieszna. Sycąca. Dzięki Ilonie Wiśniewskiej wróciłam na północ Norwegii, do Tromso i okolic. Słuchałam krzyku mew, jej uszami, patrzyłam na niebo zlewające się z morzem, jej oczami. Przeszłam się ulicami miasta. Niektóre pamiętałam, ale wiele z opisywanych miejsc wydało mi się nowych. Opowieść Ilony Wiśniewskiej płynie powoli, skupia się na detalach, a przede wszystkim na ptakach i ludziach. To o nich jest ta historia. Hjem to znaczy dom, bezpieczna przestrzeń. Czym jest dla ptaków i ludzi? I jedni, i drudzy, z różnych powodów, muszą szukać sobie nowych miejsc do życia. Tromsø to jedno z najbardziej wielokulturowych miast w północnej Norwegii. Ilona Wiśniewska też jest przybyszką. Snuje więc swoją opowieść o życiu w nowym miejscu, o oswajaniu go, o jego trudnym pięknie, o budowaniu więzi z ludźmi, ptakami i miejscami. Ale także o trudnym współżyciu ludzi i mew, w walce o terytorium wciąż wygrywa człowiek, ale zawsze pozostaje pytanie, na które odpowiedź nie jest jednoznaczna, gdzie znajduje się nieprzekraczalna granica ingerowania w świat dzikich zwierząt, choćby z najlepszymi intencjami. Ilona Wiśniewska to reporterka, która woli stawiać pytania niż na nie odpowiadać. Dlatego tak lubię czytać jej reportaże. Piękna jest to opowieść. Pełna uważności, wsłuchiwania się, delikatności., niesamowitego klimatu. Ma w sobie magię i poezję. To opowieść, którą można czytać dosłownie, ale równie dobrze działa na poziomie uniwersalnym. Mnie urzekła.
jolasia - awatar jolasia
oceniła na 8 19 dni temu
Drugie życie Czarnego Kota Stanisław Łubieński
Drugie życie Czarnego Kota
Stanisław Łubieński
„Drugie życie Czarnego Kota” to zbiór esejów o przyrodzie w Warszawie i na terenach podmiejskich wokół stolicy. To książka, którą docenią głównie miłośnicy przyrody, tacy którzy są zawsze gotowi na spotkanie z nią nawet wtedy, gdy mają akurat coś innego do zrobienia. Ta lektura zmienia sposób postrzegania miasta, uczy zauważać piękno przyrody w zgiełku miejskiego życia, inspiruje do spacerów i eksploracji w pobliżu miejsca zamieszkania, a także skłania do refleksji nad relacją człowieka z naturą. Autor pokazuje, że przyroda miejska jest ciekawa i różnorodna, bo miasto to mozaika różnych krajobrazów – parków, osiedli, terenów ruderalnych. Jeśli jesteś mieszkańcem miasta i lubisz praktykować bycie w przyrodzie codziennie, to przeczytanie publikacji Stanisława Łubieńskiego przysporzy ci dużo radości, pomoże oswoić przyrodę miejską i sprawi, że przestaniesz się frustrować myślami, że nie mieszkasz na wsi i rzadko masz czas wybrać się tam, gdzie są tereny zielone. Autor uświadamia też, że miejska przyroda jest ważna ze względów, nazwijmy to, higienicznych. Większość z nas bowiem żyje w miastach, w pospiesznym codziennym galopie i stresie. A kontakt z przyrodą - nawet tą na pobliskim skwerze czy trawniku - poprawia jakość życia, odstresowuje i pomaga nie zwariować we współczesnym świecie. Uważam, że „Drugie życie Czarnego Kota” to również książka o radzeniu sobie z poczuciem straty, czyli mająca działanie terapeutyczne. Przynajmniej dla mnie taką się okazała. Od zawsze mieszkałam w dzielnicy sąsiadującej z centrum miasta i rozległymi łąkami oraz pozostałościami po polach uprawnych. Podczas spacerów latami obserwowałam przyrodę tych terenów, wdzieranie się tam miejskiej zabudowy, które spowodowało stopniowe znikanie zajęcy, kuropatw, pokląskw, świergotków, pliszek żółtych, gąsiorków, czajek, sów, nietoperzy a nawet wróbli i gawronów. Ostatnio z osiedlowych trawników zniknęły nawet kosy, bo pojawiły się koty, które mieszkańcy bloków z upodobaniem wypuszczają, aby sobie pohasały na trawce, a zarządca terenów z równym upodobaniem wycina najdrobniejsze nawet siewki i krzewy. Kosy więc nie mają gdzie spokojnie zdobywać pożywienia i odchowywać młodych. Książka Łubieńskiego podpowiada co, mimo tych niekorzystnych zmian, możemy obserwować w naszej najbliższej okolicy, niesie też pocieszenie, że natura zawsze gotowa jest odzyskać