1812. Tom I. Marsz na Moskwę

Okładka książki 1812. Tom I. Marsz na Moskwę autora Paul Britten Austin, 9788365201034
Okładka książki 1812. Tom I. Marsz na Moskwę
Paul Britten Austin Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Finna Seria: Seria Napoleońska [FINNA] historia
632 str. 10 godz. 32 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Seria:
Seria Napoleońska [FINNA]
Data wydania:
2002-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2002-01-01
Liczba stron:
632
Czas czytania
10 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365201034
Średnia ocen

8,2 8,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup 1812. Tom I. Marsz na Moskwę w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki 1812. Tom I. Marsz na Moskwę

Średnia ocen
8,2 / 10
26 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce 1812. Tom I. Marsz na Moskwę

avatar
140
135

Na półkach:

Książka wręcz wybitna. Autor poświęcił na jej napisanie ponoć około 20 lat. Chronologia zdarzeń wydaje się chaotyczna, ale to książka oparta główne na wspomnieniach uczestników, stąd lekki chaos chronologiczny.

Książka wręcz wybitna. Autor poświęcił na jej napisanie ponoć około 20 lat. Chronologia zdarzeń wydaje się chaotyczna, ale to książka oparta główne na wspomnieniach uczestników, stąd lekki chaos chronologiczny.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1753
138

Na półkach: , ,

Można by powiedzieć że to doskonałe dzieło i rzeczywiście to bardzo dobra książka. Wypada jednak odrobinę obniżyć ocenę ze względu na to że w dziele tym występują dość liczne uproszczenia i błędy rzeczowe, dotyczące głównie historii Polski ale nie tylko tego zagadnienia. Autor mógłby odrobinę staranniej zredagować swoją pracę żeby polski wydawca nie musiał w przypisach prostować niektórych stwierdzeń zawartych w tym dziele. Zwłaszcza że autor pracował nad całą tą serią ponad dwadzieścia lat w tym dwadzieścia lat nad pierwszym tomem. Szkoda występowania w tej pracy tych błędów bez nich to dzieło byłoby jedną z najlepszych książek wydanych w ogóle.

Można by powiedzieć że to doskonałe dzieło i rzeczywiście to bardzo dobra książka. Wypada jednak odrobinę obniżyć ocenę ze względu na to że w dziele tym występują dość liczne uproszczenia i błędy rzeczowe, dotyczące głównie historii Polski ale nie tylko tego zagadnienia. Autor mógłby odrobinę staranniej zredagować swoją pracę żeby polski wydawca nie musiał w przypisach...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
555
379

Na półkach:

Gratka dla fanów historii i literatury wojennej. Niezwykle drobiazgowy opis kampanii rosyjskiej. Początkowo obawiałem się, że zebranie w jedną całość setek wspomnień żołnierzy, będzie sprawiało wrażenie chaosu, ale nic z tego. Losy są spójne, nieoderwanie od siebie i tworzą jasną całość. Ciekawostką są także opisy tego jak obcy żołnierze opisywali ziemie rdzennie polskie, przez które przechodzili.

Myślę, że jeśli miałbym wymienić najlepsze, pod każdym względem, książki, które czytałem, to ta będzie na pewno w 10-tce.

Gratka dla fanów historii i literatury wojennej. Niezwykle drobiazgowy opis kampanii rosyjskiej. Początkowo obawiałem się, że zebranie w jedną całość setek wspomnień żołnierzy, będzie sprawiało wrażenie chaosu, ale nic z tego. Losy są spójne, nieoderwanie od siebie i tworzą jasną całość. Ciekawostką są także opisy tego jak obcy żołnierze opisywali ziemie rdzennie polskie,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

106 użytkowników ma tytuł 1812. Tom I. Marsz na Moskwę na półkach głównych
  • 76
  • 30
41 użytkowników ma tytuł 1812. Tom I. Marsz na Moskwę na półkach dodatkowych
  • 24
  • 6
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki 1812. Tom I. Marsz na Moskwę

