rozwińzwiń

Żywoty domniemane

Okładka książki Żywoty domniemane autora Fleur Jaeggy, 9788373923492
Okładka książki Żywoty domniemane
Fleur Jaeggy Wydawnictwo: Noir sur Blanc biografia, autobiografia, pamiętnik
70 str. 1 godz. 10 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Vite congetturali
Data wydania:
2011-03-24
Data 1. wyd. pol.:
2011-03-24
Liczba stron:
70
Czas czytania
1 godz. 10 min.
Język:
polski
ISBN:
9788373923492
Tłumacz:
Stanisław Kasprzysiak
Średnia ocen

6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Żywoty domniemane w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Żywoty domniemane

Średnia ocen
6,6 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Żywoty domniemane

avatar
247
76

Na półkach: ,

co to za pretendujący do intelektualnego czaru szit.

co to za pretendujący do intelektualnego czaru szit.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
404
282

Na półkach: , , ,

DOMNIEMANE, LECZ NIE UROJONE

Z początku nic nie zapowiadało tego, że ta książeczka tak bardzo mi się spodoba. Śpieszę wytłumaczyć dlaczego. Przede wszystkim autorka, której nie tylko nic nigdy dotąd nie czytałem, a wręcz nawet nie wiedziałem o jej istnieniu. Następnie zawartość książki – szkice biograficzne, opowiadające o czterech dawno nieżyjących poetach, o których miałem bardzo mgliste pojęcie. I wreszcie – cóż to znaczy „Żywoty domniemane”? Kalanie biografii domysłami, fantazjowanie na ich temat, bardzo źle mi się kojarzy, choćby nawet dotyczyło to osób zmarłych przed wieloma stuleciami. Tymczasem wszystkie te uprzedzenia okazały się bezpodstawne. Owe biograficzne szkice są niezwykle erudycyjnymi zapisami, pełnymi nieoczywistej poezji.

Fleur Jaeggy (ur. 1940),szwajcarska pisarka, tworząca w języku włoskim, snuje swoje przypuszczenia na temat losów czterech pisarzy: Thomasa de Quincey’a (1785-1859),Johna Keatsa (1795-1821),Marcela Schwoba (1867-1905) i Roberta Walsera (1878-1956). Tym, co wydaje się łączyć opisane w tym tomiku postaci, to próba uchwycenia przełomowego momentu w ich życiorysach. Tej jedynej, niepowtarzalnej chwili, kiedy uświadomili sobie swoją odrębność i wyjątkowość, która na zawsze zdeterminowała ich losy, a później pchnęła w objęcia literatury. A jednocześnie te cztery żywota, opowiedziane w lakoniczny, ale i poetycki sposób, są przejmującym świadectwem trudnej doli poetów, biedaków, flâneurów, ich nieustannej drogi ku końcowi, świadomości śmierci. Tak jakby jedynym celem życia było doprowadzenie człowieka do rigor mortis. De Quincey, Keats, Schwob i Walser – to nazwiska braci należących do konfraterni poetów, zakonu surowszej reguły, którym przyświecało motto: Memento mori. Ale często również wizjonerów, wyprzedzających swoją epokę, którzy rzucili powyższemu mottu wyzwanie, dorzucając od siebie: non omnis! „Nie bierz w objęcia zmarłych, gdyż zmarli dławią żywych. Nie prowadź siebie na ich cmentarze. Zmarli zarażają” – pisze Jaeggy w szkicu o Marcelu Schwobie.

Mamy więc do czynienia z osobliwym rodzajem formy hagiograficznej. Porównanie to może wydawać się bluźnierstwem, jednakże Fleur Jaeggy zaznacza: „Ale przecież poeci podlegają heraldyce rodem z niebios”. Ale są to właśnie żywoty domniemane, nie zaś urojone, jak w tytule najsłynniejszego dzieła jednego z bohaterów Jaeggy, Marcela Schwoba, Nie sposób pominąć oczywistej kwestii, jaką jest fakt, iż „Żywoty domniemane” stają się przestrzenią spotkania pisarki z pisarzami. Jaeggy dokonuje w swojej prozie osobliwych stopklatek, chwyta wpół upływającą sekundę, po to, by złapać na gorącym uczynku swoich bohaterów i doszukiwać się w nich choćby najmniejszej cząstki samej siebie.

Jedynym mankamentem „Żywotów domniemanych” jest ich objętość – zdecydowanie za mało, a chciałoby się więcej i więcej. Choć można powiedzieć, że taka właśnie miała być ta książka – zwięzła, ostateczna, bez jednego przypadkowego słowa. Siedemdziesiąt stron niepodważalności. Mała dawka poezji jak szczepionka na bylejakość, która dopiero musi wejść w krwiobieg, tam rozpocząć swój taniec i rozrastać się.

Incydentalne zetknięcie się z dziełem szwajcarskiej pisarki okazało się doświadczeniem z rodzaju tych inspirujących, bo implikuje ono dalsze spotkania. Uruchamia, być może zabójczą, lawinę lektur – zarówno kolejnych utworów Fleur Jaeggy, jak i przede wszystkim jej bohaterów, czterech opisanych w tym tomiku świeckich świętych.