to, co zabrała jej łakoma cywilizacja oraz ludzka pazerność i bezmyślność. Na uwagę zasługuje też charakter narracji, sposób snucia opowieści za pomocą metafor, czasem lirycznych a innym razem nieco zaskakujących, skłaniających do poszukiwania niezwykłości natury w miejscach, które zwykle uważamy za niewarte uwagi. To bardzo istotny, pozytywny aspekt tej książki. Kolejnym są liczne odwołania do historii Polski i Warszawy oraz interesujące uwagi na temat tego, jak w ostatnich trzystu latach zmieniły się naukowe metody badania fauny i flory. Opowieść o tym ile szkody w przyrodzie poczynili dziewiętnastowieczni zdobywcy ptasich okazów przeznaczonych do preparacji naprawdę budzi grozę. Szkoda, że autor nie zamieścił zdjęć przedstawiających omawiane z taką pasją rośliny, grzyby, porosty, śluzowce, owady i ptaki. Za ten brak odejmuję ⭐⭐.
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 8 6 dni temu
Smocza. Biografia żydowskiej ulicy w Warszawie Benny Mer
Smocza. Biografia żydowskiej ulicy w Warszawie
Benny Mer
Bardzo czekałam na tę książkę. Opowieść o Smocza sprzed II wojny światowej brzmi jak dobry temat. Wędrówka Mera przez archiwa światowe, a także współczesne warszawskie ulice na których próbuje odnaleźć fragmenty dawnego świata to fascynująca podróż. Zarówna ta przez piętra i mieszkania poszczególnych kamienic, historie mieszkańców, opisy codziennych zmagań z rzeczywistością. Fascynujący jest fragment w których Autor poszukuje informacji o bohaterce słynnej pieśni Binema Hellera "Majn szwester, Chaje", a także przedstawienie literackiego wizerunku Smoczej na podstawie opowiadań Abrahama Rajzena. Cudowne są przekłady poezji jidyszowej znakomitej Belli Szwarcman-Czarnoty, które nie tylko dają przestrzeń i tło dla smoczych historii, ale są, przede wszystkim, wspaniałymi przykładami talentu i zmysłu obserwacyjnego ich autorów. To wielka przyjemność móc czytać te literackie perełki. Dla mnie jednym z najważniejszych rozdziałów w książce jest ten o teatrach ze Smoczej. Teatry, które zmieniały się w kina i na odwrót, repertuary, które przynosiły sławę lub zrzucały na samo dno artystycznej drabiny sławy, wszystko to w szybkiem tempie działo się w przestrzeniach teatralnych korytarzy żydowskich teatrów. Najgorsze co mogło się zdarzyć to szund (tandeta, szmira, kicz) - jidyszowe przekleństwo, które wprowadził na salony sam Szolem Alejchem pisząc o tym w jednym z artykułów z 1888 roku. odnosząc się do popularnych wówczas "powieści dla kucharek". Wiele z teatralnych sztuk nosiło to niepopularne brzmię, najczęściej w warstwie dramaturgicznej, gdzie kontekst i ciąg przyczynowo-skutkowy nie miały żadnego, bodaj, sensu. Interesujące, a często komiczne są skróty fabularne niektórych dzieł dramaturgicznych proponowanych w ówczesnych teatrach. Jedna z teatralnych piosenek "Dziewczyna jak cedr" ma taki fragment o Smoczej: "A ja lubię Smoczą, bo jest przystojna ulicą". Dzięki Merowi odkrywamy to z każdą kolejną stroną. U niego każdy człowiek urasta do postaci wartej zapamiętania, zwykłe życie staje się kanwą do intrygującej opowieści o tym jakim przemianom i zależnościom podlegała żydowska ulica. Im dłużej czytam tym bardziej słyszę gwar rozmów, ciasnotę kramików, przekomarzania sprzedawców bajgli, czy hałas fabryczek. Mikrokosmos makro spraw. Spacer przez strony książki, która mówi o utraconym mieście, minionym czasie, nieodżałowanym losie tych, których już nie ma. Książka składa się z fragmentów. Nie ma tu ogólnego, szerokiego spojrzenia na geopolitykę ulicy, zainteresowanie Autora zawęża się do wybranych fragmentów, nie chciał on zamieszczać okupacyjnych zdjęć, nie korzystał z polskiej przedwojennej prasy, nie ma odniesienia do miasta. Jest Smocza i to w urywkach zaproponowanych przez Autora. Nie jest to zarzutem, raczej spostrzeżeniem. Zamiast panoramy - wąski kadr, ale taki był wybór Mera. Będę wracać do tłumaczeń Belli Szwarcman-Czarnoty, to bardzo istotna i skłaniająca do powrotów część książki.