Inne książki autora

Paul Britten Austin
Paul Britten Austin
Angielski pisarz, tłumacz, wydawca oraz znawca literatury szwedzkiej.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Fryderyk Wielki: Brutalny wódz i subtelny filozof Giles MacDonogh
Fryderyk Wielki: Brutalny wódz i subtelny filozof
Giles MacDonogh
Król Prus, Fryderyk Wielki (w Polsce częściej nazywany Fryderykiem II) to postać oceniana w naszej tradycji oraz historiografii jednoznacznie: wróg, polakożerca, główny sprawca rozbiorów. Z kolei w tradycji oraz historiografii niemieckiej to bohater (chociaż w różnych czasach podkreślano różne aspekty postaci i panowania Fryderyka, zapominając przy tym zwykle o jego zafascynowaniu kulturą francuską, pogardzie dla narodu i języka niemieckiego – czemu niejednokrotnie dawał wyraz, a także mizoginizmie, miznatropii oraz skłonnościach homoseksualnych). Z tym większym zainteresowaniem czyta się biografię napisaną przez autora „neutralnego”, Brytyjczyka, znawcę historii Prus, nie zaangażowanego w spory polityczne i ideologiczne towarzyszące postaci króla. Autor wywiązuje się z zadania dobrze, lektura pozostawia jednak pewien niedosyt. G. MacDonogh skupił uwagę na dwóch kwestiach: życiu prywatnym oraz osobowości Fryderyka (te fragmenty przynoszą wiele informacji, ubarwione zostały nadto licznymi anegdotami),a także na kontaktach króla z czołowymi przedstawicielami współczesnej mu elity intelektualnej i artystycznej, zwłaszcza z Wolterem. Ten drugi temat potraktowany został zbyt obszernie i drobiazgowo, moim zdaniem, ze szkodą dla całości książki. Te akurat partie można by z powodzeniem odchudzić. Dość przeciętnie wypada omówienie zagadnień politycznych, zarysowano je w postaci ogólnego szkicu, ledwie wystarczającego, by zorientować się w zmieniającym się układzie sił XVIII-wiecznej Europy oraz roli odgrywanej przez Prusy. Czytelnika polskiego szczególnie zainteresować musi kwestia I rozbioru Polski, za którego głównego sprawcę uchodzi właśnie Fryderyk II. Autor nie uwypukla szczególnie tego wydarzenia w swojej monografii (co można zrozumieć pod piórem Brytyjczyka),bez komentarza pozostawia cytowane wypowiedzi króla Prus o fatalnym stanie ziem polskich i zajęciu ich celem „ucywilizowania”, stara się też wskazać innych, właściwych, jego zdaniem, inicjatorów rozbioru: carycę Katarzynę II, cesarza Austrii Józefa II oraz brata Fryderyka – księcia Henryka Pruskiego (który negocjował szczegóły w Petersburgu). Fryderyk II miałby niejako dać się unieść fali wydarzeń i przystał tylko na to, czego żądali inni. Te ostatnie wywody wypadają jednak mało przekonująco, podobnie jak kuriozalny argument, że w 1772 r. Prusy zajęły najmniejsze terytorium spośród trzech zaborców. G. MacDonogh zdaje się nie rozumieć, że były to ziemie najcenniejsze, zarówno dla Prus, jak i dla Polski, miały bardzo istotne znaczenie: Pomorze Gdańskie i północna Wielkopolska. Czymże w porównaniu były ponad dwukrotnie nawet większe ziemie zajęte przez Rosję... nad Dnieprem i Dźwiną? Trochę miejsca poświęcono polityce gospodarczej Fryderyka, podkreślając szczególnie znaczenie aneksji Śląska i czerpane z tej prowincji dochody oraz starania o odbudowę ziem pruskich po zniszczeniach wojny siedmioletniej. Autor nie wypowiada się jednak na ten temat zbyt szeroko. Najsłabsza strona pracy to militaria. A przecież Fryderyk Wielki swój przydomek zdobył głównie dzięki zwycięstwom na polach bitew, uznawany jest też za jednego z najwybitniejszych dowódców w dziejach, odnosił spektakularne triumfy, uchodził za reformatora sztuki wojennej (chociaż miewał też chwile załamania, gdy