DOMNIEMANE, LECZ NIE UROJONE

Z początku nic nie zapowiadało tego, że ta książeczka tak bardzo mi się spodoba. Śpieszę wytłumaczyć dlaczego. Przede wszystkim autorka, której nie tylko nic nigdy dotąd nie czytałem, a wręcz nawet nie wiedziałem o jej istnieniu. Następnie zawartość książki – szkice biograficzne, opowiadające o czterech dawno nieżyjących poetach, o których...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
329
203

Na półkach: ,

Jaeggy proponuje prawdziwą zabawę w literaturę.
Ten malutki zbiorek zatytułowany jest wyjątkowo przewrotnie, bo „Żywoty” to tak naprawdę cztery historie ciągłego umierania, stanowiącego nieuniknioną ceną za nieprzeciętny talent i nieodłącznie z nim związaną (nad)wrażliwość.
Ich reporterski ton i zabójcza nomen omen prędkość mają zapewne w zamyśle autorki podkreślać marność i przelotność pojedynczego ludzkiego życia; oczywiście istnienie samych tekstów przeczy ich treści, boć stanowi przecież dowód trwałości tych żywotów, które długo po ich zakończeniu opiewa.
Kolejny figiel również dotyczy krótkości tekstów – czytelnik może się łudzić, iż małym nakładem pracy zyska zestaw podstawowych informacji na temat słynnych literatów; ale miniatury te mieszczą tyle nazwisk i odwołań, że po ich lekturze odbiorca wie znacznie mniej, niż przed nią, bo szybciej niż obszar wiedzy, zwiększa się obszar świadomości niewiedzy.
Prawdziwa zabawa w literaturę niesie zawsze dwa ryzyka – niedointerpretacji i nadinterpretacji. Ale cóż to za życie bez zabawy. I bez ryzyka.

Jaeggy proponuje prawdziwą zabawę w literaturę.
Ten malutki zbiorek zatytułowany jest wyjątkowo przewrotnie, bo „Żywoty” to tak naprawdę cztery historie ciągłego umierania, stanowiącego nieuniknioną ceną za nieprzeciętny talent i nieodłącznie z nim związaną (nad)wrażliwość.
Ich reporterski ton i zabójcza nomen omen prędkość mają zapewne w zamyśle autorki podkreślać marność...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

52 użytkowników ma tytuł Żywoty domniemane na półkach głównych
  • 28
  • 24
19 użytkowników ma tytuł Żywoty domniemane na półkach dodatkowych
  • 10
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Żywoty domniemane