BuchBuch - awatar BuchBuch
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle Kasper Bajon
Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle
Kasper Bajon
To bez wątpienia ambitna książka, choć niekoniecznie łatwa w lekturze. Jej największą wartością jest dla mnie próba zmierzenia się z wygodnym w Polsce przekonaniem o naszej historycznej niewinności wobec kolonializmu. Autor pokazuje, że choć Polska nie była imperium kolonialnym, Polacy również uczestniczyli w tym systemie – jako lekarze, urzędnicy czy przedsiębiorcy działający w strukturach innych państw. Ta perspektywa skłania do zastanowienia się, w jakim stopniu także my korzystamy ze świata ukształtowanego przez kolonialną historię. Ciekawy jest też wątek języka i naszych wyobrażeń o Afryce. Autor zwraca uwagę, jak bardzo sposób, w jaki mówimy o tej części świata i jej mieszkańcach, wciąż bywa ukształtowany przez kolonialną perspektywę. To widać w słowach, których używamy i w naszym myśleniu o Afryce jako egzotycznej krainie przygód, dzikiej natury czy miejscu wymagającym „cywilizowania”. Takie schematy okazują się bardzo trwałe i często działają w naszym języku niemal niezauważalnie. Jednocześnie sposób opowiadania tej historii nie zawsze był dla mnie łatwy w odbiorze. Największą trudnością okazał się styl i sama konstrukcja książki. Często miałam poczucie braku porządku i nie zawsze rozumiałam, dlaczego akurat w tym momencie pojawia się dany temat. Narracja składa się z mieszaniny wspomnień, dygresji, cytatów i refleksji autora, przez co momentami sprawia wrażenie bardzo swobodnego, chwilami wręcz chaotycznego toku myślenia. Jeśli w literaturze non-fiction można mówić o pisaniu „strumieniem świadomości”, to właśnie taki charakter ma ta książka. Może więc największą jej wartością nie jest to, czego się z niej dowiadujemy, lecz to, do jakich pytań nas skłania.