przekonany o tym, że wszystko stracone, potrafił np. uciec z pola bitwy, ostatecznie wygranej). Kwestie militarne wyraźnie Autorowi „nie leżą”, wojny i batalie Fryderyka opisuje w sposób powierzchowny i chaotyczny. Trudno wyrobić sobie na tej podstawie obraz kolejnych kampanii czy konkretnych starć. Opisom tym poświęca zresztą G. MacDonogh niewiele miejsca, postępując według dość osobliwego schematu: jeden, krótki akapit na temat samej bitwy, po czym półtorej strony odnośnie następującej później korespondencji króla z Wolterem albo innymi luminarzami, z obszernym cytowaniem tych listów, gratulacji itp. Książka napisana jest w większości żywym, dobrym językiem, potrafi zaciekawić, podaje szereg interesujących informacji, operuje anegdotą, stara się zanalizować niezwykły charakter króla Prus. Pewne kwestie można było jednak omówić mniej szeroko (np. kontakty z Wolterem),innym zaś poświęcić o wiele więcej miejsca.
Nefer - awatar Nefer
ocenił na73 lata temu
Wielcy generałowie wojen napoleońskich oraz ich bitwy 1805- 1815 Andrew Uffindell
Wielcy generałowie wojen napoleońskich oraz ich bitwy 1805- 1815
Andrew Uffindell
Kolejny problem z książką dotyczącą ulubionej epoki napoleońskiej. Ciężko bowiem zachować obiektywizm w ocenianiu. Pod względem edytorskim jest znakomicie, twarda okładka z kolorową obwolutą, do tego przyjemny dla oka druk. Ale już dyskusyjny jest tytuł i wybór postaci. W historiografii XIX wieku utarło się określać mianem generała dowodzących jednostkami na poziomie dywizji lub brygady. Tymczasem autor poświęca uwagę raczej głównodowodzącym oraz marszałkom, dowodzącym wyższymi związkami taktycznymi bądź operacyjnymi. Autor stara się równomiernie rozdzielić treść książki pomiędzy postacie pochodzące z Anglii, Francji, Rosji, Prus oraz Austrii. Oczywiście warto poznać biogramy dowódców Wielkiej Koalicji, aczkolwiek dobór strony francuskiej jest cokolwiek dyskusyjny. Podobne wątpliwości można mieć przy wprowadzeniu do panteonu sław arcyksięcia Karola Ludwika Habsburga czy marszałka Gebharda Lebrechta von Blüchera, co zapewne wynika z brytyjskiego punktu widzenia. Sam pomysł na książkę: nota biograficzna, rozważanie atutów i słabych stron dowódców, poparte wybranym przykładem przeprowadzonej bitwy – ciekawy i inspirujący. Z jednej strony mam zastrzeżenia do tej pozycji, ale z drugiej pamiętam jak szybko i miło przebiegały moje cykliczne podróże na trasie Wrocław-Opole. A niech tam, niech będzie mocna siódemka :-)
Kedar - awatar Kedar
ocenił na75 lat temu
Lata wojen Peter Englund
Lata wojen
Peter Englund
Modelowa historyczna książka popularnonaukowa. Autor przedstawia kluczowy okres w historii Szwecji, czyli lata 1625 – 1656, wybierając sobie za bohatera Erika Jönssona Dahlberga, późniejszą ważną postać z historii tego kraju. Nie jest to przy tym biografia czy podręcznik historii politycznej, czy nawet esej bądź publicystyka historyczna. Najlepszą definicją byłoby określenie tej pozycji, jako popularnonaukowej monografii XVII-wiecznej wojny, sposobów jej prowadzenia i konsekwencji. Pokazując losy bohatera, Erika - na razie Jönssona, autor wyjaśniając tło wydarzeń omawia genezę i przyczyny wojny trzydziestoletniej, jej przebieg, główne bitwy, rokowania pokojowe, a przede wszystkim wojenne realia, z lubością pomijane przez historyków. Gdy Erik lub inne postacie bądź wydarzenia historyczne stykają się z jakimś problemem, autor opisuje jak sobie radzono z nim w XVII wieku (np. edukacja dzieci, ówczesne zwyczaje żywieniowe, stroje, działanie poczty, logistyka transportów wojskowych etc.). Zasadniczo kulisy treści ograniczają się