Inne książki autora

Fleur Jaeggy
Fleur Jaeggy
"(...) Fleur Jaeggy urodziła się w roku 1940 w Zurichu i pochodzi ze starej szwajcarskiej burżuazji. Dzieciństwo i młodość spędziła w szkolnych internatach, włoskich i szwajcarskich. Kiedy skończyła osiemnaście lat, zaczęła pracować jako fotomodelka. Również pisać. Do opublikowania pierwszej powieści ośmieliła ją Ingeborg Bachmann, z którą Jaeggy zaprzyjaźniła się w czasach, gdy obie mieszkały w Rzymie. Od roku 1968 Jaeggy mieszka w Mediolanie. Jej mężem jest Roberto Calasso, wydawca i pisarz, znany polskim czytelnikom jako autor komentarza do mitologii greckiej Zaślubiny Kadmosa z Harmonią. Opublikowała sześć książek, trzy ostatnie, Szczęśliwe lata udręki, Gniew niebios i Proleterka, przyniosły jej rozgłos i nagrody literackie. Jaeggy pisze w języku matki, po włosku, ale jej postaci, przynajmniej we wspomnianych książkach, mówią po niemiecku. (...) Nic tu nie jest takie, jakie się wydaje, udrapowane w pozory zwyczajności. 'Wątpię, czy istnieje jakikolwiek sposób życia nieskażony obsesyjnością' - powiada narratorka Szczęśliwych lat udręki i to przekonanie rozpisuje na opowiadania z Gniewu niebios. Objawia w nich mistrzowską zdolność wiwisekcji patologii czającej się pod powłoką normalności, wyczulenia na to, co w psychice stanowi residuum ciemnych, pierwotnych sił, jakąś symetryczną wobec bytu bezwzględność pisarskiego spojrzenia. To wszystko sprawia, że Jaeggy, która na zdjęciach wygląda jak duchessa z filmu Viscontiego Portret rodzinny we wnętrzu, nigdy nie wpada w sentymentalizm czy minoderię. Jej porównania czy metafory nigdy nie zmierzają w stronę stylistycznej przesady. A zdawałoby się, że to niebezpieczeństwo, na jakie jest narażona najbardziej. Wiadomo, przepaść wzywa przepaści, i tak jest tym razem: eksploracja tego, co naznaczone śmiercią i szaleństwem, spycha jej literacką wyobraźnię w obsesyjne pole semantyczne. Ale nie. Jaeggy pisze na przykład o starej, oddanej służącej: 'Z daleka wyglądała jak urna na prochy: mała, ciemna i pełna godności'. I czytelnik opowiadania odnosi wrażenie, że nie można było użyć innego porównania. Jeśli więc ktoś lubi być z czytanym autorem w takiej zgodzie, niech czyta Fleur Jaeggy (...)." (fragment artykułu Marka Zaleskiego Udręczenie, "Tygodnik Powszechny", nr 1094, 26 X 2003) UTWORY: W założonym przez jej męża, bardzo znanym we Włoszech i renomowanym wydawnictwie Adelphi ukazały się następujące książki pisarki: Dito in bocca (Palec w ustach, 1968),Angelo custode (1971 – wyd. Tusquets, Hiszpania 1974),Le statue d’acqua (Wodne posągi, 1980 – wyd. Matthes udn Seitz, Niemcy 1985),I beati anni del castigo (Szczęśliwe lata udręki, 1989, nagroda Bagutta w 1990, Premio Bocaccio Europa 1994 – Noir sur Blanc, Polska 2002),La paura del cielo (Gniew niebios 1994, nagroda im. Alberto Moravii 1994 – Noir sur Blanc, Polska 1999) Proleterka (2001, nagrody : Premio Vailate Alberico Sala 2001, Nagroda Kobieca Miasta Rzym 2001, Premio Vittorini 2002, Premio Viareggio-Repaci 2002 – Noir sur Blanc, Polska 2003). Fleur Jaeggy przetłumaczyła Vie immaginarie Marcela Schwoba (wyd. Adelphi, Mediolan 1972) oraz Ostatnie dni Emanuela Kanta Thomasa De Quincey’a (Adelphi, Mediolan 1983). Pisała na temat Schwoba, De Quincey’a, Keatsa i Roberta Walsera.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dziennik wojenny. Listy Jacka Hamesha Ingeborg Bachmann
Dziennik wojenny. Listy Jacka Hamesha
Ingeborg Bachmann
To jest rodzaj Ich samotności wśród ludzi. Wdzięczność, że nie mojej (?) Wdzięczność, że nie naszej (?) INGEBORG BACHMANN Jak bardzo chciałam normalnie żyć. Miałam dość zapachu stęchłego powietrza bunkrów i spływającej po ścianach wody. Długie godziny aż do utraty przytomności. Czy byłam odważna? Nie wiem. Miałam po prostu dość. Księga godzin Rilkego i Kwiaty zła Baudelaire’a, które czytałam w ogrodzie gdy nadlatywały bombowce to był mój akt rozpaczy, obrzydzenie niemożnością. Czy byłam odważna? Nie wiem. Chciałam już normalnie żyć. Chciałam wyjechać do Wiednia i studiować filozofię. Chciałam czytać wszystkie zakazane książki. Manna, Zweiga, innych. Czytałam je. Miałam dość terrorystycznej doktryny wychowawczej. Dom rodzinny okazał się niewystarczający. Byłam samotna, gdyż chciałam czegoś innego, czegoś co pozwoliłoby zrozumieć mój naród i mój świat. Wtedy nastąpiła najpiękniejsza wiosna w moim życiu. Ludzie gadali. Chodziłam z Żydem. Ta wiosna nie zakończyła się, jak w Przypadku F. Ta wiosna trwała w pięknych listach od