Agatonik - awatar Agatonik
ocenił na 6 9 dni temu
Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru Becca Rothfeld
Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru
Becca Rothfeld
Czy żyjemy w ciągłym nadmiarze rzeczy, pojęć i doświadczeń? Czy sztuka musi służyć utylitarnemu celowi czy jej zadaniem jest służenie pięknu? Czy hołd prostoty i pęd ku niej sprawia, że stajemy się lepsi? Gdzie jest granica pomiędzy niedoborem, a naddatkiem? Czy potrafimy zdefiniować w naszym życiu różnicę pomiędzy potrzebą a pożądaniem? I które powinno wziąć górę? Odpoeiedzi do tych pytań szuka autorka w swojej eseistycznej dyskusji i momentami dochodzi do bardzo ciekawych wniosków. Niezwykle interesujący esej na temat uważności i terapii duszy prowadzi do wniosków, że wyzbywając się stanów pośrednich między przed i po prowadzimy również do wyzbycia się swoich uczuć i emocji, także tych negatywnych, a przecież mają one swoje przyczyny i tworzą one naszą ludzka powłokę. Bez nich nie bylibyśmy tym kim jesteśmy. Autorka próbuje przekonać do wyrażania się w pełni, ze swoimi negatywami również, be sztucznego podążania ścieżką wyolbrzymionego spokoju, który nie każdemu może przynieść ukojenie. Innym ciekawym esejem jest ten poświęcony erotyzmowi w dobie postzgody ruchu metoo. Autorka przytacza argumenty współczesnych purytanek, jednocześnie próbując zrozumieć jaką rolę odgrywa seks we współczesnym świecie aplikacji randkowych, wymieszanych pojęć liberalizmu z purytańskim podejściem do tematu, dążąc jednocześnie do swojego argumentu, że seks po prostu może być przyjemny, jako akt sam w sobie bez przypisywania mu żadnych politycznych, społecznych czy genderowych łatek. Oczywiście ta wolność okupiona jest dużym brakiem zrozumienia, gdyż praktyka a teoria to dwie różne bestie. Autorka pokazuje, że świat to nie tylko grupa żarłocznych libertynek domagających się pejczowania i duszenia, oraz matek-polek pełnych religijnego uniesienia, ale też duża masa środkowa, która szuka piękna w świecie, także w wyeksploatowanym do cna erotyźmie XXI wieku. Daje do myślenia esej poświęcony fenomenowi Sally Rooney i jej pozornej normalności, wynoszonej autorkę na piedestał współczesnej mainstreamowej literatury. I nie chodzi tu o samą literaturę, ale tak naprawdę jej przyjęcie, które ukazuje jak łatwo poddać się nieokreślonej fascynacji z grubsza wciągającej, acz poprawnej prozie. Eseje na pewno stawiają wiele ciekawych tez i argumentacja, gdy wyłuskać jej głębszy sens, oczywiście, zmusza do refleksji ale też niesie ze sobą prawdę przed którą ciężko się obronić. Nadmiar i perspektywa mu towarzysząca momentami przybiera nieoczekiwane konotacje zakorzenione we współczesnych problemach XXI wieku. Nie jest to do końca łatwa lektura, co akurat moim zdaniem jest plusem. Jedynym aspektem, który lekko mnie irytował w czasie lektury to szczegółowe przytaczanie akcji filmów i książek, by poprzeć swoje argumenty. W pewnym momencie robi się to reduntantne, a głębszy sens gubi w nadmiarowej szczegółowości, ale może to ten zbytek ku chwale któremu napisane są te eseje. Współpraca barterowa/reklamowa z wydawnictwem Filtry.
Swiezakksiazkowy - awatar Swiezakksiazkowy
ocenił na 9 6 miesięcy temu
Pola. Ukryte życie Apolonii Machczyńskiej-Świątek Grażyna Plebanek
Pola. Ukryte życie Apolonii Machczyńskiej-Świątek
Grażyna Plebanek
Od lat cenię prozę Grażyny Plebanek za ujmowanie w słowa niepowtarzalnej i wymagającej odwagi perspektywy kobiet, które wychodząc z bezpiecznego "znanego", decydują się na podróż i życie w miastach współczesnej otwartej Europy, pełnej różnorodnych wyborów, osadzonych w bogactwie odmienności, otwartości, ale i trudzie mozolnie poznawanego języka, kultury czy norm społecznych. "Pola" była dla mnie czułą retrospekcją. Jakby podsunięta przez dopiero co odkryte ślady własnych przodkiń, sięgnęłam po tę książkę w księgarni, czując prowadzenie przez te z rodu, o które zaczęłam dopytywać. "Pola" jest historią o wyjątkowej kobiecie, która żyłą w piekielnych czasach-paradoksalnie coraz bliższych nam ze względu na sytuację geopolityczną. Kobieta, która nie była obojętną wobec niegodziwości świata. Dla mnie niezwykle cenny w tej opowieści był jeden wątek -z którym po raz pierwszy spotkałam się w we współczesnej literaturze- opowieść o współczesnej świadomej siebie kobiecie, która jednocześnie reprezentuje pokolenie wnuczek, wnucząt, którzy jako pierwsi z rodu, mają przestrzeń, czas i wewnętrzną potrzebę zadawania pytań o tych, których historie nadal niosą się w naszych tkankach, naszych rodowych tematach tabu. Pokolenie, które przywykło do milczenia babć i matek, dziadków i ojców, zaczyna zadawać pytania najpierw sobie, a potem tym jeszcze żyjącym o to dlaczego, jak i kiedy. Odnajdując kolejne ślady, autorka tka swoją opowieść o tożsamości człowieka współczesnego, który to kim jest buduje również z tego skąd się wywodzi. Odnajdywanie żyjących, nieznanych dotąd członków rodziny porusza, składnia do własnych poszukiwań i zauważania aktów męstwa kobiet, o których nadal zbyt mało mówi się w głównym nurcie czy literaturze. Wspaniale czyta się tę opowieść, także ze względu na język, formę i niejednoznaczną puentę, którą każda czytelniczka, każdy czytelnik może wyciągnąć dla siebie.