do basenu Morza Śródziemnego oraz krajów zaangażowanych w wojnę trzydziestoletnią (i Rzeczpospolitej Obojga Narodów),ale są krótkie wypady do Nowego Świata, Stambułu czy wybrzeży Afryki. Książka rozpoczyna się odpisu bitwy pod Warszawą, niezbyt miłego oczom czytelników przyzwyczajonych do bogoojczyźnianego stylu pisania o wojnach naszych przodków (ani naszym wikipedystom, którzy nie chcą się przyznać do przegranej w tej batalii). Pokazuje archaiczność ówczesnego modelu polskiej wojskowości, w tym husarii, wielbionej przez fanów polityki historycznej. Autor trafnie zauważył, że zarówno ta formacja,jak i reszta polskiej kawalerii sprawdzała się w walkach z wrogami ze wschodu (Tatarzy, Turcy, Moskwa),ale już nie z zachodnimi (i istotnie, poza Kircholmem i małą bitwą pod Trzcianą nasza konnica nie radziła sobie ze Szwedami). Wbrew niektórym opiniom Englund nie oszczędza swoich rodaków. System polityczno-ekonomiczny Szwecji był delikatnie mówiąc daleki od ideału. Armia wcale tak dobrze nie wyekwipowana ani zorganizowana (aczkolwiek lepiej od naszej oraz habsburskiej),a jej dowódcy byli przede wszystkim pazerni na łupy. Opis wygranych bitew nie pokazuje „chwały szwedzkiego oręża”, tylko „krew pot i łzy” na polu walki oraz ogromną niekompetencję dowódców stron przeciwnych. Zamiast zalewu nazw i nazwisk mnóstwo łatwo przyswajanych informacji – np. o tym, że większość strat wśród żołnierzy była spowodowana chorobami i dezercjami, a nie śmiercią na polu bitwy, trupy były odzierane z odzieży i wszystkiego co wartościowe, w szwedzkiej armii tylko 1 na 12 żołnierzy pochodził z terenu tego kraju (w którym nota bene nie było pańszczyzny),a w riksdagu swoje przedstawicielstwo mieli nawet chłopi, królowa Krystyna nie była ani ładna ani romantyczna, ani cnotliwa, geneza szwedzkiego pieczywa chrupkiego miała bardzo przyziemny charakter, zdobyte armaty często były bezwartościowe z uwagi na inny kaliber kul, a Wiedeń był wówczas dużo mniejszy od Pragi. Natomiast, o czym autor nie pisze wprost, jednym w czym ówczesna Szwecja górowała nad resztą krajów europejskich był stosunkowo łatwy awans do elity. I dla ludzi wywodzących się z chłopstwa, jak bohater książki jak i dla obcych oficerów (głównie Niemców),kupców i przemysłowców (głównie Holendrów),później przeważnie uszlachcanych. I te różnice w kompetencjach m.in. dowódców czy organizatorów funkcjonowania armii były tak naprawdę siłą ówczesnego kraju Trzech Koron. To wszystko pokazuje bardzo dobre rozłożenie akcentów pomiędzy historię elit, a całej reszty ówczesnych społeczeństw. Ale w beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Przekład tragiczny pod względem kulturowym i fatalna redakcja. Tłumacz nie wiedział, a wydawca nie sprawdził, że m.in. Brünn to nic innego jak morawskie Brno. Trier to Trewir, a Regensburg to Ratyzbona. Lewobrzeżna Praga to Mala Strana, a nie Małe Miejsce, a "Dyna" to po polsku Dźwina, uchodząca do Bałtyku w Rydze (i bitwa nad Dźwiną a nie pod Dyną). Źle wygląda nie stosowanie imion i nazwisk części panujących zgodnie z obowiązująca u nas tradycją. Czyli jest jeszcze cesarz Ferdynand II i III, ale zamiast Jerzego Rakoczego pojawia się … Georg (jeśli już to powinien występować jako György) Rakoczi, zamiast elektora saskiego Jana Jerzego – Johan Georg von Sachsen, a w miejsce elektora brandenburskiego Jerzego Wilhelma – Georg Wilhelm von Brandenburg. Książęta Kolonii i Moguncji byli arcybiskupami tych archidiecezji, a nie władcami. W husarii służyli husarze, a nie huzarzy, którzy posługiwali się nie lancami, a znacznie dłuższymi kopiami itd. Nie wystarczy znać język, trzeba bardzo dobrze rozumieć treść tłumaczonego dzieła. Brakuje też objaśnień wielu terminów czy wyjaśnień związanych z nazwami geograficznymi czy poszczególnymi postaciami historycznymi. To wszystko wpływa niestety na ocenę całości. Tym niemniej książkę, mimo jej solidnej objętości (800 storn) pochłania się szybko i z dużą satysfakcją. Tym bardziej, że odbrązawia dawne „sztuki” – zarówno wojenną, jak i dyplomatyczną.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na83 lata temu