Niego. JACK HAMESH Jak bardzo chciałem normalnie żyć. Miałem dość wiecznej ucieczki, strachu. Nie mogłem zrozumieć tak głębokiego upadku duchowego i kulturalnego Europy. Jak wytłumaczyć sobie to, że "dziecko musi samotnie błąkać się po świecie tylko dlatego, że urodziło się Żydem"? Jak wytłumaczyć, że rodzice muszą zginąć tylko dlatego, że urodzili się Żydami? Człowiek nie zapomni. Ułoży sobie życie, ale będzie zapadał się w milczenie. Będzie pogrążał się w przeszłości, która jest nie tylko jego historią. Czy o tej historii da się zapomnieć? Wtedy nastąpiła najpiękniejsza wiosna w moim życiu. Ludzie gadali. Żyd chodzi z Austriaczką. Ona, mimo nazistowskiej edukacji, czyta zakazane książki i nie znam odważniejszej osoby na świecie. W Jej rodzinnym domu zapragnąłem jeszcze bardziej normalnego życia. Pokładam w Niej nadzieję na lepszą przyszłość. Ona jest „uzasadnieniem” mojego mówienia. Ta wiosna nie zakończyła się, jak w Jej Przypadku F. Ta wiosna trwała w moich listach do mojej Drogiej Ingelein. JA O Panie, daj każdemu jego własną śmierć. Daj umieranie z jego życia wzięte. Z miłości, sensu, z udręki i łez. Jan Maria Rilke. Księga Godzin. Księga Trzecia o Nędzy i o Śmierci
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na1011 miesięcy temu
Gattora. Życie Leonor Fini Dorota Hartwich
Gattora. Życie Leonor Fini
Dorota Hartwich
Są na świecie artyści o których zapominamy, lub poprostu o nich się już nie mówi. Wg mnie to właśnie do tego grona należy Leonor Fini. Artystka, której wyobraźnia i wizje dorównywały ówczesnym trendom, a raczej ich naginaniu. Odnalazła się świetnie w konwencji rewolucji grupy surrealistycznej (do której należeli Salvador Dali, Max Ernst czy Paul Eluard),a z którą nie chciała być kojarzona. Chociaż nie uważała się za surrealistke oniryzm jej prac i odważna wizjonerskość modowa ukazana w dość ekstrawaganckim stylu bezapelacyjnie wpisywał się w konwencję surrealistyczną. Argetyńsko włoska artystka od dziecka przejawiała zapędy do sztuki. Świetnie to obrazuje pierwszy zapis jej biografii. Autorka trzeba przyznać odrobiła "zadanie domowe" i reaserch był czasochłonny, gdyż sama biografia jest sążnym tomiszczem, w którym pojawia się nie tyle z życia Fini, co z jej inspiracji i artystycznego stylu bycia. Wydawnictwo "Iskry" natomiast zaopatrują w wykwintne tematy, stąd zainteresowanie Leonor Fini trafiło na odpowiednie łamy. Co do życiorysu Fini, możemy mieć dysonans chronologii, co w dalszej lekturze nie przeszkadza, gdyż zapominamy o stricte biografii, a poczynamy interesować się odniesieniami sztuki funkcjonującymi w życiu artystki. Ewoluujący motyw kota to jej główny fetysz - stąd jej włoski pseudonim Gattora. Przejawia go głównie w strojach, niemniej pojawia się także na płótnach. Koty przeistaczają się w ptaki, a sierść zastępują pióra. To jakby kolejny etap ewolucji motyw świetnie odwzorowany na strojach projektowanych przez Fini. Zaskakujące ciekawostki ze świata artystycznego wymazują rzeczy, jakie znamy ze świata popkultury kiedy poznamy ich istnienie za pomocą odniesień od Fini. Takim czymś może okazać się sławny wśród młodzieży gest zwany "muka". Dzięki Leonor Fini dowiadujemy się, że jest to gest pobudzenia erotycznego pojawiający się na jednym z obrazów inspirujących Fini, a do którego ona później nawiązuję w fotografii. Leonor przedstawiona jest jako kobieta wyzwolona i jak to artyści kochliwa. Jej miłosne historie to sprawy poligamiczne. Większość swego życia artystka spędziła oczywiście z kotami, ale poza tym z jednym kocurem nazwanym Gattoro, a znanym jako Konstanty Jeleński (on również ma swoją biografię w wydawnictwie Iskry),który okazał się homoseksualistą i z włoskim malarzem Stanislao Lepri. Ten pierwszy polak i tu się okazuje, że Leonor Fini miała swoje epizody w życiu wielu Polaków, w tym literatów takich jak Witold Gombrowicz czy Czesław Miłosz. By nawiązać do wszystkich wątków w książce należałoby ją kilka razy przeczytać, natomiast skoro już o czytaniu mowa, sama lektura, jak wspomniałem gruba i chociaż męczyłem się z nią dosłownie kilka miesięcy, to czytanie jej było długotrwałą przyjemnością. Świetnie mi się czytało o życiu Leonor, jej inspiracjach, Polskich korzeniach, które przyjęła, modowych pracach przy kostiumach dla spektakli czy pod okiem Schaparelli czy Diora, albo o artystach piszących o Leonor kwieciste poematy. Pierwotnie z braku czasu i zestawienia tego z dużą ilością stronic myślałem o porzuceniu tej lektury, ale jak się okazało wciągnęło mnie z biegiem rozwoju życia bohaterki na dobre kilka długich tygodni. O śmierci Fini autorka nie piszę jak o wielkiej tragedii, ale też nie jak o happy endzie. Pozostaje sentyment do artystki i do lektury.