Dwoistość - awatar Dwoistość
ocenił na 10 2 dni temu
Tamte czasy. Raport z teraźniejszości Martín Caparrós
Tamte czasy. Raport z teraźniejszości
Martín Caparrós
"Tamte czasy" Martina Caparrosa to reportaż o latach dwudziestych XXI wieku, widzianych oczami pokolenia żyjącego sto lat później. Autor w swojej książce porusza wiele tematów związanych z funkcjonowaniem naszego społeczeństwa. Omawia panujące relacje międzyludzkie, ustroje polityczne, nierówności społeczne, odmienne światopoglądy, wierzenia, wartości. Każdy z tematów jest zakończony krótkim opisem autentycznej osoby, której życie wiąże się z tematem przewodnim, czy to poprzez wpływ jaki wywiera na obecną sytuację światową, czy jest przykładem/ofiarą nierówności, jakie zostały opisane. Caparros posługują się dużą ilością danych statystycznych, często uświadamiając czytelnikowi, że media opiniotwórcze wprowadzają nas w błąd, manipulując wiadomościami i skupiając uwagę "bogatego świata" na mniej istotnych kwestiach niż faktyczna pomoc dla ubogich. W tym reportażu jest wiele opisów nierówności, o których podświadomie wiemy, jednak często z wygody nie chcemy o nich pamiętać. Martin Caparros pokazuje wiele paradoksów "bogatego świata", który pod pretekstem ochrony planety podejmuje działania, które nie niosą rzeczywistej pomocy potrzebującym. Dodatkowo autor podkreśla wielokrotnie, że kultura zachodu zmierza ku upadkowi. Chiny po cichutku przejmują kontrolę nad globalną gospodarką, chociaż Stany Zjednoczone próbują to ukryć i zablokować. "Tamte czasy" to obszerna analiza obecnej sytuacji na świecie, nie jest to lekka lektura na odstresowanie. Przyznam się szczerze, że przeczytanie jej zajęło mi trochę czasu. Nie codziennie miałam ochotę czytać o tak trudnych tematach. Dodatkowo wymaga ona ciągłego skupienia. Uważam jednak, że warto być świadomym mechanizmów jakie rządzą tym światem. W tej książce teoretycznie nie było nic odkrywczego, czego byśmy nie wiedzieli (jeżeli chociaż trochę interesujemy się czymś więcej niż czubkiem własnego nosa), jednak skupienie tych wszystkich informacji w jednym miejscu daje do myślenia. Dokąd to wszystko zmierza i co z tego wyniknie...