1453. Upadek Konstantynopola Roger Crowley
1453. Upadek Konstantynopola
Roger Crowley
Biegu dziejów nie da się oszukać. Trąci to trochę historycznym determinizmem, ale pewne rzeczy prędzej czy później muszą nadejść. Gdy naprzeciwko siebie staje połykająca kolejne terytoria wschodząca potęga i dogorywające państewko, ograniczone praktycznie do murów jednego miasta, wynik starcia może być tylko jeden. Jak w ewolucji – silniejszy byt wypiera słabszy. Cesarstwo Bizantyńskie znikło w mrokach dziejów, by zrobić miejsce dla nowego dominatora w tej części świata – Imperium Osmańskiego. Jak doszło do tego, że po jednym z najświetniejszych organizmów państwowych średniowiecza pozostały tylko mury wiekowych świątyń i mające wybitnie pejoratywne znaczenie określenia „bizantynizm” i „bizantyński”? Musimy się cofnąć w czasie o sześć wieków, a pomoże nam w tym lektura książki Rogera Crowleya „1453. Upadek Konstantynopola”. Roger Crowley to angielski pisarz (urodzony w 1951 roku),nie historyk, ale absolwent literatury angielskiej na uniwersytecie w Cambridge. Jego dorobek jest skromny, ale każda z trzech książek tego Autora spotykała się z uznaniem środowiska. Życie, praca i podróże po krajach śródziemnomorskich określiły teren jego zainteresowań. „1453. Upadek Konstantynopola” to jego druga po „Morskich imperiach”książka, która ukazuje się w naszym kraju. Na wydanie czeka jeszcze historia Wenecji „City of Fortune”. Polski czytelnik otrzymuje do ręki „Upadek…” osiem lat po premierze. Książka Crowleya to opowieść „o odwadze i okrucieństwie, technicznej przemyślności i szczęściu, tchórzostwie, uprzedzeniach i tajemnicach”, a przede wszystkim o mieście, które muzułmanie nazywali „Czerwonym Jabłkiem”, „kością w gardle Allacha”, „miastem, którego pożąda świat”. Już Mahomet przewidywał, że przyjdzie taki dzień, że wyznawcy wiary narodzonej na arabskiej pustyni zdobędą Konstantynopol. Próbowali kilkukrotnie. Zawsze bezskutecznie. Mieszkańcy Konstantynopola – Rzymianie, jak sami siebie nazywali – liczyli na to, że i wiosną 1453 roku obronią swoje miasto. Nie bez podstaw, bo jak dotąd tylko raz udało się je zająć wrogom, i to najmniej oczekiwanym, bo członkom IV krucjaty (w 1204 roku. Bizancjum było oblegane ponad dwadzieścia razy, ale murów cesarza Teodozjusza z V wieku od strony lądu nikomu nie udało się sforsować. Zdobycie miasta przez Turków osmańskich poprzedził wiek epidemii, katastrof naturalnych, postępującej biedy. Nic więc dziwnego, że morale ludności było niskie. Ale w rodzącym się Imperium Osmańskim też nie było idealnie. Państwem wstrząsały wewnętrzne konflikty, sporo energii pochłaniały też walki z Węgrami. W końcu sułtan Murad II doszedł do wniosku, że jego państwo nie będzie bezpieczne, dopóki Konstantynopol pozostanie enklawą chrześcijaństwa na jego terytorium. W testamencie dla syna, Mehmeda II, przekazał mu, aby w końcu zdobył to miasto. Oblężenie było też starciem wybitnych osobowości – Mehmeda i cesarza Konstantyna XI Paleologa. Przyszło im jednak działać w zupełnie innych okolicznościach. Jeden rządził państwem w przeddzień szczytu potęgi; drugi