RatownikLektur - awatar RatownikLektur
ocenił na83 lata temu
Jeżeli nie umiera ziarno... André Gide
Jeżeli nie umiera ziarno...
André Gide
Autobiografia Gide’a obejmująca pierwsze dwadzieścia kilka lat życia to lektura nierówna i chaotyczna; poza kilkoma humorystycznymi wątkami ten chaos zdaje się być efektem zwyczajnej niekonsekwencji, jakby autor spisywał wspomnienia wyłącznie dla siebie. Tekst jest przeładowany nazwiskami i szczegółami towarzyskimi, które z biegiem lektury nużą i sprawiają wrażenie niepotrzebnych dygresji. Druga część opisująca homoseksualizm autora jest wyraźnie krótsza i bardziej lakoniczna od części pierwszej. Nie rozpoczynałam lektury z oczekiwaniem na "pikantne epizody", stąd najbardziej wartościowe zdają się być partie dotyczące wczesnego dzieciństwa w burżuazyjnej rodzinie, spomiędzy których co jakiś czas przebija prawdziwy błysk literackiej finezji. Jednak podsumowując szczególnie drugą część książki trudno nie dostrzec, że Gide nie sili się na oddanie głębi psychologicznej relacji; bardziej rejestruje momenty, nastroje, nagłe zauroczenia. Całość bywa powierzchowna, a uczucia sprawiają wrażenie chwilowych kaprysów. Szczególnie uderzający jest przeskok od skrępowanego, purytańskiego młodzieńca do dwudziestolatka, który w Afryce niemal z dnia na dzień wchodzi w świat ekscesów seksualnych, gdzie wraz z przyjacielem korzysta z usług nastoletnich, odurzających i prostytuujących się chłopców. Zamiast wielkiej introspekcji dostajemy zbiór impresji, a pod koniec także nieprzyzwoitych anegdot, głębszej refleksji pozostaje tu niestety zbyt mało.
AmbicjeMęża - awatar AmbicjeMęża
oceniła na66 miesięcy temu
W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944 Hans Fallada
W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944
Hans Fallada
Nie jest to ani dziennik ani nie do końca więzienny. Pisane jest to jak dziennik, z kolejnymi datami, ale treścią są wspomnienia z okresu od "przejęcia władzy" w 1933 roku do - mniej więcej - połowy wojny. Przy tym wspomnienia te są raczej zbiorem dość oderwanych obrazków a nie chronologicznym i kompletnym zapisem. Do tego w kilku miejscach połączonych z literacką fikcją, stanowiącą oddzielne opowiadania. Fallada nie był, technicznie rzecz biorąc, w więzieniu tylko raczej w areszcie a ściślej jeszcze pod obserwacją psychiatryczną w czasie kiedy to pisał. Co nie zmienia tego faktu, że jego pobyty w różnych miejscach odosobnień - jak świadczy jego skrócona biografia - były okresami niezwykle płodnymi dla niego jako pisarza. To ciekawe, bo chyba nie był on jedynym podobnie reagującym pisarzem. Ogólnie ciekawy jest opis sytuacji w Niemczech po "przejęciu władzy": dwuwładza a potem nawet trójwładza, przy czym relacje między władzami są mocno niezdefiniowane. Do tego masa ludzi ("marcowy spad") przyłączająca się do nazistów w celu osiągniecia osobistych zysków - czasem w sposób maskowany ale czasem wprost jawnie. Najbardziej jednak dają do myślenia sytuacje rozterki i rozdarcia. Fallada był niechętny narodowym socjalistom, ale nie był żadnym aktywnym opozycjonistą. I widać jak próbuje, będąc przeciw, ułożyć sobie jednak możliwie najlepiej życie zawodowe i osobiste w tej sytuacji. Co nieuchronnie stawia go wielokrotnie w sytuacjach, które dziś, po fakcie, uznalibyśmy za kompromitujące. Ale po fakcie bardzo łatwo oceniać. W kilku miejscach dotykały mnie ewidentne dowody na to, że antyżydowska propaganda nazistowska nie pozostawała bez wpływu nawet na ludzi takich jak Fallada, którego przed "przejęciem władzy" nazwano by wprost filosemitą. A jednak, także i u niego pojawiają się myśli, które dziś wyglądają bardzo paskudnie a przynajmniej pokazujące kompletne niezrozumienie sytuacji Żydów w Trzeciej Rzeszy. Daje do myślenia także, nie będący może głównym zagadnieniem, ale jednak pojawiający się w kilkunastu miejscach, konflikt pomiędzy własnym poczuciem sprawiedliwości i prawdy a wbudowanym w zasadzie w naszą kulturę poczuciem patriotyzmu, przynależności do narodu i państwa. Czy należało się cieszyć z wielkich sukcesów niemieckiej armii a płakać z powodu jej późniejszych klęsk? I czy w ogóle można się cieszyć z klęsk "mojej obcej" armii? PS. Z tych kilku wyróżniających się literackich opowiadań najlepszy jest opis życia i przetrwania ludzi okrywających się, których dziś chyba nazwać by należało "preppersami". Okazuje się, że wszystko, także i przetrwanie, ma swoją cenę - czasem bardzo wysoką. Preppersi - koniecznie!