Paulina - awatar Paulina
oceniła na 8 21 dni temu
Wyspa niechcianych kobiet Agata Komosa-Styczeń
Wyspa niechcianych kobiet
Agata Komosa-Styczeń
"Wyspa niechcianych kobiet" Agaty Komosy-Styczeń to naprawdę dobry reportaż. Szczególnie, że pokazuje również współczesne mechanizmy funkcjonowania społeczeństwa - nie tylko duńskiego, choć Dania wydaje się tutaj świetnym przykładem dla ukazania pewnych problemów. Myślę, że fakt, że jeszcze zupełnie niedawno, bo w latach 50. ubiegłego wieku (ostatnie rezydentki wyspy Sprogø opuściły ją dopiero w 1961 roku!) działał odizolowany ośrodek dla "trudnych" kobiet, może bulwersować, ale przede wszystkim smuci. Autorka opowiada bowiem o niezwykle skomplikowanym dochodzeniu Danii do statusu państwa dobrobytu, gdzie wspólnota i dobro społeczne stoją na tak wysokim poziomie. Po drodze bowiem zdarzyły się eksperymenty (nie potrafię tego inaczej nazwać) o paramedycznym charakterze. Takim jak ośrodki Christiana Kellera, który w założeniu miał na celu dbanie o komfort podopiecznych. Paramedycznym, ponieważ nie zakładał on oparcia na rzetelnych badaniach i diagnozach, ale w gruncie rzeczy widzimisię grupy osób, którym przyznano funkcję decydentów. Byli wśród nich nie tylko lekarze. Wspierały ich także inne instytucje i ich pracownicy, np. opieka społeczna i szkoła. To na mocy ich rekomendacji kobiety w trudnej sytuacji, najczęściej pochodzące z ubogich domów, niewykształcone, mające wiele innych problemów, samotnie wychowujące dzieci, kwalifikowano jako upośledzone i niezdolne do życia w społeczeństwie. Wystarczył komentarz nauczyciela, opiekuna społecznego, czasem również członka rodziny i nieodpowiednio wysoka liczba punktów z testu na inteligencję, żeby kobieta wytypowana została do przeniesienia na wyspę. Wszystko to w imię jej dobra. Wybija się z tego niesprawiedliwość społeczna i różnica w sposobie traktowania kobiet i mężczyzn, a także brak wsparcia dla ofiar przemocy seksualnej i domowej, którymi najczęściej takie kobiety były. To również historia o tym, jak ograniczano prawa osób "upośledzonych umysłowo" (choć przecież sposób, w jaki pozyskiwano wiedzę o niepełnosprawności umysłowej przyszłej rezydentki błagał o litość...). Od kobiet ze Sprogø odwracały się nawet feministki. A raczej powinnam napisać inaczej - widziały w nich szansę na przekonanie do własnych postulatów. I to wcale niestety nie oznaczało okazania wsparcia pacjentkom Zakładów Kellera. Tu dochodzimy do niewygodnych wątków eugeniki i przymusowej sterylizacji kobiet. Tak, kobiety ze Sprogø poddawane były temu nieodwracalnemu zabiegowi w imię czystości społecznej, choć chyba nie jest wielkim nadużyciem napisać - rasy. A ówczesne środowiska feministyczne wcale nie widziały w tym niczego złego... Wręcz przeciwnie. Autorce trudno było porozmawiać ze współczesnymi feministkami w Danii na temat ośrodka na wyspie, ponieważ odmówiły one odpowiedzi na pytania reporterki. Odnoszę przy tym wrażenie, że autorce samej trudno było przyjąć do wiadomości taki stan rzeczy, co na pewno wynika z zupełnie innego postrzegania niektórych środowisk, także w Polsce. Ta niepewność i fakty skłaniają jednak do pewnych refleksji i wniosków. Pewnych rzeczy nie da się obronić. Bardzo polecam lekturę tej książki. I bardzo współczuję wszystkim rezydentkom Sprogø - nie doczekały się one porządnych przeprosin od państwa, które odebrało im nie tylko lata życia, ale przede wszystkim wybór. https://www.instagram.com/p/DJymM2AtfeB/ https://www.facebook.com/JustynaCzytuje/
justynazwanaruda - awatar justynazwanaruda
oceniła na 8 2 miesiące temu
Szykuj sanie latem. Syberyjski mesjasz i podróż do kresu rosyjskiego snu o zbawieniu Jędrzej Morawiecki
Szykuj sanie latem. Syberyjski mesjasz i podróż do kresu rosyjskiego snu o zbawieniu
Jędrzej Morawiecki