praktycznie już tylko odliczał czas do końca panowania. Obaj skończyli też zupełnie inaczej: Mehmed otrzymał tytuł Fatih (Zdobywca),z kolei wypchaną słomą głowę cesarza obwożono po państwie Turków na dowód zwycięstwa nad niewiernymi. Autorów należą się pochwały za plastyczne i drobiazgowe – ale nie nużące – przedstawienie opisu oblegania stolicy cesarstwa wschodniorzymskiego. Crowley przyznaje, że „raport z oblężonego miasta” może być niedokładny, a miejscami zawierać może i błędy. Autor korzystał z nielicznych źródeł z epoki, głównie powstałych w obozie chrześcijańskim. Musiał więc odrzucić skłonność do przesady średniowiecznych kronikarzy, oddzielić fakty od legend. Udało mu się to, choć przyznaje, że nie w pełni poradził sobie z rekonstrukcją wydarzeń. Jednak te niedociągnięcia – nawet jeśli komuś uda się je uchwycić – nie zabierają przyjemności płynącej z lektury. To też interesująca nauka technik oblężniczych późnego średniowiecza i zapowiedź nowej – masowego ostrzału artyleryjskiego. Przyznam, że podczas czytania książki migały mi przed oczami obrazki z trzeciej części „Władcy Pierścieni” – scen oblegania stolicy Gondoru, Minas Tirith… „Upadek…” ukazał się nakładem Domu Wydawniczego Rebis. To rękojmia, że otrzymujemy do rąk książkę wydaną na bardzo dobrym poziomie. W tym konkretnym przypadku – w twardej oprawie, z licznymi ilustracjami, po świetnej robocie edytorskiej i redakcyjnej.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na72 lata temu
Las Teutoburski 9 rok n.e. Paweł Rochala
Las Teutoburski 9 rok n.e.
Paweł Rochala
Bardzo konkretna i rzeczowa książeczka na temat masakry w Lesie Teutoburskim oraz relacji rzymsko-germańskich w ogóle. Pan Paweł Rochala w niezwykle przystępny i interesujący sposób opisuje historię starć Imperium i barbarzyńskich ludów zza Renu, a także skrupulatnie i rzetelnie, w oparciu o liczne źródła, badania i analizy, stara się zrekonstruować krok po kroku, jak tak naprawdę wyglądała ta, jak dziś wiemy znamienna dla losów Europy bitwa, między sprzymierzonymi plemionami germańskimi, a wciągniętymi w śmiercionośną zasadzkę, trzema legionami Publiusza Kwinktyliusza Warusa. Trzeba przyznać, że autor bardzo drobiazgowo podszedł do tego opracowania i chyba przyjął sobie za punkt honoru, by zanim wpuści czytelnika do mrocznej, tuetoburskiej puszczy, najpierw zaznajomić go gruntownie z całą historią stosunków rzymsko-germańskich. Na początku poznajemy więc ogólny zarys historyczny podboju Germanii i Galii Transaplejskiej oraz trudy rzymskich prób podporządkowania sobie tych krain. Szczerze mówiąc, zanim sięgnąłem po tę książkę, myślałem że Las Teutoburski był największym pogromem Germanów nad legionami. Jednak już z początkowych rozdziałów dowiedziałem się o plemionach Cymbrów i Teutonów, a także o kilku ważnych bitwach, w których roznieśli oni rzymską armię w pył, zabijając nawet czterokrotnie więcej legionistów niż wojowie Arminiusza ponad sto lat później we wspomnianym wcześniej lesie. Bitwy te, jak w 105 r p.n.e. pod Arausio, czy trzy lata później pod Aquae Sextiae, gdzie z kolei spektakularne zwycięstwo odnieśli Rzymianie, są również bardzo fajnie opisane, także bez problemu można zrozumieć pełen kontekst, poznać ich przebieg oraz dowiedzieć się kilku ciekawostek. Równie skrupulatnie opisane są także same armie obydwu stron konfliktu, z uwzględnieniem poszczególnych formacji, sposobu ich wojowania oraz struktury organizacyjnej. W środkowej części książki możemy zapoznać się z ilustracjami prezentującymi wygląd różnego typu żołnierzy i ich uzbrojenia. Nieco dalej znajdują się zdjęcia z Lasu