Zbigniew_Malinowski - awatar Zbigniew_Malinowski
ocenił na74 lata temu
Ja, Michał z Montaigne Józef Hen
Ja, Michał z Montaigne
Józef Hen
Mamy tutaj "próbę" myślenia renesansowego humanisty o silnych korzeniach umysłowych. Inspiracji i natchnienia szuka w twórcach antycznych i myślicielach politycznych oraz sztandarowych dziełach literackich.Możemy tutaj spotkać przekazy stoików, Platona, Machiavelliego i wielu innych oraz sporo cytatów z Prób. Montaigne poddawany był spartańskiemu wychowaniu umysłowemu co stworzyło go tak niepowtarzalnym światłym człowiekiem, wyprzedzającym swoje czasy. W swym realizmie i daleko posuniętym racjonalizmie spotyka się z wieloma myślicielami m.in. filozofią Barucha de Spinozy ( Etyka, Traktat polityczny). Zamyka się w wieży aby odsunąć się od zgiełku a tam niczym antyczny filozof studiować, tworzyć i w dalszym ciągu pracować nad sobą. Tytułowy Michał za swoje zasługi został "Saint". Całe życie walczył o człowieka, wartości i prawa, również reformacje sądownictwa w dobie inkwizycji. Mamy tutaj cały przekrój, biografia jest też pretekstem aby odsłonić kawałek historii odległych dziejów Francji i szerzej. Język profesora jest niespotykany, piękny i kwiecisty a książka niczym dialog z samym sobą zmusza do myślenia. Wymagający, nieśpieszny, potrzeba czasu i spokoju aby się wgryźć w meandry wykładu profesora. Książka jest lekturą obowiązkową dla każdego humanisty. Jeżeli ktoś będzie kiedyś we Francji :-) to bardzo polecam zwiedzić wyspę Saint-Michel. O Mont-Saint-Michel mówi się, że to granitowa i tajemnicza wyspa na Atlantyku, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jej tajemniczość przypisuje się występującej tu gęstej szarej mgle, która otacza gotycką budowlę dawnego opactwa benedyktynów.
Scarlett - awatar Scarlett
ocenił na81 rok temu
Ręka Flauberta Renata Lis
Ręka Flauberta
Renata Lis
To fantastycznie erudycyjny, a zarazem bardzo autorski - by nie powiedzieć: intymny, jak przystało na esej - obraz życia i twórczości autora "Pani Bovary”. Zostałem zwłaszcza wręcz uwiedziony szerokim kontekstem kulturowym, prezentowanym przez Autorkę. A nie stroni ona także od komentarzy czy wręcz domysłów psychologiczno-społecznych co do swego bohatera. Ba, sięga także po - jakże to francuskie - szczegóły z jego życia seksualnego. Jest tam miejsce i na relację z innym mężczyzną, i ze słynną a toksyczną Lousie Colet, i z egipską kurtyzaną, i chyba z najważniejszą: angielską guwernantką jego siostrzenicy (która wprawdzie przetłumaczyła „Pani Bovary” na angielski, ale książka ta ukazała się na wyspach w przekładzie… córki Karola Marksa!) . Mimo że nigdy się nie ożenił, kobiety były dla niego ważne i to nie tylko jako obiekty seksualne, choć ten wymiar był dlań hmmm… nie bez znaczenia… Ale najbardziej rzuca się w oczy to, co było istotą i twórczości Flauberta, i jego samego czyli nienawiść do mieszczaństwa – a zatem do większości Francuzów. Nie znosił ich postawy rozumianej jako brak ideałów, ciasnota umysłowa, wąskie horyzonty i jeszcze węższe zainteresowania, przyziemność egzystencji, a zarazem łzawy sentymentalizm, pretensjonalność, małostkowość. Nie przypadkiem wiele tych cech przypisał najgłośniejszej postaci literackiej, jaką powołał do życia. A potem do śmierci. Za tę niechęć odpłacono mu pięknym za nadobne. W relacji z pogrzebu Flauberta Zola dziwi się, że w pogrzebie w Rouen nie uczestniczyli w zasadzie mieszkańcy miasta, a przecież chowano największego jego obywatela. A to taka właśnie była zemsta tychże mieszczan, których nb. bardziej interesowała paryska socjeta przybyła na pogrzeb niż zmarły pisarz…. A za życia mieszczaństwo, w postaci państwa francuskiego, wymierzyło mu konkretny cios – został oskarżony o obrazę moralności w „Pani Bovary”. Prok. Pinard przed sadem zwracał uwagę zwłaszcza na to, że „Emmy nikt nie potępia” (a jak podkreśla Autorka, nikt też przecież jej nie współczuje….). Ostatecznie sąd uniewinnił pisarza, którego proces dał książce tylko reklamę. Jednocześnie jednak Renata Lis przypomina, że pół roku potem prok. Pinard doprowadził do skazania Charlesa Baudelaire’a za „Kwiaty Zła”- przy poecie wyklętym Flaubert był wręcz wzorowym obywatelem. Niezwykle ciekawy jest także wątek spotkania Wschodu i Zachodu w kontekście przyjaźni Flauberta z Turgieniewem (a Autorka specjalizuje się w kulturze rosyjskiej - polecam także jej rzecz o nobliście Iwanie Buninie pt. „W lodach Prowansji”). „Ręka Flauberta” to lektura dająca, oprócz wiedzy o Pisarzu i jego współczesnych, olbrzymią satysfakcję. Wielka to zasługa Autorki, której eseistykę od dawna śledzę ze wzrastającą przyjemnością.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na84 lata temu