Nie należę do osób nadmiernie cierpliwych, ale w przypadku tej książki cieszę się, że nie poddałam się po zbyt chaotycznym, nadmiernie ekspresyjnym i literacko poszarpanym początku. Ciało, sedno, esencja relacji warta jest bowiem przedarcia się przez dość ekscentryczną i przydługą prezentację sekty. To, jak autor ściera ze sobą obecne realia i głoszone przez lata tezy, 'oświecone słowa' i działania państwa, wydarzenia w*ojenne i transformację zgromadzenia, zasługuje na najwyższe pochwały. Co do stylu, przyjęcie reportażu podanego w bardzo niekonwencjonalny sposób, zależeć będzie od indywidualnych preferencji. Autor poznał "ruskiego Chrystusa" i jego wyznawców osobiście ale też poprzez rozmowy i obserwacje, czytając, sprawdzając, odwiedzając. Dzięki nim poznajemy euforyczne podążanie za nowym głosem, ideologię, głoszone ideały, ich komercjalizację i upadek. Ale przede wszystkim, autor zderza hasła piękna, dobroci i edukacji bez złego słowa i nienawiści z tym, jak zmieniają się działania Rosji od roku 1999. Syberyjskie życie w zgodzie z bajką i naturą przeciwstawia relacjom ukraińskich uchodźców, propagandzie i ogłupianiu narodu, namiętnie powtarzającego za prezydentem bzdury o wyzwalaniu atakowanych miejsc. Niezwykle ciekawie prezentują się części słusznie kojarzące się z komputerową grą. Wykreowana Nadieżda jest naszymi trzeźwymi oczami, reagującymi na absurdy rządzące krajem, nazwanym SimRus. Wszystko się tutaj zgadza, łącznie z prześladowaniami dziennikarzy i przeciwników politycznych, z dzieleniem rodzin wedle ich podatności na propagandę, epatowaniem wielkiemi hasłami, w tym mesjanistycznymi, dla uzależnienia obywateli od poczucia obowiązku wobec Matki. Tło bazujące na obserwacji i lęku, na rozmowach z żołnierzami i relacjach pozostających w opozycji intelektualistów, idealnie komponuje się z sekciarskim językiem wolności i zbawienia. I tak, jak ewoluuje rosyjska bezczelność polityczna, tak piękne, religijne hasła zmieniają się Strefę w obszar zacofania, uprzedmiotowienia kobiet, ograniczania wolności i apodyktycznych rządów. U władzy kraju i sekty spotykamy ludzi, którzy wszystko oddali dla 'najwyższego dobra'. Mam wrażenie, że jedni i drudzy w jednakowym stopniu ulegli chorobie, głupocie lub mrzonkom. Książka Morawieckiego nie jest precyzyjnie skoncentrowana na tytułowym temacie. Jest on raczej wypadkową do rozszerzenia dyskusji na każdy możliwy obszar. Podróżując zderzamy się z rosyjską sprawą w Bułgarii, Łotwie, nawet w wagonach kolei transsyberyjskiej. Przerzuca się ona na biednego, białoruskiego gazeciarza, na złodziei z różnych zakątków byłego ZSSR, na uciekinierów spod ostrzału pozostających w nieustannej traumie, na tych, którzy muszą być uważni w odróżnieniu potrzebującego uchodźcy od oszusta, na ludzi, którzy czytając cytowane tutaj nagłówki rosyjskiej prasy, będą umieli zobaczyć w tym pozornym ziarnie same plewy. Ci, którzy przejrzeli na oczy, wyszli z sekty i wiodą inne życie. Na zawsze spaczone, uboższe o stracone zdrowie i złudzenia. Wierzyć się nie chce, że po aresztowaniach i wyjaśnionej prawdzie są ludzie, którzy nadal budują odosobnione ośrodki wiary w Chrystusa, będącego równie destrukcyjną jednostką jak były kagiebista władający całym krajem. Jest w tej książce chaos, niespójność tematyczna i stylistyczna. Ale są też wybitne fragmenty, otwierające oczy i jest prawda, niemożliwa do zaakceptowania przez ludzi kierujących się logiką. Jest Rosja spaczona, histeryczna i spolegliwa, są głosy sprzeciwu i reporterskie przerażenie zastanymi sytuacjami. Uważam, że to bardzo dobra praca, zbudowana na genialnym temacie, podana w sposób, który czasem wybija z rytmu. Zdecydowanie warta przeczytania, choć wymagająca cierpliwości. Katarzyna dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova
Pani_Ka - awatar Pani_Ka
oceniła na 7 4 miesiące temu

Cytaty z książki Bałtyk. Podróż literacka

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Bałtyk. Podróż literacka