Teutoburskiego i okolic Kalkriese. Bardzo obrazowo opisane są również wędrówki ogromnych, kilkusettysięcznych grup plemion germańskich, najczęściej do sąsiedniej Galii, w poszukiwaniu nowych terenów do plądrowania i wypasu swoich stad. Rysuje się widoczny podział na rolniczą, osiadłą Galię oraz pasterską, koczowniczą, wojującą Germanię. Najazdy te były z reguły spowodowane wypychaniem słabszych plemion germańskich przez te silniejsze na zachodnią stronę Renu i powodowały kolejne starcia zbrojne łącznie z zaangażowaniem militarnym Imperium Rzymskiego, gdyż Galia już od dawna była bardzo rentowną strefą ich wpływów. Sporo można się również dowiedzieć o sytuacji w Dalmacji i powstaniu, które wybuchło tam równolegle w pierwszych latach naszej ery, a które w decydującym momencie związało liczne siły rzymskie z dala od Germanii. Jedyne czego mi zabrakło, a czym byłem bardzo zdziwiony i trochę rozczarowany, jest historia samego Arminiusza, który przecież jako syn wodza Cherusków, już we wczesnym dzieciństwie został oddany do Rzymu jako zakładnik w ramach traktatu pokojowego. Tam się wychowywał, uczył walczyć, zdobył obywatelstwo i został rzymskim ekwitą. Można powiedzieć, że znał Rzymian i sposób ich myślenia od podszewki oraz cieszył się ich zaufaniem i szacunkiem. Jednak dla ambitnego przedstawiciela było nie było arystokracji germańskiej, nawet wysokie stanowisko w hierarchii legionowej było zdecydowanie mniej optymistyczną perspektywą niż stanięcie na czele zjednoczonych plemion z rodzimych stron i walka z okupantem jako główny wódz powstania. Podejrzewam, że Arminiusz nauczony rzymskiego myślenia o państwowości chciał w podobny, bardziej ucywilizowany sposób, zorganizować ład polityczny w Germanii. Uważam, że akurat w przypadku tego, legendarnego, germańskiego przywódcy, dokładniejsze opisanie jego przewrotnych losów, byłoby zdecydowanie dużym atutem dla tej książki. Tak czy owak, czytelnik po uważnym przebrnięciu przez obszerne ale niezwykle interesujące wprowadzenie, stanowiące w gruncie rzeczy większość objętości całej książki, staje przed wejściem do Lasu Teutoburskiego z gruntowną wiedzą na temat szeregu aspektów dotyczących stosunków rzymsko-germańskich na przestrzeni wieków, historii ich starć, oraz motywacji co ważniejszych osobistości po obydwu stronach konfliktu. Daje to solidną bazę do pełniejszego zrozumienia kontekstu i złożoności całej sytuacji. Natomiast jeśli ktoś zainteresowany jest wyłącznie samą bitwą, cóż, zapewne będzie musiał przedzierać się przez ponad pół książki jak po gęstej, germańskiej puszczy, albo po prostu przeskoczy do odpowiedniego rozdziału. Jak można się domyślić sama bitwa w Lesie Teutoburskim opisana jest bardzo szczegółowo. Trzy dni i dwie noce ciężkich walk w trudnym terenie z przeważającymi siłami wroga i wyjątkowo niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi (silne burze i wichury łamiące drzewa). Nieraz próbowałem sobie wyobrazić co musieli czuć i w jak trudnym, niekorzystnym położeniu znaleźli się rzymscy żołnierze. Za każdym razem kiedy udawało mi się nieco bardziej wczuć w ich skórę odczuwałem autentyczne przerażenie. To musiał być istny koszmar. Według mnie książka świetnie ukazuje ich beznadziejną, godną pożałowania sytuacje a z drugiej strony dziką euforię barbarzyńców, którzy w końcu mogli się zemścić na zachłannych, znienawidzonych okupantach i wyswobodzić spod ich jarzma.
Marek - awatar Marek
ocenił na72 miesiące temu

Cytaty z książki 1812. Tom I. Marsz na Moskwę

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki 1812. Tom I. Marsz na Moskwę


Ciekawostki historyczne