Zapiski z domu wariatów Christine Lavant
Zapiski z domu wariatów
Christine Lavant
W tej książce ważne jest wszystko. Poczynając od okładki, jakże wymownej w swej prostocie, a jednocześnie intrygująco- hipnotyzującej poprzez te wnęki, dziury, tunele...,a skończywszy na posłowiu Adama Lipszyca, które bardzo dużo tłumaczy, wyjaśnia. I treść, która jednak mocno, wg mnie, wychodzi poza kanwę informacji, które mamy wdrukowane o tzw. „domach wariatów”. Autobiograficzna opowieść snuta przez Christine Lavant, która opisuje w pamiętniku swoje doświadczenia w klinice psychiatrycznej oraz zmagania z depresją i zdrowiem psychicznym. Autorka, po nieudanej próbie samobójczej, sama zgłosiła się do kliniki psychiatrycznej w Klagenfurcie, spędzając w jej murach całe sześć tygodni. Mało, dużo... Dla mnie wystarczająco, nie wiem, jak dla samej zainteresowanej...To nie jest zwykła autobiografia, to studium tego co wewnętrzne, zamknięte w ciele i dodatkowo jeszcze w budynku „bez okien”, na własne życzenie. Dysonans między tym co czytamy, a tym jakim pięknym językiem jest to opisane, zgrzyta nam w uszach jak widelec po talerzu. Nie znajdziecie tu mrożących krew w żyłach opisów, raczej melancholijne pragnienie wolności, jej wyrażania, w zrozumieniu siebie. Ciekawa, smutna, głęboko emocjonalna pozycja... „Bo cierpienie, z którym człowiek się tu styka, tak bardzo wykracza poza granice człowieczeństwa, że nie można mu zaradzić samym tylko człowieczeństwem.” „Pomyślałby kto, że cały świat składa się wyłącznie z kawałków miłości i musi być cudowny. Ale, na Boga, tak nie jest! Jakimś sposobem zawsze spartaczymy ten kawałek, który mamy wnieść do wielkiej mozaiki.”
Ida_wrześniowa - awatar Ida_wrześniowa
oceniła na717 dni temu
Dom kata Andrea Tompa
Dom kata
Andrea Tompa
Książka składa się z opowiadań przybliżających nam losy 3 pokoleń węgierskiej rodziny mieszającej w Siedmiogrodzie. Większość opowiadań zdaję się być wspomnieniami autorki z czasów dyktatury Ceauşescu. Tytułowy kat to właśnie rumuński dyktator. Ta książka uruchomiła w mojej głowie lawinę wspomnień z czasów, kiedy sama mieszkałam w Rumunii. Wiele problemów opisywanych w książce mogłam doświadczyć na wlasniej skórze i to w ostatnich latach: przerwy w dostawie wody lub brak ciepłej wody (w Sektorze 3 w Bukareszcie średnio co 2 tygodnie na dzien/dwa przy 15 stopniowych mrozach),przerwy w ogrzewaniu. Oczywiście częstotliwość i długość tych braków absolutnie nieporównywalna do czasów dyktatury. Ale skutki przerw w dostawie ogrzewania z czasów reżimu widać do dziś- zdecydowana większość bloków ma zamknięte obudowane balkony, aby ciepło nie uciekało (obecnie popularne nawet w nowym budownictwie). Kolejna rzecz, która zwróciła moja uwagę to fragment, w którym jest opisane szczepienie wszystkich dzieci że szkoły jedna igla. To wyjaśnia dlaczego w trakcie badań lekarskich lekarz/pielęgniarka wrecz demonstrowała przed moimi oczami otwieranie jednorazowych sprzętów abym miała pewność że są nowe i Sterylne. Do tego książka zawiera wiele wstawek w języku rumuńskim, ktorego juz od dluzszego czasu nie słyszałam Przez to wszystko ciężko mi ocenić treść książki bez swojego rodzaju zaangażowania emocjonalnego. Na pewno sposób narracji, a dokładniej interpunkcja (brak kropek, każdy rozdział jak długie zdanie, do tego pelne dygresji) nie był łatwy. Na początku czytanie szło opornie, bo ciężko było mi załapać czego dany rozdział dotyczy, musiałam czytać po parę razy te same fragmenty, czasami się gubiłam (zwlaszcza, ze nie ma zachowanej chronologii wydarzeń). Ale to co z początku było minusem, wraz z treścią lektury stawało się jej silna strona. Przedstawione realia są straszne, opisują ciężkie czasy, do tego poruszony jest temat dyskryminacji Węgrów i Żydów. Ale jednocześnie książka nie jest przygnębiającą i przytlaczajace właśnie dzięki temu w jaki sposób jest napisana. Pozycja do polecenia na pewno osobom w jakiś sposób związanym z Rumunia (tak jak ja) lub interesujących się historia regionu
Paula - awatar Paula
oceniła na82 lata temu
Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej Stanisław Barańczak
Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej
Stanisław Barańczak
Stasiek to jest Stasiek. On nie da sobie w kaszę dmuchać. Bardzo mnie cieszy, że tak jak wcześniej z dozą niepewności broniłem go (przed samym sobą, przed moimi własnymi kąśliwymi oskarżeniami, bo jestem kąśliwy i oskarżycielski, a co?) przed zarzutem snobizmu lub klasizmu (snobizm ≠ klasizm, ale nie wiem, które to które, masz ci los... Zaraz sprawdzę i już będę wiedział.),tak teraz mogę nabrać przekonania, że Stachu naprawdę nie był nikim w podobie. Wzmiankuje Ortegę y Gasseta, którego uwielbiam, a jednocześnie, skubaniutki, wytyka mu to, co mnie w nim mierzi, a czego nie miałem odwagi mu na głos zarzucić, to jest: arystokratyczne spojrzenie na kulturę masową (ponoć kultura masowa kojarzy się negatywnie, więc lepiej mówić kultura popularna, lecz dla mnie to nie ma znaczenia, bo przecież słowa są puste i bez znaczenia, one, słowa, nic nie znaczą, to my wtłaczamy w nie życie, to my decydujemy o tym, co to takiego kultura masowa i jakie niesie ze sobą konotacje, dlatego też zapewniam, że używam tego słowa tak bezocenowo jak to tylko możliwe). Teraz to takie śmieszne, jak przed wojną i po wojnie ci Wielmożni Panowie na szczytach Parnasu łapali się za głowy i grzmieli nad „niegodnym" wypieraniem kultury „wyżej" (która nie istnieje) przez kulturę „niższą" (która również nie istnieje). Pardon, to byłoby śmieszne, gdyby nie było żałosne, a nawet straszne, bo straszne jest to, że ludzie o takim myśleniu wciąż istnieją. Barańczak proponuje znacznie właściwszy podział („Skoro tak koniecznie potrzebujemy bawić się w tego typu podziały", wtrącę ja lub bliski mnie bezwstydnik) na kulturę „ubezwłasnowalniającą" oraz „uaktywniającą". Oczywista, te dwa podziały nie pokrywają się ze sobą. Tak czy siak, mam wywalone na te kategoryjki, dlatego podsumuję przekaz tej książki jeszcze inaczej. Chodzi o to (uwaga, będzie truizm, ale potrzebny),aby być odpowiedzialnym odbiorcą, aby nie wchłaniać wszystkiego wokół ile wlezie, bez pomyślunku, zasię świadomie wybierać to, czym chcemy się otaczać. To tylko półprawda, że jesteśmy tym, co jemy. Jesteśmy tym, co wchłaniamy, dosłownie i w przenośni. Lubię metaforę ogrodu, dlatego napiszę teraz siebie jako ogród. Mam ograniczoną działeczkę, więc nie zmieszczę wszystkich gatunków roślin. Zresztą nie wszystkie rozkwitną w moim klimacie, niektórym będzie skrajnie trudno się przystosować – wyhodowanie ich będzie wymagało wyjątkowych starań, a czasem będzie najzwyczajniej w świecie niemożliwe. Na razie mam jeszcze sporo wolnego miejsca, aczkolwiek już teraz powinienem roztropnie rozplanować odstępy, w jakich wszystko sadzę, ażeby za kilka lat nie okazało się, że pod ziemią nie ma dostatecznie miejsca dla korzeni. I niezależnie od tego jak pieczołowicie troszczę się o mój ogród, to i tak regularnie muszę go odchwaszczać, wyrzucać zmurszałe pędy oraz wracać do moich roślin, doglądać ich stanu, przesadzać, a w skrajnych przypadkach – zaczynać od nowa. Jeśli Barańczak twierdzi, że gra w koszykówkę to na dobrą sprawę pisanie poezji, ja twierdzę, że odbieranie kultury to w zasadzie to samo co prowadzenie ogrodu. Dlaczego moja ocena taka zachowawcza? Jeśli w ogóle, to stąd, że po przeczytaniu mojej recenzji czytelnik mógłby śmiało odpuścić sobie tę pozycję. Barańczak często się powtarza (ale to nie jego wina, w posłowiu wyjaśnione są zawiłości związane z wydawaniem części składających się na tę książkę, itepe, itede),dlatego czytając ten zbiór w ciągu trzech dni, jak w moim przypadku, każdego dnia czyta się w zasadzie o tym samym. Inne fragmenty, nie powtarzające się, bardzo rozbudowane, analizują skrupulatnie np. zjawisko powieści milicyjnej. I jakkolwiek dobrze, że to robią, mnie przejadło się to już po kilku stronach, a był to niestety najdłuższy rozdział. Może paradoksalnie najbardziej lubiłem właśnie pierwszą część, „Dziennik TV", która w posłowiu została opisana jako „niespecjalne dziś znana chyba nawet badaczom twórczości pisarza" (?!),bo lubię cięty język i zwięzłość formy (jak widać „Bóg mi odmówił tej anielskiej miary...", ale nie od dzisiaj wiadomo, że najbardziej podziwiamy to, czego nam samym brakuje). Poza tym miałem uciechę z apokryfów (a przynajmniej tych, w których wyłapałem nawiązania). Resztę już Państwu zreferowałem, pozwalam pominąć.
superrealizm - awatar superrealizm
ocenił na62 lata temu

Cytaty z książki Żywoty domniemane

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Żywoty domniemane